Dwa tygodnie bez opieki

Dwa tygodnie temu, dokładnie to 17 sierpnia po południu, wyjechaliśmy na rodzinne wczasy. To znaczy, że przez dwa tygodnie nie mogłem doglądać moich roślinek w biurze. Nie chciałem też, żeby ktoś mi się kręcił po biurze, a jasnym było, że dwa tygodnie bez podlewania to trochę dla nich za dużo… trzeba było coś wykombinować…

„Patent” z odwróconą butelką wsadzoną w doniczkę sprawdzałem i nie zdawał egzaminu – albo cała woda przelatywała przez doniczkę od razu (butelka bez zakrętki), albo nie leciała wcale (butelka z dziurką). W domu też wypróbowałem urządzenie w postaci ceramicznego stożka wsadzanego w doniczkę, połączonego rurką ze zbiornikiem z wodą, kupione w sklepie ogrodniczym – efekt taki sam jak w przypadku butelki bez zakrętki. Kiedyś w sieci znalazłem jeszcze jedno rozwiązanie, które, wydawało mi się, mogło zadziałać: Self-regulating watering system

Kupiłem więc na Allegro duże kuwety i zacząłem zbierać butelki po wodzie mineralnej – duże (1.5 l) i bardzo duże (5 l). Dzień przed wyjazdem zmontowałem system: ustawiłem kuwety na podłodze, wstawiłem w nie doniczki, podlałem i wlałem do każdej kuwety warstwę wody. W butelkach napełnionych wodą zrobiłem dziurki (dość duże – wcześniej sprawdziłem, że mała niespecjalnie działa) nieco powyżej dna i postawiłem butelki obok doniczek. Dodatkowo połączyłem kuwety ze sobą kawałkami sznurka odciętymi od mopa, kamyczkami dociśniętymi do dna.

System nawadniający

W dzień wyjazdu byłem jeszcze w pracy, to mogłem zobaczyć czy system się uruchomił. Jeden baniaczek i jedna butelka były do połowy puste, reszta wciąż pełna. Poziom wody w kuwetach różnych, ale w żadnej nie było sucho. Sznureczki łączące kuwety wilgotne. Dalekie to było od ideału i mogło znaczyć, że system nie działa, ale mogło być też wynikiem krzywej podłogi i różnej wysokości dziurek w butelkach. Jeśli to to drugie, to „samoregulacja” z czasem powinna załatwić sprawę (po opróżnieniu jednej butelki powinna się zacząć opróżniać druga). Pozostało mi już tylko zaufać tej konstrukcji.

Przygotowując samopodlewanie zauważyłem, że znowu czerwce wróciły… to korzystając z okazji, że i tak w najbliższym czasie nie będę nic z tego jadł, ani siedział w skażonym pokoju, to tuż przed wyjazdem jeszcze spryskałem roślinki pestycydem.

Wakacje się udały – dwa tygodnie miłego szeroko pojętego nic nierobienia.

Pozdrowienia znad morza ;) Krysia na plaży Ptaszek na plaży
Widok z latarni morskiej w Gąskach Zachód słońca Na statku

(więcej w wakacyjnym secie na Flickr)

Wczoraj wieczorem wróciliśmy i dzisiaj rano popędziłem do biura sprawdzić jak się czują moje roślinki. Spodziewałem się wszystkiego – zasuszonych badyli, lub przegniłych roślin. A tu zaskoczenie – papryczki mają się tak, jakby nic się nie stało:

Papryczki i pomidorek po 2 tygodniach bez opieki

Trochę wody było tylko w jednej małej i jednej dużej butelce, w jednej kuwecie wciąż woda stała (w tej, w której na początku było najwięcej – chyba jednak krzywa podłoga). We wszystkich doniczkach było wciąż mokro – jeszcze z tydzień by mogły tak postać. „Cayenne” uginało się pod nowymi owocami, na Tabasco, Twilight i na fuju masa dojrzałych owoców. Tylko Habanero skromnie – dwie nowe zielone papryczki. W każdym razie jestem bardzo zadowolony… i wciąż czeka mnie trudna decyzja, które roślinki przezimować, a których się pozbyć…

