Zaloguj się

Jog Jajcusia

xmpp:jajcus@jajcus.net

The Day The Routers Died...

Kumpel podesłał mi zajebistą piosenkę na YouTube. Szybko wygooglałem też jej tekst (rozumienie tekstu piosenek ze słuchu wciąż mi średnio wychodzi). Polecam wszystkim administratorom sieciowym! :-)

Update: tekstu nie trzeba było googlać, jest na YouTube, dostępny po kliknięciu (lewym przyciskiem myszy!) na "more info". Nie można tam było dać przycisku, zamiast czegoś, co wygląda jak link? To chyba dość normalne, że link próbuję otworzyć w nowej zakładce. Niech żyje usability!

8 komentarzy do wpisu „ The Day The Routers Died...”


Antyczne staniki

Siedzę sam w domu, nie mam nic specjalnego do roboty, to włączyłem telewizor. Na jedynce jakiś głupi film. Oczywiście moja uwaga od razu skupiła się na kobietach, szczególnie, że były skąpo ubrane... To, co zwróciło moją uwagę, miały na piersiach. Wygląda jak całkiem współczesny stanik. A reszta filmu sugeruje starożytność... Zerknąłem do opisu filmu w internecie: Trzy tysiące lat przed Chrystusem. Ciekawe. Z tego co wiem, to staniki, jakie znamy, wynaleziono na początku dwudziestego wieku...

Postanowiłem zgłębić temat, zanim zacznę marudzić na blogu. Wyczytałem, że i ponad 2000 lat przed naszą erą kobietom zdarzało się nosić coś w rodzaju staników. Ale to coś podobno zawsze zostawiało piersi odkryte... no i raczej nie sądzę, żeby mogło bardzo przypominać współczesną bieliznę... Później w starożytnej Grecji i Rzymie zaczęto stosować inne cosie... do owijania piersi tak, żeby nie było ich widać (coby kobieta wyglądała bardziej jak facet)... to też raczej bikini nie przypominało.

Ja rozumiem, że to rozrywka i realiów historycznych nie muszą się bardzo trzymać... ale przecież równie dobrze bohaterowie mogli by nosić zegarki na rękach i strzelać z karabinów, a nie tych niepraktycznych łuków... ;-)

39 komentarzy do wpisu „ Antyczne staniki”


Optymizm

Rok temu był świetny Hubertus. Ja, z racji słabych umiejętności, nie brałem udziału w pogoni za lisem, ale postanowiłem następnym razem to sobie nadrobić. Za to świetnie się wyszalałem na wieczornej imprezie. W tym roku może być jeszcze lepiej... :-)

Latem się zorientowałem, że ból w plecach to poważna sprawa i raczej koniki muszę sobie na jakiś czas odpuścić. Więc nawet, jeśli do Hubertusa będę mógł wsiąść na konia, to nie zdążę wyćwiczyć formy. :-( Trudno, w tym roku nie pojadę. Ale być widzem na tej imprezie też jest fajnie. Może porobię zdjęcia żonce na najpiękniejszym koniu ze stajni. I zawsze pozostaje impreza, tam sobie odbiję... :-)

Od tamtego czasu zdrowie mi się nie polepszyło. Właściwie to jest gorzej. Nie tylko nie nadaję się na konia, ale i do tańca. :-( No cóż. I tak będzie rozrywka na świeżym powietrzu – pooglądam gonitwę, pokibicuje. A wieczorem na imprezie będę mógł chociaż popatrzeć na bawiące się dziewczyny. No i trochę mogę się pogibać przy wolniejszych kawałkach. Dziecko zostanie u dziadków, to zapowiada się ciekawy wieczór. :-)

Dzisiaj piękna pogoda, ale gorzej wyglądają prognozy na jutro. Wszystko wskazuje na to, że w trakcie gonitwy będzie padało, może nawet lało. :-( No, może się jakoś uda bieg zorganizować... No i zawsze pozostaje impreza... :-)

Wieczorem dziecko dostało gorączki. Nie wiadomo, czy do jutra wyzdrowieje. Dziecka z gorączką raczej dziadkom nie zostawimy, już raz im sprzedała jakąś zarazę... :-(

Optymizm mi się kończy...

