Magia RTV…

Od jakiegoś czasu self-made nagrywarka powodowała „pierdzenie” w głośnikach podłączonych do wzmacniacza. Na każdym kanale poza tunerem. Na początku tylko gdy nagrywała, ostatnio jak tylko była włączona. Ciężko było cokolwiek oglądać przy takim akompaniamencie…

Dzisiaj próbowałem znaleźć usterkę. Kabelki audio ok. Zasilanie podłączone ok. W maszynce wszystkie kondensatory wyglądają ok. Poprzełączałem wszystkie wtyczki, odkurzyłem co się dało… chwilę było ok i znowu pierdzi… Nic nie wymyśliłem.

Przy okazji chciałem też sprawdzić kabelek z DVD (jeden kanał nie grał)… Przez przypadek zauważyłem, że pierdzenie znika, gdy… odpinam od wzmacniacza kabel z domowego serwerka (który robi też za szafę grającą)… WTF? Pierdzenie zależało od działania nagrywarki, nie serwerka…

Serwerek był podpięty przez „ground-loop-isolator” – transformatorek mający usuwać efekt „pętli masy”. Spróbowałem podłączyć go bezpośrednio… i nie pierdziało. Co więcej, też nie buczało (wszelkie pętle masy zerwane gdzie indziej? W sumie, drugi separator mam na kablu antenowym…).

Podsumowując: żeby usunąć zakłócenia z nagrywarki musiałem odpiąć urządzenie podłączone zupełnie gdzie indziej.

Niestety, prawdopodobnie nie usunąłem problemu całkiem, lecz tylko jego objawy… skoro kiedyś działało bez zarzutu, a ostatnio było coraz gorzej, to najwyraźniej się coś psuje. Najprawdopodobniej nagrywarka sieje jakimiś zakłóceniami, które transformatorek wyłapywał (czemu akurat on? samochodowy… powinien być dobrze ekranowany)… Mam nadzieję że nie przestanie nagle całkiem działać.

Re: Głos w sprawie blokowania stron internetowych

siwa spisała swoje wnioski z toczącej się dyskusji o blokowaniu stron internetowych. Ja pozwalam sobie mieć nieco inne zdanie. No cóż, miejscami jestem zatwardziały liberał.

Zanim zdecydujemy się jak walczyć, trzeba zdecydować z czym mamy walczyć. O jakie zagrożenie chodzi, kogo mamy bronić. Czy złe jest to, że ktoś produkuje
„treści pedofilskie”, czy to, że ktoś je zobaczy? Normalny człowiek
(przypadkowy Kowalski) gdy na coś takiego trafi od razu nie zacznie molestować
dzieci. Raczej się oburzy, oleje sprawę, albo zawiadomi odpowiednie służby. Bo
problemem nie jest przypadkowy Kowalski, który tam trafi, tylko ci którzy te
treści opublikowali. Dlaczego więc wprowadzać kosztowne, nieprecyzyjne i
podatne na nadużycie przepisy blokujące przypadkowego Kowalskiego? To jedynie
sprawi, że dla przypadkowego Kowalskiego problem pedofilii zniknie (przestanie być widoczny). Dla niego pojawi się, najwyżej, problem znikających przez pomyłkę innych stron, czy celowego nadużywania tych przepisów. Nawet zwolennicy regulacji przyznają, że jest takie ryzyko (jak czasem aresztowanie niewinnego człowieka). Nie widzę jednak sposobu, żeby takie blokady w jakikolwiek sposób pomogły rzeczywiście wykorzystywanym seksualnie dzieciom.

Jeśli chodzi o argument, że „radzimy sobie z wydawnictwami, gazetami i płytami z nielegalną treścią” – nikt nie włazi ludziom do domu i nie zabiera z półek książek z niewłaściwymi treściami. Era palenia książek też już minęła. Indeks ksiąg zakazany? To już historia, myślałem że wszyscy się zgodzili z tym, że niechlubna…

Naloty na dystrybutorów, czy konfiskaty płyt się zdarzają, ale to raczej chodzi o prawa autorskie niż o treści. I też niekoniecznie mi się podoba jak to czasem wygląda.