Gotowanie ekstremalne ;)

Uprawiam swoje papryczki nie tylko dla towarzystwa w biurze, ale i, ostatecznie, do konsumpcji. Pierwsze papryczki, jeszcze zielone „Cayenne” (*) zebrałem w drugiej połowie czerwca, przed pierwszymi opryskami. Były jeszcze zielone, ale już duże i, jak się okazało, smaczne. Ostre, bardzo chrupiące i z intensywnym aromatem zielonej papryki. Potem okazało się, że do pełnej dojrzałości brakowało im jeszcze 3 tygodni, ale i te zielone świetnie się nadały na chilli con carne.

chilli con carne

Po krojeniu tych papryczek jeszcze przez parę godzin piekły mnie opuszki palców. Samo chilli con carne okazało się umiarkowanie ostre i bardzo smaczne.

Te „cayenne”, zielone i czerwone, dodawałem sobie jeszcze do różnych innych potraw, zawsze zadowolony z rezultatu. W końcu dojrzały też pierwsze habanero. Tych szkoda byłoby po prostu wrzucić do chilli con carne, czy innej potrawy, bo podobno mają „wspaniały owocowy aromat” (a poza tym są piekielnie ostre) i wypadałoby spróbować to docenić… W tym celu wyszukałem przepis na habanero salsa i dostosowałem do tego co miałem (piszę z pamięci):

dwie papryczki habanero i jeden duży ząbek czosnku opiekłem z każdej strony pod grillem w piekarniku. Gdy ostygły czosnek obrałem i roztarłem wszystko widelcem (za mało tego do użycia blendera, a moździerza nie mam) z pół łyżeczki soli. Potem dodałem soku z jednej niezbyt soczystej cytryny. Wymieszałem i wyszło z tego niewiele więcej niż łyżka salsy. Zabrałem się do tego z nachosami z Lidla (które okazały się paskudne jak wszelkie inne chipsy z Lidla) i chrupkim pieczywem… zalany potem i łzami wymiękłem w połowie. Ale na swój sposób było dobre :-)

habanero salsa konsumpcja salsy

Tym razem palce nie piekły, bo znając uwagi z podobnych przepisów i po doświadczeniach z „cayenne” użyłem lateksowych rękawiczek. Resztę zjadłem następnego dnia z pierogami… tym razem weszło gładko i muszę przyznać, że bardzo mi ta kombinacja odpowiada.

W tym tygodniu zbiory moich papryczek osiągnęły punkt kulminacyjny. Dojrzały też pierwsze tabasco… uznałem, że to już czas na przygotowanie jakiś przetworów na później. Znalazłem przepis na sos z papryczek Scotch Bonnet, który podobno sprawdza się i z habanero. Samych habanero bym chyba 100g nie uzbierał, więc użyłem wszystkich dojrzałych papryczek jakie wczoraj miałem – głównie habanero, ale też parę „cayenne”, dwie twilight i z cztery tabasco…

Papryczki obrałem, usunąłem nasiona – precyzyjna i żmudna robota, bo chciałem w sosie zachować maksimum ostrości i minimum nasion (większość kapsaicyny jest w błonie trzymającej nasiona) i pokroiłem na kawałeczki. Oczywiście użyłem lateksowych rękawiczek, które przy tym nabrały groźnego, czerwono-pomarańczowego koloru. Wyszło 125 gram pokrojonych papryczek. Do dalszego ich rozdrobnienia użyłem blendera… i w tym momencie pożałowałem, że nie miałem maseczki na twarzy… Momentalnie nos się wypełnił i zaczął swiędzieć (oczywiście nie śmiałem nawet go dotknąć dłonią), a także dopadł mnie paskudny kaszel i trudno było wziąć oddech… chyba już wiem jak działa gaz pieprzowy… na szczęście nie prysnęło mi do oka… Dalej kontynuowałem zasłaniając garnuszek przy miksowaniu ręcznikiem papierowym i jakoś udało mi się większość papryczek rozdrobnić. Oczyściłem mniej-więcej teren walki, wywaliłem rękawiczki i poszedłem się ratować do łazienki…

