I znowu się trzęsło

Jakiś czas temu wynajęliśmy garaż na osiedlu i od paru tygodni trzymamy tam samochód. Półtora tygodnia temu żona pojechała samochodem na jakiś bal księgowych. Wróciła późno w nocy, to już nie wstawiała samochodu do garażu – nie chciało jej się o takiej porze forsować tych „pancernych” drzwi. Tak więc Gosiaczek, samochód, któremu stanie pod chmurką nie przeszkadzało przez dziewięć lat, a rozpieszczony garażowaniem przez kilka tygodni, został znowu na noc na zewnątrz. No i strzeliła focha…

Rano nie dość, że nie otwierały się jedne drzwi, to jeszcze samochód się trząsł, tak, jak rok temu. Gdyby tylko się trząsł, to pojechałbym gdzieś kupić cewkę i sam wymienił, ale drzwi sam nie rozbiorę. Oddałem więc samochód do mechanika i poprosiłem o naprawę tych drzwi i wymianę cewki. Z drzwiami walczył trzy dni – najpierw, żeby otworzyć, a potem musiał jakiś element dorobić u ślusarza, bo inaczej cały zamek do wymiany (a to nie wiadomo kiedy będzie i za ile)… w międzyczasie sprawdził silnik i stwierdził, że to raczej nie cewka. Jego komputer twierdzi, że właściwie wszystko w porządku, ale widać, że nie w porządku, trzeba pojechać do fachowca od renówek. Mnie się jeździć po innych warsztatach nie chciało, zostawiłem to zadanie temu mechanikowi. Niestety, doktor od renówek mógł zbadać Gosiaczka dopiero w poniedziałek. Na weekend więc wziąłem samochód do garażu, żeby w poniedziałek odstawić z powrotem do warsztatu…

W poniedziałek auto nie ruszyło wcale. Dla odmiany akumulator padł… z mechanikiem się dogadałem, że ja podłączę prostownik, a jemu dam klucze do garażu, to sobie za parę godzin zabierze. Zabrał, zawiózł do tego fachmana od francuzów… i dalej nie do końca wiadomo co jest… elektryka niby w porządku, „raczej coś mechanicznego”… we wtorek ma być fachowiec od mechaniki…

Wczoraj odebrałem samochód naprawiony. Co było walnięte? Cewka. Gdybym sam się za to zabrał, to dawno bym naprawił, ;-) ale autorytetu fachowca nie miałem zamiaru podważać (on mógł mieć rację, niewątpliwie na tym zna się lepiej ode mnie) – sam w swoim fachu przecież nie raz miałem podobne wpadki (gdy się wie za dużo czasem problemu szuka się za daleko). Ważne, że samochód już sprawny.

Najwyraźniej padła tania cewka, którą kupiliśmy na Allegro, czyli w samochodzie prawdopodobnie wciąż mamy jeszcze jednego, potencjalnie wadliwego, Sagema… Ciąg dalszy nastąpi?

Dziś zdobyłem sprawność mechanika samochodowego

Miesiąc temu mieliśmy problem z samochodem. Wpadał w wibracje na niskich obrotach. Problem udało się rozwiązać w nieautoryzowanym serwisie Renault, za 200zł. Niestety, wczoraj wieczorem, gdy żonka jechała na gimnastykę dla ciężarówek, stwierdziła, że autko znowu „się trzęsie”.