Sam w domu nie mam pedofilskich pisemek, ale mam na pewno coś co obraża czyjeś uczucia religijne, albo nawołuje do łamania jakiegoś przykazania (według czyjejś
interpretacji). Wiem że w niektórych krajach by chętnie i mnie z tym spalili,
ale mam nadzieję że u nas jest jednak cywilizacja. Nawet jeśli ktoś by miał
jakieś „pedofilską książkę” (kto ocenia co jest pedofilskie? „Kot który
przenika ściany” Heinleina jest dość pedofilski?), to wolałbym, żeby trafiła do
jakieś biblioteki (nie koniecznie na łatwo dostępną półkę) czy archiwum, a nie
zostało spalone. Już zbyt wiele dzieł zostało utraconych na zawsze tylko dlatego, że ktoś je uważał za niewłaściwe. Zdaje się że spotkało to np. traktat „De non existentia Dei” Łyszczyńskiego, który jest teraz znany tylko z cytatów…

Ja wiem, że to wkurzające, że takie rzeczy „wiszą w sieci”. To pokazuje że nie radzimy sobie z problemem. Ale tu „leczenie” widocznych objawów problemu nie rozwiązuje, a wprowadza realne ryzyko i koszty. Jeśli regulacje miałyby wejść trzeba by te koszty bardzo dokładnie oszacować i zminimalizować ryzyko błędów i nadużyć. To dodatkowe koszty. Jesteśmy w stanie je ponieść. Mamy dość kompetentnych prawodawców? Może byłbym w stanie się zgodzić na jakieś przepisy umożliwiające wprowadzanie blokad… ale na razie nikt nie był w stanie zaproponować nic co byłoby w jakimkolwiek stopniu akceptowalne. I nie wiem czy ktoś w ogóle może być w stanie. Bo jak się wprowadzi większą kontrole to będą i większe koszty i mniejsza skuteczność (długi czas zanim blokada będzie aktywna). Jak się wprowadzi precyzyjne i wąskie kryteria oceny treści, to więcej niewłaściwych stron może uniknąć blokady. Da się osiągnąć kompromis? IMHO nie ma sensu próbować, można więcej zrobić podchodząc do problemu z innej strony i naprawiając to co teraz nie działa poprawnie, a można poprawić (np. sądownictwo i policję).

Moja zabawa w piekarza, odc. 3

Ika zaczęła mieć trochę dosyć mojego chlebka… „Tym razem zrób coś innego” stwierdziła… No dobra, może rzeczywiście czas skończyć męczenie jednego przepisu. Zakwas już nie taki młody, to mogłem, dla odmiany, spróbować upiec Chleb Powszedni. Przepis na dwa bochenki, więc użyłem połowy składników.

Zamoczona mąka, to była tylko zbita masa, ale jak dodałem dość płynny zakwas, uzyskałem lepką, niezbyt gęstą maź… najpierw wymieszałem trochę łyżką, później próbowałem wyrabiać rękami… zaraz całe miałem oblepione tym ciastem. Wyrzuciłem na blat, to i blat był oblepiony. Parę razy wołałem na ratunek Ikę, żeby mi trochę mąki dosypała, ale nie wiele to zmieniało. Ciasto trochę zgęstniało, ale oswobodzić się z niego nie mogłem, nie mówiąc już o próbie uformowania jakiegokolwiek kształtu… Żona się niecierpliwiła, bo sama chciała obiad skończyć… Ja też już miałem dosyć. Miało być pięć minut wyrabiania, a ja się już z 20 paćkam ze średnim efektem i bez pomysłu jak chociaż całe ciasto z blatu i z pomiędzy palców w jedną kupę zebrać… w końcu się wkurzyłem, co zebrałem wrzuciłem do wcześniej naoliwionej miski, a resztę spuściłem w zlewie myjąc ręce i blat… Miskę z ciapą przykryłem ścierką i odłożyłem na godzinkę…

Uznałem, że za dużo wody wlałem. Niby tyle co w przepisie, ale tam była mowa o „ciemnej” mące, a razowa więcej wody chłonie. Ja użyłem razowej (2000) wymieszanej z jasną (720), tej drugiej więcej… Z drugiej strony, ciasto miało być „lekko klejące i niezbyt ścisłe”…

Po godzince w misce zamiast bezkształtnej mazi był już po prostu obły kawałek ciasta. Żeby się znowu tak nie wypaćkać na wszelki wypadek ręce też posmarowałem trochę olejem… O dziwo „odgazowanie” (rozpłaszczenie i złożenie, dwa razy) poszło bardzo sprawnie, bez żadnego paćkania. Raz, dwa. Potem zrobiłem z ciasta kulę i wrzuciłem z powrotem do miski. Może jednak coś z tego będzie… ;-)

