10 lat…

To już dziesięć lat… może więcej, tylko Jogger zgubił gdzieś starsze wpisy niż ten pierwszy w historii… naprawdę od tego zacząłem?

Z okazji okrągłej rocznicy wypadałoby coś mądrego napisać… ale nie chce mi się, nie mam weny. Ten blog chyba już dawno umarł… ale nie będę mu odłączał aparatury.

Reklamy

Hobbit

Wczoraj byliśmy z Iką w kinie. Poszliśmy obejrzeć „Hobbita”, bo super produkcja, super efekty, pierwszy kinowy film w 48fps no i gdy ponad 20 lat temu przeczytałem książkę, to bardzo mi się podobała. Książka podobała mi się na tyle, że rozpędem i całego „Władcę Pierścieni” przeczytałem, co podobało mi się mniej.

Prawdę mówiąc, po filmie nie spodziewałem się dużo, szczególnie, że kręcony było jako kolejna część „Władcy Pierścieni”. No i z jednej książeczki chcieli znowu trzy filmy zrobić, znaczy się, dużo „twórczości własnej” musieli w to wpakować. I rzeczywiście… postać hobbita Bilbo wyszła im tak jak pamiętam z książki… tyle, że książka była właśnie o tym hobbicie, a film jest właściwie o krasnoludach którym towarzyszy. Jeszcze jakby ci krasnoludzie byli wszyscy krasnoludzcy… część była super, ale połowa wyglądała IMHO za bardzo po ludzku.

Fabułę oryginalnej książki oczywiście rozciągnięto strasznie, żeby na więcej niż jeden film starczyło, więc dzieje się dużo, ale właściwie nic. A wielkie spektakularne akcje były tak nierealne, jak nawet kinu fantasy nie przystoi. W ciągu filmu wszyscy bohaterowie powinni zginąć po paręnaście razy, a przeżyli nie dzięki sprycie, odwadze czy nadzwyczajnym zdolnościom, ale dzięki niezwykłemu szczęściu i wręcz nieprzyzwoitym łamaniu praw fizyki… Dla mnie tego było za dużo, chociaż realizmu w takiej fikcji nie oczekiwałem.

Efekty specjalne – niby ok, ale żeby właśnie za to tyle płacić? Te 48 klatek na sekundę nie robi różnicy jakiej się spodziewałem (jakby robiło, to pewnie dawno już tak by kręcili).

W każdym razie zaliczone i swoje zdanie na ten temat już mogę mieć. ;-) Żałować, nie żałuję że obejrzałem, ale że mi się szczególnie podobało nie mogę powiedzieć. Zarówno ostatni Bond jak i „Atlas Chmur” były, moim zdaniem, znacznie lepsze, pod wieloma względami. Na kolejne części Hobbita się nie wybieram.

Wadliwe obwody

Kolejny raz moja drobna ułomność wprawiła mnie w zakłopotanie…

Poszedłem do sklepu elektronicznego po trochę rezystorów… a tam… kumpel z klasy. Poznaję tę twarz (rzadko mi się to zdarza)… ale kompletnie nie umiem skojarzyć z osobą. Czuję, że to kolega z klasy, ale nie mam pojęcia z której i jak się nazywa. On mnie poznał i skojarzył od razu („Cześć. Ty się w ogóle nie zmieniasz!”). Głupio, czy nie głupio, wypytałem go, któż on i skąd się znamy, bo po poprzednim spotkaniu, z innym znajomym na mieście, pozostały mi tylko domysły kto to był. Imię i nazwisko też skojarzyłem, podobno znamy się i ze szkoły średniej i ze studiów. Fajnie. Wiem już kto to, ale jakoś dalej nie do końca kojarzę…

Nie pierwszy i za pewne nie ostatni raz mam problem z rozpoznawaniem ludzi (jestem pewien, że kiedyś własnej żony albo matki nie poznam). I tak się ostatnio zastanawiam… czy to dlatego, że nieużywany narząd obumiera? W końcu praktycznie nie mam żadnego życia towarzyskiego, przyjaciół, czy chociażby znajomych z którymi wychodziłbym „na piwo”. Z drugiej strony, może brak normalnych kontaktów z ludźmi, to efekt upośledzenia tych podstawowych funkcji społecznych… tak, czy siak, dobrze nie jest…

Karmniki dla ptaków

Jakoś tak w październiku jeszcze, kupiłem w Lidlu karmnik dla ptaków z orzeszkami. Sikorki od razu się na niego rzuciły i w parę dni opróżniły… fajne to było, ale kolejnego pełnego karmnika nie chciałem kupować (aż tak tanie to nie jest i niekoniecznie jeszcze było). Trzeba było wymyślić, czym uzupełnić braki.

