Optymizm

Rok temu był świetny Hubertus. Ja, z racji słabych umiejętności, nie brałem
udziału w pogoni za lisem, ale postanowiłem następnym razem to sobie nadrobić.
Za to świetnie się wyszalałem na wieczornej imprezie. W tym roku może być
jeszcze lepiej… :-)

Latem się zorientowałem, że ból w plecach to poważna sprawa i raczej koniki
muszę sobie na jakiś czas odpuścić. Więc nawet, jeśli do Hubertusa będę mógł
wsiąść na konia, to nie zdążę wyćwiczyć formy. :-( Trudno, w tym roku nie pojadę.
Ale być widzem na tej imprezie też jest fajnie. Może porobię zdjęcia żonce na
najpiękniejszym koniu ze stajni. I zawsze pozostaje impreza, tam sobie
odbiję… :-)

Od tamtego czasu zdrowie mi się nie polepszyło. Właściwie to jest gorzej.
Nie tylko nie nadaję się na konia, ale i do tańca. :-( No cóż.
I tak będzie rozrywka na świeżym powietrzu – pooglądam gonitwę,
pokibicuje. A wieczorem na imprezie będę mógł chociaż popatrzeć na bawiące się
dziewczyny. No i trochę mogę się pogibać przy wolniejszych kawałkach. Dziecko
zostanie u dziadków, to zapowiada się ciekawy wieczór. :-)

Dzisiaj piękna pogoda, ale gorzej wyglądają prognozy na jutro. Wszystko
wskazuje na to, że w trakcie gonitwy będzie padało, może nawet lało.
:-( No, może się jakoś uda bieg zorganizować… No i zawsze
pozostaje impreza… :-)

Wieczorem dziecko dostało gorączki. Nie wiadomo, czy do jutra wyzdrowieje.
Dziecka z gorączką raczej dziadkom nie zostawimy, już raz im sprzedała
jakąś zarazę… :-(

Optymizm mi się kończy…

Inne atrakcje

Po nieudanej reklamacji
nieudanej wypłaty z bankomatu
dzisiaj znowu składałem w banku reklamacje…

Przy opisie ostatnich wizyt w aptece
napisałem, że wziąłem kwitki, bo już bankowi nie bardzo ufam. I słusznie.
Transakcja niby anulowana, dostałem do ręki potwierdzenie (z logo banku)…
a z konta odpowiednia suma potrącona i nigdy nie oddana. No więc dzisiaj, jak
już włóczyłem się po mieście, poszedłem złożyć reklamację. Pani nawet nie była
zainteresowana kwitkami i wyraziła zdziwienie, że ja wątpię w to, że bank mnie
potraktuje poważnie. Jednak przekonałem ją, żeby ksero kwitków załączyła do
papierów. A oryginałów wolę sam przypilnować.

Ale co tam kłopoty ze zdrowiem i z bankiem… w końcu mają przyjść do mnie
dwie paczki, zamówione na pocieszenie. Specjalnie w pracy czekałem z wyjściem
po drugie śniadanie, do południa (do 12:15 dokładniej), bo wiem, że poczta
przychodzi przed południem. Gdy przychodzi polecony lub paczka (w każdym razie
coś wymagające potwierdzenia) to z portierni dzwonią, żeby odebrać. Nikt nie
zadzwonił, ale wychodząc z budynku spytałem na portierni, czy poczta już była
(była) i czy coś do mnie nie przyszło (podobno nie). Spieszyłem się załatwić
co miałem do załatwienia w mieście, więc nawet nie spojrzałem co tam za szybką
u nich leży.

Gdy wróciłem też mnie nikt informacją o poczcie nie zaatakował (a bywało,
że prawie biegali za mną z papierowym spamem)… No trudno, jak nie
dziś, to może jutro…

Gdy przyszedł czas wychodzić z pracy, okazało się, że nie ma nikogo na
portierni. Nie było nawet komu kluczy oddać. Co gorsza, nie było kogo
opieprzyć… bo za szybką znalazły się dwa awizo do mnie… Olałem oddanie
klucza i poszedłem do domu.

Awiza odebrała żona przy okazji lekcji gry na gitarze (w tym samym
budynku). No więc jutro czeka mnie jeszcze spacer… na dwie różne poczty
(na główną po polecony i na przydworcową po paczkę)… Żeby było śmieszniej,
to w tym samym budynku, w którym mam biuro, też jest poczta, ale to nie mój
rejon…

Piersi kurczaka

Piersi kurczaka – tylko na tyle może liczyć
cierpiący człowiek w potrzebie. :-( Tylko dlatego, że żonaty. Co
za ograniczone, opętane przez stereotypy społeczeństwo! ;-)

Na szczęście, na żonkę mogę cały czas liczyć. Okłady działają –
przynoszą ulgę (i radość), ale w pełni na moje dolegliwości nie pomagają.
Byłem u wielu lekarzy, łykam najróżniejsze prochy… niewiele pomaga. Chciałbym
więc spróbować podwójnej dawki sprawdzonej, naturalnej metody… i co? I nic…
zero zrozumienia… trzy propozycje… a w każdej tylko te piersi z
kurczaka… ;-(

;-)

Marudzenie i Homo Twist

Mam już trochę dość dodatkowej roboty za Euro i innych zobowiązań które na
siebie wziąłem, takich jak np. przygotowanie referatu na Pingwinaria.
Chciałbym znowu czuć, że jak tylko skończę pracę to mam czas w którym nic nie
muszę robić, po prostu mogę robić na co mam ochotę. Znalazłby się wtedy czas na
robienie PyXMPP, CJC, czy chociażby pisanie na Joggera
– jest wiele rzeczy które chciałem opisać, a nie miałem kiedy.