Po kolejnej godzince mogłem przygotować koszyczek (tym razem bez ściereczki na spodzie, wysypałem tylko mąką). Jeszcze tylko jedno „odgazowanie” i mogłem uformować bochenek. Poszło sprawniej niż z poprzednimi chlebkami. Wrzuciłem do koszyczka i odłożyłem do wyrastania. Tym razem nie do Tropka, podobno wyrastając w chłodniejszym miejscu chleb może mieć lepszą strukturę. Tyle, że rośnie dłużej…

Rośnięcie miało trwać od 2.5h do 4h. Nagrzałem piekarnik na „po 3 godzinach”, jednak chlebek nie był jeszcze dość wyrośnięty. Godzinę później już tak. Przełożyłem na papier, spryskałem wodą, ponacinałem. Ika napsikała do piekarnika i jeszcze trochę na chlebek. Włożyliśmy bochenek do pieca… i oklapł… taki dość płaski placek się z niego zrobił…

Pięć minut później jednak się znowu podniósł. Popękał z boku i trochę na nacięciach. Po kolejnych pięciu mogliśmy obniżyć temperaturę. Później chlebek zaczął się rumienić. 🙂

Po pół godzinie wyglądał już fajnie, ale jeszcze chwilkę mu dałem. Potem się zagapiliśmy i wyjęliśmy chyba o pięć minut za późno. Trochę się od spodu przypalił, ale poza tym super. Jeszcze wieczorem musieliśmy kawałek spróbować. Pycha! :-)

Chlebuś 4.0

Chlebuś 4.0

Lekko brązowa chrupiąca skórka, dziury większe niż w poprzednich wypiekach. Smak intensywny, ale nie tak „zakwasowy” jak w poprzednich. Podobno taki mogę znowu upiec. :-)

Moja zabawa w piekarza, odc. 2

Tak jak pisałem, nie poddałem się. I już w następny wtorek zacząłem robić kolejny zakwas. Tym razem kupiłem normalnej mąki żytniej typu 2000 (kto wie co było w tej „żurkowej”), naczynie z zakwasem przykryłem tylko ściereczką i postawiłem je obok serwerka, a nie na nim (bo może przegrzałem). Ustaliłem także inny harmonogram karmienia niż w przepisie – pierwsze karmienie już następnego dnia, a nie dopiero we czwartek – skoro wtedy mi tak szybko urósł, a po dwóch dniach zdechł, to może z głodu…

Po każdym karmieniu ostrożnie wąchałem… i rzeczywiście, była różnica. Nie śmierdziało rzygami, a raczej pachniało żurkiem. Rzygi… żurek… niby podobnie, ale inne „żet” 😉

W sobotę przyszedł czas na lepienie ciasta. Ciągle ćwiczę ten „chleb codzienny”. Udało się ręcznie wyrobić ciasto, chyba „sprężyste”, jak stało w przepisie. Potem 20 minut odpoczynku i drugie wyrabianie. Już wtedy w cieście można było wyczuć bąbelki – Pan Zakwas dzielnie pracował. Ulepiłem kulę aka bochenek i odłożyłem do sporego plastikowego koszyczka wyłożonego ściereczką obsypaną mąką, przykryłem resztą ściereczki i odstawiłem w ciepłe miejsce do wyrośnięcia. Reszta zakwasu, jako Baby Zakwas, trafiła w tym moim śmiesznym słoiku do lodówki.

Po trzech godzinach z „serwerowni” wyciągnąłem ciasto wyrośnięte, że aż miło. Teraz trzeba było to jakoś do pieca wsadzić… z głębokiego koszyka nie było jak sprawnie przerzucić, więc po prostu wyjąłem rękami i położyłem na papierze do pieczenia, do góry tę stroną która była u góry podczas wyrastania. Znaczy się, z wierzchu była wyschnięta skorupka… Potem razem z papierem położyłem na gorącą blachę w piekarniku. „Bochenek” trochę oklapnął podczas tej operacji i pogodziłem się z tym, że raczej plaskaty chlebek mi wyjdzie…

Nie było tak źle. Po chwili chlebek zaczął się podnosić 🙂 Kształt jednak pozostał dość „oryginalny”, głównie ze względu na tą wyschniętą skorupę. Gorzej, że ta skórka wcale nie chciała się zarumienić… no cóż, suchą mąkę trudno przypiec. Tak, czy siak, przyszedł czas na wyciągnięcie chlebka z pieca. Daliśmy mu trochę odpocząć i przyszedł czas na konsumpcję…

Chlebek na zakwasie

Chlebek okazał się całkiem smaczny. Pyszny nawet. Skórka trochę gruba i twarda, ale chrupiąca i też smaczna. Środek dość „zbity” (małe dziury), ale nie twardy ani zbyt kruchy. Główny problem to było krojenie – z powodu kształtu i twardej skórki bardzo trudno było to pokroić na sensowne kromki. Mimo to, chleb ledwo do poniedziałku dotrwał.

