To już jest koniec…

Niestety. Jutro wieczorem wyjeżdżamy i wracamy do domu.
Ja przez swoje chorowanie miałem zmarnowane część z tych
trzech tygodni tutaj, więc tym bardziej żal już wyjeżdżać.

Jak już pisałem grzyby się zaczęły pojawiać. Wszyscy tutaj w
domku nazbierali sporo maślaczków, czy trochę kurek, a mnie
się udało wczoraj znaleźć nawet parę kozaków, o dziwo
wszystkie to stare kapcie. Dwa były tak zeżarte, że nawet nie
było co zbierać. Dzisiaj grzybobranie sobie praktycznie
odpuściłem. Zajrzałem tylko na 10 minut między brzózki, gdzie
wczorej te kozaki zebrałem i udało się znaleźć jednego młodego
kozaczka. Niestety był tak samo robaczywy jak tamte stare,
tyle że przez ślimaki prawie nie ruszony. Później, idąc po
prostu ścieżką przez las znalazłem prawdziwka. Myślałem, że to
mały muchomorek, ale sprawdziłem z bliska i okazało się że
jednak prawdziweczek. Ledwo co od ziemi odrósł, a już w
połowie zeżarty przez ślimaki, a do tego trochę robaczywy (to
drugie to właściwie norma w przypadku prawdziwków). Jeszcze
jutro spróbuję trochę grzybków pozbierać…

Wczoraj i dziś nadrabiałem zaległości w wędkowaniu. Nic nie
złowiłem, ale trochę sobie z kijem na plaży posiedziałem. I
fajnie było. Może innym razem coś się złapie. Jednak w tym
roku wiele sobie nie połowiłem — zaledwie kilka razy
udało mi się z wędką na plażę wyrwać.

Krysia woli mamusię, ale grzyby rosną

Wczoraj wieczorem dołączyłem do żony kąpiącej Krysię. Ostatnio
żona wszystko robiła z powodu mojego chorowania, a chciałem
się na coś przydać. Żona wyszła na trochę i ja zostałem. W
końcu uznałem, że kąpiel dziecka nie polega tylko na patrzeniu
jak dziecko siedzi w wodzie i się bawi. Postanowiłem ją umyć,
najpierw umyłem jej plecka. Ona wtedy w ryk na cały domek.
Żona przyleciała, a Krysia się jej żali: Tatuś umył! i
płucze sobie rączki. No to żona jej obmywa te rączki. Ja
mówię, że umyłem plecka, o rączkach nic nie wiem. To Krysia
z płaczem „Tatuś umył plecka!” no i mamusia musiała plecki też
po tym strasznym wydarzeniu umyć… Ja tym czasem się
zmyłem…

Po kąpieli zająłem się wycieraniem i ubieraniem Krysi. To już
należy to moich zwykłych obowiązków. Jednak Krysia przy tym
powtarzała Mamusia wytsie!,
Mamusia ubiezie dzidzi piziamkę, na szczęście tym razem
bez płaczu.

Krysia woli mamusię nie tylko od tatusia, ale też bardziej niż
dziadków. Niestety, szczególnie rano. W zeszłym roku rano
robiliśmy operację podrzutek — dziecko było
wystawiane za drzwi i szło do dziadków, a rodzice mogli
jeszcze zostać trochę sami w łóżku. Niestety w tym roku nie ma
tak dobrze :-(.

Dzisiaj Krysia była trochę łaskawsza dla Tatusia. Gdy żona z
teściem poszli pić, dziecko zostało ze mną na placu zabaw i
nawet dobrze się bawiło. Tak dobrze, że mimo przypominania
jej, że jest w samych majteczkach nie upomniała się na czas o
nocniczek i zostawiła kałużę na chodniku prowadzącym do domku.
Na szczęście (dla mnie) większością brudnej roboty z tym
związanej zajęła się babcia.

Ostatnio nie byłem w formie by chodzić na plażę, czy do
miasta
na lody, czy gofry, więc więcej łaziłem po
lesie. A zaczyna to mieć coraz większy sens. Po kolejnych
deszczach zaczęło się coś pokazywać. Wczoraj przyniosłem
trochę kurek, kilka maślaków (cała masa ich pojawiła się na
ośrodku, zaraz na przeciwko naszego domku, ale te sobie ktoś
inny zaklepał), kozaka i podgrzybka złotawego.
Wszystkie raczej młode, chociaż kozak zeżarty przez robaki.

