The Day The Routers Died…

Kumpel podesłał mi zajebistą piosenkę na
YouTube
. Szybko wygooglałem też jej
tekst
(rozumienie tekstu piosenek ze słuchu wciąż mi średnio wychodzi).
Polecam wszystkim administratorom sieciowym! :-)

Update: tekstu nie trzeba było googlać, jest na YouTube, dostępny po kliknięciu (lewym przyciskiem myszy!) na „more info”. Nie można tam było dać przycisku, zamiast czegoś, co wygląda jak link? To chyba dość normalne, że link próbuję otworzyć w nowej zakładce. Niech żyje usability!

Antyczne staniki

Siedzę sam w domu, nie mam nic specjalnego do roboty, to włączyłem
telewizor. Na jedynce jakiś głupi film. Oczywiście moja uwaga od razu skupiła
się na kobietach, szczególnie, że były skąpo ubrane… To, co zwróciło moją
uwagę, miały na piersiach. Wygląda jak całkiem współczesny stanik. A reszta
filmu sugeruje starożytność… Zerknąłem do opisu filmu w internecie: Trzy
tysiące lat przed Chrystusem.
Ciekawe. Z tego co wiem, to staniki, jakie
znamy, wynaleziono na początku dwudziestego wieku…

Postanowiłem zgłębić temat, zanim zacznę marudzić na blogu. Wyczytałem, że
i ponad 2000 lat przed naszą erą kobietom zdarzało się nosić coś w rodzaju
staników. Ale to coś podobno zawsze zostawiało piersi odkryte… no i raczej
nie sądzę, żeby mogło bardzo przypominać współczesną bieliznę… Później
w starożytnej Grecji i Rzymie zaczęto stosować inne cosie… do owijania
piersi tak, żeby nie było ich widać (coby kobieta wyglądała bardziej jak
facet)… to też raczej bikini nie przypominało.

Ja rozumiem, że to rozrywka i realiów historycznych nie muszą się bardzo
trzymać… ale przecież równie dobrze bohaterowie mogli by nosić zegarki na
rękach i strzelać z karabinów, a nie tych niepraktycznych łuków…
;-)

Optymizm

Rok temu był świetny Hubertus. Ja, z racji słabych umiejętności, nie brałem
udziału w pogoni za lisem, ale postanowiłem następnym razem to sobie nadrobić.
Za to świetnie się wyszalałem na wieczornej imprezie. W tym roku może być
jeszcze lepiej… :-)

Latem się zorientowałem, że ból w plecach to poważna sprawa i raczej koniki
muszę sobie na jakiś czas odpuścić. Więc nawet, jeśli do Hubertusa będę mógł
wsiąść na konia, to nie zdążę wyćwiczyć formy. :-( Trudno, w tym roku nie pojadę.
Ale być widzem na tej imprezie też jest fajnie. Może porobię zdjęcia żonce na
najpiękniejszym koniu ze stajni. I zawsze pozostaje impreza, tam sobie
odbiję… :-)

Od tamtego czasu zdrowie mi się nie polepszyło. Właściwie to jest gorzej.
Nie tylko nie nadaję się na konia, ale i do tańca. :-( No cóż.
I tak będzie rozrywka na świeżym powietrzu – pooglądam gonitwę,
pokibicuje. A wieczorem na imprezie będę mógł chociaż popatrzeć na bawiące się
dziewczyny. No i trochę mogę się pogibać przy wolniejszych kawałkach. Dziecko
zostanie u dziadków, to zapowiada się ciekawy wieczór. :-)

Dzisiaj piękna pogoda, ale gorzej wyglądają prognozy na jutro. Wszystko
wskazuje na to, że w trakcie gonitwy będzie padało, może nawet lało.
:-( No, może się jakoś uda bieg zorganizować… No i zawsze
pozostaje impreza… :-)

Wieczorem dziecko dostało gorączki. Nie wiadomo, czy do jutra wyzdrowieje.
Dziecka z gorączką raczej dziadkom nie zostawimy, już raz im sprzedała
jakąś zarazę… :-(