Po trzykrotnym umyciu rąk mydłem uznałem że bezpiecznie mogę spłukać twarz… niestety, chyba udało mi się jakąś drobinę przenieść do oka… nie było to przyjemne… oczy też nie wyglądały przyjemnie i ciężko było w ogóle patrzeć… Jakoś napisałem do Iki SMSa z prośbą o jakieś krople do oczu (może coś pomogą) i kontynuowałem płukanie… i w końcu znowu dało się funkcjonować (bez kropelek). :-)

Wróciłem do papryczek, przerzuciłem na małą patelnię, dodałem 125 ml octu z czerwonego wina i 3 łyżeczki soli. Doprowadziłem do wrzenia i gotowałem na małym ogniu z 10 minut, aż zgęstniało trochę i wyglądało, że niedługo zacznie wysychać. Pachniało już przy tym odrobinę karmelem. Wtedy dolałem 125 ml wody z 3 łyżeczkami brązowego cukru. Gotowałem jeszcze przez jakieś 5 minut, aż znowu zgęstniało. Gdy trochę przestygło przelałem do garnuszka i zmiksowałem blenderem na jednolitą papkę. Sosik był gotowy, pozostało przelać do wyparzonych słoiczków i buteleczek.

Pierwsze przetwory z moich papryczek

Wyszło tego coś około 150ml – ale to co widać na obrazku to nie wszystko (słoiczki i buteleczka są naprawdę malutkie) – w lodówce, w miseczce i w ex-solniczce mam jeszcze trochę do bezpośredniego spożycia. Zdążyłem już oczywiście trochę spróbować – i wyszło super! Nawet Ika troszkę spróbowała i stwierdziła, że lepsze niż Tabasco. Mnie też się tak wydaje – pali podobnie, a jednocześnie ma subtelniejszy, przyjemniejszy smak. Ciekawe jakie będzie, gdy się otworzy słoiczek za parę miesięcy (o ile dotrwa)…

(*) mam wrażenie że to moje „cayenne”, to jednak nie cayenne… wszędzie piszą, ze cayenne ma wyjątkowo cienkie ścianki i przez to się najbardziej nadaje do suszenia… a moje są wyjątkowo mięsiste (cienkie ścianki to habanero mają – praktycznie puste w środku). No cóż, nie kupiłem nasion cayenne, tylko posiałem to co wydłubałem z czegoś co znalazłem w warzywniaku pod nazwą „ostra papryka” – uznałem że to cayenne, ze względu na kształt.

Moje maleństwa… tęskniły za mną…

Wyjeżdżając na festiwal zostawiłem swoje roślinki na całe cztery dni… przeżyły, chociaż były już trochę spragnione, a Habanero nawet dojrzały pięknie…

Habanero Habanero
Cayenne Cayenne

Co ja zrobię z taką ilością chilli? :-) Szczególnie, że ostrości w jednym tylko owocu Habanero to mi pewnie na miesiąc starczy…;-)

A na roślinkach znalazłem dzisiaj jeszcze taką niespodziankę:

A ten, co tu robi? A ten, co tu robi?

A oto dzisiejsze zbiory:

Zbiory 2012-07-17

Kolory Ostrawy

Pierwszy zagraniczny festiwal mam za sobą. :-) Niby żadna zagranica, skoro już dalej miałem na Coke Live Festival w Krakowie… ale jednak.

Miejsce

Ostrawa, jest w Czechach, ale prawie jak pod domem. Około 80 km, a gdy zimą kupowałem bilety, to liczyłem na to, że będę miał gotową autostradę – od Gliwic, do Ostrawy. W 45 minut byłbym na miejscu, jeśli nie wcześniej… No ale coś z jakimś mostem poszło nie tak i autostrady nie będzie jeszcze przez rok. Pojechałem więc tym odcinkem do Świerklan, a wracałem zupełnie omijając A1 – bez większej różnicy, bo i tak najgorsze to okolice Wodzisławia, które tak, czy siak przejechać trzeba było.

