Krysia założyła mi ścierkę na głowę i stwierdziła: Wyglądasz jak
.
Bozia!
Powrót kaczuszki
Moje zdjęcie z kaczuszką obiegło już pół świata. Nie mogłem tego tak
zostawić. Musiałem się zemścić!
Rysowanie na ekranie
Aby dziecko czymś zająć odpaliłem Krysi Tux Painta. Już kiedyś
jej to pokazywałem, ale właściwie tylko na ślepo klikała myszką. Teraz
wyraźnie zaczynała rozumieć o co w tym chodzi…
Najpierw narysowałem jakąś buźkę i dałem jej myszkę. Stwierdziła, że
narysuje wąsy i rzeczywiście próbowała kursorem trafić w okolice nosa, ale coś
jej nie wychodziło. Potem pokazałem jej pieczątki
i zaczęła stawiać
pingwinki, nawet w jakiś określony sposób. A jak ją poprosiłem o narysowanie
biedronki, to nawet udało jej się ją wybrać z menu i narysować. Nad celnością
kursora musi jeszcze popracować, ale chyba i tak jest to zdolne dziecko. Mam
nawet wrażenie, że szło jej lepiej niż kredkami na kartce (a to drugie ćwiczy
już dość długo).
Miło mnie zaskoczyło też to, że nie było ryków jak stwierdziłem, że trzeba
kończyć. Krysia nawet pomogła mi wyłączyć program.
Mały fotograf
Dzisiaj Krysia przypomniała sobie o swoim aparacie fotograficznym
(Cyfrówka, z pamięcią na 8 zdjęć wysokiej rozdzielczości
(640×480) i
nowoczesnym interfejsem typu RS-232C z nowatorskim złączem
mini-jack
!).
Po chwili zabawy w domu dała się przekonać do spacerku, ale zastrzegła
aparat też idzie na spacerek
i, co ciekawsze tatuś się schowa za
. No i na spacerku rzeczywiście kazała mi
krzaczek, dzidzia zlobi zdjęcie
się chować za kraczkami zanim robiła mi zdjęcia. Dziecko wie, że to warunek,
żeby zdjęcie tatusia jakoś wyglądało. ;-)
Tych, co po lekturze Prachetta wierzą, że w aparatach fotograficznych
siedzą demony muszę rozczarować:
— dzidzia ma w aparacie mamusię!
— tak, zrobiłaś zdjęcie, to jest teraz w aparacie.
— pan narysował mamusię w aparacie.
— pan?
— pan Mateusz narysował mamusię w aparacie..
Nie znam żadnego pana Mateusza. Żona podobno też nie. Chyba rzeczywiście w
aparacie siedzi. ;-)
Z ostatniej chwili: dziecko właśnie ryczy, że chce monitor (wcześniej było,
że komputer, ale ja nieopacznie stwierdziłem, że chyba o monitor chodzi).
Klawiaturę i myszkę (ma własne) już sobie oczywiście podłączyła
.
Monitor i wyświetlacz laptopa są jednak w ciągłym użytku i dziecko tego nie
dostanie.
Przeboje z kolorowego magnetofonu
W maju Krysia dostała od dziadka na urodziny magnetofon — taki
kolorowy z dwoma mikrofonami. Trochę się wtedy nim pobawiła, ale jak zepsuła
jedną kasetę to magnetofon poszedł leżeć na szafę. I przeleżał tam kilka
miesięcy.
Ostatnio magnetofon znów został odkryty
. Dostała do niego kasetę
Czerwonego Tulipana. No i my mamy już trochę tej taśmy dosyć, a Krysia ciągle
by to puszczała. Co więcej, włącza magnetofon to bierze mikrofon i też śpiewa:
Jedyne co mam to pragnienia…
, Cały świat czeka…
itp. Refreny
nawet jej wychodzą. Ciekawe ile z tego rozumie… :-)
Mnie najbardziej cieszy, że dziecko poznaje i lubi jakąś sensowną muzykę, a
nie piosenki z reklam (co wyśpiewują najczęściej dzieciaki na placach zabaw),
czy jakieś przeboje dla najmłodszych
typu Smerfusie
czy inną
tandetę dostępną na kasetach dla dzieci.
