10 lat…

To już dziesięć lat… może więcej, tylko Jogger zgubił gdzieś starsze wpisy niż ten pierwszy w historii… naprawdę od tego zacząłem?

Z okazji okrągłej rocznicy wypadałoby coś mądrego napisać… ale nie chce mi się, nie mam weny. Ten blog chyba już dawno umarł… ale nie będę mu odłączał aparatury.

Reklamy

Wadliwe obwody

Kolejny raz moja drobna ułomność wprawiła mnie w zakłopotanie…

Poszedłem do sklepu elektronicznego po trochę rezystorów… a tam… kumpel z klasy. Poznaję tę twarz (rzadko mi się to zdarza)… ale kompletnie nie umiem skojarzyć z osobą. Czuję, że to kolega z klasy, ale nie mam pojęcia z której i jak się nazywa. On mnie poznał i skojarzył od razu („Cześć. Ty się w ogóle nie zmieniasz!”). Głupio, czy nie głupio, wypytałem go, któż on i skąd się znamy, bo po poprzednim spotkaniu, z innym znajomym na mieście, pozostały mi tylko domysły kto to był. Imię i nazwisko też skojarzyłem, podobno znamy się i ze szkoły średniej i ze studiów. Fajnie. Wiem już kto to, ale jakoś dalej nie do końca kojarzę…

Nie pierwszy i za pewne nie ostatni raz mam problem z rozpoznawaniem ludzi (jestem pewien, że kiedyś własnej żony albo matki nie poznam). I tak się ostatnio zastanawiam… czy to dlatego, że nieużywany narząd obumiera? W końcu praktycznie nie mam żadnego życia towarzyskiego, przyjaciół, czy chociażby znajomych z którymi wychodziłbym „na piwo”. Z drugiej strony, może brak normalnych kontaktów z ludźmi, to efekt upośledzenia tych podstawowych funkcji społecznych… tak, czy siak, dobrze nie jest…

2012 – perspektywy

Chyba dawno sobie tu solidnie nie pomarudziłem…

Trzy lata temu nowy rok zaczynał się bardzo obiecująco. Ja odzyskałem zdrowie (co miałem sobie wreszcie odbić), większych zobowiązań nie było, żyć nie umierać. Można było wreszcie na jakieś narty się z żonką wybrać, latem pewnie też gdzieś zaszaleć (zaczynając chociażby od Open’Era)… ale najpierw były „ważniejsze rzeczy”, potem duże zmiany i rok był bardziej pracowity niż imprezowy.

Z początkiem kolejnego roku można by stwierdzić, że świat mi się zawalił… ale nawet nie. „Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło”, „gorzej już być nie może”… jakieś powody do optymizmy były. Albo wszystko do końca szlag trafi, co już większej różnicy nie sprawi, albo po prostu zaczynając od tamtej sytuacji zbuduję sobie życie od nowa, po swojemu. W każdym razie najpierw trzeba było się zająć żoną i domem… było ciężko, raczej nie radośnie, ale jakoś to przeszło…

Rok temu sytuacja już była w miarę unormowana… pozostało konsekwentnie sobie to życie układać… marzenia były piękne, realizacja rozsypała się na brutalnej rzeczywistości. W życiu zbyt wiele jest zobowiązań, zazdrości, hipokryzji… Ostatecznie okazało się, że najlepszym sposobem spędzania czasu, jest jego bezproduktywne marnowanie (niech żyją smartfony i gierki na nie!)… Próbowałem rozbujać życie towarzyskie, zyskałem najwyżej jakiś znajomych na FB, próbowałem ożywić swoje projekty programistyczne, ale chyba czas zamienić „The new and shiny XMPP implementation for Python” na „another dead project”…

Zaczyna się rok 2012… a ja nie mam już żadnych postanowień, marzeń, czy planów… No, może jedyny realistyczny plan, to znowu się na OFF Festival wybrać w tym roku, ale przecież nawet to może się sypnąć. Za miesiąc kończę 35 lat… „kiedyś jeszcze będzie dobrze”… ta… ja już będę po czterdziestce…

Kandydaci

Pojutrze wybory… i nawet nie mam wielkich wątpliwości na kogo zagłosować. Na pewno nie na tzw. „faworytów”. Jeden, w kampanii naprawdę się starał, ale jednak nie jest to osoba którą chciałbym widzieć na tym stanowisku. Wystarczy już że jego brat obrażał mnie regularnie w oficjalnych wystąpieniach. Nie chcę prezydenta niektórych (tzw. „prawdziwych”) Polaków.

