Wreszcie jakiś release, a nawet trzy

Dość tego ukrywania moich wypociń przed światem. Szczególnie że ostatnie wydanie PyXMPP
(0.3) nie działało z ostatnimi wydaniami libxml2 (>=2.6.7). Nawet w PLD Ac był taki
niedziałający zestaw. Wczoraj siadłem do kompa i wydałem kolejne wersje wszystkich moich
aktywnych Jabberowych projektów: PyXMPP
0.4
, CJC 0.4 i JJIGW 0.1. Wszystkim im jeszcze wiele
brakuje, ale używać się dają. CJC ma już nawet paru swoich wiernych użytkowników, a po
wczorajszym wydaniu już pojawił się nowy bugreport.

Dzisiaj dostałem polecenie służbowe od szefa: zainstalować
TeamSpeak na naszym serwerze gier.
Szkoda że to zamknięte binarki, ale w końcu i tak większość gierek które tam mamy
to też zamknięty soft, nawet bardziej. Serwerek zainstalowałem i zacząłem się zastanawiać
nad kupnem słuchawek z mikrofonem do zabawy z tym w domu. Ale szef nas zaskoczył i przywiózł
5 kompletów takich (niestety nie za darmo). W firmie już testowaliśmy i fajnie jest. Może
sobie kupię takie słuchaweczki, a może nie.

Praca, praca, praca…

We wtorek pojechałem do Dąbrowy Górniczej instalować serwerek linuksowy
(katalog udostępniony w sieci lokalnej plu s Neostrada) w pewnej firmie.
Serwerek przygotowałem już wcześniej, ale niezbyt dobrze i kupę czasu straciłem
na walce z tą Neostradą. Okazało się, że pakiet speedtouch w PLD zawiera
sterownik kernelowy, ale dokumentację do sterowników userspace – jednego z
drugim nie dało się pogodzić. Dopiero gdy podłączyłem modem do jakiegoś Windowsa
(błe) i wygooglałem właściwe HOWTO udało mi się to odpalić (na sterowniku
kernelowym). Przy okazji przekonałem się na własne oczy że hotplug jest do d….
Coś takiego jak hotplug jest potrzebne i byłoby to super gdyby działało jak
należy – podobnie do pcmcia-cs. Ale jak po podłączeniu modemu odpalało mój
skrypt do inicjalizacji tegoż kilka razy równolegle, to ja dziękuję.

Serwerek miał też robić backupy udostępnionego katalogu na ZIPa. Wymyśliłem
sobie, że będę tam robił też backup całego systemu i zrobię to tak, żeby się
wszystko odtwarzało prawie bezobsługowo. Pracowałem nad tym dzień wcześniej w
firmie. Nie udało mi się zabootować Linuksa z FATowej (dla przenośności danych z
backupu) partycji na tym ZIPie, więc zrobiłem bootowanie z dodatkowej dyskietki.
Wszystko ładnie działało, nie zdążyłem tylko do końca przetestować odtwarzania
danych. Na miejscu też nie przetestowałem, bo walczyłem z tą Neostradą. A w
końcu się okazało, że nic z takiego kompletnego backupu – poza kopią systemu na
tą dyskietkę ZIP nie wiele wchodzi, a w końcu backup danych jest ważniejszy.

W środe siedziałem normalnie w firmie. W czwartek wyjechałem tylko do jednego
klienta sieci osiedlowej w Zabrzu. Normalnie do klientów tych sieci nie jeżdżę,
ale ten był wyjątkowy – była to firma i ich sieć lokalna była odseparowana od
całej sieci osiedlowej routerkiem linuksowym, oczywiście postawionym przez nas.
Chodziło tylko o aktywowanie internetu w nowym komputerze (inna karta sieciowa),
ale że już za cholerę nie pamiętałem co właściwie było na tym routerku
(instalowany z 2 lata tem), ani jakie tam może być hasło roota, to musiałem tam
pojechać. Pojechałem, zrobiłem, wróciłem. W sumie warte odnotowania tylko
dlatego, że zwykle z biura nie ruszam się dalej niż na serwerownię. Tego samego
dnia dowiedziałem się jeszcze, że w piątek w Dąbrowie na tym serwerku muszę
zrobić jeszcze serwer drukarki dla Windowsów (podobno powinienem już dawno o tym
wiedzieć, bo byłem przy tym jak było to ustalane). Ostatnio robiłem coś takiego
parę lat temu, gdy jeszcze nie było CUPSa, a i samba miała nieco mniejszy
numerek. Wygooglałem jakieś HOWTO na ten temat i poczytałem sobie. Nie wyglądało
na banalną sprawę, ale oczywiście do zrobienia.

