Między młotem a kowadłem…

… czyli jak ja nie lubię roli syna teściowej… :-(

A wszystko przy okazji krysinych urodzin…

Reklamy

Marudzenie i Homo Twist

Mam już trochę dość dodatkowej roboty za Euro i innych zobowiązań które na
siebie wziąłem, takich jak np. przygotowanie referatu na Pingwinaria.
Chciałbym znowu czuć, że jak tylko skończę pracę to mam czas w którym nic nie
muszę robić, po prostu mogę robić na co mam ochotę. Znalazłby się wtedy czas na
robienie PyXMPP, CJC, czy chociażby pisanie na Joggera
– jest wiele rzeczy które chciałem opisać, a nie miałem kiedy.

Co gorsza, ja wcale tak dużo nie robię, przejmuję się tym ile mam do
zrobienia, marudzę, a robię i tak mniej niżbym mógł. Tyle, że czas w ten sposób
zaoszczędzony marnuję na kompletne obijanie się. Szkoda mi zabierać się
za swoje pasje, gdy wiem, że powinienem zająć się czymś poważniejszym, a do
zajęcia się tym czymś poważniejszym po kilka godzin dziennie też nie umiem się
zmusić… męczące to i stresujące, nawet jeśli to po prostu lenistwo.
;-)

Przez weekend, od piątku, służbowe komórki nie dawały mi żyć. Ciągle coś
się psuło, albo coś trzeba było sprawdzić. W sobotę musiałem jechać do Zabrza. Dodając do tego
sobotnie porządki i wizytę u mojej mamy (w końcu to babcia Krysi) to w sobotę
do wieczora nic nie mogłem zrobić. A wieczorem wybrałem się na koncert, odstresować się. Czasem
trzeba się oderwać od tych cholernych komputerów…

To był koncert Homo Twist,
w zabrzańskim Wiatraku. Miało się
zacząć o 19:00, zaczęło się o 19:45, najpierw wystąpił support w postaci
jakiegoś młodego poznańskiego zespoły heavy-metalowego. Nawet fajnie grali, ale
w ich występie najlepsze były efekty specjalne, w postaci ichniejszego
perkusisty. Już wyjaśniam… Na sali, a więc zapewne i na scenie, było chłodno.
Perkusista, jak to często bywa, podczas grania się nieco zgrzał. Że był łysy,
to zaraz jego łysa czacha zaczęła lśnić od potu i… się dymić. Dymiło się
z niego co najmniej jak z czajnika gotującego wodę. Jeśli dodać do tego
heavy-metalową muzykę i oświetlenie w postaci czerwonego reflektora
wymierzonego w tę czachę (akurat jeden tak trafił), to efekt był piorunujący
i na dobre rozbawił publikę. Kto tylko miał aparat, to zaraz fotografował to
cudo.

Poznaniacy skończyli po godzinie i po dwudziestominutowej przerwie na scenę
wyszedł Homo Twist. Maleńczuk w okularkach, wyglądał na zmęczonego życiem
inteligenta, ubrany był jak na tamtejszą temperaturę przystało, chyba w dwie
bluzy polarowe (na sali prawie wszyscy w zimowych kurtkach). Na tym tle
basista, Titus wyraźnie się wyróżniał… on miał na sobie koszulkę na
ramiączkach i goły brzuch. Ale podczas koncertu nie padł. %-)

Repertuaru Homo Twist za bardzo nie znam. Lubię Maleńczuka, samo Homo Twist
też mi się dobrze kojarzyło, więc jak zobaczyłem, że jest koncert w Wiatraku,
to się wybrałem. Nie zawiodłem się. Taka muzyka najwyraźniej mi odpowiadała. Niestety,
nagłośnienie na koncercie mniej. Tak jak na koncercie Łez było chyba trochę za głośno,
albo po prostu akustyka w tej sali jest taka kiepska. Trudno było zrozumieć słowa piosenek.
Jednak mimo to, bawiłem się świetnie. Może w nowej siedzibie klubu (obecny
Wiatrak jest przeznaczony do rozbiórki z powodu budowy DTŚ) będzie lepiej.

Jako dodatkową atrakcję można było uznać dwie blondyny tańczące
i obcałowujące się pod sceną, ku uciesze takich zboczeńców jak ja.
;-)

Do domu wróciłem po 23-ciej, śmierdzący paskudnie papierosami. Gdyby nie
ten paskudny papierosowy dym i kiepskie nagłośnienie (przynajmniej jak na moje
uszy), to koncert byłby idealny. Ale i tak było super. Przy kolejnej okazji też
będę się musiał na coś takiego wybrać.

Wracając do marudzenia… w sobote nie zrobiłem więc nic, na zrobienie
czegoś pożytecznego została niedziela. Tym razem nawet udało się tej niedzieli
całkiem nie zmarnować – napisałem sporą część referatu na Pingwinaria
(którego zalecany termin oddania minął 15-go stycznia). Dzisiaj powinienem pisać
to dalej, ale jak widać wolałem naskrobać coś na Joggera… Niestety, unikanie
roboty idzie mi za dobrze… Jutro biorę dzień urlopu, żeby odstawić auto do
mechanika, a siebie do lekarza (w sprawie trzeciego szczepienia przeciwko WZW),
może uda się jeszcze coś do tego referatu dopisać.