Optymizm mi się kończy…

Kopalnia wspomnień

Wczoraj, po raz kolejny, zajrzałem do serwisu nasza-klasa.pl (ale nie o tym serwisie ma
być ten wpis). Tym razem znalazłem tam swoją klasę z technikum i jednego
kolegę, który ją dodał. W pierwszym momencie nie kojarzyłem kolegi, ale w
końcu sobie przypomniałem kto to. Szukałem też klasy z podstawówki, ale nie
było jej w systemie. Chciałem dodać, ale nie pamiętałem do końca, czy to było
a, czy c (a może najpierw c, potem a?). Uznałem,
że muszę to gdzieś sprawdzić…

…i tak znalazły się moje stare archiwa (żona wyciągnęła z jakiejś
szafki), a tam: koperta z biletami na różne koncerty, na których się kiedyś
bawiłem, legitymacje szkolne, zdjęcia grupowe ze szkoły (w tym jedno, które
udzieliło mi poszukiwanej informacji), stara korespondencja, jakieś dokumenty
medyczne, życzenia od kolegów z okazji 20. urodzin na żółtych kartach do
dziurkowania
itp.

Wśród tych papierów znalazłem też początki moich dzisiejszych problemów
zdrowotnych – ostatnia notatka, sprzed 10 lat, na karcie zdrowia
dziecka
(czy jak to się tam nazywa, ja już wtedy dzieckiem nie byłem)
mówi: rozpoznanie: okrągłe plecy, zalecenia: ćwiczenia + basen.
Gdybym wtedy to potraktował poważnie i zastosował się do zaleceń, to pewnie
teraz bym tak nie cierpiał…

Jednak najwięcej wzruszeń dostarczył plik kopert i kartek pocztowych. Od
dziewczyn. W większości od Agnieszek (chyba nie bez powodu żona jest uczulona
na to imię ;-)). Ale były też tam listy od mojej niewątpliwie
pierwszej miłości (Moniki), nawet nie pamiętam jakim cudem je otrzymałem, skoro
nie byłem w stanie do niej słowa powiedzieć nawet, a co dopiero adres
przekazać (dwuletni związek ograniczał się głównie do mojego gapienia
się na nią przy przypadkowych spotkaniach, albo wzdychania pod jej
oknem…). Była tam też kartka walentynkowa od zgadnij kogo (chyba
nigdy się tego nie dowiedziałem) i listy od dwóch Iwon (kuzynki i znanej wam
już Iki). Widząc korespondencję od Beaty, czy Justyny musiałem sobie chwilę
przypominać, kto to…

Justyna to przecież była chyba jedyna osoba, z którą potrafiłem godzinami
przez telefon gadać. Nigdy nie byliśmy parą, była raczej dla mnie
przyjaciółką, której się mogłem wygadać, także z moich problemów
sercowych. Parę razy się spotkaliśmy, wiele razy rozmawialiśmy przez
telefon, najwyraźniej zdarzało się i nam do siebie pisać… w pewnym momencie
ona poznała jakiegoś policjanta, ja swoją obecną żonę… i straciliśmy
ze sobą kontakt.

Beata to był raczej mniej znaczący epizod w moim życiu, ale wspominam go,
jako ciekawą historię. Kolega z podstawówki (ale już parę lat po zakończeniu
tej szkoły) chciał mnie chyba z nią zeswatać (Beata była bliską koleżanką jego
przyjaciółki). Były z dwa wspólne ogniska, podwójna randka w kinie, kilka
namiętnych pocałunków… i w końcu Beata stwierdziła, że nic z tego nie
będzie. Jakiś czas później kumpel mnie spotyka, i mówi jak mu przykro, że mi z
Beatą nie wyszło, próbując mnie pocieszyć… a ja się powstrzymywałem, żeby
nie wybuchnąć śmiechem, bo właśnie wracałem, w świetnym humorze, z jednej z
pierwszych randek z moją obecną żoną. :-)

Zaskoczyła mnie trochę ilość poczty od Agnieszki z Olecka. Na jednej
kartce rozśmieszył mnie tekst wylewny to ty nie jesteś – typowa
odpowiedź na moją twórczość, od wypracowań w szkole, przez listy, po e-maile.
Ta Agnieszka, mimo mojej słabości do dziewcząt o tym imieniu, nie trafiła
nigdy na listę moich wielkich miłości, ale nie zaprzeczę, że bardzo miło
wspominam czas spędzony z nią przy okazji Przystanku Olecko. No i ilość
poczty też coś znaczy… że komuś się chciało do mnie pisać…
;-).