W piątek więc znowu do Dąbrowy. Nie z samego rana, więc zdążyłem przynajmniej
pocztę poczytać. Po drodze kumpel z którym jechałem musiał coś w Actionie
załatwić. Dobrze że wziąłem książkę, bo długo tam musiałem czekać. Gdy już
dojechaliśmy na miejsce zabrałem się za robotę i właściwie poszło to bez
problemu. I to nawet w trybie normalnego serwera drukowania, a nie tylko
spooler-only. Dobrze że drukarka była PostScriptowa. Skonfigurowałem klientowi
konta pocztowe na naszych serwerach, zrobiłem jakieś inne drobiazgi których już
nie pamiętam, ale jak zbieraliśmy się do wyjazdu to było już po 15:00 (pracę
normalnie kończę o 16:00). Po drodze jeszcze raz mieliśmy zajrzeć do Actiona, po
obudowę. Zabraliśmy obudowę, jedziemy dalej, gdy byliśmy pod rondem w Katowicach
dzwoni telefon, że jeszcze po coś do Action trzeba wstąpić. Sprowrotem, znowu
czekanie, znowu rondo, gdzie straszny korek… i w firmie byliśmy o 16:15. Nawet
nie tak źle, tyle że ja od rana nic nie jadłem, a do domu jeszcze 45 minut jazdy
tramwajem. Wróciłem głodny i straszliwie zmęczony (właściwie nie wiadomo
czym).

Dobrze że w domu czekał pyszny obiadek – musiałem tylko go sobie odgrzać. Po
obiadku się położyłem, ale nie długo było mi dane leżeć, bo szef dzwoni z firmy,
że jest problem z jedną siecią i mam posprawdzać czy to nic u nas. Sprawdzam
(resztkami sił) i nie wygląda żeby to był router, modemy czy coś innego za co
odpowiadam. Drugi admin też sprawdzał i doszedł do tych samych wniosków. Na 90%
coś w sieci lokalnej. Niestety trochę później znowu mnie telefon wyciąga z łóżka
– mam to zgłosić na Błękitną Linię. Nie sądzę, żeby to była dzierżawka, ale
cóż… szef każe, to się robi. Zgłosiłem, zjadłem kolację i poszedłem spać (dużo
wcześniej niż zwykle, bo około 21:00).

Wczoraj jeszcze dzwonił Tato, że w Katowicach jest jakiś festyn i może nas
zabrać. Umówiliśmy się, że jak będzie ładna pogoda to jedziemy, a dokładniej się
umówimy dzisiaj około 10:00. Gdy dzisiaj zadzwonił ustaliliśmy że jedziemy –
będzie po nas o 11:05. Jednak wcześniej zadzwonił szef, że trzeba coś z tą
niedziałającą siecią zrobić – przepiąć ją na radiolinię. Drugi admin, najpierw
nie odbiera telefonu, potem jest „nieosiągalny”. Muszę sam się tym zająć, a
nawet nie znam do końca aktualną konfigurację tej radiolinii – jej testowaniem
zajmował się raczej ten drugi admin. Skonfigurowałem router i switche, ale
okazało się, że ktoś musi pojechać do firmy i access pointa wpiąć do prądu i
odpowiedniego portu w switchu. Zanim to wszystko się udało załatwić, to było już
dawno po 11:05, a wycieczka nam przepadła, ech… :-(

Niech się święci 4 maja

Dzisiaj urodziny (drugie) Krysi. Więcej o tym pewnie żona. Ja tylko wspomnę, że byłem pod wrażeniem jak
jubilatka świeczki zdmuchnęła. Wszyscy byli zachwyceni, poza nią samą – ona
wolała jak się świeciły.