Kolejny grobowy wpis

W środę zaczęliśmy w firmie akcję rozpierdziel — gruntowną
modernizację sieci z wymianą części sprzętu (głównego routera) i większości
softu wraz z konfiguracją. Nowy system ani przetestowany, ani skończony. Ale
stary sprzęt się już sypał, a niedoskonałości starej konfiguracji już mocno
dawały się we znaki.

Więc już od poniedziałku, a nawet od poprzedniego tygodnia, w pracy było
znacznie więcej roboty niż wcześniej. W środę zaczął się zapiernicz na maksa.
Wtedy siedziałem od 8:00 do 19:15 (normalnie kończę o 16:00) tyle, żeby
uruchomić przynajmniej dostęp do Internetu większości userów. W czwartek
oczywiście okazało się, że to wcale nie działa jak należy, powychodziło masę
innych problemów no i czas było userom pocztę odpalić. Siedziałem do 22:15.
W piątek przyszedłem do roboty na 12:00 (bo o 8:00 to bym się i tak do niczego
nie nadawał), wyszedłem o 16:30, ale potem jeszcze w domu do późna przy tym
siedziałem. W sobotę nie lepiej. Praktycznie cały dzień przy kompie, z przerwą
na obiad u mamy. W niedziele obudził nas telefon od niezadowolonego klienta.
Tego było za dużo. Niedziele to czas na żonkowe koniki, więc po prostu
wyłączyłem tę komórkę dyżurnego admina. Miałem na jej dzwonki reagować
nawet w nocy, ale że pracodawca już i tak naciągnął reguły, to sumienie mnie
bardzo nie pogryzło.

Wiem, że to wcale nie tak dużo roboty. W tej branży to norma, wielu
kolegów po fachu miewa dłuższe sesje na serwerowni i zdarza im się to znacznie
częściej i nie marudzą (chłopaki, podziwiam was!). Jednak okazało się, że to
starczyło, żebym zrobił się nieznośny, warczał na bliskich, nie robił tego
o co mnie proszono itd. itp. Okazałem się zwykłym gnojem. Co gorsza to
wszytko mimo tego, że starałem się pilnować. Pamiętałem jaki byłem, gdy przy
pracy się zapominałem, więc starałem się nad sobą panować. Najwyraźniej
nieskutecznie, a do tego, słysząc brutalną prawdę się rozklejam się, i staję
się żałosnym gnojem…

Bycie dobrym mężem i ojcem ostatnio chyba nawet mi jakoś wychodziło. Ale to
wtedy, gdy w pracy roboty raczej unikałem, równo o 16:00 wychodziłem i w domu starałem
się nawet nie zaglądać na firmowe serwery i do firmowej poczty. No i Holender
nawet za bardzo roboty dla mnie nie miał. Czyste obijactwo, nawet swoje
otwarte projekty odpuściłem, żeby miło spędzać czas z rodzinką. Fajnie
było, tylko wiecznie tak być nie może.

No i jaką ja mam przyszłość w tej branży? Jeśli chcę znaleźć jakąś lepszą
robotę muszę się wykazać. Raczej nie ma na to sposobu, który nie byłby ani
pracochłonny, ani stresujący. Czasem mam ochotę ciepnąć tym wszystkim poza
obowiązkowymi 8-ma godzinami w firmie, ale do czego mnie to doprowadzi?

A może powinienem uznać, że nie mam się przejmować tym co żona sądzi, bo
żona marudzi, a ja skoro pracuję, to mam prawo być trochę nieprzyjemny? Po
prostu robić swoje i w ten sposób zapewnić sobie przyszłość, a rodzinie lepszy
byt? Wolę nawet nie próbować, bo mogę stracić to co najcenniejsze. Ledwo udało
mi się częściowo naprawić, co kiedyś w podobnych okolicznościach popsułem…
A do tego nie mam jaj, więc i tak by nic z tego nie wyszło (ani lepszy
byt, ani nie przejmowanie się żoną).

Na koniec ciekawostka: teraz, gdy w firmie mało co działa, nikt nie
sugeruje, że admini się opierdalają, czy źle robią swoją robotę… a wcześniej,
przed akcją rozpierdziel, gdy czasem niedziałało tylko parę rzeczy, nie
bardzo od nas zależnych,
traktowano nas jako wzór nierobów. Ale to pewnie szybko wróci…

I sorry za brak normalnych wpisów. Gdy dzieje się coś ciekawego, to jestem
tak zajęty, że nie mam czasu pisać, a dorywam się do Joggera, dopiero gdy mi
się wszelkiej sensownej roboty odechciewa…

Dostało mi się…

Dostało mi się. Nawet nie wiem za co (w pewnym momencie wyszło coś, że niby
też za picie dziurawca). Za próbę wyjaśnienia, czy wyrażenia swojego zdania,
dostało mi się jeszcze bardziej… W takich chwilach, szczególnie po (czy
raczej w trakcie) bardzo ciężkim okresie w pracy (harówa kilkanaście godzin
dziennie, łącznie z sobotą), odechciewa się wszystkiego… :-( .