Przykre, bo to piątek wieczorem, a na weekend wolelibyśmy sprawny samochód. Zadzwoniłem do mechanika „zza płotu”, a on raczej bronił się przed zaglądaniem do samochodu: „to może być któraś z tych bardzo drogich części, to trzeba by pod komputer podłączyć, lepiej, żeby to ten fachowiec od Renault obejrzał… ale jak pan bardzo chce, to może podjechać w poniedziałek albo we wtorek, lepiej we wtorek”. Wtorek mnie nie ratuje. Na „fachowca od Renault” na sobotę nie liczyłem, a poza tym, czy na pewno trzeba kolejne 200zł wydawać? Bo wyglądało na to, że to dokładnie to samo co poprzednio, gdy cewka zapłonowa padła, a na Allegro takie cewki można znaleźć za 70zł…

Postanowiłem więc najpierw samemu się temu przyjrzeć. Poczytałem na Wikipedii o układach zapłonowych, potem spytałem wujka Google o cewki w silnikach Renault 16V i dowiedziałem się, z serwisu dla elektroników, że to powszechny problem w takich samochodach i jak to można próbować naprawić. Wiedząc już gdzie szukać tych cewek i czego się po nich spodziewać zajrzałem pod maskę. Okazało się, że na cztery cewki zapłonowe tylko dwie są takie same. Jedna z pozostałych to zapewne ta wymieniona miesiąc temu, druga musiała być wymieniona jeszcze gdy to teść był właścicielem samochodu (powinni mu wtedy wszystkie wymienić). Oczywiście te dwie „fabryczne” okazały się być marki Sagem. Lepić ich silikonem czy czymś innym jednak nie chciałem. Z ośmioletnim samochodem nie próbowałem nawet jechać na darmową wymianę do autoryzowanego serwisu. Na dostawę z Allegro mógłbym z tydzień czekać… postanowiłem poszukać gdzieś w Gliwicach.

Najpierw pojechaliśmy do Norauto… w końcu taki „hipermarket”, to może ma wszystko. Świece, czy kable zapłonowe były, cewek nie prowadzą. No to pojechaliśmy jeszcze do samochodowego sklepu w centrum. Tam cewki mieli na miejscu, ale za 150zł. Na poniedziałek mogą zamówić nieoryginalne zamienniki za 100zł. Nie chcieliśmy czekać, postanowiliśmy kupić te oryginalne. Teraz czas na chwilę prawdy…

Najpierw wymieniłem tę cewkę, którą podejrzewałem o usterkę (po eksperymentach z odłączaniem kabelków z każdej po kolei). Nic, dalej trzęsło. Pozostała druga. I po wymianie tej drugiej autko odżyło. Nie trzęsie no i moc ma znowu jak należy. :-)

Została nam jeszcze jedna felerna cewka Sagema w silniku… to zamówię sobie na Allegro i będziemy wozić ze sobą zapas. Na razie jeszcze ten Sagem działa.

Przy okazji taki wniosek: wcale te dzisiejsze samochody nie są takie skomplikowane jak niektórzy twierdzą. Układ zapłonowy wręcz wydaje się prostszy… gdyby jeszcze mieć kod źródłowy oprogramowania tego komputera co tym steruje i móc się do niego jakimś gdb podłączyć, to mógłby sobie w tym dłubać, jak jakiś dziadek w swoim „maluchu”. ;-)

No i doigrałem się

Piszę to klęcząc przed komputerem. Gdybym usiadł, to bym miał potem problem
ze wstaniem z krzesła: straszny ból w okolicach krzyża i lewego pośladka….

Bóle krzyża miałem już wcześniej. Na początku sporadycznie. Kilka miesięcy
temu zaczęło mnie to męczyć trochę bardziej regularnie. Po jakiś trzech
miesiącach powracającego, mniejszego i większego bólu, poszedłem do lekarza.
Dowiedziałem się, że teraz wszyscy tak mają, że pewnie mnie przewiało,
że trzy miesiące bólu krzyża to jeszcze nic takiego i dostałem tabletki
przeciwbólowe (Ketoporofen w jakiejś wersji do długotrwałego stosowania).
Łykałem grzecznie przez miesiąc. Trochę pomogło, z czasem bóle właściwie
ustały. Było całkiem nieźle nawet po odstawieniu tabletek. Ale czasem jeszcze
trochę kręgosłup przypominał o sobie.