A oto co mnie się dzisiaj zdażyło: idąc na pocztę spotkałem dwóch robotników
z budowy, którzy chcieli 40gr, bo im brakowało na piwo. Jeden miał na koszulce
pingwina (raczej zupełnie nielinuksowego). Dałem im mówiąc, że to tylko z powodu
pingwina. Zdziwili się: A co pingwin ma z tym wspólnego. Pokazałem im
pingwiny na mojej koszulce (Pingwinaria 2003). Uznali że zrozumieli.

Na poczcie odebrałem dwie przesyłki – obie z Allegro. Jedna do żony –
spodenki dla małej. Druga do mnie – karta WLAN na PCMCIA: Compex iWavePort
WL11B+. Z Google nie wiele wynikało na temat jej działania w Linuksie, ale mimo
to zaryzykowałem i kupiłem ją na Allegro. Długo nie docierała, a ze sprzedawcą
prawie zupełnie nie było kontaktu, ale w końcu jest. Oczywiście jeszcze dzisiaj
musiałem sprawdzić co jest warta. Okazało się że rzeczywiście jest na chipsecie
Agere, jak wcześniej wygooglałem i że producent chipsetu udostępnia sterowniki
pod Linuksa z pełnymi źródłami na licencji BSD-like – a więc super – jednak
tylko dla kernela 2.4 (wolałbym dla 2.6). Ale jestem dobrej myśli – jak są
źródła, to na pewno jeszcze coś z tego będzie. Mogę poczekać. A właściwie nawet
muszę, bo do mojej drugiej karty – Compex WLU11, na USB – jeszcze sterowników w
ogóle nie ma.

Ostatnio znowu dużo czasu marnuję rżnąc w Crossfire. Jednak ogrywają mnie na
moim własnym serwerze. Mimo to
udało mi się znaleźć parę chwil dla moich projektów. Poprawiłem parę drobiazgów
w CJC i zabrałem się znowu za JJIGW. Może uda mi się zrobić
wydanie całej trójcy – tych dwóch wraz z biblioteką PyXMPP.

Carmina Burana w Gliwicach

Już jakieś dwa tygodnie temu przeczytałem na plakatach o „Widowisku Carmina
Burana” na kąpielisku leśnym w Gliwicach 30 kwietnia. Co to Carmina
Burana
wiem, mam to nawet na płycie i zawsze chciałem obejrzeć na żywo, ale
„Widowisko” może oznaczać wszystko, a to był plakat zbiorczy całej
Gliwickiej Wiosny, więc wiele więcej na ten temat nie było. Do tego ta
godzina: 23:00, z Iwoną nie mielibyśmy szansy razem się wybrać – ktoś musi
zostać z dzieckiem. Więc Widowisko poszło w niepamięć…

… aż do dzisiaj. Wczoraj właściwie. W pracy kumple się umawiali na ten
koncert. Mówili, że pół Śląska tam się wybiera. To czemu miałbym sobie odpuścić?
Żonka na szczęście nie miała nic przeciwko (no, może tyle że też by chciała).
Też dopiero wczoraj się zorientowałem, że ten koncert może mieć coś wspólnego z
naszym wejściem do Unii. Wyszedłem więc o 22:00. Po drodze tłumów walących w
tamtą stronę nie widziałem. Dopiero na oś. Kopernika (prawie na miejscu) parę
małych grupek szło w tamtym kierunku. Ale już pod samym kąpieliskiem cała masa
samochodów, ledwo przecisnąć się było można. Do wejścia kolejka, ale nie taka
znowu długa. Po chwili wchodziłem. Byłem ciekawy co będą sprawdzać – teraz, gdy
taki szał antyterrorystyczny wszędzie. Ochroniarz kazał mi tylko pokazać co mam w
plecaku. Pokazałem mu że kurtkę. Bardzo się do sprawdzania nie przykładał, więc
mogłem tam mieć oprócz kurtki np. dwa granaty :-)

Jak tylko dotarłem pod scenę zaczęli grać. Super. Orkiestra Filharmonii
Zabrzańskiej, z cztery chóry, troje solistów. Po obu stronach sceny były jeszcze
małe scenki dla baletów. Pełnię szczęścia powstrzymywały tylko grupki
przypadkowej młodzieży, która chyba nie rozumiała o co w tym chodzi, bo to się
lokalizowali nawzajem głośnymi krzykami, to głośno komentowali co się dzieje
(nie tylko na scenie), używając głównie słownictwa na k i p. Ale
jak na setki przypadkowych (nie było opłat za wstęp, koncert odbywał się
prawie że w środku dużego osiedla) widzów było bardzo spokojnie. Tłumy
niesamowite. Pod sceną nawet luzik, ale jak się oglądałem za siebie, to tylko
tysiące głów widziałem.