Najpierw spróbowałem słonecznikiem ze osiedlowego sklepu (nie opisany jako prażony czy solony), ale był drobny i chyba szybciej się z tej siatki wysypał niż go ptaki zjadły. Później znalazłem w Tesco gruby niesolony i nieprażony słonecznik na kilogramy. Kupiłem tego prawie kilogram (spory worek, bo to lekkie). Został zaakceptowany, ale najwyraźniej nie smakował tak jak orzeszki z Lidla. Poza tym, zrobiło się cieplej i ptaki jakby w ogóle mniej zainteresowane były dokarmianiem.

W Tesco dorwałem też inny karmnik – na karmę sypką (że może się przydać zrozumiałem po doświadczeniach z drobnym słonecznikiem). Karmnik był bez zawartości, ale za to znacznie solidniejszy od tego z Lidla. Samą karmę dorwałem w Sellgrosie (jest też w pobliskim zoologicznym, ale w Sellgrosie taniej).

Jak tylko znowu się ochłodziło ziarna znikają z karmnika w tempie błyskawicznym – pożerane przez mazurki i sikorki. Reszta grubego słonecznika znika wolniej, a kupiłem jeszcze orzeszki (niesolone i nieprażone nie są wcale łatwe do dostania).

I wygląda to, mniej-więcej, tak:

Sikorka na karmniku Mróz w karmniku
Mazurek na karmniku Mazurek na karmniku Sikorka na karmniku
Mazurki na karmniku Sikorka na balkonie

The system is shutting down

Moje papryczki poczuły jesień. Już od kilku tygodni marnieją, żółkną i zrzucają liście. Ale nie wszystkie i nie całkiem.

Najbardziej koniec sezonu odczuło Habanero. Już we wrześniu zaczęło tracić liście i wczoraj wyglądało już bardzo łyso. Dojrzał na nim ostatni owoc, więc mogłem je przygotować do zimowego snu…

Habanero idzie lulu Habanero idzie lulu Habanero idzie lulu

Tabasco też wyglądają marnie, chociaż sporo liści się na nich trzyma. I nie tylko liści – wciąż jest na nich kilka dojrzewających jeszcze papryczek, a nawet pojedyncze kwiatki. Dam jeszcze chwilę tym papryczkom, a potem opitolę jak Habanero.

Tabasco marnie, ale coś jeszcze dojrzewa Tabasco marnie, ale coś jeszcze dojrzewa

Twilight wciąż gęste, mimo że sporo liści już zrzuciło. Na krzaczku wciąż są pojedyncze owoce… i sporo kwiatów. Z kwiatów raczej nic więcej nie będzie, więc poczekam na te dwie-trzy papryczki…

Twilight żółknący i kwitnący Twilight żółknący i kwitnący

A na koniec ‚cayenne’. Jak pozostałe roślinki wyraźnie szykują się do zimowego snu, to ta się nadchodzącą zimą nie przejmuje. No cóż, pewnie nie bez powodu gatunek ten nazywa się „papryka roczna”.

'cayenne' się jesienią nie przejmuje 'cayenne' się jesienią nie przejmuje

Krzak już nie kwitnie, ale dwie papryczki wciąż na nim rosną. To ciekawe, bo zawiązały się chyba jeszcze w sierpniu, a do połowy października praktycznie nie rosły – wisiały takie centymetrowe kikuciki… ale gdy dojrzały pozostałe owoce i je zdjąłem z krzaka, to te dwie ospałe się ruszyły. Dobrze więc mówią, że papryczki trzeba zbierać, gdy tylko dojrzeją, żeby kolejne mogły rosnąć.