Przy okazji przeglądania tych pamiątek, przypomniały mi się też
dziewczyny, po których żaden ślad nie został, jak Joasia z Bytomia, pierwsza
dziewczyna, z którą się całowałem. Po innych został tylko, nigdy nie
wykorzystany i pewnie nieaktualny adres (karteczka z tymi adresami od razu
skojarzyła mi sie ze Spisem
cudzołożnic
, chociaż to bardzo niewinne znajomości były): Marzena z
Gołdapi (to był chyba typowy krótki wakacyjny romans tyle, że z ferii
zimowych), Renia (ciekawe co u niej, bo miała problemy z alkoholem
i narkotykami), Julia (ale obciach — poryczałem się na randce z nią)… Oj,
nazbierało się tego. A przecież, głównie przez moją nieśmiałość, bardzo
ograniczone były moje kontakty towarzyskie…

Te wszystkie znajomości, miłostki i przyjaźnie na pewno miały jakiś wpływ
na to, jaki jestem. Bez tego pewnie nie mógłbym stworzyć związku takiego, jak
teraz z Iką, a nawet mógłbym sie nie zorientować, na jaki skarb trafiłem.
Teraz to przeszłość… ale powspominać czasem miło. Z drugiej strony, też
trochę strach przypomnieć sobie jakie głupoty kiedyś robiłem, czy co do mnie
dziewczyny pisały… dlatego nie odważyłem się zajrzeć do środka tych
listów.

Tak się zastanawiam, czy nie odnowić części z tych znajomości. Tych mniej
namiętnych, bo już się przekonałem, jak kontakt (mailowy i GG) po latach, z
dawną miłością (która kiedyś rzuciła, a teraz wyznaje miłość) może
namieszać… Głównie z ciekawości co u nich, i czy technicznie ponowny kontakt
jest możliwy (adresy i nawet nazwiska raczej nieaktualne). Znalezienie dawnej
korespondencji, to całkiem niezły pretekst…

Z pamiętnika hipochondryka

Jednak w naszej publicznej służbie zdarzają się cuda. Wczoraj skierowanie,
a dzisiaj wizyta u specjalisty. Z NFZ! Gdyby jeszcze lekarka się nie spóźniła,
to by było super. Ale zakładam, że to każdemu może się _czasem_ zdarzyć, a ja
w tym fuksie miałem małego pecha.

Aktualna diagnoza: prawdopodobnie dyskopatia. Pani doktor (a w tym
przypadku to nie tylko tytuł grzecznościowy) przesłuchała mnie, postukała
młoteczkiem (zawsze o tym marzyłem! ;-)) i dała masę makulatury:
instrukcje do ćwiczeń oraz sześć recept (panie z recepcji musiały donosić),
w tym:

  • Kolejny lek przeciwzapalny (od niebieskich tabletek to bym się zbyt
    szybko wrzodów nabawił), tym razem mam brać w pracy i wieczorem,
  • kolejny lek rozluźniający,
  • zastrzyk ze sterydem,
  • skierowanie na wykonanie zastrzyku,
  • skierowanie na rezonans magnetyczny, do Chorzowa,
  • kolejne skierowanie na rehabilitację, bo tam gdzie jestem już zapisany,
    to, zdaniem pani dr, jest najgorzej w Gliwicach. A zabiegów rehabilitacyjnych
    nigdy za wiele.