Pojechaliśmy na wakacje. Pakowanie, siedem godzin jazdy samochodem,
wypakowywanie. Tam znowu mnie pobolewało. Ale co tam… żyć się dało. Jazdy
konnej też sobie nie odmawiałem. Potem powrót. Parę dni w domu i wyjazd do
Warszawy. Tym razem pociągiem, ale za to z wielkim plecakiem. Tam już ból dawał
mi się mocno we znaki. Nawet się zastanawiałem, czy wsiadać na konia… ale
czemu nie, skoro po to do tych znajomych przyjechaliśmy. Droga powrotna. Jako
jedyny facet w przedziale podawałem kobietom bagaże… Następnego dnia w pracy
wstanie z krzesła to był horror…

Już w Warszawie zdecydowałem, że trzeba by się z tym bólem znowu do lekarza
udać. Tym razem do innego niż pan teraz wszyscy tak mają (podobnie
oceniał inne dolegliwości). Do przychodni dotarłem w czwartek. Pani doktor mnie
wysłuchała, obmacała, poruszała gnatami i była bezlitosna: to początek
zmian zwyrodnieniowych i już tak pan będzie miał do końca życia
. Co
gorsza, nie mam powodów jej nie wierzyć… wcześniej googlałem dużo na ten
temat i właściwie wszystko sprowadzało się do tego samego: jak się kręgosłup
zacznie psuć, to pozostaje minimalizowanie i unikanie bólu.

Pani doktór zapisała mi jakiś spray z ketoprofenem (wolę się smarować niż
łykać), poradziła jak ćwiczyć, jak siedzieć, jak leżeć. Dowiedziałem się tego,
czego się też obawiałem: jazdy konnej lepiej unikać. Za to powinienem pływać.
Dostałem też skierowanie na RTG, ale bez większej nadziei, że to coś zmieni.

Wczoraj więc wybrałem się obejrzeć gliwickie baseny. Rowerem, to podobno
też stosunkowo mało obciążające dla kręgosłupa. Zarówno basen na Warszawskiej
jak i ten na Sikorniku wyglądają przyzwoicie. Pierwszy sprawia wrażenie
odrobinę wyższego standardu, jest trochę większy i trochę droższy. Na drugim
jakby mniej ludzi. Będzie trzeba zacząć na któryś z nich chodzić… tylko
szkoda, że pływanie niespecjalnie mnie pociąga.

A wniosek z tej historii? Trzeba było być aktywnym za młodu! Kawał życia
przesiedziałem przed komputerem. Aktywny wypoczynek był mi obcy. Wiecznie się
garbiłem, ale poza zwróceniem mi uwagi, nikt (ani rodzice, ani ja sam) nie
próbował z tym nic zrobić. Jak już zacząłem się ruszać, to pewnie zbyt ostro
(jazda konna nie należy do najłagodniejszych sportów), ani wcale tak dużo
i regularnie. Dobrze, że chociaż nie mam problemów z nadwagą.

P.S. zanim to napisałem do końca, to jednak usiadłem na krześle.

Nowa zabawka żony i inne duperele

Żona przytargała do domu nową zabawkę, jakiś antyk marki Łucznik.
Nawet w sieci jakąś instrukcję do tego udało się znaleźć. A teraz żonka wyżywa
się na moich skarpetka… Czy ma ktoś tak ślicznie pocerowane skarpetki,
maszynowo, białą i czerwoną nitką? ;-)

Poza tym: dzisiaj Mulasty czwarty raz w tym tygodniu był u mechanika
(najpierw wymiana akumulatora, potem diagnoza niejeżdżenia na gaz, potem
wymiana przełącznika gaz/benzyna, a dzisiaj jeszcze coś przy termostacie
powietrza
(nie wiedziałem nawet, że coś takiego jest w samochodzie).
W międzyczasie dostał mu się jeszcze bagażnik dachowy, który dzisiaj został
wypróbowany na choince. Żona jadąc po zabawkę stwierdziła, że autko jakby
zmartwychwstało.