Dwa tygodnie bez opieki

Dwa tygodnie temu, dokładnie to 17 sierpnia po południu, wyjechaliśmy na rodzinne wczasy. To znaczy, że przez dwa tygodnie nie mogłem doglądać moich roślinek w biurze. Nie chciałem też, żeby ktoś mi się kręcił po biurze, a jasnym było, że dwa tygodnie bez podlewania to trochę dla nich za dużo… trzeba było coś wykombinować…

„Patent” z odwróconą butelką wsadzoną w doniczkę sprawdzałem i nie zdawał egzaminu – albo cała woda przelatywała przez doniczkę od razu (butelka bez zakrętki), albo nie leciała wcale (butelka z dziurką). W domu też wypróbowałem urządzenie w postaci ceramicznego stożka wsadzanego w doniczkę, połączonego rurką ze zbiornikiem z wodą, kupione w sklepie ogrodniczym – efekt taki sam jak w przypadku butelki bez zakrętki. Kiedyś w sieci znalazłem jeszcze jedno rozwiązanie, które, wydawało mi się, mogło zadziałać: Self-regulating watering system

Kupiłem więc na Allegro duże kuwety i zacząłem zbierać butelki po wodzie mineralnej – duże (1.5 l) i bardzo duże (5 l). Dzień przed wyjazdem zmontowałem system: ustawiłem kuwety na podłodze, wstawiłem w nie doniczki, podlałem i wlałem do każdej kuwety warstwę wody. W butelkach napełnionych wodą zrobiłem dziurki (dość duże – wcześniej sprawdziłem, że mała niespecjalnie działa) nieco powyżej dna i postawiłem butelki obok doniczek. Dodatkowo połączyłem kuwety ze sobą kawałkami sznurka odciętymi od mopa, kamyczkami dociśniętymi do dna.

System nawadniający

W dzień wyjazdu byłem jeszcze w pracy, to mogłem zobaczyć czy system się uruchomił. Jeden baniaczek i jedna butelka były do połowy puste, reszta wciąż pełna. Poziom wody w kuwetach różnych, ale w żadnej nie było sucho. Sznureczki łączące kuwety wilgotne. Dalekie to było od ideału i mogło znaczyć, że system nie działa, ale mogło być też wynikiem krzywej podłogi i różnej wysokości dziurek w butelkach. Jeśli to to drugie, to „samoregulacja” z czasem powinna załatwić sprawę (po opróżnieniu jednej butelki powinna się zacząć opróżniać druga). Pozostało mi już tylko zaufać tej konstrukcji.

Przygotowując samopodlewanie zauważyłem, że znowu czerwce wróciły… to korzystając z okazji, że i tak w najbliższym czasie nie będę nic z tego jadł, ani siedział w skażonym pokoju, to tuż przed wyjazdem jeszcze spryskałem roślinki pestycydem.

Wakacje się udały – dwa tygodnie miłego szeroko pojętego nic nierobienia.

Pozdrowienia znad morza ;) Krysia na plaży Ptaszek na plaży
Widok z latarni morskiej w Gąskach Zachód słońca Na statku

(więcej w wakacyjnym secie na Flickr)

Wczoraj wieczorem wróciliśmy i dzisiaj rano popędziłem do biura sprawdzić jak się czują moje roślinki. Spodziewałem się wszystkiego – zasuszonych badyli, lub przegniłych roślin. A tu zaskoczenie – papryczki mają się tak, jakby nic się nie stało:

Papryczki i pomidorek po 2 tygodniach bez opieki

Trochę wody było tylko w jednej małej i jednej dużej butelce, w jednej kuwecie wciąż woda stała (w tej, w której na początku było najwięcej – chyba jednak krzywa podłoga). We wszystkich doniczkach było wciąż mokro – jeszcze z tydzień by mogły tak postać. „Cayenne” uginało się pod nowymi owocami, na Tabasco, Twilight i na fuju masa dojrzałych owoców. Tylko Habanero skromnie – dwie nowe zielone papryczki. W każdym razie jestem bardzo zadowolony… i wciąż czeka mnie trudna decyzja, które roślinki przezimować, a których się pozbyć…