14 komentarzy do wpisu „ Optymizm”


Kopalnia wspomnień

Wczoraj, po raz kolejny, zajrzałem do serwisu nasza-klasa.pl (ale nie o tym serwisie ma być ten wpis). Tym razem znalazłem tam swoją klasę z technikum i jednego kolegę, który ją dodał. W pierwszym momencie nie kojarzyłem kolegi, ale w końcu sobie przypomniałem kto to. Szukałem też klasy z podstawówki, ale nie było jej w systemie. Chciałem dodać, ale nie pamiętałem do końca, czy to było a, czy c (a może najpierw c, potem a?). Uznałem, że muszę to gdzieś sprawdzić...

...i tak znalazły się moje stare archiwa (żona wyciągnęła z jakiejś szafki), a tam: koperta z biletami na różne koncerty, na których się kiedyś bawiłem, legitymacje szkolne, zdjęcia grupowe ze szkoły (w tym jedno, które udzieliło mi poszukiwanej informacji), stara korespondencja, jakieś dokumenty medyczne, życzenia od kolegów z okazji 20. urodzin na żółtych kartach do dziurkowania itp.

Wśród tych papierów znalazłem też początki moich dzisiejszych problemów zdrowotnych – ostatnia notatka, sprzed 10 lat, na karcie zdrowia dziecka (czy jak to się tam nazywa, ja już wtedy dzieckiem nie byłem) mówi: rozpoznanie: okrągłe plecy, zalecenia: ćwiczenia + basen. Gdybym wtedy to potraktował poważnie i zastosował się do zaleceń, to pewnie teraz bym tak nie cierpiał...

Jednak najwięcej wzruszeń dostarczył plik kopert i kartek pocztowych. Od dziewczyn. W większości od Agnieszek (chyba nie bez powodu żona jest uczulona na to imię ;-)). Ale były też tam listy od mojej niewątpliwie pierwszej miłości (Moniki), nawet nie pamiętam jakim cudem je otrzymałem, skoro nie byłem w stanie do niej słowa powiedzieć nawet, a co dopiero adres przekazać (dwuletni związek ograniczał się głównie do mojego gapienia się na nią przy przypadkowych spotkaniach, albo wzdychania pod jej oknem...). Była tam też kartka walentynkowa od zgadnij kogo (chyba nigdy się tego nie dowiedziałem) i listy od dwóch Iwon (kuzynki i znanej wam już Iki). Widząc korespondencję od Beaty, czy Justyny musiałem sobie chwilę przypominać, kto to...

Justyna to przecież była chyba jedyna osoba, z którą potrafiłem godzinami przez telefon gadać. Nigdy nie byliśmy parą, była raczej dla mnie przyjaciółką, której się mogłem wygadać, także z moich problemów sercowych. Parę razy się spotkaliśmy, wiele razy rozmawialiśmy przez telefon, najwyraźniej zdarzało się i nam do siebie pisać... w pewnym momencie ona poznała jakiegoś policjanta, ja swoją obecną żonę... i straciliśmy ze sobą kontakt.

Beata to był raczej mniej znaczący epizod w moim życiu, ale wspominam go, jako ciekawą historię. Kolega z podstawówki (ale już parę lat po zakończeniu tej szkoły) chciał mnie chyba z nią zeswatać (Beata była bliską koleżanką jego przyjaciółki). Były z dwa wspólne ogniska, podwójna randka w kinie, kilka namiętnych pocałunków... i w końcu Beata stwierdziła, że nic z tego nie będzie. Jakiś czas później kumpel mnie spotyka, i mówi jak mu przykro, że mi z Beatą nie wyszło, próbując mnie pocieszyć... a ja się powstrzymywałem, żeby nie wybuchnąć śmiechem, bo właśnie wracałem, w świetnym humorze, z jednej z pierwszych randek z moją obecną żoną. :-)

Zaskoczyła mnie trochę ilość poczty od Agnieszki z Olecka. Na jednej kartce rozśmieszył mnie tekst wylewny to ty nie jesteś – typowa odpowiedź na moją twórczość, od wypracowań w szkole, przez listy, po e-maile. Ta Agnieszka, mimo mojej słabości do dziewcząt o tym imieniu, nie trafiła nigdy na listę moich wielkich miłości, ale nie zaprzeczę, że bardzo miło wspominam czas spędzony z nią przy okazji Przystanku Olecko. No i ilość poczty też coś znaczy... że komuś się chciało do mnie pisać... ;-).