Wracając do choinki… choinkę, jak zwykle, kupiłem większą niż rozsądek
by nakazywał, a dziewczyny, jak zwykle, ślicznie ją udekorowały. Jakiś czas
po postawieniu choinki miałem okazję się przekonać, że czasem nawet mam
refleks. Siedzę sobie przy komputerze, aż coś podejrzanego się dzieje…
wyciągnąłem rękę… i zdołałem złapać choinkę, zanim całkiem się wywróciła.
Tylko jedna bombka się zbiła i to, na szczęście, nie ta z pingwinem.

Uno na mrozie

W końcu siarczyste mrozy trawiły i do nas. W sobotę było jeszcze +5 stopni,
wczoraj i dzisiaj nawet poniżej -20. Wczoraj samochodu nie ruszałem, więc byłem
ciekawy czy dzisiaj do roboty dojadę.

Na szczęście tydzień temu wymieniłem akumulator. Od dawna nie działał jak
należy (jak samochód postał trzy dni i było trochę chłodno, to już nie ruszył). Na
szczęście był na gwarancji i w warsztacie gdzie go kupiłem jak i w hurtowni
gdzie realizowałem reklamacje nikt nie robił problemów. W warsztacie gościu zbadał
akumulator i problem opisał jako czary. W hurtowni drugi stwierdził, że akumulator
jest niedoładowany, ale rzeczywiście coś mu się tam nie podoba. W każdym
razie akumulator wymienili mi na nowy. Na starym dzisiaj bym nie ruszył, nawet gdybym go
przez całą noc ładował.

Przed mrozem zrobiłem jeszcze jedną rzecz która ułatwiła mi dzisiejszy
wyjazd do pracy – napsikałem WD-40 do zamków. Dzięki temu zamek otworzył
się dziś rano bez problemu i nie trzeba było używać odmrażacza… jednak
otworzenie drzwi i tak było problemem – przymarzły na całej długości
uszczelki. Psiknąłem odmrażaczem i puściło.

Silnik, z dużymi oporami, ale zapalił. Kolejnym problemem były szyby.
Zamarznięte na amen z obu stron. Warstwa lodu cieńka, ale tak twarda, że
ciężko ją było zeskrobać. Odmrażacz do szyb w sprayu też niewiele dawał…
conieco udało mi się jednak zeskrobać, na tyle, żeby dało się jechać.

Ruszając przekonałem się, że zamarzło prawie wszystko. Ciężko działała
dźwignia zmiany biegów, przed puszczeniem sprzęgła musiałem przygazować, żeby
rozruszać skrzynię biegów, inaczej silnik by zapewne zgasł. Ciężko działały
nawet kierunkowskazy (montuje ktoś wspomaganie do kierunkowskazów?)
i kierownica. Jednak wszystko działało. Z dużymi oporami, ale działało.

Po drodze lubię słuchać radia, a więc i tym razem je włączyłem. Okazało
się, że gałka głośności zyskała tendencję do ściszania radia, niezależnie od
kierunku kręcenia. Prawy głoiśnik chyba nie grał, a w tym co grało słychać było
trzaski. Do tego radio co jakiś czas wyłączało mi RMFa, aby przełączyć na Zetkę
lub Antyradio (normalnie to tylko dostraja się do różnych częstotliwości tej
samej stacji).

W drodze pojawiła się jeszcze jedna atrakcja. Co jakiś czas zaczynało mi
coś przeraźliwie wyć pod maską, gdzieś po lewej stronie, przy kierownicy. Nie
mam pojęcia co to było, gdy zwalniałem żeby się zatrzymać ucichało i dalej
przez jakiś czas mogłem jechać normalnie.