Jeszcze jedna rzecz mnie fascynuje. Zdjęcie RTG. To niesamowite, jak jedno
zdjęcie pokazuje jak mi się stan zdrowia pogarsza: gdy je robiłem lekarz
radiolog stwierdził brak zmian. Nic nie zauważyła też internistka
oglądająca to zdjęcie dzień, czy parę dni, później. Po paru tygodniach zdjęcie
oglądał lekarz-rehabilitant i już było widać przewężenie między kręgami.
A dzisiaj neurolog widziała juz przewężenie i wygięcie. Wot, technika!
;-)

Gdy miałem już umawiać się na rezonans, zastanowiło mnie, dlaczego tak
daleko… W Gliwicach nic nie mają? I czemu konkretna placówka wskazana na
skierowaniu? W końcu, jak mam skierowanie na rehabilitację, do chirurga, czy
do neurologa, to mogę sobie wybrać… Wróciłem do przychodni się spytać, o co
chodzi… Podobno mają umowę tylko z trzema placówkami (Chorzów, Bytom,
Katowice) i gdzie indziej nie mogą mnie skierować.

Potem udałem się na zastrzyk. Okazało się, że muszę się pospieszyć, bo
w mojej przychodni mogą mi dać zastrzyk jedynie ze skierowania tamtejszego
lekarza (a to neurolog mnie wysłała do mojej przychodni…), więc muszę zdążyć
przed piętnastą (doktor A, przyjmujący później, też zaniemógł). No to w naszej
przychodni trafiłem do doktor D. Bardzo miła pani, wypytała o co chodzi,
wyjaśniła co to za zastrzyk. I wypisała nowe skierowanie (stare wyrzuciłem, bo
bez zastrzyku już do niczego mi się nie przyda). Przy okazji zapytałem się
o rezonans – potwierdziła to co wcześniej usłyszałem. Dodała jeszcze,
że sama mimo, że ma specjalizację, to w ogólnej przychodni nie mogłaby mi
takiego skierowania wypisać, a w drugiej pracy ma umowę z Bytomiem.
Więc jestem skazany na ten Chorzów… chyba że pójdę jakoś prywatnie
(orientacyjnie wychodzi coś około 500zł). Zobaczymy jakie będą terminy z NFZ.
Do neurologa mam się zgłosić na kontrolę za miesiąc, nawet jeśli nie będę miał
jeszcze wyników NMR.

Prosto z gabinetu lekarza poszedłem do zabiegowego, gdzie dostałem
zastrzyk (zakupiłem go sam tuż po wyjściu z gabinetu neurologa). Bałem się, że
będzie bolało, jak po antybiotykach które mi tak podawali w dzieciństwie,
a prawie nie poczułem. Co więcej, miałem wrażenie, że od razu po zabiegu
znieczuliło mi ten jeden pośladek – przez jakiś czas czułem tam tylko
lekki chłód, ale potem się rozeszło.

Teraz zobaczymy jaka będzie noc po nowych lekach… Na razie nie czuję
różnicy.

Inne atrakcje

Po nieudanej reklamacji
nieudanej wypłaty z bankomatu
dzisiaj znowu składałem w banku reklamacje…

Przy opisie ostatnich wizyt w aptece
napisałem, że wziąłem kwitki, bo już bankowi nie bardzo ufam. I słusznie.
Transakcja niby anulowana, dostałem do ręki potwierdzenie (z logo banku)…
a z konta odpowiednia suma potrącona i nigdy nie oddana. No więc dzisiaj, jak
już włóczyłem się po mieście, poszedłem złożyć reklamację. Pani nawet nie była
zainteresowana kwitkami i wyraziła zdziwienie, że ja wątpię w to, że bank mnie
potraktuje poważnie. Jednak przekonałem ją, żeby ksero kwitków załączyła do
papierów. A oryginałów wolę sam przypilnować.

Ale co tam kłopoty ze zdrowiem i z bankiem… w końcu mają przyjść do mnie
dwie paczki, zamówione na pocieszenie. Specjalnie w pracy czekałem z wyjściem
po drugie śniadanie, do południa (do 12:15 dokładniej), bo wiem, że poczta
przychodzi przed południem. Gdy przychodzi polecony lub paczka (w każdym razie
coś wymagające potwierdzenia) to z portierni dzwonią, żeby odebrać. Nikt nie
zadzwonił, ale wychodząc z budynku spytałem na portierni, czy poczta już była
(była) i czy coś do mnie nie przyszło (podobno nie). Spieszyłem się załatwić
co miałem do załatwienia w mieście, więc nawet nie spojrzałem co tam za szybką
u nich leży.