Tak jak się obawiałem, na koniec koncertu (chwilę po północy) przemówił
prezydent miasta. Ale przynajmniej nie zagrali fragmentu Ody do radości
byłoby to takie banalne. Potem oczywiście przedstawiono artystów. Nie wszystko
słyszałem, ale część tak. I zaskoczyło mnie to, że dyrygent okazał się być
kobietą. Cały koncert byłem przekonany że to facet. :-)

Opuszczenie terenu kąpieliska po koncercie musiało trochę trwać – bo do
bramy wyjściowej waliły całe tłumy. Potem porozchodziły się w różnych
kierunkach, sporo do samochodów, więc w drodze powrotnej też szedłem samotnie
przez miasto (lubię tak). Po drodze spotkałem jeża. Wyglądało na to, że ma
właśnie zamiar przejść przez ulicę którą jechały samochody z koncertu.
Podszedłem więc do niego od strony szosy. O dziwo nawet się mnie specjalnie nie
przestraszył – ani nie uciekał, ani nie zwinął się w kulkę. Pomyślałem nawet, że
przeniosę go na drugą stronę, ale to już go przeraziło. Nie chciałem więcej
zwierzątka stresować, więc dałem temu spokój. Mam nadzieję, że przeczekał tam
tak skulony na odpowiedniejszą porę na spacery.

W domu byłem około 15 po pierwszej. Żonka skończyła grać w Crossfire, ale
popukała się w czółko jak powiedziałem, żeby nie wyłączała komputera, bo muszę
jeszcze na Joggera napisać. Ale jutro (dzisaj, ale później) mógłbym już nie
pamiętać co miałem napisać, albo po prostu niechciałoby mi się.

Muzykalne dziecko i ptasia wojna

Dzisiaj w południe wybraliśmy się z dzidzią na miasto – Iwonka miała tam coś
do załatwienia, a dzidzi należał się spacerek – można to było połączyć. Żona
poszła odebrać zdjęcia, a ja z Krysią zostaliśmy na Rynku. Na ulicy Zwycięstwa,
niedaleko, dwoje grało dwoje ludzi – kobieta na skrzypcach i facet na gitarze.
Krysia od razu mnie tam zaciągnęła. Słuchała z wyraźnym zainteresowaniem, więc
jej dałem pieniążka, żeby wrzuciła muzykom do futerału. Wrzuciła i słuchała
dalej. Iwona przyszło, zobaczyła co się dzieje, i poszła jeszcze do sklepu.
Wróciła za 10 minut, a w tym czasie dziecko się nie ruszyło z miejsca. Dało się
ją ruszyć dopiero gdy muzycy zrobili sobie przerwę.

Pokręciliśmy się jeszcze po mieście, a gdy wracaliśmy koło Rynku, Krysia
znowu nas do grajków zaciągnęła. Znowu słuchała z zachwytem i znowu mogliśmy iść
dopiero gdy tamci przestali grać. A grali naprawdę bardzo ładnie. Klasykę
(konkretnych utworów nie rozróżniam), ale także kawałek Beatlesów. Krysia wie co
dobre. Jak tak dalej pójdzie, to zanim skończy 3 lata będzie nas do filharmonii
wyciągać ;-).

Wieczorkiem poszliśmy z Krysią do parku (jej deszcz nie przeszkadza w
wyciąganiu rodziców z ciepłego domku). Tam zauważyliśmy ciekawe zjawisko – srokę
chowającą się pod deskami na placu zabaw. Później się to wyjasniło, gdy
zauważyliśmy zamieszanie w tamtej okolicy. Okazało się że to grupa kwiczołów
atakuje srokę, która przed nimi schowała się właśnie pod tymi deskami. Co
ciekawsze tej grupie kwiczołów towarzyszyła sierpówka. Gdy jakiś czas później
sroka wyleciała spod desek kwiczoły znowu zaatakowały, z nimi przyleciała ta
sierpówka oraz kos. Sroka schowała się pod krzaczkiem, ale i tam ja sierpówka
trochę podziobała. Kos tylko patrzył. Biedna sroka była już chyba tak
poturbowana, że uciekać nie mogła. No ale cóż – takie ryzyko zawodowe
stworzenia które wyjada jaja i pisklęta innym.