Dzisiaj zebrałem jeszcze kilka maślaczków, a później z żoną i
Krysią (sama zebrała ze dwie sztuki) nazbieraliśmy masę (jak
na jedno małe miejsce) kurek i parę podgrzybków złotawych.
Wygląda na to, że grzyby zaczną się na dobre akurat gdy
wyjedziemy.

Grzybobranie?

Wczoraj wieczorem jak zwykle jedliśmy kolację na
mieście
. Tym razem nie chcieliśmy bułek z serkiem
topionym, tylko coś bardziej konkretnego. Ale te budy w
centrum
, to albo drogie, albo nieciekawe, więc
szukaliśmy dalej. Doszliśmy do Krakusa, knajpy z
poprzedniej epoki. Ten budynek, te stoliki z tymi obrusikami i
serwetnikami gs. Ten bar, z tą charakterystyczną
lodówką z napojami. Ta kobita z wyrazem twarzy mówiącym
Czego?. Brakowało tylko tej czerwonej orenżady na
półkach, i odrobinę za dużo było napojów do wyboru. Ja nawet
tam bym coś zjadł, ale żona się bała. Ostatecznie więc
zjedliśmy w Albatrosie. Ja krokiety, a żona hot-doga, tyle
że… bez hot-doga, czyli bez parówki. Ona tak woli.

Dzisiaj rano Krysia wyciągneła żonę na spacerek, zastrzegając
Tatuś zostaje. Więc z nimi nie poszedłem. Zamiast
tego udałem się do lasu, gdzie łaziłem do obiadu (w sumie
ponad dwie godziny). Oczywiście grzybów dalej praktycznie nie
ma, ale tym razem oprócz kilku kurek przyniosłem jednego
popisowego grzyba — ładnego, chociaż nieco
podjedzonego przez ślimaki, czerwonego kozaka. Nie robaczywego
(czerwone kozaki bardzo żadko są robaczywe). Tym bardziej mnie
znalezisko cieszy, że nigdy nie miałem szczęścia do tego
gatunku, i nawet gdy wszyscy przynosili czerwone kozaki, to ja
nie. Z innymi grzybami takich problemów nigdy nie miałem.

Po poobiednim spacerku znalazłem jeszcze dwie kurki na terenie
ośrodka. Potem był wypad do kina, opisany na innym jogu…

Jest lepiej :-)

Wczoraj rano obudziłem się już mniej zasmarkany niż poprzednio. To trochę
dziwne, bo mnie katar zwykle nie przechodzi ani w tydzień, ani w siedem dni,
niezależnie czy leczony, czy nie. W każdym razie tym razem się znacznie
polepszyło.

Z okazji imienin, oprócz wręczonej wcześniej książki żona
przygotowała mi jeszcze jedną niespodziankę (na którą cicho liczyłem)
— ubrała się w krótką spódniczkę i obcisłą bluzeczkę odsłaniającą pępek,
a pod tym wszystkim tylko stringi. Mniam! Niestety, po obiedzie się przebrała
i na kolejną taką atrację pewnie będę musiał kolejny rok czekać
:-( — ona się w tym źle czuje. Trudno. Ja się źle
czuję w bokserkach, ale też się czasem poświęcam ;-).

Moje imieniny to też imieniny mojego teścia (imiennika), więc dla podwójnej
okazji teściowa zrobiła ciasto z bananami. Też mniam, ale oczywiście bez
porównania. Od teściów dostałem koszulę, a teść od córki (mojej żony) i
wnuczki (Krysi) dostał bukiety polno-leśnych kwiatów, własnoręcznie przez nie
zbieranych. Właściwie to dzięki teściom zacząłem obchodzić imieniny. Akurat
wypadają wtedy gdy zwykle z teściami (przydają się — można im zostawić
czasem dziecko) wyjeżdżamy na wakacje, to czemu teść sam ma świętować?

Dzisiaj czuję się jeszcze lepiej. Rano nawet wykąpałem się w morzu (mimo
chmur było bardzo ciepło) i nawet mi to nie zaszkodziło (jeszcze?). Właściwie
temperatura wody nie zachęcała do pełnego zmoczenia, ale po spacerku do
Niechorza (po kolana w wodzie) i z powrotem (środkiem plaży) trudno było do
tej wody nie wejść, mimo że już wszyscy zbierali się na obiad (o chorej porze:
13:00).