Gdy wróciłem też mnie nikt informacją o poczcie nie zaatakował (a bywało,
że prawie biegali za mną z papierowym spamem)… No trudno, jak nie
dziś, to może jutro…

Gdy przyszedł czas wychodzić z pracy, okazało się, że nie ma nikogo na
portierni. Nie było nawet komu kluczy oddać. Co gorsza, nie było kogo
opieprzyć… bo za szybką znalazły się dwa awizo do mnie… Olałem oddanie
klucza i poszedłem do domu.

Awiza odebrała żona przy okazji lekcji gry na gitarze (w tym samym
budynku). No więc jutro czeka mnie jeszcze spacer… na dwie różne poczty
(na główną po polecony i na przydworcową po paczkę)… Żeby było śmieszniej,
to w tym samym budynku, w którym mam biuro, też jest poczta, ale to nie mój
rejon…

Z pamiętnika hipochondryka

Pod koniec zeszłego tygodnia nie udało mi się zastać pani doktor C,
a nocny ból wciąż dokucza. W weekend postanowiłem, że dzisiaj idę do
jakiegokolwiek lekarza, niech wymyśli coś co mi ulży w nocy. Udało się
nawet zastać panią C. Opowiedziałem co i jak, nie bardzo jej się to spodobało
(że w nocy boli), w końcu zapisała mi niebieskie tabletki, które,
w przeciwieństwie do wcześniej branych, można brać i rano i wieczorem.
W pewnym momencie do gabinetu wpadła doktor B mówiąc do C, że ma ją osłuchać
i w ogóle muszą pogadać. Lepsze wrażenie zrobiłaby chyba tylko pielęgniarka
z nabitą strzykawką ;-).

C korzystając z okazji spytała B co tamta sądzi o moim przypadku. B najpierw
stwierdziła, że to na pewno łóżko. Wytłumaczyłem, że mam raczej twardy
materac, a i tak bym się już na podłogę przeniósł, gdyby nie strach, że
z podłogi to już zupełnie rano nie wstanę. W końcu obie uznały, że to typowa
rwa kulszowa (skoro jest lepiej, gdy leżę na plecach z ugiętymi nogami)
i dostałem skierowanie do neurologa. Na „jak najszybciej”. Wychodząc życzyłem
C szybkiego powrotu do zdrowia.

Skoro do neurologa mam się udać jak najszybciej, to postanowiłem zacząć od
najbliższego – w szpitalu kilkaset metrów od mojej przychodni. Szpital
pięknie odnowiony. W informacji przy głównym wejściu przemiła pani z uśmiechem
na ustach skierowała mnie do przyszpitalnej poradni (prosto, wyjść przez izbę
przyjęć, w lewo przez podwórko i potem w lewo, wejściem numer cztery)…
No, Europa! myślę sobie.

W recepcji w poradni smętna paniena, spytana o wizytę u neurologa,
podniosła wzrok znad piłowanych właśnie paznokci i spytała, czy jestem
zarejestrowany. Mówię że nie, w końcu chcę się zarejestrować. No to w tym
roku już nie przyjmujemy. Rejestracja od stycznia.
. No to miejscami chyba
wciąż PRL (a może już IV RP?).

Jak potrzebowałem do chirurga (trzy razy) to też mnie straszono
kilkutygodniowymi, co najmniej, kolejkami, a udawało mi się umówić z dnia na
dzień. Więc uznałem, że i tym razem lepiej trafię. Poszedłem tam, gdzie mam
mieć rehabilitację, pamiętałem, że tam też mają neurologa. No mają i mógłby
mnie przyjąć gdzieś w połowie listopada. Prawdopodobnie, bo akurat im komputer
nie działał, miałem zadzwonić później.