Choroba się przenosi na kolejne pokolenie…
Krysia od czasu, do czasu się dorywa do dużego komputera. Słychać
wtedy:
— cieba odpalić dżabela!
— odpalam dżabela!
— jeszcze tylko napisie komentarz!
— zepsułam dżabela!
— piszę komentarz!
Czasem za ciągnie któregoś rodzica do dużego komputera lub laptopa i:
— tu dżabeluj!
Dziecko ma też swój putel
— starą klawiaturę leżącą na stole.
Tam też dżabeluje
czasem. Ostatnio robiła porządki w zabawkach i na
dnie chomika
znalazła myszkę. Chyba nie potrafiła tego nazwać, ale jej
powiedziałem, że to myszka
(i nic więcej). Dziecię zaraz to wzięło i
wdrapało się na swoje krzesełko przy stole:
— dzidzia podłączy myśkę tu do putela!
Nie jest dobrze…
Żonka dzisiaj była u dentystki. Wyrwano jej ósemkę, kiereszując przy tym
jej szczękę nie mniej niż mnie przy usuwaniu operacyjnym w zeszłym roku. Teraz
obolała i nieszczęśliwa siedzi u rodziców. A mnie jej nastrój udzielił się już
po dwóch SMSach od niej, mimo że jeszcze wtedy nie wiedziałem co się stało. I
chyba zaczynam znowu mieć doła :-(.
Rano autko nie było jeszcze gotowe. Przed chwilą zadzwoniłem do mechanika i
podobno już jest naprawione. Jak spytałem ile to będzie kosztować?
usłyszałem, że „100zł nie przekroczy”. Niby fajnie, ale ja mam w portfelu 5zł,
więc muszę jeszcze iść do bankomatu…
Na razie puściłem sobie głośno Beth Quist i zjadłem
obiad (mniam mniam!). Taka muzyka wydaje mi się w sam raz — nie
specjalnie wesoła (na słuchanie takiej nie mam teraz ochoty), ani nie
specjalnie smutna (to by dołowało jeszcze bardziej), a działająca na emocje. I
chyba pomaga… :-)
Taka mała katastrofa
Żona pojechała do lekarza. Zostałem Krysią sam… Jakoś sobie radzimy, aż w
pewnym momencie dziecię mnie informuje: zasiusiałam galotki
. No fajnie.
No to każę jej iść do łazienki, tam mogę ją rozebrać, może coś jeszcze
wyciśnie do nocniczka. Spodziewałem się mokrych majteczek i galotek
,
ale czekała mnie większa niespodzianka: wielkie kupsko w majteczkach. Fuj!
No to trzeba było dziecko rozebrać całkiem, zająć się tymi nieszczęsnymi
majteczkami, Krysia w tym czasie jeszcze coś do nocnika naprodukowała, umyć
ją i ubrać na nowo. Mam to już za sobą… ufff.
Krysia woli mamusię, ale grzyby rosną
Wczoraj wieczorem dołączyłem do żony kąpiącej Krysię. Ostatnio
żona wszystko robiła z powodu mojego chorowania, a chciałem
się na coś przydać. Żona wyszła na trochę i ja zostałem. W
końcu uznałem, że kąpiel dziecka nie polega tylko na patrzeniu
jak dziecko siedzi w wodzie i się bawi. Postanowiłem ją umyć,
najpierw umyłem jej plecka. Ona wtedy w ryk na cały domek.
Żona przyleciała, a Krysia się jej żali: Tatuś umył!
i
płucze sobie rączki. No to żona jej obmywa te rączki. Ja
mówię, że umyłem plecka, o rączkach nic nie wiem. To Krysia
z płaczem „Tatuś umył plecka!” no i mamusia musiała plecki też
po tym strasznym wydarzeniu umyć… Ja tym czasem się
zmyłem…
Po kąpieli zająłem się wycieraniem i ubieraniem Krysi. To już
należy to moich zwykłych obowiązków. Jednak Krysia przy tym
powtarzała Mamusia wytsie!