Co gorsza, ja wcale tak dużo nie robię, przejmuję się tym ile mam do
zrobienia, marudzę, a robię i tak mniej niżbym mógł. Tyle, że czas w ten sposób
zaoszczędzony marnuję na kompletne obijanie się. Szkoda mi zabierać się
za swoje pasje, gdy wiem, że powinienem zająć się czymś poważniejszym, a do
zajęcia się tym czymś poważniejszym po kilka godzin dziennie też nie umiem się
zmusić… męczące to i stresujące, nawet jeśli to po prostu lenistwo.
;-)

Przez weekend, od piątku, służbowe komórki nie dawały mi żyć. Ciągle coś
się psuło, albo coś trzeba było sprawdzić. W sobotę musiałem jechać do Zabrza. Dodając do tego
sobotnie porządki i wizytę u mojej mamy (w końcu to babcia Krysi) to w sobotę
do wieczora nic nie mogłem zrobić. A wieczorem wybrałem się na koncert, odstresować się. Czasem
trzeba się oderwać od tych cholernych komputerów…

To był koncert Homo Twist,
w zabrzańskim Wiatraku. Miało się
zacząć o 19:00, zaczęło się o 19:45, najpierw wystąpił support w postaci
jakiegoś młodego poznańskiego zespoły heavy-metalowego. Nawet fajnie grali, ale
w ich występie najlepsze były efekty specjalne, w postaci ichniejszego
perkusisty. Już wyjaśniam… Na sali, a więc zapewne i na scenie, było chłodno.
Perkusista, jak to często bywa, podczas grania się nieco zgrzał. Że był łysy,
to zaraz jego łysa czacha zaczęła lśnić od potu i… się dymić. Dymiło się
z niego co najmniej jak z czajnika gotującego wodę. Jeśli dodać do tego
heavy-metalową muzykę i oświetlenie w postaci czerwonego reflektora
wymierzonego w tę czachę (akurat jeden tak trafił), to efekt był piorunujący
i na dobre rozbawił publikę. Kto tylko miał aparat, to zaraz fotografował to
cudo.

Poznaniacy skończyli po godzinie i po dwudziestominutowej przerwie na scenę
wyszedł Homo Twist. Maleńczuk w okularkach, wyglądał na zmęczonego życiem
inteligenta, ubrany był jak na tamtejszą temperaturę przystało, chyba w dwie
bluzy polarowe (na sali prawie wszyscy w zimowych kurtkach). Na tym tle
basista, Titus wyraźnie się wyróżniał… on miał na sobie koszulkę na
ramiączkach i goły brzuch. Ale podczas koncertu nie padł. %-)

Repertuaru Homo Twist za bardzo nie znam. Lubię Maleńczuka, samo Homo Twist
też mi się dobrze kojarzyło, więc jak zobaczyłem, że jest koncert w Wiatraku,
to się wybrałem. Nie zawiodłem się. Taka muzyka najwyraźniej mi odpowiadała. Niestety,
nagłośnienie na koncercie mniej. Tak jak na koncercie Łez było chyba trochę za głośno,
albo po prostu akustyka w tej sali jest taka kiepska. Trudno było zrozumieć słowa piosenek.
Jednak mimo to, bawiłem się świetnie. Może w nowej siedzibie klubu (obecny
Wiatrak jest przeznaczony do rozbiórki z powodu budowy DTŚ) będzie lepiej.

Jako dodatkową atrakcję można było uznać dwie blondyny tańczące
i obcałowujące się pod sceną, ku uciesze takich zboczeńców jak ja.
;-)

Do domu wróciłem po 23-ciej, śmierdzący paskudnie papierosami. Gdyby nie
ten paskudny papierosowy dym i kiepskie nagłośnienie (przynajmniej jak na moje
uszy), to koncert byłby idealny. Ale i tak było super. Przy kolejnej okazji też
będę się musiał na coś takiego wybrać.

Wracając do marudzenia… w sobote nie zrobiłem więc nic, na zrobienie
czegoś pożytecznego została niedziela. Tym razem nawet udało się tej niedzieli
całkiem nie zmarnować – napisałem sporą część referatu na Pingwinaria
(którego zalecany termin oddania minął 15-go stycznia). Dzisiaj powinienem pisać
to dalej, ale jak widać wolałem naskrobać coś na Joggera… Niestety, unikanie
roboty idzie mi za dobrze… Jutro biorę dzień urlopu, żeby odstawić auto do
mechanika, a siebie do lekarza (w sprawie trzeciego szczepienia przeciwko WZW),
może uda się jeszcze coś do tego referatu dopisać.