W drodze powrotnej było podobnie. Nie musiałem, co prawda, skrobać szyb,
i zawyło mi tylko raz, ale drzwi znowu musiałem siłą odrywać (tym razem po
oderwaniu uszczelkę też spryskałem WD-40, najwyżej się rozpuści
;-)). Myślę, że autko, mimo drobnych trudności, spisało się
całkiem nieźle jak na tę pogodę i zasłużyło na pochwałę. ;-)
W końcu cała masa samochodów dzisiaj nie dojechała na miejsce (sam mijałem
kilkanaście takich migających awaryjnymi na poboczach).

Niech żyje zima! Niech żyje komunikacja miejska!

Autko znowu szwankuje – wygląda (czy raczej śmierdzi) na to, że
spaliny dostają się do kabiny. Wolę nie ryzykować jazdy w takich warunkach,
poza tym, to ani trochę nie jest przyjemne. Więc dzisiaj do pracy i z powrotem
podróżowałem komunikacją miejską, a żonka odstawiła samochód do mechanika.

Jak w Gliwicach wyglądało już pokazywałem i opisywałem. Potem trochę
śniegu stopniało, ale wciąż jest ciężko. Szczególnie, że ostatnio znowu padało
bez przerwy. Więc się trochę rano zdziwiłem, gdy autobus przyjechał prawie
punktualnie (chyba 2 minuty spóźnienia). Do pracy też zdążyłem prawie na czas
(bez spóźnienia ten autobus przyjeżdża na styk). Wyszło na to, że
komunikacja miejska całkiem dobrze sobie z zimą radzi.

Po pracy (skończyłem chwilę po 16-tej) udałem się na przystanek
tramwajowy, bo sensowne autobusy o tej porze nie jeżdżą. Potrzebowałem
tramwaju 1 albo 4. Po pięciu minutach
przyjechała piątka. Potem długo, długo nic (chyba z 15-20 minut)… i kolejna
piątka, a zaraz za nią trójka. Czwórki też się pojawiały, ale jakoś tylko
w przeciwnym kierunku. W każdym razie tramwaje jeżdżą, znaczy tory przejezdne
(piątka w tym kierunku jedzie tędy co wyczekiwane tramwaj), więc się nie
zniechęcałem tylko dzielnie czekałem. Po jakimś czasie przyjechała jedynka.
Krótka. Wsiadała tam cała masa ludzi którzy chcieli jechać w tym samym
kierunku co ja, więc ja już się nie pchałem. W końcu czwórka (długa) też musi
przyjechać… znowu długo nic, potem jedynka-widmo (nie zatrzymała się na
przystanku) i, wreszcie, długo wyczekiwana czwórka…

Wsiadłem do tramwaju, grzecznie skasowałem bilet, nawet miejsce siedzące
się znalazło. Przejechałem tak 500m… i wysiadka. Coś się paliło i straż
pożarna zastawiła tory (ale ani żadnej paniki nie było widać, ani żadnego
dymu). Nic nie wskazywało na to, żeby ktokolwiek miał zrobić cokolwiek w celu
przepuszczenia tramwaju. Więc podążyłem w kierunku następnego przystanku
autobusowo/tramwajowego (zawsze to już trochę bliżej domu). Jeszcze zdążyłem
usłyszeć jakąś rozmowę strażaków, z której wynikało, że ktoś komuś drzwi
podpalił.

Na przystanku sporo zniecierpliwionych ludzi. Trochę po stałem, tramwaj
nawet nie mignął na horyzoncie, ale po jakimś czasie przyjechał autobus.
280 – super – prawie pod sam dom. Podobno 20
minut spóźniony, ale mnie to nie martwiło, jakby przyjechał punktualnie, to
bym się nie załapał. Planowałem nie kasować biletu, w końcu za te 500m
w tramwaju zapłaciłem jak za przejazd między dwoma miastami, ale
w 280 jest obsługa konduktorska, co uważam za bardzo dobry
pomysł i tych konduktorów nawet lubię. Więc kupiłem kolejny bilecik i już bez
żadnych niespodzianek pojechałem do domu. Na miejscu byłem około 17:50, a więc
półtorej godziny później niż normalnie wracam z pracy… rewelka.