W pracy porozglądałem się za poradniami w Internecie. Ciężko było się
gdzieś dodzwonić, a ze znalezionych informacji wynikało, że w ramach NFZ, to
przed listopadem mogę się nie załapać. Zdecydowałem się pójść
prywatnie. Wytypowana przychodnia miała nawet fajny interfejs do
rejestracji online (najwyraźniej przez nikogo nie obsługiwany — wciąż
oczekuję na potwierdzenie terminu) i paskudną stronę WWW (flash w którym
trudno się połapać i gdzie trudno znaleźć właściwy numer telefonu). W końcu
zjawiłem się i zarejestrowałem osobiście. Na jutro o 8:10. Prywatnie to
się da…

Z pamiętnika hipochondryka

W czwartek wziąłem ostatnie dwie tabletki z poprzedniej serii. Na początku
serii działy niesamowicie – ból w większości przypadków zniknął. Ale
z czasem było znowu coraz gorzej. W zeszłym tygodniu pojawił się nowy problem:
ból w nocy. Bolało nawet gdy leżałem w łóżku, szczególnie, gdy przewracałem
się na drugi bok. Czasem budziło mnie to w nocy. Dziś więc z samego rana
wybrałem się znowu do lekarza rodzinnego (pani doktór C).

Tym razem dostałem nieco inny zestaw leków. Na jednej recepcie witaminę
B1, coś na osłonę żołądka (to samo co poprzednio) i jakiś lek przeciwzapalny
(tym razem w saszetkach, padła też propozycja zastrzyków, ale przychodnia nie
bardzo jest mi po drodze). Na drugą receptę coś rozluźniającego mięśnie, do
łykania przed snem (podobno trochę uspokajające). Jeśli to nie będzie pomagać,
to mam nie zwlekać, tylko znowu się zgłosić, to dostanę skierowanie do
chirurga (podobno może podawać jakoś leki przeciwzapalne prosto na nerw).

Z receptami udałem się w kierunku apteki i mojego biura. 15 minut spaceru,
a noga bolała… W aptece okazało się, że na jednej recepcie (tej z trzema
lekami) brakuje pieczątki i muszę wrócić się do przychodni. Pani zrealizowała
mi drugą receptę, ale powiedziała, że nie radzi mi teraz tego łykać, bo będę
się czuł jak po niezłej imprezie…

Nie czułem się na siłach od razu się wracać, więc zajrzałem do biura żony,
tuż obok apteki. Tam się rozłożyłem zgodnie z zaleceniami lekarza (na wznak na
podłodze, z nogami opartymi na krześle, paskudy zrobiły mi zdjęcie), a żonka
poczytała ulotkę z tego lekarstwa. Niezłe. W sprzyjających okolicznościach
mogę po tym nawet białe myszki widzieć. %-)

Wróciłem się do tej przychodni. Pani w recepcji się zdziwiła, receptę
podbiła i przeprosiła. Wróciłem do apteki po pozostałe leki. Już płacę (kartą,
bo w portfelu pustki), a tu mi się coś nie zgadza… Dostałem same tabletki,
a miały być jakieś saszetki. Mówię kobiecie, a ona na mnie wielkie oczy.
Domyśliłem się, że tego czegoś nie ma w saszetkach. Ja upieram się, że miały
być saszetki, aptekarka spogląda jeszcze raz na receptę i stwierdza, że to
chyba jednak coś innego. Sprawdza jeszcze u koleżanki (która potwierdza, że
tam jest ten lek w saszetkach, a nie 100 innych tabletek). Potem mnie pyta,
czy to na pewno powinno być coś przeciwbólowego/przeciwzapalnego. Potwierdzam.
No więc ona anuluje poprzednią transakcje kartą (nauczony doświadczeniami
z bankomatem zachowuję kwitki) i wydaje mi właściwe leki, niestety droższe.
Zażartowałem, że pani chciała mnie otruć. Ale to podobno było coś na
usunięcie kwasu moczowego
i raczej by nie zaszkodziło. Ale najpewniej
i nie pomogło. Pechowa jakaś ta recepta.

Lek z saszetki cudów nie zdziałał. Cały czas boli, ale już sporo mniej niż
rano. Zobaczymy jakie efekty da ten ekstra drag wieczorem ;-) Na
razie jestem zadowolony, że przynajmniej humor mi dopisuje (wczoraj rano było
z tym kiepsko), pewnie jeszcze po wczorajszym koncercie.

Koncertowa rozpusta

A
więc jednak
pozwoliłem sobie na rozpustę i byłem w ten weekend na trzech
koncertach. Po dwóch koncertach z okazji, wcześniej wspomnianego,
Pożegnania Lata w piątek, wczoraj wybrałem się na, ostatni na Śląsku,
koncert Pidżama Porno.