Sam festiwal Colours of Ostrava odbywał się w miejscu zwanym Dolní oblast Vítkovice – to teren dawnego kompleksu górniczo-hutniczego. Wciąż pozostawiono tam dużo pozostałości starych instalacji, co zapewniało niesamowity industrialny klimat.

Colours of Ostrava 2012 Colours of Ostrava 2012 Colours of Ostrava 2012

Niestety, takie miejsce ma i swoje wady. Niewiele było tam trawy, tylko miejscami beton, a w większości żużel. Błoto się nie robiło, ale ciężko na tym usiąść, a i stania, i chodzenia po tym stopy mają dość. Na polu namiotowym trawa była, ale chyba posadzona na takim samym żużlu – ciężko było szpilki od namiotu w to wbić, ja próbując poraniłem sobie ręce (zanim wpadłem na to, że lepiej butem, to już miałem dwa wielkie odciski pęknięte)…

Line-up

Kupiłem bilet na ten festiwal przede wszystkim ze względu na Björk… niestety rozbolało ją gardełko i już wiosną ogłosiła, że w Ostrawie jej nie będzie (to w Gdyni klimat łagodniejszy?)… jednak jak już bilet miałem, to czemu miałbym rezygnować? To cztery dni koncertów, co tam jeden wykonawca…

I było warto. Dużo fajnej muzyki… ale jeśli o mnie chodzi, to raczej nie na głównych scenach. Większość headlinerów zagrała świetnie… ale niekoniecznie to co mnie się podoba. Bobby McFerrin ze swoim zespołem robili cuda tylko za pomocą głosu, The Flaming Lips dali znowu niezłe przedstawienie (chociaż na OFFie chyba byli nieco lepsi), przy paru koncertach można było się pokiwać. Ale przy dwóch głównych scenach na dłużej zatrzymali mnie tylko Goodfellas i Infected Mushroom

Zostałbym na całym koncercie ZAZ, bo dziewczyna rzeczywiście niesamowita… ale chciałem dać też szansę Dánjal na małej scenie… i dobrze, bo szkoda by było tego nie zobaczyć. I w przeciwieństwie do piosenek ZAZ to rozumiałem :-)

Na Alanis Morissette zostałem stanowczo za długo… Wyszedłem z założenia że Gangpol & Mit już widziałem, a Alanis kiedyś „słuchałem” (miałem kasetę) i takiej gwiazdy nie można przegapić… ale koncert IMHO wypadł kiepsko. Może w dwóch utworach, gdy akurat orkiestra siedziała w miarę cicho, a Alanis nie urządzała „karaoke”, to było słychać ten głos i tę muzykę, którą pamiętam… Ale poza tym, to łomot basisty i perkusisty i wokalistka mrucząca coś pod nosem, jedno nie bardzo pasujące do drugiego. Nie wiem, czy zawinił zespół, aranżacja, akustyk czy sama Alanis, ale raczej coś poszło nie tak… a gdybym od razu poszedł na Gangpol & Mit, to wybawiłbym się przez godzinę jak przez te ostatnie 15 minut ich koncertu… i nawet było coś innego niż na OFFie. I dalej nie wiem jakim cudem mi się to podoba 🙂

Zaraz po Gangpol & Mit było kolejne „cudowane dup-dup, które mi się podoba” – tym razem czeskie Midi Lidi. Wyszło trzech gostków, wyglądających trochę nieporządnie, jakby przechodzili tylko obok… ale jak zagrali… któraś godzina trzeciego dnia festiwalu, a nie można było nie tańczyć. Wyszedłem przed końcem tylko, żeby sprawdzić kolejną gwiazdę – Animal Collective, ale i tak zaraz wróciłem przed małą scenę na Acollective (ciekawy zbieg okoliczności, czy organizator zaprosił obie kapele, bo nie wiedział o którą komuś chodzi? ;-)).