Po obiedzie wybrałem się do lasu. Tym razem tylko jedna kurka. No wysyp
grzybów jak cholera! Ale znowu trochę popadało, więc jakaś nikła nadzieja
wciąż jest…

No i pochorowałem się :-(

Kilka dni temu wracając ze spaceru w lesie rozkichałem się na całego
(A-psik!, A-psik!, psik! psik!…). Wtedy pomyślałem, że nawąchałem się
po prostu jakichś pyłków i mnie alergia dopadła. Psiknąłem sobie do nosa czymś
na uczulenie i się specjalnie tym nie przejąłem. Niestety potem było coraz
gorzej, czemu zapewne pomogło moje wędkowanie itp. Najwyraźniej się
przeziębiłem. Nie wiem, czy to ta kąpiel w morzu, czy pójście spać z mokrą (po
umyciu) głową, raczej to drugie. W każdym razie jestem zasmarkany po pachy
(zużycie ponad dwie paczki chusteczek dziennie), w nocy nie mogłem przez to
spać i w ogóle ledwo żyję. Gorączki raczej nie mam, ale małe to
pocieszenie.

Wczoraj wieczorem zabrałem się za leczenie — nałykałem się Aspiryny i
Rudinoscorbinu, niestety noc była ciężka i dopiero po łyczku syropku z melisy
trochę posapałem. Rano (do obiadu o 13:00) nie wychodziłem z łóżka. Nie było
to takie straszne, bo kochana żona wręczyła mi prezent który miałem dostać
jutro — książkę Pratchetta. Po obiedzie już ruszyłem się z domku, ale
plażowanie i wędkowanie sobie odpuściłem. Byłem za to chwilę (ponad godzinkę)
w lesie i znalazłem parę kurek. Poprzednie trzy (sprzed dwóch dni) już są
ususzone. Jak tak dobrze dalej pójdzie, to może wrócimy z łyżką suszonych
grzybów, w sam raz na jakiś krupnik.

Wakacji ciąg dalszy

W środę wieczorem przyszła burza. Grzmieć do rana przestało, ale wczoraj
padało cały dzień. Może grzybki wreszcie wyjdą… ale pewnie nie — w
zeszłym roku prawie całe trzy tygodnie gdy tu byliśmy padało, a grzybów nie
było. Zobaczymy.

W czwartek rano miałem jechać autobusem do Dziwnowa po Sportowe
zezwolenie połowowe dla osoby fizycznej
, a po naszemu pozwolenie na
wędkowanie w morzu. W zeszłym roku załatwiało się to normalnie (tak jak się to
na całym cywilizowanym świecie robi) w sklepie wędkarskim, ale zmienił się
minister i znowu trzeba w tej sprawie jeździć do urzędu. Tak się składa, że
odpowiedni urząd jest zwykle daleko i otwarty tylko parę godzin w tygodniu
(ten w Dziwnowie na szczęście częściej). Teść się nade mną zlitował i zawiózł
mnie tam samochodem. Papierek kosztował mnie śmieszne pieniądze: 16zł (11zł
zezwolenie na miesiąc, 5zł jego wydanie, czy jakoś tak) — dojazd autobusemtam i spowrotem napewno kosztowałby mnie więcej. Jednak zauważyłem pewną
zmianę na plus. Pani w Inspektoracie miała o wiele mniej papierków do
wypisywania i załatwienie sprawy trwało szybciej niż to kiedyś bywało.

W drodze powrotnej wstąpiłem jeszcze do sklepu wędkarskiego aby się
zaopatrzyć w sprzęt i robaki. Kupiłem, między innymi, morski ciężarek gruntowy
(wcześniej nigdzie takiego nie widziałem). Wieczorem wybrałem się na plażę
łowić. Jak zwykle ludzie patrzyli na mnie conajmniej ze zdziwieniem, ale
znalazł się też jeden wędkarz, który też łowił na tej plaży, podobno tego
samego dnia, tyle że wcześniej. Czyli w tym roku nie jestem tutaj jedynym
takim wariatem :-). Nowy ciężarek okazał się znakomity, nie ma
porównania do starych ciężarków, które po kilkunastu minutach wylatywały na
plażę. Nowy, dzięki ramionom którymi się zakotwiczał w dnie, utrzymywał zestaw
tam gdzie rzuciłem, tylko że trzeba było się naszarpać, żeby potem go
wyciągnąć. Gorzej sprawował się mój stary, ruski sprzęt (jednorazowy),
na wędce przelotki latały luzem, a w kołowrotku po drugim wyciągnięciu zestawu
zaczęła nawalać blokada wsteczna. Może zmusiło mnie raz do przeprowadzki
parę metrów, bo się plaża coraz węższa robiła, a na końcu tradycyjnie zgubiłem
zestaw z nowym super-ciężarkiem — najprawdopodobniej nie zauważyłem, że
się żyłka zaplątała o przelotkę i przy kolejnym rzucie się urwała. Oczywiście
nic tym razem nie złapałem.