Drugi, traktowany jako jedyna alternatywa, po prostu przez całą kampanię pracował nad tym, żeby na niego nie głosować. Wpadki, popisy niekompetencji, głupie tłumaczenie się „nie mówiliśmy tego co mówiliśmy” zamiast konsekwentnej obrony swoich poglądów… Te dziecinne fochy przy okazji debaty. Że nie w takiej formie, że nie w tej telewizji itd. itp.
Na społeczne zapytanie o istotne dla tego urzędu sprawy nie raczył udzielić odpowiedzi mimo, że jako Marszałek Sejmu powinien mieć w tej sprawie wiele do powiedzenia. Inni kandydaci nie mieli z tym problemu. Ale może już mu koledzy podpowiedzieli, że lepiej jak nic nie mówi, bo znowu by niekompetencja wyszła?

Kolejny jest pajac Napieralski. Laluś i lanser w jednej osobie. I te jego „diamenciki”… fuuj… Z pozostałych jeszcze tylko Pawlaka można było brać pod uwagę…

I rzeczywiście Pawlak okazał się najbardziej godny uwagi. Jako jedyny, podczas tej kampanii, u mnie nie tracił, a zyskiwał. Daleko mu do idealnego kandydata, ale przynajmniej nie robił z siebie idioty i przynajmniej wspominał o istotnych sprawach. Podobnie jak Napieralski dużo wspominał o „nowych technologiach”, tyle że Pawlak co nieco o tym wie i traktuje to jako poważny element gospodarski, a nie tylko jako metodę lansowania się u młodzieży.

Najbardziej denerwuje mnie te, że wszyscy podchodzą do tych wyborów, jakby chodziło tylko o wybór między Kaczyńskim i Komorowski. Przecież Komorowski nie zaprezentował kompletnie nic. Gdyby go w tej stawce nie było, to sądzę że Kaczyńskiemu dużo głosów by to nie dało. Wydaje my się, że kupa ludzi zagłosuje na Komorowskiego tylko dlatego, żeby nie głosować na Kaczyńskiego… Ale czemu w takim razie akurat na Komorowskiego?! Przecież w wyborach prezydenckich nawet nie mają żadnych podstaw teorie „zmarnowanego głosu”. Od tego jest druga tura, żeby zagłosować na „mniejsze zło”, gdy już nic lepszego nie zostało… Nie mieści mi się w głowie, że to „faworyt”… ale pewnie ludzie głosują na partię, a nie na człowieka.

Wielkim człowiekiem był… bo umarł

Zdarzyła się wielka tragedia. Zgadza się. W katastrofie lotniczej zginęło 96 osób. Zginął prezydent naszego kraju, dowództwo wojska, prezes NBP. Niewątpliwie wielki cios dla naszego kraju.

Od trzech dni więc wszystkie media w kółko powtarzają jaka wielka tragedia się stała… jakiego wspaniałego człowieka straciliśmy. Jakim on wielkim i zasłużonym politykiem, przywódcą, Polakiem był… Dziś dowiedziałem się, że parę prezydencką mają pochować na Wawelu… i szlag mnie trafia!

Co ważniejsze osobistości i media prześcigają się w tym, żeby złożyć hołd tragicznie zmarłym. W szczególności prezydentowi. Nie mówienie źle o zmarłym to już za mało. Trzeba zrobić z niego niezwykłego bohatera, wręcz świętego. A przecież jeszcze tydzień temu raczej przeciętnym prezydentem, niezbyt popularnym człowiekiem. Co też takiego się stało, że stał się wielkim bohaterem? Zginął… A przecież nawet dokładne okoliczności śmierci jeszcze nie są znane.

Czy każdego prezydenta będziemy chować na Wawelu? Gdy Jaruzelski, Wałęsa czy Kwaśniewski umrze, to może liczyć na miejsce w Grobach Królewskich? Zawsze, czy tylko jeśli zginął tragicznie?