,
Mamusia ubiezie dzidzi piziamkę
, na szczęście tym razem
bez płaczu.
Krysia woli mamusię nie tylko od tatusia, ale też bardziej niż
dziadków. Niestety, szczególnie rano. W zeszłym roku rano
robiliśmy operację podrzutek
— dziecko było
wystawiane za drzwi i szło do dziadków, a rodzice mogli
jeszcze zostać trochę sami w łóżku. Niestety w tym roku nie ma
tak dobrze :-(.
Dzisiaj Krysia była trochę łaskawsza dla Tatusia. Gdy żona z
teściem poszli pić, dziecko zostało ze mną na placu zabaw i
nawet dobrze się bawiło. Tak dobrze, że mimo przypominania
jej, że jest w samych majteczkach nie upomniała się na czas o
nocniczek i zostawiła kałużę na chodniku prowadzącym do domku.
Na szczęście (dla mnie) większością brudnej roboty z tym
związanej zajęła się babcia.
Ostatnio nie byłem w formie by chodzić na plażę, czy do
na lody, czy gofry, więc więcej łaziłem po
miasta
lesie. A zaczyna to mieć coraz większy sens. Po kolejnych
deszczach zaczęło się coś pokazywać. Wczoraj przyniosłem
trochę kurek, kilka maślaków (cała masa ich pojawiła się na
ośrodku, zaraz na przeciwko naszego domku, ale te sobie ktoś
inny zaklepał
), kozaka i podgrzybka złotawego.
Wszystkie raczej młode, chociaż kozak zeżarty przez robaki.
Dzisiaj zebrałem jeszcze kilka maślaczków, a później z żoną i
Krysią (sama zebrała ze dwie sztuki) nazbieraliśmy masę (jak
na jedno małe miejsce) kurek i parę podgrzybków złotawych.
Wygląda na to, że grzyby zaczną się na dobre akurat gdy
wyjedziemy.
Grzybobranie?
Wczoraj wieczorem jak zwykle jedliśmy kolację na
. Tym razem nie chcieliśmy bułek z serkiem
mieście
topionym, tylko coś bardziej konkretnego. Ale te budy w
, to albo drogie, albo nieciekawe, więc
centrum
szukaliśmy dalej. Doszliśmy do Krakusa
, knajpy z
poprzedniej epoki. Ten budynek, te stoliki z tymi obrusikami i
serwetnikami gs
. Ten bar, z tą charakterystyczną
lodówką z napojami. Ta kobita z wyrazem twarzy mówiącym
Czego?
. Brakowało tylko tej czerwonej orenżady na
półkach, i odrobinę za dużo było napojów do wyboru. Ja nawet
tam bym coś zjadł, ale żona się bała. Ostatecznie więc
zjedliśmy w Albatrosie. Ja krokiety, a żona hot-doga, tyle
że… bez hot-doga, czyli bez parówki. Ona tak woli.
Dzisiaj rano Krysia wyciągneła żonę na spacerek, zastrzegając
Tatuś zostaje
. Więc z nimi nie poszedłem. Zamiast
tego udałem się do lasu, gdzie łaziłem do obiadu (w sumie
ponad dwie godziny). Oczywiście grzybów dalej praktycznie nie
ma, ale tym razem oprócz kilku kurek przyniosłem jednego
popisowego
grzyba — ładnego, chociaż nieco
podjedzonego przez ślimaki, czerwonego kozaka. Nie robaczywego
(czerwone kozaki bardzo żadko są robaczywe). Tym bardziej mnie
znalezisko cieszy, że nigdy nie miałem szczęścia do tego
gatunku, i nawet gdy wszyscy przynosili czerwone kozaki, to ja
nie. Z innymi grzybami takich problemów nigdy nie miałem.
Po poobiednim spacerku znalazłem jeszcze dwie kurki na terenie
ośrodka. Potem był wypad do kina, opisany na innym jogu…