Wygląda na to, że sobota była najlepsza, bo trzy akapity jej poświęciłem :-), ale trzeba wspomnieć i pozostałe „odkrycia”. W czwartek – Babalet czeskie dziadki grające Reggae, ale jak! Po prostu mnóstwo pozytywnej energii. W piątek – Sea and Air, GaBlé i Kill The Dandies! (szczególnie to ostatnie). W niedzielę przede wszystkim Sothein – bardzo żałuję, że trafiłem tylko na samą końcówkę. Jak reszta koncertu wyglądała tak samo… ech… no po prostu czad!

Colours of Ostrava 2012 – Sea and Air Colours of Ostrava 2012 – Dánjal Colours of Ostrawa 2012

Polskim towarem eksportowym był tam punk, w wykonaniu zespołu R.U.T.A (którego też wcześniej nie znałem)… no cóż… punk lubię czasem bardziej, czasem mniej, ale rozumienie tekstu niekoniecznie pomaga w odbiorze ;-) – nie było powodu, żeby na tym zostać zamiast sprawdzać co na innych scenach.

Język

Nie oczekiwałem w Czechach problemów językowych – angielski przecież znają wszędzie, a Polak Czecha jak i Czech Polaka jakoś zrozumie i bez innych języków. I rzeczywiście, często bez problemu można się było dogadać po angielsku (ale nie z ochroną, i niekoniecznie przy wszystkich stoiskach festiwalowych), a jak nie, to zwykle wystarczyło mówić po polsku i przyjmować odpowiedź po czesku i jakoś to szło (ale jakoś tak fajniej gdy obie strony mówią tym samym językiem).

Sam festiwal nie był jednak zbytnio przygotowany na zagranicznych gości. Miejscami były informacje po angielsku („prysznic” itp.), ale np. przewodnik festiwalowy był w większości tylko po czesku i zupełnie pomijał opis czeskich wykonawców – więc był niezbyt przydatny dla obcokrajowców. W pewnym momencie trafiłem na jakieś przestawienie, wydawało mi się, że taneczne (jakieś „Dance cośtam” było w opisie)… a tu jakaś baba wyszła na scenę i coś wykrzykiwała po czesku przez 20 minut, kilka razy wychodząc, żeby zaraz potem znowu wrócić… inni Polacy na sali też byli zachwyceni… nic tam „czeski film”… idźcie na czeski balet! ;-). Potem nawet ktoś tańczył i to było nawet niezłe – raczej kabaret niż balet, ale zabawny (kulawa baletnica, dwie ślepe baletnice i chorobliwie nieśmiała baletnica).

Ciężko tylko było przyjąć do wiadomości, że „paresat” to pięćdziesiąt… nawet ciężej niż to, że „čerstvý” to „świeży”.

Jedzenie

Tu nie spodziewałem się rewelacji. U nas każdy festiwal kiełbaskami z grilla stoi – czemu tam by miało być inaczej? Co by mogło tam być, te knedliczki którymi wszyscy straszą? Knedliczków nie widziałem, tylko raz słyszałem, gdy któryś z wykonawców ze sceny „knedliczki knedliczki” krzyczał… Ale oferta gastronomiczna bardzo się różniła od naszej…

Różne Bramboráki, Lángoše i Halušky wyglądały nawet zachęcająco, to zaryzykowałem… i dobre to było! :-) Ze słodkości – trdelniki. Poza tym parzyli tam świetną herbatę (nie to co zwykle u nas – ekspresowa zalana wrzątkiem, albo, co gorsza, przesłodzone coś z wielkiego termosu). Do picia też Kofola, lana do wielorazowych kubków, jak piwo – niestety lanej („ciepowanej”) zabrakło zanim mi przyszło kubka użyć po raz kolejny…

Bramboraki i langosze Colours of Ostrava – Kofola ciepowana ;) Haluški
Trdelniki Trdelnik

Ja tam nie piję, ale alkoholu też było tam dużo, może więcej niż u nas. Bo nie tylko budki z piwem na całym terenie, ale jeszcze winiarnie i różne drink-bary. Ale pijanych, rozrabiających ludzi się praktycznie nie widziało – z tym u nas jest chyba znacznie gorzej.