Jasne było, że za tydzień spróbuję znowu i postaram się poprawić wszelkie niedociągnięcia. Poczytałem więc o formowaniu bochenków i od czego zależy twardość i bladość skórki. Kształt bochenka – sprawa prosta – można użyć specjalnego koszyczka do wyrastania, a na blachę kłaść tą stroną która była „górą” podczas wyrastania. Od razu zamówiłem sobie taki na Allegro. Ze skórką gorzej, nigdzie wprost mój problem nie opisany, a na pytania na ten temat odpowiedzi zwykle sprowadzały się do „to zależy od wielu czynników”. Jednym z możliwych powodów mogła być zbyt mała wilgotność w piekarniku w momencie wkładania bochenka oraz wysuszenie ciasta podczas wyrastania. Ciasto niewątpliwie było wysuszone, szczególnie z tej strony która była na wierzchu. Teraz miała być dołem, więc założyłem, że będzie ok.

Baby Zakwas wyjąłem w piątek rano z lodówki dodałem łyżkę mąki i postawiłem w kuchni na oknie, żeby trochę się obudził. Po powrocie z pracy zacząłem właściwe przygotowywanie zaczynu „metodą trzystopniową”. Drugie karmienie w sobotę rano, trzecie po południu i wieczorem mogłem już piec. W piątek dotarł koszyczek, to mogłem go od razu wypróbować. I ślicznie ciasto w koszyczku wyrosło.

Łopaty do chleba nie mam, ale uznałem, że wystarczy przekładać bochenek na papier do pieczenia (tym razem po prostu wywracając koszyczek do góry nogami) i na papierze do pieca. I ten sposób działa całkiem sprawnie. Wilgoć w piekarniku miało zapewnić płaskie naczynie z wrzątkiem. Chlebek znowu ładnie się podniósł po wsadzeniu do piekarnika… i znowu się nie przyrumienił z wierzchu. :-( Wygląda na to, że ciasto było znowu zbyt suche z wierzchu.

Po upieczeniu chlebek od poprzedniego różnił się głównie kształtem. Dzięki temu znacznie wygodniej było go kroić. Skórka trochę cieńsza i bardziej chrupiąca. W smaku prawie bez zmian.

W zeszłą niedzielę była trzecia próba. Tym razem chlebek przed odłożeniem do wyrośnięcia spryskałem wodą, koszyczek wyłożyłem lekko wilgotną ściereczką i całość wyrastała zamknięta (ale nie szczelnie) w foliowej torbie. Dla urozmaicenia na (czy raczej pod) połowę bochenka dałem trochę słonecznika. Tym razem parę w piekarniku miał zapewnić spryskiwacz do kwiatków (4 czy 5 psiknięć przed włożeniem chleba)…

Było jakby trochę lepiej… miejscami nawet idealnie – dokładnie taki kolor skórki jakiego oczekiwałem był, ale tylko na spodzie i spodnich brzegach chleba – tam gdzie ciasto stykało się z papierem do pieczenia zanim bochenek się nie podniósł. Chyba mój piekarnik ma wyjątkowe zdolności wysuszania… a przecież nawet termoobieg nie był włączony… W każdym razie, chlebek dobry, tylko nad skórką muszę jeszcze popracować… ;-)

Za parę dni pewnie kolejna próba…

Moja zabawa w piekarza

Zostałem wywołany do tablicy to w końcu może napiszę o swoim pieczeniu, bo już i tak zabieram się do tego od paru tygodni…

Zaczęło się od tego, że pozazdrościłem kolegom, którzy na blipie czy facebooku wspominali o upieczonych przez siebie chlebkach. Czemu ja nie miałbym spróbować. Pewnego dnia w sklepie „rzuciły się na mnie” mieszanki do pieczenia chleba. Wśród mieszanek wybrałem Chleb Sądecki. Do tego opakowanie drożdży i mogłem próbować…

Przygotowanie tego chlebka sprowadzało się do wymieszania składników (połowa mieszanki z paczki, drożdże, woda) mikserem, odstawienia na chwilę, wymieszania jeszcze raz, wsadzenia do foremki, odstawienia do wyrośnięcia i wstawienia do pieca. Spodziewałem się gorszej roboty. Chlebek wyszedł bardzo dobry, tylko skórka z góry twarda, blada i gruba (to ostatnie zapewne efekt usilnych prób przypieczenia jej).