Dzisiaj wędkowanie sobie odpuściłem, bo morze było wzburzone i nawet mój
nowy ciężarek by nie pomógł (gdybym go jeszcze miał). Byłem za to w lesie
i przyniosłem trzy kurki. Widziałem jeszcze ze trzy, duże, ale bardzo zjedzone
przez ślimaki (krążą tu takie czarne olbrzymy bez skorupek). Wieczorem na
ośrodku było ognisko, a przy ognisku chór. Chór śpiewał ładnie, ale niestety
głównie jakieś smętne patriotyczne pieśni. Krysia prawie każdą piosenkę
nagradzała oklaskami i okrzykami Brawo!!!. Po występie chóru trzeba
było się zbierać kąpać i usypiać dziecko. Jeszcze tam na chwilkę zajrzałem,
gdy usłyszałem, że grają na gitarze. No tak, jak się patrzy jak ktoś gra, to
to jest takie proste…

Carmina Burana w Gliwicach

Już jakieś dwa tygodnie temu przeczytałem na plakatach o „Widowisku Carmina
Burana” na kąpielisku leśnym w Gliwicach 30 kwietnia. Co to Carmina
Burana
wiem, mam to nawet na płycie i zawsze chciałem obejrzeć na żywo, ale
„Widowisko” może oznaczać wszystko, a to był plakat zbiorczy całej
Gliwickiej Wiosny, więc wiele więcej na ten temat nie było. Do tego ta
godzina: 23:00, z Iwoną nie mielibyśmy szansy razem się wybrać – ktoś musi
zostać z dzieckiem. Więc Widowisko poszło w niepamięć…

… aż do dzisiaj. Wczoraj właściwie. W pracy kumple się umawiali na ten
koncert. Mówili, że pół Śląska tam się wybiera. To czemu miałbym sobie odpuścić?
Żonka na szczęście nie miała nic przeciwko (no, może tyle że też by chciała).
Też dopiero wczoraj się zorientowałem, że ten koncert może mieć coś wspólnego z
naszym wejściem do Unii. Wyszedłem więc o 22:00. Po drodze tłumów walących w
tamtą stronę nie widziałem. Dopiero na oś. Kopernika (prawie na miejscu) parę
małych grupek szło w tamtym kierunku. Ale już pod samym kąpieliskiem cała masa
samochodów, ledwo przecisnąć się było można. Do wejścia kolejka, ale nie taka
znowu długa. Po chwili wchodziłem. Byłem ciekawy co będą sprawdzać – teraz, gdy
taki szał antyterrorystyczny wszędzie. Ochroniarz kazał mi tylko pokazać co mam w
plecaku. Pokazałem mu że kurtkę. Bardzo się do sprawdzania nie przykładał, więc
mogłem tam mieć oprócz kurtki np. dwa granaty :-)

Jak tylko dotarłem pod scenę zaczęli grać. Super. Orkiestra Filharmonii
Zabrzańskiej, z cztery chóry, troje solistów. Po obu stronach sceny były jeszcze
małe scenki dla baletów. Pełnię szczęścia powstrzymywały tylko grupki
przypadkowej młodzieży, która chyba nie rozumiała o co w tym chodzi, bo to się
lokalizowali nawzajem głośnymi krzykami, to głośno komentowali co się dzieje
(nie tylko na scenie), używając głównie słownictwa na k i p. Ale
jak na setki przypadkowych (nie było opłat za wstęp, koncert odbywał się
prawie że w środku dużego osiedla) widzów było bardzo spokojnie. Tłumy
niesamowite. Pod sceną nawet luzik, ale jak się oglądałem za siebie, to tylko
tysiące głów widziałem.