Inne atrakcje

Oprócz koncertów na terenie festiwalu, był test „festiwal ulicy” – małe koncerciki na ulicach Ostrawy i w centrum handlowym Forum Nova Karolina. I bardzo fajnie grali.

Untitled Colours of Ostrava 2012

Poza koncercikami przed centrum handlowym były też rozstawione „muzyczne stoiska” – sprzedaż i naprawa instrumentów (można było zobaczyć lutnika przy pracy) itp. Był tam też duży namiot, którego zawartość szczególnie mnie zainteresowała – mieli tam konsole Play Station z podłączonymi normalnymi gitarami elektrycznymi. Była tam włączona gra Rocksmith – coś jak „Guitar Hero”, tylko właśnie z prawdziwą gitarą. Pobawiłem się tym trochę i rzeczywiście to coś zupełnie innego niż GH, chyba fajniejsze, a na pewno mające więcej wspólnego z graniem na gitarze. Mnie oczywiście pozwolono grać tylko ze słuchawkami, ale jak ktoś umiał, to mógł grać na głos.

Colours of Ostrava 2012 Colours of Ostrava 2012

Wspomniałem na początku o industrialnych klimatach i pokazałem część żelastwa co tam stało… Ale tego nie trzeba było tylko oglądać z dołu – jeden wielki piec jest udostępniony do zwiedzania. Podczas festiwalu wycieczki wjeżdżały tam non stop, nawet po północy… sam też się tam wybrałem w piątek około południa

Na górę wjeżdża się tą samą drogą, którą wciągane były materiały do produkcji żelaza – ruda, wapień, koks. Tyle, że winda tam teraz jest osobowa. Potem wyżej można było wejść po schodach. Tam zrozumiałem czemu to się nazywa „wielki piec” ;-) Naprawdę robi wrażenie. W różnych miejscach konstrukcji stali przewodnicy i opowiadali turystom co gdzie jest i jak to działało. Z niektórymi można było porozmawiać po angielsku, dwie osoby były w stanie nawet sensownie w tym języku opowiadać. Najdłużej porozmawiałem sobie z pewną panią u wylotu pieca – głównie po angielsku, ale pomagaliśmy sobie też polskim i czeskim. Oprócz metalurgii omówiliśmy też radiową Trójkę i „weczerniczek” 😉

Untitled Untitled Untitled
Untitled Untitled Untitled

Na zdjęciu widać wielki zbiornik gazu – teraz gazu tam nie ma, ale jest wielka sala koncertowa.

Attack continues, security system deployed, systems operational

Dwa tygodnie temu czerwca wróciły. Wyciągnąłem wnioski z poprzedniego razu i po odpowiednią broń chemiczną udałem się do pobliskiego sklepu ogrodniczego. Zrobiłem opryski, nalepiłem na każdą doniczkę nalepkę z trupimi czaszkami i komunikatem „karencja do 03.07.2012” i czekałem na efekty… Ale wcześniej, jeszcze przed pryskaniem, zebrałem kilka papryczek Cayenne (jeszcze zielonych, ale już pełnowymiarowych) i dla Iki wszystkie dojrzałe „fuj”.

Papryczki były bardzo dobre, kolega potwierdza, że „dają radę, palą gębę”. Roślinki też dały radę, a insekty jakby odpuściły…

Wczoraj okres karencji się skończył, mógłbym kontynuować zbiory, ale właściwie wszystko ciągle zielone. No, poza paroma pomidorkami (jeden nie dotrwał i wyszedł z siebie przed końcem okresu ochronnego) i trzema Twilight ocalałymi z pogromu, ale Twilight są ozdobne, więc niech zostaną dla ozdoby…

Pierwsze czerwone papryczki Twilight

Dzisiaj focąc swoje uprawy odkryłem, że niestety czerwce wróciły… znowu tego pełno na tym Twilight. Albo przetrwały jakieś wyjątkowo odporne skurczybyki, albo gdzieś jakieś jaja zostało i się tyle tego wykluło… tak, czy siak trzeba kontynuować terapię…