Prawdę mówiąc nie znam za bardzo twórczości Pidżama Porno, ale w moim
Loved tracks na Last.FM jakoś znalazło się parę ich piosenek, a więc
najwyraźniej lubię. Jak lubię, to pewnie warto poznać. A jak się zespół
rozwiązuje, to trzeba było i skorzystać z ostatniej okazji wysłuchania na
żywo.

Koncert był w Zabrzu, w Wiatraku,
po letnim remoncie. Pojechałem tramwajem, bo z moją rwą kulszową, to do jazdy
się nie nadaję (nieciekawie by było jakby podczas jazdy złapał mnie ból
uniemożliwiający koncentrację i zdrętwiałaby mi lewa noga). Na szczęście,
godziny koncertu rozsądne i tramwajów w obie strony nie brakowało.

Przed Wiatrakiem czekał już tłum, jakiego jeszcze tam nie widziałem
(bilety wyprzedane już dawno). I znowu poczułem się strasznie staro –
większość to dzieciarnia (a w tę dzieciarnię mogli się wliczać
i studenci)… ale cóż, dziadek-inwalida też może się czasem wyszaleć.

Damska część dzieciarni miejscami wydała się od razu nieco starsza, jak
tylko zrzuciła wierzchnie ciuszki. Cała masa dekoltów ukazujących, nieprzyzwoicie
młode biusty (może o swoje stare serce też powinienem się martwić?). Większość
takich przypadków jednak w myślach kwitowałem: podobałaby mi się… jakieś
piętnaście lat temu
. Uff… przynajmniej mój gust pod prokuraturę nie
podpada… ale za to trudniej go na takich imprezach zaspokoić.
;-)

Sam koncert dość mocno się różnił od sobotnich. Zamiast akustycznych
ballad, czy bluesów, ostrzejsza rąbanka. Publiczność przy tym też dużo
aktywniej się bawiąca. Ja się ograniczałem do lekkiego kiwania — skakanie,
nie mówiąc o pogo, to już nie na moje zdrowie. Ale bawiłem się nieźle.
Bawiłbym się jeszcze lepiej, gdybym znał te piosenki, tak jak większość na
sali… ale cóż, nie znałem. Dobrze, że tym razem chociaż trochę tekstów dało
się zrozumieć i czasem kawałek refrenu mogłem z innymi wykrzyczeć.

Atmosfera była bardzo gorąca. W przenośni i dosłownie. Niektóre dziewczyny
rozbierały się do staników, sądząc po opływającym je pocie, nie tylko ze
względu na ewentualny ekshibicjonizm. Po koncercie z wyjścia się po prostu
dymiło, jak z otwartych drzwi do sauny. Ale mało kto narzekał –
praktycznie wszyscy się po prostu świetnie bawili.

Sprytnie odebrałem swoje rzeczy z szatni na ostatnim bisie tak, że ominęła
mnie kolejka i zdążyłem na pierwszy tramwaj po koncercie. Dotarłem do domku
o całkiem sensownej porze, zdążyłem nawet jeszcze jakieś pieczywo kupić. I nie
śmierdziałem tym razem papierosami (polar był zamknięty szczelnie w plecaku
w szatni, a na sali, w tym tłoku, tylko paru kompletnych idiotów paliło)…
ale wciąż końmi, po porannej wizycie w Szałszy. ;-)

Piersi kurczaka

Piersi kurczaka – tylko na tyle może liczyć
cierpiący człowiek w potrzebie. :-( Tylko dlatego, że żonaty. Co
za ograniczone, opętane przez stereotypy społeczeństwo! ;-)

Na szczęście, na żonkę mogę cały czas liczyć. Okłady działają –
przynoszą ulgę (i radość), ale w pełni na moje dolegliwości nie pomagają.
Byłem u wielu lekarzy, łykam najróżniejsze prochy… niewiele pomaga. Chciałbym
więc spróbować podwójnej dawki sprawdzonej, naturalnej metody… i co? I nic…
zero zrozumienia… trzy propozycje… a w każdej tylko te piersi z
kurczaka… ;-(

;-)