Przy okazji przeglądania tych pamiątek, przypomniały mi się też dziewczyny, po których żaden ślad nie został, jak Joasia z Bytomia, pierwsza dziewczyna, z którą się całowałem. Po innych został tylko, nigdy nie wykorzystany i pewnie nieaktualny adres (karteczka z tymi adresami od razu skojarzyła mi sie ze Spisem cudzołożnic, chociaż to bardzo niewinne znajomości były): Marzena z Gołdapi (to był chyba typowy krótki wakacyjny romans tyle, że z ferii zimowych), Renia (ciekawe co u niej, bo miała problemy z alkoholem i narkotykami), Julia (ale obciach -- poryczałem się na randce z nią)... Oj, nazbierało się tego. A przecież, głównie przez moją nieśmiałość, bardzo ograniczone były moje kontakty towarzyskie...

Te wszystkie znajomości, miłostki i przyjaźnie na pewno miały jakiś wpływ na to, jaki jestem. Bez tego pewnie nie mógłbym stworzyć związku takiego, jak teraz z Iką, a nawet mógłbym sie nie zorientować, na jaki skarb trafiłem. Teraz to przeszłość... ale powspominać czasem miło. Z drugiej strony, też trochę strach przypomnieć sobie jakie głupoty kiedyś robiłem, czy co do mnie dziewczyny pisały... dlatego nie odważyłem się zajrzeć do środka tych listów.

Tak się zastanawiam, czy nie odnowić części z tych znajomości. Tych mniej namiętnych, bo już się przekonałem, jak kontakt (mailowy i GG) po latach, z dawną miłością (która kiedyś rzuciła, a teraz wyznaje miłość) może namieszać... Głównie z ciekawości co u nich, i czy technicznie ponowny kontakt jest możliwy (adresy i nawet nazwiska raczej nieaktualne). Znalezienie dawnej korespondencji, to całkiem niezły pretekst...

21 komentarzy do wpisu „ Kopalnia wspomnień”


Z pamiętnika hipochondryka

Jednak w naszej publicznej służbie zdarzają się cuda. Wczoraj skierowanie, a dzisiaj wizyta u specjalisty. Z NFZ! Gdyby jeszcze lekarka się nie spóźniła, to by było super. Ale zakładam, że to każdemu może się _czasem_ zdarzyć, a ja w tym fuksie miałem małego pecha.

Aktualna diagnoza: prawdopodobnie dyskopatia. Pani doktor (a w tym przypadku to nie tylko tytuł grzecznościowy) przesłuchała mnie, postukała młoteczkiem (zawsze o tym marzyłem! ;-)) i dała masę makulatury: instrukcje do ćwiczeń oraz sześć recept (panie z recepcji musiały donosić), w tym:

  • Kolejny lek przeciwzapalny (od niebieskich tabletek to bym się zbyt szybko wrzodów nabawił), tym razem mam brać w pracy i wieczorem,
  • kolejny lek rozluźniający,
  • zastrzyk ze sterydem,
  • skierowanie na wykonanie zastrzyku,
  • skierowanie na rezonans magnetyczny, do Chorzowa,
  • kolejne skierowanie na rehabilitację, bo tam gdzie jestem już zapisany, to, zdaniem pani dr, jest najgorzej w Gliwicach. A zabiegów rehabilitacyjnych nigdy za wiele.

Jeszcze jedna rzecz mnie fascynuje. Zdjęcie RTG. To niesamowite, jak jedno zdjęcie pokazuje jak mi się stan zdrowia pogarsza: gdy je robiłem lekarz radiolog stwierdził brak zmian. Nic nie zauważyła też internistka oglądająca to zdjęcie dzień, czy parę dni, później. Po paru tygodniach zdjęcie oglądał lekarz-rehabilitant i już było widać przewężenie między kręgami. A dzisiaj neurolog widziała juz przewężenie i wygięcie. Wot, technika! ;-)

Gdy miałem już umawiać się na rezonans, zastanowiło mnie, dlaczego tak daleko... W Gliwicach nic nie mają? I czemu konkretna placówka wskazana na skierowaniu? W końcu, jak mam skierowanie na rehabilitację, do chirurga, czy do neurologa, to mogę sobie wybrać... Wróciłem do przychodni się spytać, o co chodzi... Podobno mają umowę tylko z trzema placówkami (Chorzów, Bytom, Katowice) i gdzie indziej nie mogą mnie skierować.