Tydzień później zużyłem drugą połowę mieszanki. Tym razem mieszałem łyżką, bo Krzyś spał. O dziwo szło lepiej niż tym mikserem (który był poprzednim razem blisko spalenia się – raczej nie nadaje się do wyrabiania ciasta). Ciasto zrobiłem trochę luźniejsze, piekłem krócej. Skórka dalej była blada, ale już nie taka gruba i twarda. Chlebek wypadł więc odrobinę lepiej.

Kolejnej mieszanki już nie kupowałem. Takie pieczenie z gotowca to łatwizna… coś dla mięczaków, a ja w końcu hardcorem jestem. ;-) Poczytałem trochę o pieczeniu na zakwasie i postanowiłem wyhodować własny zakwas, według podobno sprawdzonego, wesołego przepisu

Nie chcąc kupować specjalnie kilograma razowej mąki żytniej (nie planowałem razowca, więc kupiłem jaśniejszą mąkę na chleb) zacząłem od zmieszania mąki typu 720 z „mąką na żurek”. Dodałem wody i w specjalnie do tego celu kupionym śmiesznym naczyniu odstawiłem w ciepłe miejsce (w kuchni mamy zimno, a w „salonie/sypialni” nie chciałem nowych aromatów):

Komputerowe wspomaganie domowej piekarni ;)

Zaczęło się dobrze, już następnego dnia (wtorek) mój Pan Zakwas był pięknie wyrośnięty, ale na karmienie miał jeszcze trochę poczekać. Następnego dnia zabrałem się za dokarmianie, przy okazji powąchałem. Odrzucało nawet mój niepełnosprawny nos, ale dużo naczytałem się o „specyficznym” czy „niekoniecznie przyjemnym” zapachu czy wręcz smrodzie zakwasu, więc się nie przejąłem tylko dodałem mąki i wody. Żona stwierdziła, że śmierdzi to rzygami, w ogóle potwornie i że na pewno tak nie powinno być. Ale eksmisji nie zarządziła, więc postępowałem dalej według przepisu.

Po tym środowym karmieniu Pan Zakwas już nie urósł za bardzo, ale też podobno nie zawsze widać jak rośnie. W czwartek nakarmiłem ostatni raz (smród w mieszkaniu podobno ledwo do wytrzymania), a w piątek wsadziłem do lodówki (na pieczenie czas dopiero w sobotę). Wyjęty z lodówki jak dla mnie (przypominam: niepełnosprawny nos) już właściwie nie śmierdział. No i w końcu wszystko było prawie według przepisu. Zabrałem się za pieczenie…

Ciasto na „Chleb Codzienny” wyrabiałem ręcznie, temu mikser na pewno nie dał by rady, a i łyżką byłoby ciężko. Wyszło coś w rodzaju ciasta pierogowego, „bardzo aromatycznego”. Ika była już naprawdę blisko wyrzucenia mnie z domu…

Odstawiłem ciasto do odpoczęcia, nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia, wyrobiłem ponownie, odłożyłem do wyrośnięcia… Po tych trzech godzinach (aromaty cały czas rozchodziły się po mieszkaniu) wyglądało prawie tak samo jak gdy je odstawiałem, jedynie trochę obeschnięte z wierzchu. Klucha… Tu się poddałem, zrozumiałem, że nie ma żadnego sensu próbować to upiec. Zawinąłem w szczelny worek, wyrzuciłem do śmieci, a resztkę zakwasu (aka Baby Zakwas) wylałem do zlewu. Ika odetchnęła z ulgą (chociaż jeszcze ciężko było oddychać)…

Ale ja się nie poddałem!
c. d. n.

Luna to surowa pani

Na Facebooku ktoś zareklamował Roberta A. Heinleina jako „ojca współczesnej poliamorii”. Od razu musiałem sprawdzić kto to. Wyczytałem, że to „jeden z trzech największych autorów science fiction” i że jego „Obcy w obcym kraju” to powieść kultowa, a szczególnie była taką dla amerykańskich hipisów. No cóż, okazało się że o SF nic nie wiem… W każdym razie napaliłem się jeszcze bardziej, żeby coś przeczytać. Okazało się, że „Obcy w obcym kraju” u nas nie do dostania, już prawie zacząłem po bibliotekach szukać, ale znalazłem „Luna to surowa pani” na Allegro – ta książka najlepiej była wspominana pod tym facebookowym wpisem…

Po kilku stronach dziwiłem się ile się na nich zmieściło – działo się dużo, a i trochę świata Luny zostało opisane. Potem tempo może trochę zwolniło, ale wciągnęło mnie już na dobre. Książkę połknąłem w kilka wieczorów.