O agresji kwiczołów wobec drapieżników nawet czytałem, ale zaskoczyła mnie
solidarność innych ptaków. Taka niby łagodna sierpówka… a też dała sroce
popalić :-).

Testowanie, poprawianie…

W zeszłym tygodniu postawiliśmy w firmie serwer gier. To znaczy, nie całkiem
tak… działał już od dłuższego czasu, ale mało kto o nim wiedział, był tam
tylko Quake 3 (na życzenie kilku naszych klientów, którzy długo za mną chodzili,
żeby to postawić) i netpanzer. To drugie prymitywne, mało znane i niedorobione
(nawet jak nikt nie gra to zżera 100% procka, a po jednej grze potrafi się
zawiesić). Od zeszłego tygodnia zaczęliśmy robić z tym porządek – wywaliliśmy tego
nieszczęsnego netpanzera, zmieniliśmy maszynkę z Pentium II 300MHz, na Durona
1Ghz (koledzy serwisanci odstąpili swój komputer – wiedzą co dla firmy ważne
;-)), dorobiliśmy statystyki (takie).

Odkąd postawiliśmy tam RtCW Enemy Territory, to cała firma ostro
testuje ten serwer. Nie ma to jak darmowa, jednak bardzo przyjemna,
gierka FPS chodząca na nienajnowszych maszynkach (moje ATI Rage 128 Pro prawie
wystarcza) i pod Linuxem. Na początku wszystkim nam szło równie kiepsko (inni
gracze pisali co za idioci, ROTFL, z takimi lamerami jeszcze
nie grałem
), więc byłem nienajgorszy. Teraz kolegom idzie dużo lepiej, a ja
prawie nie robię postępów :-(. W domu mogę to przynajmniej
tłumaczyć tym co wyprawia mój ISP (pingi bywają ładne – 30-80ms, ale gdy mam
czas i ochotę na granie, to potrafią przekroczyć 600ms), ale w pracy (całe
szczęście, że mamy tak tolerancyjnego szefa) przy pingach 1ms, też dostaję w
d…

Postawiłem tam sobie też serwer Crossfire, ale w to nikt nie chce
grać. Może jak zrobię do tego stronkę ze statystykami i może jakieś specjalne
questy od Dungeon Mastera, to serwerek zyska popularność. Zresztą część
oskryptowania do statystyk (łącznie z prostym botem) mam już gotową.

To Enemy Territory jest tak przyjemnie odmóżdżające, że
wygrywało ze wszelkimi poważniejszymi zajęciami (oczywiście poza bieżącymi
obowiązkami w pracy). Jednak dzisiaj się przemogłem i zrobiłem przegląd
bugreportów na JabberStudio. W CJC nawet parę błędów poprawiłem oraz zmieniłem
nazewnictwo plików konfiguracyjnych na bardziej przejrzyste. Jutro zabiorę się za
JJIGW, lub dalej będę poprawiał CJC.

Oto jak…

… mi żona jajka wyskrobała:
jaja
(to z lewej zostało tak wyskrobane jeszcze w zeszłym roku).

Sorry za jakość, ale moja „Dimera 3500” to badziewie, a do robienia zdjęć z
tak małej odległości z lampą to już zupełnie się nie nadaje. I tak się
nakombinowałem, żeby było coś widać. Normalne zdjęcia będą po wywołaniu filmu z
Minolty (bliżej nieokreślona przyszłość).

No i dobrze, że Jogger znowu działa. Bez niego było naprawdę ciężko.