Tak jak się obawiałem, na koniec koncertu (chwilę po północy) przemówił
prezydent miasta. Ale przynajmniej nie zagrali fragmentu Ody do radości
byłoby to takie banalne. Potem oczywiście przedstawiono artystów. Nie wszystko
słyszałem, ale część tak. I zaskoczyło mnie to, że dyrygent okazał się być
kobietą. Cały koncert byłem przekonany że to facet. :-)

Opuszczenie terenu kąpieliska po koncercie musiało trochę trwać – bo do
bramy wyjściowej waliły całe tłumy. Potem porozchodziły się w różnych
kierunkach, sporo do samochodów, więc w drodze powrotnej też szedłem samotnie
przez miasto (lubię tak). Po drodze spotkałem jeża. Wyglądało na to, że ma
właśnie zamiar przejść przez ulicę którą jechały samochody z koncertu.
Podszedłem więc do niego od strony szosy. O dziwo nawet się mnie specjalnie nie
przestraszył – ani nie uciekał, ani nie zwinął się w kulkę. Pomyślałem nawet, że
przeniosę go na drugą stronę, ale to już go przeraziło. Nie chciałem więcej
zwierzątka stresować, więc dałem temu spokój. Mam nadzieję, że przeczekał tam
tak skulony na odpowiedniejszą porę na spacery.

W domu byłem około 15 po pierwszej. Żonka skończyła grać w Crossfire, ale
popukała się w czółko jak powiedziałem, żeby nie wyłączała komputera, bo muszę
jeszcze na Joggera napisać. Ale jutro (dzisaj, ale później) mógłbym już nie
pamiętać co miałem napisać, albo po prostu niechciałoby mi się.

Muzykalne dziecko i ptasia wojna

Dzisiaj w południe wybraliśmy się z dzidzią na miasto – Iwonka miała tam coś
do załatwienia, a dzidzi należał się spacerek – można to było połączyć. Żona
poszła odebrać zdjęcia, a ja z Krysią zostaliśmy na Rynku. Na ulicy Zwycięstwa,
niedaleko, dwoje grało dwoje ludzi – kobieta na skrzypcach i facet na gitarze.
Krysia od razu mnie tam zaciągnęła. Słuchała z wyraźnym zainteresowaniem, więc
jej dałem pieniążka, żeby wrzuciła muzykom do futerału. Wrzuciła i słuchała
dalej. Iwona przyszło, zobaczyła co się dzieje, i poszła jeszcze do sklepu.
Wróciła za 10 minut, a w tym czasie dziecko się nie ruszyło z miejsca. Dało się
ją ruszyć dopiero gdy muzycy zrobili sobie przerwę.

Pokręciliśmy się jeszcze po mieście, a gdy wracaliśmy koło Rynku, Krysia
znowu nas do grajków zaciągnęła. Znowu słuchała z zachwytem i znowu mogliśmy iść
dopiero gdy tamci przestali grać. A grali naprawdę bardzo ładnie. Klasykę
(konkretnych utworów nie rozróżniam), ale także kawałek Beatlesów. Krysia wie co
dobre. Jak tak dalej pójdzie, to zanim skończy 3 lata będzie nas do filharmonii
wyciągać ;-).

Wieczorkiem poszliśmy z Krysią do parku (jej deszcz nie przeszkadza w
wyciąganiu rodziców z ciepłego domku). Tam zauważyliśmy ciekawe zjawisko – srokę
chowającą się pod deskami na placu zabaw. Później się to wyjasniło, gdy
zauważyliśmy zamieszanie w tamtej okolicy. Okazało się że to grupa kwiczołów
atakuje srokę, która przed nimi schowała się właśnie pod tymi deskami. Co
ciekawsze tej grupie kwiczołów towarzyszyła sierpówka. Gdy jakiś czas później
sroka wyleciała spod desek kwiczoły znowu zaatakowały, z nimi przyleciała ta
sierpówka oraz kos. Sroka schowała się pod krzaczkiem, ale i tam ja sierpówka
trochę podziobała. Kos tylko patrzył. Biedna sroka była już chyba tak
poturbowana, że uciekać nie mogła. No ale cóż – takie ryzyko zawodowe
stworzenia które wyjada jaja i pisklęta innym.

O agresji kwiczołów wobec drapieżników nawet czytałem, ale zaskoczyła mnie
solidarność innych ptaków. Taka niby łagodna sierpówka… a też dała sroce
popalić :-).

Dalej na wakacjach…

…ale niestety tylko do piątku. 😦 Ostatnio pogoda zupełnie się popsuła i od ostatniego wpisu chyba ani razu nie plażowaliśmy. Grzybów też ciągle nie ma (pierwszy raz spotkałem się z czymś takim, że w środku sezonu w lesie nie ma _żadnego_ jadalnego grzybów, a znalezienie niejadalnego to też wielka sztuka). Żadnej ryby też nie złowiłem… Ale i tak nie chcę wracać.