Czytanie science-fiction sprzed pół wieku ma swój specyficzny urok – okazuje się w ilu miejscach nasz XXI wiek przebił najśmielsze oczekiwania autora, a do ilu rzeczy nam wciąż tak daleko jak za jego czasów. Heinlein trochę przecenił postępy astronautyki, za to zupełnie nie docenił np. rozwoju telekomunikacji. Akcja książki zaczyna się w roku 2075, a tamtejsza infrastruktura telefoniczna przypomina tą, ze schyłku PRL 😉 Mam też wrażenie, że autor nie do końca „techniczny” był, bo niektóre kwestie były opisane tak naiwnie, że ciężko to wiedzą tamtych czasów usprawiedliwić (np. kryptografia, czy ogólnie pojęta kwestia bezpieczeństwa systemów informatycznych). Mimo to, ze strony „science” to też pozycja interesująca.

Oczywiście, jak to bywa, SF to tło dla innych tematów powieści – tutaj to głównie polityka (w końcu to o rewolucji). Poza polityką to, co mnie zainteresowało książką – kwestie społeczno-rodzinno-damsko-męskie ;-)

Wielu krytykuje Heinleina za jego postawę wobec kobiet. Rzeczywiście trochę mało poprawne politycznie w dzisiejszych czasach. Ale czy to źle, że w jego książce kobiety są ubóstwiane? Zajmują się głównie domem i dziećmi, a nie pracą zawodową czy rządzeniem… ale przecież nie dlatego, że nie mają wyboru – Heilein wręcz sugeruje, że jakby chciały to by rządziły i to faceci by wyboru nie mieli. ;-) Nie podejmowanie się przez nie „poważnej pracy” (górnictwo, rolnictwo) tłumaczył słabością fizyczną – IMHO znowu nie docenił postępu techniki. Szokować może też sposób witania kobiet (oznaka podziwu i szacunku) – gwizdanie – ale to tylko kwestia kulturowa (ciekawe jak to było odbierane w czasach Heinleina). A małżeństwa grupowe, czy poliandria? Czemu nie? ;-)

Miejscami książka przypominała mi Pratchetta… może tylko dlatego, że ja poza Prattchettem niewiele fantastyki czytałem. ;-) A może rzeczywiście jest jakieś podobieństwo między Hexem i Mike’iem, albo Dwukwiatem i Stu (nie… to już bardzo naciągane… proste skojarzenie pod hasłem „turysta” ;-)). Wyczuwałem też pewną specyficzną różnicę – Heinlein wydaje się trochę jak dziecko, piszące ciekawie, ale niewiele wiedzące o świecie i naiwne. Pratchett pisze co prawda baśnie, ale wydaje się, że posługuje się solidną wiedzą o rzeczywistym świecie. Ale znów, to może być kwestia czasów w których te powieści powstawały…

Podsumowując: trochę „dziwne”, na swój sposób naiwne czy nawet głupie, ale podobało mi się. Może nie tak, żeby od razu czytać całą bibliografię autora, ale do „Kota, który przenika ściany” (niejako kontynuacja „Luny”) może zajrzę. Albo do „Obcego w obcym kraju”, gdy wpadnie w moje ręce.

P.S. Jogger trochę mnie wkurzył… gdy za pierwszym razem wcisnąłem „Opublikuj”… kazał mi się zalogować, a większość napisanego wpisu straciłem :-(. Część łaskawie pozwolił „odzyskać”.