Kolejny grobowy wpis

W środę zaczęliśmy w firmie akcję rozpierdziel — gruntowną
modernizację sieci z wymianą części sprzętu (głównego routera) i większości
softu wraz z konfiguracją. Nowy system ani przetestowany, ani skończony. Ale
stary sprzęt się już sypał, a niedoskonałości starej konfiguracji już mocno
dawały się we znaki.

Więc już od poniedziałku, a nawet od poprzedniego tygodnia, w pracy było
znacznie więcej roboty niż wcześniej. W środę zaczął się zapiernicz na maksa.
Wtedy siedziałem od 8:00 do 19:15 (normalnie kończę o 16:00) tyle, żeby
uruchomić przynajmniej dostęp do Internetu większości userów. W czwartek
oczywiście okazało się, że to wcale nie działa jak należy, powychodziło masę
innych problemów no i czas było userom pocztę odpalić. Siedziałem do 22:15.
W piątek przyszedłem do roboty na 12:00 (bo o 8:00 to bym się i tak do niczego
nie nadawał), wyszedłem o 16:30, ale potem jeszcze w domu do późna przy tym
siedziałem. W sobotę nie lepiej. Praktycznie cały dzień przy kompie, z przerwą
na obiad u mamy. W niedziele obudził nas telefon od niezadowolonego klienta.
Tego było za dużo. Niedziele to czas na żonkowe koniki, więc po prostu
wyłączyłem tę komórkę dyżurnego admina. Miałem na jej dzwonki reagować
nawet w nocy, ale że pracodawca już i tak naciągnął reguły, to sumienie mnie
bardzo nie pogryzło.

Wiem, że to wcale nie tak dużo roboty. W tej branży to norma, wielu
kolegów po fachu miewa dłuższe sesje na serwerowni i zdarza im się to znacznie
częściej i nie marudzą (chłopaki, podziwiam was!). Jednak okazało się, że to
starczyło, żebym zrobił się nieznośny, warczał na bliskich, nie robił tego
o co mnie proszono itd. itp. Okazałem się zwykłym gnojem. Co gorsza to
wszytko mimo tego, że starałem się pilnować. Pamiętałem jaki byłem, gdy przy
pracy się zapominałem, więc starałem się nad sobą panować. Najwyraźniej
nieskutecznie, a do tego, słysząc brutalną prawdę się rozklejam się, i staję
się żałosnym gnojem…

Bycie dobrym mężem i ojcem ostatnio chyba nawet mi jakoś wychodziło. Ale to
wtedy, gdy w pracy roboty raczej unikałem, równo o 16:00 wychodziłem i w domu starałem
się nawet nie zaglądać na firmowe serwery i do firmowej poczty. No i Holender
nawet za bardzo roboty dla mnie nie miał. Czyste obijactwo, nawet swoje
otwarte projekty odpuściłem, żeby miło spędzać czas z rodzinką. Fajnie
było, tylko wiecznie tak być nie może.

No i jaką ja mam przyszłość w tej branży? Jeśli chcę znaleźć jakąś lepszą
robotę muszę się wykazać. Raczej nie ma na to sposobu, który nie byłby ani
pracochłonny, ani stresujący. Czasem mam ochotę ciepnąć tym wszystkim poza
obowiązkowymi 8-ma godzinami w firmie, ale do czego mnie to doprowadzi?

A może powinienem uznać, że nie mam się przejmować tym co żona sądzi, bo
żona marudzi, a ja skoro pracuję, to mam prawo być trochę nieprzyjemny? Po
prostu robić swoje i w ten sposób zapewnić sobie przyszłość, a rodzinie lepszy
byt? Wolę nawet nie próbować, bo mogę stracić to co najcenniejsze. Ledwo udało
mi się częściowo naprawić, co kiedyś w podobnych okolicznościach popsułem…
A do tego nie mam jaj, więc i tak by nic z tego nie wyszło (ani lepszy
byt, ani nie przejmowanie się żoną).

Na koniec ciekawostka: teraz, gdy w firmie mało co działa, nikt nie
sugeruje, że admini się opierdalają, czy źle robią swoją robotę… a wcześniej,
przed akcją rozpierdziel, gdy czasem niedziałało tylko parę rzeczy, nie
bardzo od nas zależnych,
traktowano nas jako wzór nierobów. Ale to pewnie szybko wróci…

I sorry za brak normalnych wpisów. Gdy dzieje się coś ciekawego, to jestem
tak zajęty, że nie mam czasu pisać, a dorywam się do Joggera, dopiero gdy mi
się wszelkiej sensownej roboty odechciewa…

Dostało mi się…

Dostało mi się. Nawet nie wiem za co (w pewnym momencie wyszło coś, że niby
też za picie dziurawca). Za próbę wyjaśnienia, czy wyrażenia swojego zdania,
dostało mi się jeszcze bardziej… W takich chwilach, szczególnie po (czy
raczej w trakcie) bardzo ciężkim okresie w pracy (harówa kilkanaście godzin
dziennie, łącznie z sobotą), odechciewa się wszystkiego… :-( .