Twilight Twilight wciąż kwitnie, ale znowu chore

Kupiłem nowy specyfik (podobno lepiej używać różnych niż powtarzać opryski ciągle tym samym), tym razem z serii „Bayer Twoja działka” (czy tylko mi się to kojarzy z innymi produktami tego przemysłu?), o jedynie 3-dniowym okresie karencji. Więc już nie ma strachu, że coś mi dojrzeje, gdy nie będzie można zbierać. A Cayenne już chyba blisko…

Papryczki Cayenne Papryczki Cayenne już duże

Tabasco się rozszalało, nie dość że urosło strasznie (myślałem, że to będzie małe, jak Twilight) to kwitnie i owocuje. Te owocka dla odmiany prawie żółte na początek…

Szalone Tabasco Młode owoce Tabasco

Jak Habanero swego czasu zaszalało z kwiatami i owocami, to potem się uspokoiło, przestało kwitnąć i co jakiś czas gubi jakiś owoc… ale i tak wciąż tego dużo…

Habanero Owoce Habanero

Dzisiaj znowu mnie odwiedziła ochrona budynku… tym razem, gdy byłem w biurze. I teraz byli zachwyceni moimi roślinkami… a naczelnikowi pokazałem jak zapylam kwiatki (bo się zainteresował, gdy druga strażniczka spytała czy ja sam) ;-)

Uprawy na oknie

The system has been attacked

Niecałe dwa tygodnie temu coś mnie zaniepokoiło. Na liściach Twilight pojawił się jakiś podejrzany nalot, a na niektórych także brzydkie brązowe plamy. To wszystko doszło do drobnych przezroczystych plamek na liściach, które były wcześniej, ale jeszcze mnie nie zaniepokoiły. Białe coś w dotyku trochę przypominało piasek, ale się dość dobrze trzymało liścia.

Jakieś paskudztwo na Twilight :-( Jakieś paskudztwo na Twilight :-( Jakieś paskudztwo na Twilight :-(

Poza tym roślina wyglądała całkiem zdrowo, kwitła i owocowała. Mimo wszystko postanowiłem to sprawdzić i coś z tym zrobić. Najpierw próbowałem z Google… Wyszło mi, że to może być powdery mildew, taki grzyb, ale nie było to nic pewnego. Postanowiłem spytać więc speców od ogrodnictwa na StackExchange. Szybko w komentarzach do mojego pytania zasugerowano, że to raczej czerwce, wyjątkowe paskudztwo. Te brązowe plamy to podobno dorosłe osobniki (trudno mi było w to uwierzyć gdy oglądałem potem te plamy), młodsze są niezauważalne gołym okiem.

Poczytałem tam sugerowane leczenie, poszukałem też innych materiałów w sieci i wyszło mi, że trzeba to zwalczać stanowczo. Na początek jednak, zamiast kupić odpowiednio zabójczą chemię w ogrodniczym, postanowiłem użyć kuracji „organicznej”, opartej na roztworze mydła i octu…

Wyczyściłem roślinkę przygotowaną miksturą, wypłukałem i nie wyglądała nawet źle. Większość białego paskudztwa znikła, zostały po nim tylko bledsze plamki na liściach. Po godzinie zwiędły dwa liście. No cóż, może je za bardzo wytarmosiłem podczas zabiegu… Niestety, kilka godzin później zwiędnięte było praktycznie wszystko. Następnego dnia było jasne, że większość liści i część pędów jest martwa. Czerwce by tego tak sprawnie nie załatwiły… :-(

Pewnie mikstura była za mocna (za dużo mydła lub/i octu), może roślinka za delikatna na taką miksturę, może niedokładnie ją opłukałem. A może wszystko na raz. W każdym razie spieprzyłem sprawę strasznie. Właściwie, to mógłbym tą roślinę wyrzucić, ale postanowiłem dać jej jeszcze szansę. Jakieś tam ostatnie dwa malutkie zielone listki gdzieś się ostały, a dwa inne zwiędły tylko w jakiś 80%…