I znowu się trzęsło

Jakiś czas temu wynajęliśmy garaż na osiedlu i od paru tygodni trzymamy tam samochód. Półtora tygodnia temu żona pojechała samochodem na jakiś bal księgowych. Wróciła późno w nocy, to już nie wstawiała samochodu do garażu – nie chciało jej się o takiej porze forsować tych „pancernych” drzwi. Tak więc Gosiaczek, samochód, któremu stanie pod chmurką nie przeszkadzało przez dziewięć lat, a rozpieszczony garażowaniem przez kilka tygodni, został znowu na noc na zewnątrz. No i strzeliła focha…

Rano nie dość, że nie otwierały się jedne drzwi, to jeszcze samochód się trząsł, tak, jak rok temu. Gdyby tylko się trząsł, to pojechałbym gdzieś kupić cewkę i sam wymienił, ale drzwi sam nie rozbiorę. Oddałem więc samochód do mechanika i poprosiłem o naprawę tych drzwi i wymianę cewki. Z drzwiami walczył trzy dni – najpierw, żeby otworzyć, a potem musiał jakiś element dorobić u ślusarza, bo inaczej cały zamek do wymiany (a to nie wiadomo kiedy będzie i za ile)… w międzyczasie sprawdził silnik i stwierdził, że to raczej nie cewka. Jego komputer twierdzi, że właściwie wszystko w porządku, ale widać, że nie w porządku, trzeba pojechać do fachowca od renówek. Mnie się jeździć po innych warsztatach nie chciało, zostawiłem to zadanie temu mechanikowi. Niestety, doktor od renówek mógł zbadać Gosiaczka dopiero w poniedziałek. Na weekend więc wziąłem samochód do garażu, żeby w poniedziałek odstawić z powrotem do warsztatu…

W poniedziałek auto nie ruszyło wcale. Dla odmiany akumulator padł… z mechanikiem się dogadałem, że ja podłączę prostownik, a jemu dam klucze do garażu, to sobie za parę godzin zabierze. Zabrał, zawiózł do tego fachmana od francuzów… i dalej nie do końca wiadomo co jest… elektryka niby w porządku, „raczej coś mechanicznego”… we wtorek ma być fachowiec od mechaniki…

Wczoraj odebrałem samochód naprawiony. Co było walnięte? Cewka. Gdybym sam się za to zabrał, to dawno bym naprawił, ;-) ale autorytetu fachowca nie miałem zamiaru podważać (on mógł mieć rację, niewątpliwie na tym zna się lepiej ode mnie) – sam w swoim fachu przecież nie raz miałem podobne wpadki (gdy się wie za dużo czasem problemu szuka się za daleko). Ważne, że samochód już sprawny.

Najwyraźniej padła tania cewka, którą kupiliśmy na Allegro, czyli w samochodzie prawdopodobnie wciąż mamy jeszcze jednego, potencjalnie wadliwego, Sagema… Ciąg dalszy nastąpi?

Śniło mi się…

Na początku wziąłem z Krysią udział w biegu. Oboje w grupie amatorów oczywiście. Ja na rolkach, Krysia na piechotę (można było też na nartach biegowych – technika dowolna). Nawet nie musiałem specjalnie zwalniać, żeby córka nie zostawała sama z tyłu (i nikt nas nie wyprzedzał)…

Później znalazłem się w pociągu w którym Parlament Europejski obradował nad soczewicą. Nawet w końcu coś ustalili, jednak potem był jakiś wypadek i wagon z soczewicą wjechał w inny pociąg, w którym jechała Komisja Europejska, która w sprawie soczewicy miała zająć inne stanowisko…

Znalazłem się w pociągu Komisji. Pusto tam było, a za drzwiami mieliła się soczewica (czerwona) w resztkach feralnego wagonu. Spotkałem tam też dziewczynę, która najwyraźniej walczyła w sprawie tej soczewicy. Poinformowałem ją że to za drzwiami to właśnie obiekt jej zainteresowań. Gdy rozmawialiśmy na temat sprawy, obudził się jeden (jedyny?) z pasażerów… baliśmy się, że usłyszy za dużo, ale wyglądało na to, że po polsku on umie tylko „jeden” i „dwa”…

Na koniec, już poza pociągiem, gdzieś „w terenie” rozwiązywaliśmy jakąś zagadkę kryminalną (afera soczewicowa?) w którą zamieszane były dwie pary bliźniaków… jeden z nich to chyba ten w pociągu. Szukaliśmy kogoś z tych drugich bliźniaków… nie znaleźliśmy, bo wcześniej zadzwonił budzik.