Potem udałem się na zastrzyk. Okazało się, że muszę się pospieszyć, bo w mojej przychodni mogą mi dać zastrzyk jedynie ze skierowania tamtejszego lekarza (a to neurolog mnie wysłała do mojej przychodni...), więc muszę zdążyć przed piętnastą (doktor A, przyjmujący później, też zaniemógł). No to w naszej przychodni trafiłem do doktor D. Bardzo miła pani, wypytała o co chodzi, wyjaśniła co to za zastrzyk. I wypisała nowe skierowanie (stare wyrzuciłem, bo bez zastrzyku już do niczego mi się nie przyda). Przy okazji zapytałem się o rezonans – potwierdziła to co wcześniej usłyszałem. Dodała jeszcze, że sama mimo, że ma specjalizację, to w ogólnej przychodni nie mogłaby mi takiego skierowania wypisać, a w drugiej pracy ma umowę z Bytomiem. Więc jestem skazany na ten Chorzów... chyba że pójdę jakoś prywatnie (orientacyjnie wychodzi coś około 500zł). Zobaczymy jakie będą terminy z NFZ. Do neurologa mam się zgłosić na kontrolę za miesiąc, nawet jeśli nie będę miał jeszcze wyników NMR.

Prosto z gabinetu lekarza poszedłem do zabiegowego, gdzie dostałem zastrzyk (zakupiłem go sam tuż po wyjściu z gabinetu neurologa). Bałem się, że będzie bolało, jak po antybiotykach które mi tak podawali w dzieciństwie, a prawie nie poczułem. Co więcej, miałem wrażenie, że od razu po zabiegu znieczuliło mi ten jeden pośladek – przez jakiś czas czułem tam tylko lekki chłód, ale potem się rozeszło.

Teraz zobaczymy jaka będzie noc po nowych lekach... Na razie nie czuję różnicy.

21 komentarzy do wpisu „ Z pamiętnika hipochondryka”


Inne atrakcje

Po nieudanej reklamacji nieudanej wypłaty z bankomatu dzisiaj znowu składałem w banku reklamacje...

Przy opisie ostatnich wizyt w aptece napisałem, że wziąłem kwitki, bo już bankowi nie bardzo ufam. I słusznie. Transakcja niby anulowana, dostałem do ręki potwierdzenie (z logo banku)... a z konta odpowiednia suma potrącona i nigdy nie oddana. No więc dzisiaj, jak już włóczyłem się po mieście, poszedłem złożyć reklamację. Pani nawet nie była zainteresowana kwitkami i wyraziła zdziwienie, że ja wątpię w to, że bank mnie potraktuje poważnie. Jednak przekonałem ją, żeby ksero kwitków załączyła do papierów. A oryginałów wolę sam przypilnować.

Ale co tam kłopoty ze zdrowiem i z bankiem... w końcu mają przyjść do mnie dwie paczki, zamówione na pocieszenie. Specjalnie w pracy czekałem z wyjściem po drugie śniadanie, do południa (do 12:15 dokładniej), bo wiem, że poczta przychodzi przed południem. Gdy przychodzi polecony lub paczka (w każdym razie coś wymagające potwierdzenia) to z portierni dzwonią, żeby odebrać. Nikt nie zadzwonił, ale wychodząc z budynku spytałem na portierni, czy poczta już była (była) i czy coś do mnie nie przyszło (podobno nie). Spieszyłem się załatwić co miałem do załatwienia w mieście, więc nawet nie spojrzałem co tam za szybką u nich leży.

Gdy wróciłem też mnie nikt informacją o poczcie nie zaatakował (a bywało, że prawie biegali za mną z papierowym spamem)... No trudno, jak nie dziś, to może jutro...

Gdy przyszedł czas wychodzić z pracy, okazało się, że nie ma nikogo na portierni. Nie było nawet komu kluczy oddać. Co gorsza, nie było kogo opieprzyć... bo za szybką znalazły się dwa awizo do mnie... Olałem oddanie klucza i poszedłem do domu.

Awiza odebrała żona przy okazji lekcji gry na gitarze (w tym samym budynku). No więc jutro czeka mnie jeszcze spacer... na dwie różne poczty (na główną po polecony i na przydworcową po paczkę)... Żeby było śmieszniej, to w tym samym budynku, w którym mam biuro, też jest poczta, ale to nie mój rejon...

5 komentarzy do wpisu „ Inne atrakcje”



[szpieg] Jesteście obserwowani...