Pingwinaria – czyli tam i z powrotem

Wyjechałem w Czwartek rano. Na pociąg umówiłem się wcześniej z Lamagrą, on
nawet załatwił mi bilet. Pociąg odjechał punktualnie o 6:45. Za Katowicami
zaburczało mi w brzuchu i przypominałem sobie o wielkiej smakowitej bułce z
kurczakiem którą mi żona przygotowała… i którą zostawiłem w lodówce.
:-(. Przez chwilę nawet pomyślałem, czy się po tę bułkę nie wrócić,
jednak zrezygnowałem z tego pomysłu. W Krakowie byliśmy o 8:55 i okazało się że
PKS-y do Krynicy mamy o 9:40 i 10:50 (wcześniej myśleliśmy że o 10:40).
Postanowiliśmy pojechać tym wcześniejszym (mimo że tubylec Antymon
twierdził, że ten autobus nie istnieje). Wcześniej szukaliśmy miejsca gdzie
można by coś na szybko zjeść i się nie zatruć. Skończyło się na jakichś
drożdżówkach. Autobusem z nami jechała już całkiem sympatyczna gromadka
pingwinów.

W Krynicy koledzy postanowili że pójdziemy na piechotę i że ja, skoro już tam
byłem, będę prowadził. Do tego na skróty, a nie ulicą. Sam przyznałem, że
gdzieś tam jest czerwony szlak prowadzący pod sam hotel, ale nie
powiedziałem że wiem gdzie ten szlak jest. Gdy szlak znaleźliśmy (po wspięciu
się z plecakami na bardzo stromą górkę) okazało się że idzie on albo w dół
(z powrotem), albo w górę, ale w przeciwnym kierunku. Ja nie chciałem iść w dół,
a oni w górę, więc poszliśmy na przełaj. Oni wciąż myśleli że znam drogę, ja
taki pewny nie byłem. Jednak jakoś trafiliśmy. Potem się okazało że jeszcze
co najmniej jedna grupka dotarła do hotelu w podobny sposób.

Na miejscu organizatorzy już czekali. Kazali się zalogować i iść na
obiad. Obiad był niespodzianką – tym razem można się było nim najeść i nawet był
bar sałatkowy. Po obiedzie miał być wykład lcamtufa, który się nie stawił.
Organizatorzy byli wściekli (jego tłumaczenie: zaspałem), a portret
Michała trafił na tarczę do rzutów, która później została odpowiednio użyta.
Zamiast lcamtufa był wykład TeX dla blondynek sprzed dwóch lat. Potem
pan Barbaszewski opowiadał o swoich wdrożeniach Linuksa za parę milionów.

W piątek jakoś udało się wstać na śniadanie i zaliczyć pierwsze dwa wykłady
Laboratorium studenckie pod VMWare i LVM, EVMS i inne metody
zarządzania dyskami
. Greylistings, obiad i część zamieszania po
obiedzie (coś się w programie pozmieniało) sobie darowałem. Zamiast tego
poszedłem pod Jaworzynę pojeździć na nartach. Śniegu resztki, kawałek trzeba
było narty znieść bo na samej górze śniegu nie było wcale, ale na trasie dało
się jeździć. Miejscami ładny, chociaż sztuczny, śnieżek, miejscami więcej błota
niż czegokolwiek innego, a w cieniu lód. Mimo wszystko jeździło mi się wyjątkowo
dobrze. Po nartach zdążyłem jeszcze na koniec wykładu o strategii robienia
backupów i spotkanie z redakcją Linux Magazine. Potem kolacja i wykład Tristana
o projekcie Alrauna (pomysł użycia Linuksa w szkołach na Windowsowych
pracowniach od Ministerstwa). A na koniec oczywiście Karaoke. Kto nie był niech
żałuje – takich pingwinich ryków nigdzie indziej nie uświadczy. Mnie jakoś się
udało nie stracić po tym głosu (sobotnim prelegentom na szczęście też nie).