Wyciąłem co było ewidentnie martwe, podlałem porządnie, żeby wypłukać cokolwiek co się mogło do ziemi dostać i postawiłem roślinkę przy oknie, ale z dala od pozostałych, jakby jeszcze mogła zarażać… Półtora tygodnia po wypadku wygląda tak:

Twilight po przejściach

Niewątpliwie, „ozdobną” roślinkę mam (Twilight to odmiana ozdobna, reszta była dedykowana do jedzenia)…

Na razie na pozostałych roślinkach nie widać niepokojących objawów, a przynajmniej podobnych do tego, co dolegało Twilightowi. Wciąż możliwe, że część insektów przeżyła i gdzieś żerują niezauważone, więc muszę bacznie obserwować. Ale następnym razem kupuję broń chemiczną w sklepie, a nie bawię się w samoróbki.

The final deployment

Przyszedł maj – czas żeby papryczki przesadzić. W moim przypadku nie do gruntu (z tym i tak by trzeba było jeszcze Zimną Zośkę przeczekać), ale do ostatecznych doniczek. Internet podpowiada, że papryczki potrzebują minimum 10-calowe doniczki, lepiej większe, ale ozdobne odmiany dadzą radę i w mniejszych. Wyszło mi, że potrzebuję minimum 25-centymetrowe, a dla największych roślin 30cm. Okazało się, że to co kupiłem jako 28cm ma 25cm, a to co miało być 30cm, ma 26… no cóż, musi wystarczyć. Przynajmniej na oknie się zmieści.

Przed przesadzaniem było tak:

Przed przesadzeniem

Zacząłem od prawej. Najpierw pomidorek. Okazało się, że w samą porę się za to zabrałem, bo już mu było ciasno w doniczce…

Kwiatki i pomidorki
Pomidorek przed przesadzeniem Bryła korzeniowa pomidorka Pomidorek po przesadzeniu

Potem Twilight (odmiana ozdobna), ten dostał najmniejszą doniczkę (22cm górnej wewnętrznej średnicy) i chyba słusznie, bo stara nie była tak korzeniami przerośnięta jeszcze. A tak w ogóle, to mam już pierwsze papryczki: :-)

Kwiatki i papryczki Twilight
Twilight przed przesadzeniem Twilight po przesadzeniu

Potem było Cayenne – największa z moich roślin, co to nie może się zdecydować, czy jej dobrze (rośnie najszybciej), czy źle (zgubiła parę pączków, a liście jej wiszą, jak grzywka u emo)…

Pączki kwiatowe Cayenne
Cayenne przed przesadzeniem Bryła korzeniowa Cayenne Cayenne po przesadzeniu

Następne Habanero… też się zbiera do kwitnienia…

Pączki kwiatowe Habanero
Habanero przed przesadzeniem Bryła korzeniowa Habanero Habanero po przesadzeniu

W tym miejscu musiałem zrobić przerwę, bo ziemi zabrakło. Po drugim śniadaniu, gdy uzupełniłem braki, mogłem kontynuować z Tabasco. Mam dwa Tabasco, bo jedna roślina była poważnie uszkodzona i nie wiedziałem, czy przeżyje, ale jak widać radzi sobie świetnie, chociaż jeszcze nie zbiera się do kwitnienia:

Tabasco 2 z bliska
Tabasco 2 przed przesadzeniem Bryła korzeniowa Tabasco 2 Tabasco 2 po przesadzeniu

Co ciekawe, jak pomidorek i pozostałe papryczki, za każdym razem gdy były przesadzane głębiej, to wypuszczały nowe korzenie przy powierzchni gleby. Tabasco wydaje się mieć korzenie tylko na dole. A zdrowe Tabasco wygląda podobnie jak to tyrpnięte – jest tylko odrobinę wyższe i ma jeden główny pęd:

Tabasco 1 z bliska
Tabasco 1 przed przesadzeniem Bryła korzeniowa Tabasco 1 Tabasco 1 po przesadzeniu

W sumie poszło na to wszystko prawie 40 litrów ziemi, 3 litry keramzytu i z kolejne 3 innej keramzyto-podobnej glinki… Na oknie to wygląda teraz tak:

Po przesadzeniu