Czemu nikt z liczących się osobistości nie ma jaj, żeby powiedzieć, że Lech Kaczyński na miejsce na Wawelu nie koniecznie zasługuje? Że nad tym należałoby się dobrze najpierw zastanowić? Czytam, że „to decyzja rodziny”? A kto zdecydował, że rodzina ma taką opcję? Jak moja rodzina sobie tak zażyczy, to będzie mogła mnie pochować obok prezydentów i króli?

I np. Powązki już nie godne prezydenta?

Zapamiętać!

Nigdy więcej nie kupować myszek A4Tech

I nie ważne, że:

  • Poprzednie doświadczenia z myszkami tego producenta są sprzed wielu lat. Z jakiegoś powodu tak wytrwale się trzymaliśmy OEMowych Logitechów, nie.
  • Że sprzedawca twierdzi, że sprzedaje od lat i nigdy nie było żadnych problemów. Pewnie zawiedzeni klienci po prostu tam nie wracali.
  • Że wydaje się niemożliwe, że jeden z najpopularniejszych producentów może od lat produkować buble. Widać może.

Poprzednim myszkom A4Tech do zgonu potrzebny był upadek z biurka, czy dwa (Logitechy za kilkanaście złotych mogły sobie zlatywać naście razy i nic im nie było), albo kilka miesięcy używania. Dzisiaj kupiona (prosty model, jedna z najtańszych) nie chciała tyle czekać. Po prostu, podłączona do kompa nie działa. Nowe urządzenie USB wykryte, ale nic poza tym. Podłączona do gniazda PS/2 (przez załączoną do myszki przejściówkę) też martwa…

Może mam pecha… ale nawet jeśli to mój osobisty pech, to jednego powinienem się trzymać: Nigdy więcej nie kupować myszek A4Tech

Fajerwerki i rozwalony obiektyw

Dzisiaj po północy wyszedłem porobić zdjęcia fajerwerków puszczanych na osiedlu. Wyszło mi z tego coś takiego:

Noworoczne fajerwerki
Noworoczne fajerwerki

Noworoczne fajerwerki
Noworoczne fajerwerki

… i były to prawdopodobnie ostatnie zdjęcia tym obiektywem.

A wszystko zaczęło się 11 listopada, w Święto Niepodległości. Wtedy po raz pierwszy zorientowaliśmy się, że z naszym kitowym obiektywem Nikona 18-55 jest coś nie tak. Zoom ciężko chodził w jednym kierunku. W drugim normalnie, ale w tym jednym, w pewnym zakresie trzeba było użyć sporej siły. Poza tym działał bez zarzutu. Byłem skłonny od razu z tym pójść do Fotojokera, gdzie kupiliśmy zestaw, żeby oddać do naprawy gwarancyjnej, ale było święto i wszystko zamknięte, a następnego dnia jechałem do Rept. Podczas przepustek, nie obiektyw miałem w głowie, a zanim skończyłem tamtejszą kurację, to skończyła się gwarancja i już jakby mniej nam zależało. Szczególnie, że rzadko używaliśmy tego obiektywu, częściej tele.

No i do dzisiaj nie udało nam się wysłać obiektywu do naprawy, chociaż co jakiś czas sobie o tym przypominaliśmy, gdy przyszło go użyć i ten zoom nas wkurzył… Dzisiaj, do fotografowania sztucznych ogni, też potrzebny był nam dość szeroki kąt, więc założyliśmy ten obiektyw kitowy. I nie było problemu aż za którymś zoom-in nie mogłem już zrobić zoom-out. Zmarzniętymi rękami mogłem użyć większej siły niż zwykle, co i tak nic nie dało… poza tym, że nawet obraz z wizjera znikł. W domu się okazało, że zamiast obiektywu mamy teraz grzechotkę – coś tam w środku lata i całość do niczego się nie nadaje. :-(

Nie wiem nawet, czy to w ogóle da się naprawić. Pewnie spróbuję wysłać do jakiegoś serwisu, ale raczej parę stów (na nowy obiektyw) jestem w plecy…