W sobotę po śniadaniu pierwszy wykład był o odpowiedzialności za szkodę
spowodowaną przez błędne działanie programu komputerowego
– o obowiązującym
prawie, prowadzony przez prawnika, ale bardzo interesujący (w końcu wszystkich
programistów to w jakiś sposób dotyczy). Wykładu o wxWindows nie było, zamiast
tego ktoś wyszedł prowadzić jakieś luźne rozmowy (teraz zadawajcie mi jakieś
pytania
). Nawet zaczął ciekawie opowiadać o bezpiecznej dystrybucji w
dystrybucji
, ale najwyraźniej nie dość ciekawie, bo poszedłem się gdzieś
szwendać. Spotkałem Tristana i Arghila, którzy wyciągnęli mnie na spacer na
Jaworzynę (adresowanie geograficzne w sieci nie wydało nam się warte
rezygnacji z kontaktu z naturą). Przynajmniej raz miałem okazję tam wejść a
kolejką gondolową zjechać (dotychczas jedynie wjeżdżałem kolejką). Po drodze
obejrzeliśmy sobie innych narciarzy i wodę chlustającą spod ich nart. Widać że
trochę ich tam na weekend przyjechało i nawet uruchomiono wyciąg talerzykowy,
który w piątek nie działał. Na górze wypiliśmy kolę/piwa i zjechaliśmy na dół
na obiad. Już ludzie spotkani po drodze twierdzili że obiad jest marny. No i
rzeczywiście – po zupie ogórkowej (dobra była, ale to tylko zupa) podano pierogi
z jabłkami. Ani ja ani paru kolegów nie uznaliśmy że to poważny obiad, więc po
obiedzie pojechaliśmy coś zjeść na miasto. Wróciliśmy pod koniec prezentacji
IBM-a, która wyglądała na to, że nic ciekawego nie straciliśmy. Potem był wykład
o projekcie rozproszonego środowiska zarządzania obiektami trwałymi Santa
Maria
oraz prezentacja Novella. Prezentacja zaczęła się filmem Lord
of the Net – Two Servers
– cała sala pękała ze śmiechu. Potem facet pokazywał jak
działa pakiet Red Carpet – taki poldek połączony z cronem i paroma skryptami i
opakowany w okienkowy interfejs. Oczywiście komercyjny. Na koniec był jeszcze
jeden film: Kernel.
Po kolacji były dyskusje
o tym jak powinna wyglądać rządowa Strategia dotycząca informatyzacji i
Wolnego Oprogramowania, a potem jeszcze było spotkanie RWO. W tym samym czasie
zaczynało się ognisko. Po spotkaniu RWO poszliśmy na ognisko, a po ognisku
jeszcze trochę dyskutowaliśmy (w nieco innym gronie) w czyimś pokoju. Jak zwykle
do swojego pokoju wróciłem jako ostatni z lokatorów (i tak dużo wcześniej niż
wielu innych kończyło zabawę).

W niedziele były jeszcze trzy wykłady – o sieciach bezprzewodowych
(interesujący mnie o tyle, że zastanawiam sie nad kupnem czegoś takiego), wykład
Antymona o Jabberze (spodziewałem się politycznego nudzenia, ale było
naprawdę ciekawie) oraz Jak skutecznie otworzyć swoje źródła (moje
projekty były najlepiej opisane w punktach czego nie robić
:-)).

Do domu zabrałem się z Tristanem. Jechał z nami też Bartek (do Krakowa) i
Gaber (do Katowic). Obyło się bez żadnych komplikacji czy innych ciekawostek,
więc ten akapit zostaje wyjątkowo krótki. :-)

Teraz z żoną oglądamy zdjęcia z
pingwinariów
… i mnie na żadnym nie ma. Żona zaczyna mieć jakieś głupie
podejrzenia. Więc może ktoś tutaj potwierdzi mój pobyt na Pingwinariach?
;-)

Świntuchy dwa

Znaleźliśmy z żoną miły sposób na spędzanie samotnych wieczorów – gdy Ona
jest w Bochni, a ja w Gliwicach: czytanie nieprzyzwoitych blogów – niektóre
są naprawdę niezłe (blog.pl i blog.onet.pl to jednak nie takie całkiem
bezwartościowe serwisy). Ja je wyszukuje, a jak znajdę coś ciekawego podsyłam
linka. Najwyraźniej jej też się to podoba. Kiedyś będziemy musieli sami
spróbować czegoś z tego co przeczytaliśmy. :-)

Zastanawiam się czy nie podlinkować co ciekawszych z tych blogów do mojego
Joga, ale co by sobie ludzie (którzy mnie jeszcze nie znają z tej strony) o mnie
pomyśleli. ;-)