Rozpoczęło się głosowanie do Jabber Council. 9 kadydatów i 5 miejsc. Ciekawe jak mi pójdzie. Żadne pytania od wyborców do mnie nie dotarły (po to przyszedłem do kawiarenki, aby odpowiedzieć na ewentualne pytania) – widać większość jest pewna mojego skreślenia (albo wybrania). Wszystko okaże się 17-tego września.

Teraz trochę uzupełnienia poprzedniego wpisu – to co chciałem już wtedy napisać, ale zapomniałem.

Zachęcony komentarzami na Joggerze postanowiłem przeczytać coś Pratchetta (dobrze to piszę? pewnie nie). Kupiłem więc jedną książkę, potem drugą… i trzecią. Zdążyłbym na tym urlopie przeczytać jeszcze z dwie, ale to byłaby rozpusta. Iwonie też się podoba, więc przynajmniej nie będzie miała nic przeciwko takim wydatkom w przeszłości 🙂

Gdy jeszcze była pogoda i się plażowaliśmy żona była jedyną kobietą na plaży (przynajmniej w obrębie kilkuset metrów) opalającą się topless – trochę z powodów praktycznych – dzidziuś i tak by ciągle swoją „spiżarnię” wyciągał. Poprzednio, gdy byliśmy nad morzem więcej osób się tak opalało. Ciekawe czy to czasy się zmieniły, czy ta Pogorzelica to takie nieprzyzwoicie przyzwoite miejsce. Ale nawet nikt się nie burzył z tego powodu.

Na wakacjach

No to jestem na urlopie, w Pogorzelicy. Przyjechaliśmy pociągiem w
zeszłą niedzielę rano (do samej Pogorzelicy musiał teść nas podwieźć
samochodem). Na miejscu czekał na nas pokój w domku z już rozpakowanymi
częściowo bagażami (z teściów jest czasem pożytek 🙂 ). Po śniadaniu
(albo po obiedzie, dawno to było…) poszliśmy zobaczyć morze. Było na
miejscu. Postanowiliśmy przedstawić je dzidzi i postawiliśmy Krysię
bosymi stópkami na mokrym piasku. Nie spodobało jej się (pierwszy raz
stała boso gdziekolwiek poza domem). Potem postawiliśmy na suchym piasku
kawałek od morza. Pobiegła w kierunku wody i tym razem bardzo się jej
spodobało. Biegała tak przez jakiś czas, zamoczyła sobie przy tym
(chyba pierwszy raz od zewnątrz) pieluszkę… i nie dało się jej
stamtąd zabrać. Więc chyba morze się jej spodobało 🙂

Przez następne dni to włóczyliśmy się po okolicy, to wychodziliśmy
nad morze itp. Pogoda nie specjalnie sprzyjała plażowaniu – prawie cały
czas pochmurnie i zimno, ale deszczu niewiele, więc nawet grzybów nie
ma. Za to wieczorami chodzę na ryby – na plażę. Wzbudzam tam ogólne
zainteresowanie (jedyna osoba z wędką na plaży), ale raz udało mi się
nawet złowiæ rybę – 60cm węgorza – starczyło na pyszną kolację.

Dzisiaj wybrałem się do kawiarenki internetowej, żeby sprawdzić
pocztę, napisać na Joggera itp. Może prawdziwy urlop to byłby taki
zupełnie bez Internetu, ale przecież i tak ponad tydzień wytrzymałem 🙂 Teraz tylko żona płacze, że mi dobrze, a ona też by chciała. 🙂 Na jej pocieszenie mam tylko to, że nie jest tak przyjemnie jak w domu. Przed Windows oczywiście nie siedzę (tego bym chyba nie zniósł), ale ten Knoppix też mnie wkurza. A może to to KDE które tu domyślnie się uruchamia. Kto wpadł na pomysł ustawienia LC_ALL=C??? A ja się zastanawiam, czemu ustawienia LC_CTYPE nie działają… Czemu w xtermie mam zielone literki na białym tle??? No i jak tu zmusić Konsole do wyświetlania polskich literek? Jednak dobrze że coś takiego jest i że obsługa kawiarenki była na tyle miła, że pozwoliła mi to odpalić.

Na koniec ma pozdrowienia znad morze dla wszystkich czytelników – ode mnie, żony (maszczuha/ika) i córeczki (Krysia/”obrzydliwa paskuda”).

PS. Nie mam tu ispella z polskim słownikiem, więc mogły zdarzyć się koszmarne błędy 😦