Nowe miejsce, nowe życie?

Bloga na Joggerze zacząłem prowadzić wiosną 2003 roku, jednak od lat właściwie nic się tam nie pojawiało. Teraz Jogger się zamyka, ale nie chciałbym żeby mój blog zniknął razem z nim. Martwy, nie martwy, ale jednak zawiera kawałek mojego życia.

Prawdę mówiąc trochę brak mi tego własnego miejsca do dzielenia się swoimi przemyśleniami, smutkami i radościami. Jest Facebook, ale to nie to samo. Treści wrzucone na FB znikają gdzieś w jego czeluściach. Znajomi facebookowi to nie to samo co społeczność Joggera. No i wrzucanie czegokolwiek na FB jest takie proste i szybkie, że po co się starać?

Może z tym WordPressem uda się ożywić bloga? Pewnie nie… ale przynajmniej warto tu zostawić resztki z mojego Joggerka.

Cenzura, czy autocenzura?

No i się narobiło… W związku z moim ostatnim wpisem (i tak nie dostępnym dla wszystkich) pojawiły się w stosunku do mnie dwa zarzuty:

  • Że publikuję na swoim blogu coś, co inni uważają za nieodpowiednie.
  • Że cenzuruję komentarze.

No i jestem w kropce… Bo albo powinienem wprowadzić autocenzurę, żeby się komentujący nie mogli przyczepić, albo pozostaje cenzurować komentarze, jeśli jednak pójdą one w kierunku, który mi się nie spodoba (np. zrobi się off-topiczna dyskusja o tym, czy ja szanuję cudze zdanie, czy nie). W sumie, z tych dwóch rzeczy wolę ograniczać „wolność wypowiedzi” niechcianych gości niż swoją. To mój blog i chyba do mnie należy decyzja o tym co tu się znajduje.

Długo miałem szczęście. Właściwie nie musiałem żadnych komentarzy usuwać. Nawet jak dyskusja była gorąca, to zbytnio w nikogo nie uderzała i była na temat, albo zbaczała na temat równie dobry. Usuwanie komentarzy ograniczało się do spamu i jakiejś twórczości „dzieci neostrady”, które trafiły tu przez pomyłkę i nawet po polsku nie umieją pisać. Niestety w końcu nadeszła ta chwila, gdy okazało się, że jednak z trollami trzeba brutalnie. I wcale mi się to nie podoba.

Oczywiście jest jeszcze inne opcje: zamknąć bloga, ograniczyć dostęp do wąskiej grupy użytkowników albo zablokować komentarze. Te jednak odrzucam, bo główną wartością tego miejsca dla mnie jest jednak to, że ktoś to czyta, że mogę poznać zdanie innych na dany temat. Że jednocześnie dzielę się swoją notką z cząstko tutejszego joggerowego społeczeństwa, grupką wirtualnych przyjaciół. Dokładnie niezdefiniowaną grupką. Jakiekolwiek próbowałbym listy dostępu tworzyć, kogoś z tej grupki wykluczę.

Czarne listy też nie mają sensu, bo jak troll się uprze, to i tak znajdzie sposób, żeby uprzykrzyć życie. A nawet jeśli nie, to czy zasługuje na specjalne traktowanie, żeby go aż gdzieś do konfiguracji wpisywać? Poza tym, znowu będę tym złym, który odmawia ludziom prawa do wyrażenia swojego zdania (tylko czemu na moim blogu? wśród moich gości, a nie kolegów trolla?).

No cóż… ostatnio prowadzenie bloga kosztuje mnie trochę za dużo nerwów… ale przecież w końcu znowu się uspokoi i będzie jak dawniej. Pusto i nudno ;).

Blogfrog?

Wczoraj, przeglądając statystyki, zauważyłem że na mojego bloga ktoś
wchodzi z blogfrog.pl. Postanowiłem
sprawdzić co to takiego i podwójnie się zaskoczyłem:

  • Mam tam konto (Firefox podpowiedział hasło) i najwyraźniej samodzielnie
    zarejestrowałem tam kiedyś swojego bloga (zupełnie tego nie pamiętam).
  • Sporo moich wpisów jest tam oceniona, najwyraźniej przez więcej niż jedną osobę – ktoś tego używa.

Z ocen jednak mały dla mnie pożytek, bo wszystkie sprowadzają się właściwie
do przeciętny. Postanowiłem zobaczyć jak tam wyglądają inne znane mi
blogi… i właściwie żadnego nie znalazłem. Chyba jednak aż taki popularny ten
serwis nie jest…

Jak ja nie lubię chamskich prowokacji…

No cóż… znowu dałem się sprowokować. Wystarczy, że jednemu
joggerowiczowi znowu coś ssało na maksa, a ja się z jego zdaniem nie zgodziłem.
Dość ostro, zgadza się. Ale tak już bywa – jeśli ja uważam, że X,
a ktoś pisze, że X to bzdura, a jeśli ktoś uważa inaczej, to dał się
zmanipulować
, nie podając przy tym żadnego argumentu na to, że X to
faktycznie bzdura, to trochę się denerwuję i żądam konkretów… Ale to
wszystko, w założeniu, w celu rozpoczęcia dyskusji – jak będą argumenty,
to będę mógł się do nich odnieść, a może nawet dam się przekonać (chociaż mam
wrażenie, że to raczej autora należałoby wyprowadzić z błędu)…

Oczywiście konkretów nie dostałem, bo autor tylko czekał, aż ktoś mu
napisze, że się myli, najlepiej w mało wyszukany sposób. W ten sposób autor
wpisu może ponownie pokazać, jak go wszyscy nienawidzą… a w szczególności
ten, kto śmiał spróbować podyskutować na temat wpisu (czy nie do tego są
komentarze pod wpisami?). Okazuje się, że krytyczny komentarz (co prawda
napisany pod wpływem złości) jest atakiem na autora wpisu, a jednocześnie wpis
(sugerujący, że między innymi ja zostałem zmanipulowany) nie jest atakiem na
nikogo…

Najgorsze, że nie można otwarcie (ten wpis jest na poziomie trzecim)
powiedzieć co się o tym myśli, bo to będzie kolejny argument w ręku
poszkodowanego… W końcu ja go nienawidzę… Zgadza się, nie
znoszę takiego podejścia do świata, tego EMO-egocentryzmu (nie
znoszę też paru cech swojego charakteru), ale do osoby nie żywię żadnych
gwałtownych uczuć. Może nawet odrobina sympatii by się znalazła (jednak
z każdym takim incydentem coraz mniej).

Czy tylko mnie to wkurza? Czy tylko ja jestem taki dziwny, że pod swoimi
wpisami oczekuję także krytyki, najlepiej konstruktywnej? Że przedstawiając
swoje zdanie na jakiś temat liczę się z tym, że zostanę zjechany przez
zwolenników przeciwnych poglądów? Że zakładam, że komentarze odnoszą się do
wpisu i konkretnego tematu, a nie do mnie osobiście? I że oczekuję tego samego
od innych?