Głupi Psuja

Rano dojeżdżając do pracy stwierdziłem, że świeci mi się kontrolka zbyt
wysokiej temperatury silnika. Najwyraźniej zaświeciła się już na miejscu.
A wentylator się nie włączył. Znaczy się coś jest popsute. Zacząłem kombinować,
trzy raz wracałem się do samochodu. Włączyłem ogrzewanie kabiny i dmuchawę,
żeby go trochę ochłodzić, ale leciało zimne powietrze. Potem uznałem, że
trzeba by sprawdzić poziom płynu chłodniczego. Przez ścianki zbiorniczka nic nie widziałem,
więc wpadłem na genialny pomysł, żeby odkręcić kurek i zajrzeć do środka. Odkręciłem
tylko trochę i z sykiem prysnęło na boki. Szybko dokręciłem, ale trochę płynu
uciekło. Na gorący silnik, więc i dymu trochę naprodukowałem…

W firmie wspomniałem kolegom o problemie z samochodem. Przy okazji
dowiedziałem się, że to nie jedyny problem, bo jedno tylne światło mi nie
działa. Potem zająłem się pracą. O dziwo, dzisiaj nawet nie było źle. Gdy
wyszedłem po drugie śniadanie, standardowo po owocka, to rzuciły się na
mnie ciemne winogrona. Jabłek i bananów miałem chwilowo dość. Wziąłem małą
kiść i mało mnie nie powaliło, gdy usłyszałem cenę, z piekła rodem: 6.66zł
(zwykle kupowałem owoców za 2-3zł). No cóż, raz zaszaleć można. O samochodzie
i o tym, że miałem wziąć pieniądze z bankomatu, zapomniałem.

W końcu nadeszła wyczekiwana 16:00. Zdążyłem sobie przypomnieć
o bankomacie, więc zadzwoniłem do żonki, spytać się ile pieniędzy wziąć. Żonka
przypomniała mi o samochodzie. Wziąłem pieniądze, wróciłem do auta i zajrzałem
pod maskę… Płynu chłodniczego nie było właściwie nic. Wymieniłem jeszcze żarówkę
w tylnej lampie (ciekawe, czy przy tym też coś zepsułem) i zacząłem dzwonić do żony,
do ojca, do znajomych, do mechanika, co z tym chłodzeniem zrobić. Wersje były różne:
nalać wody, spuścić wszytko potem nalać płynu lub wody, dolać płynu.
Najbardziej przekonywała mnie wersja mechanika, który polecił dolać jakiegoś Petrygo
(podobno kompatybilne z tym co mi wlał) i tak, ostrożnie dojechać do niego. Poszedłem więc
na stację po płyn…

Stacja to był Shell, a więc swojskiego Petrygo tam nie było. Ceny tego co
było nie zachęcały, szczególnie, że mogło to po drodze wypłynąć. Do mechanika
się nie dodzwoniłem, więc samodzielnie postanowiłem kupić najtańszą opcję
– wodę destylowaną. Po odejściu paru kroków od stacji, wróciłem się
jeszcze po żaróweczki, żeby mieć zapas po dzisiejszej wymianie.

Wróciłem do samochodu. Ciężko było coś nalać i stwierdzić ile się nalało, bo ciemno.
Więc wpadłem na kolejny genialny pomysł. Że chwilkę, to mogę sobie
reflektorami poświecić (a wiedziałem, że akumulator mi trochę szwankuje). Dolałem wody,
wsiadam, odpalam… odpalam… nic. Akumulator ma dość. Właściwie mogło mu już
zaszkodzić świecenie przy sprawdzaniu żarówki, albo oświetlenie wnętrza, gdy
grzebałem pod maską. Nie ważne, w każdym razie byłem znowu uziemiony.

Na taki wypadek już się kiedyś przygotowałem i kupiłem kable do
pożyczania prądu. Tyle, że nie było od kogo pożyczać. W końcu
zadzwoniłem do kumpla, co mieszka w Zabrzu, ale spory kawałek od firmy. Po 15
minutach przyjechał i udało się uruchomić samochód. Dojechałem do Gliwic.
Zostawiłem samochód u mechanika, którego zresztą już nie było, ale syn
(oponiarz) obiecał zaopiekować się gratem. Jutro będzie trzeba pogadać
z mechanikiem co i jak i dowiedzieć się czy/kiedy/co może być z tym zrobione.

W końcu dotarłem do domku. Przygotowana była patelnia z boczkiem na jajka
sadzone, ziemniaczki oraz zupka. Uznałem, że najbezpieczniejsza będzie zupka,
gdybym miał coś smażyć, to znowu bym coś spieprzył… Gdy zupka się grzała,
zabrałem się za zmywanie naczyń. Już i tak żonce podpadłem, wypadałoby zrobić coś miłego.
Żonka przyszła, gdy jadłem zupę. Zaraz obejrzała umyte naczynia… Rozwaliłem
Krysi talerzyk… Co za dzień. :-(