OFF Festival Club 2010

Gdy tylko dowiedziałem się, że szykuje się coś takiego jak OFF Festival Club, wiedziałem że muszę się tym zainteresować. Co prawda nazwy „El Boy Die” i „Scout Niblett” nic mi nie mówiłem, a „Ed Wood” i „Cieślak i Księżniczki” kojarzyłem tylko tyle, że byli na OFF Festivalu, ale jakoś mnie te występy ominęły (i że Księżniczki do skrzypaczka i dwie wiolonczelistki), ale marka „OFF Festival” dużo dla mnie znaczy. W końcu sierpniowy festiwal był niesamowity. A Scout tak sympatycznie wygląda na zdjęciach…

Tradycyjnie przygotowałem się słuchając wcześniej trochę gwiazdy wieczoru. Fenomenalne „Kiss” (duet z Willem Oldhamem), a także trochę innych, „cięższych” kawałków. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że wybrać się warto.

Po przedwczorajszej śnieżycy trochę obawiałem się jak tam dojadę, ale wczoraj już nie padało, autostrada czarna, korków brak – zero problemów. Dotarłem akurat na 18:00 gdy mieli otwierać. Pierwszy raz byłem w Hipnozie i od razu mi się spodobało. Fajny klimat, na sali rozstawione stoliki, w kątach kanapy. A co najpiękniejsze: nikt nie palił! Domyśliłem się, że to efekt nowych przepisów. Rzeczywiście, podobno wcześniej dym papierosowy był tam normą. Jednak się da. Nagle okazuje się, że ludzie mogą siedzieć w klubie bez papierosa w zębach. Palarnia była w osobny pomieszczeniu za drzwiami i właściwie pusta. No cóż, widać Polak czasem umie się zachować dopiero gdy mu przepisy tak każą (i ktoś patrzy, niekoniecznie pilnuje).

Pierwszy artysta zagrałby o 19:00, ale nie dotarł. Zima pokonała Kanadyjczyka ;-). Inni na szczęście dotarli na czas i zaczęli bez opóźnień. Do stolika przy którym usiadłem najpierw dosiadła się sympatyczna dziewczyna z Tych, później dwóch gości z Sopotu (a jeden z nich to właściwie z Chicago), więc nawet było do kogo gębę otworzyć (nie żebym ja się nagle taki towarzyski zrobił). Na początku uznali mnie i tę dziewczynę za parę, na co ona gwałtownie i kategorycznie zaprotestowała. Dwukrotnie. Powinno mi być przykro? ;-)

Ed Wood zagrał… interesująco. Podejrzewam, że w bardziej dopasowanym nastroju byłbym wręcz zachwycony. Ika w każdym razie uznała by to za straszne rzępolenie, jazgot, czy jak ona na to mówi ;-)

W przerwie przed kolejnym koncertem poszedłem do baru po kawkę. Miła kelnerka mnie obsłużyła, przy okazji zauważając: „co pan taki smutny? Ja tu się do pana cały czas uśmiecham…” Ups. Rzeczywiście uśmiechała się ślicznie, ale chyba nad reakcjami i właściwą mimiką muszę popracować. 😉 Kawka była dobra i chyba nawet spełniła swoje zadanie.

Przyszedł czas na Cieślaka z Księżniczkami. Troszkę inny klimat, bardziej „liryczny”. Piękna muzyka. A chyba największe wrażenie zrobiły na mnie chórki Księżniczek w którymś utworze.

Pół godziny po Cieślaku i Księżniczkach przyszedł czas na gwiazdę wieczoru. Scout cały czas się kręciła po pubie, niektórzy mieli okazję z nią pogadać (oczywiście nie ja, ja mam problem żeby zagadać do normalnej sympatycznej dziewczyny, co dopiero do Gwiazdy ;-)). Przesympatyczna, niepozorna dziewczynka w pomarańczowej kamizelce odblaskowej. Na scenę wyszła sama jedna z gitarą (perkusista dołączył później)… i pokazała co to „power”. Naprawdę, niesamowite ile takie dziewczę może wycisnąć z gitary i swojego głosu. Właściwie chyba i bez nagłośnienia dała by sobie radę, bo świetnie było słychać jej okrzyki gdy odeszła od mikrofonu. I ta jej radość z grania! Cudo. :-D A jak się między utworami odezwała do publiczności… to znowu mała, cicha, niepozorna dziewczynka… :-) Na chwilę usiadła też do perkusji. Widać było, że nie jest wirtuozem tego instrumentu, ale mimo to zagrała świetnie śpiewając swoje optymistyczne „we all are gonna die…” i klasyczne „We are the World, we are the children”. :-)

Grała dłużej niż było w planie, ale mi chyba wciąż mało… Do domu wróciłem wpół do pierwszej. I nie śmierdziałem! :-D Mam nadzieję, że w innych lokalach też to tak działa (dotychczas nie pałałem optymizmem w tej kwestii).