Wycieczka rowerowa do Wisły

Wiosną już trochę pojeździłem na rowerku. Trochę z córką (tak 12-24 km za jednym razem), trochę samemu (20-40 km). W końcu uznałem, że może by pojechać sobie gdzieś dalej… Gdzie? Może do Ustronia, a nawet do Wisły? Jak wrócić? Raczej nie rowerem… pociągiem. O, i nocleg można by na miejscu znaleźć… Plan zaczynał się krystalizować…

Jeszcze w maju naszkicowałem sobie w Vikingu trasę to Skoczowa, licząc że dalej to już jakoś wzdłuż Wisły się pojedzie, kupiłem turystyczną mapę Beskidu Śląskiego do TrekBuddiego, zacząłem kompletować sprzęt: okularki, żeby słonko nie raziło i żeby nie trzeba było wydłubywać sobie tych cholernych komarów z oczu, drugą koszulkę rowerową, jakieś części zapasowe i narzędzia oraz, oczywiście, sakwy. Pojechałem sobie jeszcze do Pławniowic i z powrotem, żeby zobaczyć czy rzeczywiście mam formę i 45 km nie zrobiło na mnie większego wrażenia… no poza potwornym bólem głowy po, pewnie odwodnienie. Innym razem wypróbowałem sakwy (czy da się z tym jeździć) biorąc na wycieczkę z córką, na działkę babci, cztery 1.5l butelki z wodą. Dało się jeździć. Pozostało poczekać na jakiś odpowiedni termin – z pogodą i bez innych planów…

Odpowiedni termin nastał z początkiem wakacji. Zrobiło się wreszcie ciepło, Krysia w sobotę pojechała z babcią na północ… to ja w niedzielę rano wyruszyłem. Plan minimum: dojechać do Skoczowa i tam znaleźć nocleg. Plan maksimum: dojechać do Wisły. Liczyłem na Ustroń.

Najpierw jechałem wypróbowaną już trasą z Gliwic do Nieborowic (czerwony szlak rowerowy na Rudy). Tam na sprawdzoną, ale dotychczas tylko samochodem, trasę do Żor. Do Stanowic bez niespodzianek, potem owszem: droga zamknięta z powodu budowy autostrady. Myślę sobie – z rowerem jakoś przejadę. Niestety, dojechałem do budowy i nie wyglądało zachęcająco. Jednak odbiegała jakaś droga w prawo… sprawdziłem na mapce w telefonie, że tam gdzieś dalej jest jakiś szlak rowerowy we właściwym kierunku. Przejechałem przez jakąś wioskę do tego szlaku, a szlakiem znowu na budowę. Ten fragment budowy jednak okazał się dużo bardziej przejezdny, z czego najwyraźniej okoliczni mieszkańcy korzystali (mimo zakazu). Jeden nawet na moich oczach władował się w drzewo, próbując ominąć szlaban ;-) Dojechałem więc do Szczejkowic i byłem znowu na zaplanowanej trasie.

Do Żor to już była prosta droga. Przez Żory wyznaczyłem sobie trasę w Vikingu według OpenStreetMap. I bardzo dobrze się sprawdziła ta trasa. Musiałem co prawda co chwilę na ten telefon zaglądać, gdzie skręcić, ale raz-dwa i byłem za miastem. W polu pod Krzyżowicami, pod brzózką, zrobiłem sobie przerwę. To była mniej-więcej połowa drogi. Zjadłem, popiłem i pojechałem dalej.

Jadąc dalej zaplanowaną trasą, z drobnymi błędami (czasem mapa z GPSem nie dawały jednoznacznej odpowiedzi gdzie mam skręcić i kilka razy musiałem się kawałek wrócić) dotarłem, za Pawłowicamie, do DK 81. Teraz, z jednej strony, jechało się super tym równym asfaltem, prostą drogą… z drugiej pędzące obok auta i motocykle były trochę wkurzające. Na tej drodze też zdarzyła mi się mała awaria — łańcuch wpadł między przednie zębatki i musiałem się trochę nagimnastykować, żeby go wyciągnąć, ale się udało. Dojechałem do Ochab, tam oczywiście obfociłem koniki dla Iki. Chwilę potem dotarłem do Wisły. Rzeki Wisły, na razie.

Konie, w Ochabach
Wisła, w Ochabach

Po drugiej stronie kładki była już piękna wyasfaltowana dróżka wzdłuż Wisły, z oznaczonymi szlakami rowerowymi. W szczególności biegnie tamtędy Wiślana Trasa Rowerowa. Plan był taki, żeby tą WTR jechać dalej, do Ustronia lub do Wisły (wersję minimum już odrzuciłem). Plan dobry, ale z wyasfaltowanej dróżki zrobiła się dróżka ziemna, a potem wąska ścieżka. Znaków WTR też od jakiegoś czasu już nie widziałem, stało się jasne, że gdzieś mi „uciekła”. Zerknąłem na mapę i stało się jasne – w Skoczowie nie przejechałem na drugą stronę rzeki, tam gdzie miałem przejechać. Wiedziałem, że szlak przechodzi na drugą stronę, ale właściwe miejsce przeoczyłem.

Co gorsze, ścieżka doprowadziła mnie do ujścia Brennicy i dalej szła w górę tej rzeczki. A ja nie chciałem do Brennej. Widziałem rowerzystów po drugiej stronie Wisły, a mapa po tej stronie żadnej drogi nie pokazywała. Postanowiłem przeprawić się w bród. Przejechałem rowerem przez Brennicę, zdjąłem sakwy, przeniosłem sakwy przez Wisłę, wróciłem po rower i też go przeniosłem. W ten sposób znowu byłem na Wiślanej Trasie Rowerowej. :-)

Dalej, lewym brzegiem Wisły dojechałem do Ustronia. I stwierdziłem, że nie muszę szukać noclegu, wystarczy że coś zjem i mogę jechać dalej. Zjadłem więc „placki z gulaszem” i pojechałem dalej ścieżką rowerową. Znowu się zrobiła z tego droga ziemna w pewnym momencie, ale uznałem, że tak ma być… do momentu gdy dojechałem do ślicznej, wiszącej kładki nad Wisłą, już w Wiśle. Mój szlak przychodził z drugiej strony rzeki. No tak, miałem Wisłę przekroczyć w Ustroniu-Polanie (tak mapa twierdzi). Albo ja jestem ślepy, albo oznakowanie szlaku kiepskie…

W Wiśle już się szlakiem bardzo nie przejmowałem, tylko pojechałem ulicą do centrum. Czas było sobie noclegu poszukać i zorientować się w kolejowym połączeniu do domu. Gdy dojechałem do centrum na liczniku było 94 km… przez chwilę pomyślałem, czy by nie dobić do setki, ale uznałem, że wolę znaleźć nocleg, póki mam jeszcze jakieś siły. Pooglądałem tamtejsze kwatery, wybrałem „Willę”, która mi się najbardziej spodobała z wierzchu i spytałem o nocleg. Był, to tam się zatrzymałem.

Rower pozwolili mi zamknąć w jakieś kanciapie, zamykanej na zamek szyfrowy. Wykąpałem się, przebrałem i poszedłem na miasto. Na stacji kupiłem bilet do domu (ze stacji Wisła Głębce), połaziłem po uzdrowisku, na kolację zjadłem pizzę i wróciłem do pokoju.

W poniedziałek rano czułem, że jeszcze na rower jestem w stanie wsiąść. Super. Zjadłem jakieś śniadanko i pojechałem dalej Wiślaną Trasą Rowerową. Plan był taki: jechać w górę i może przez Przełęcz Kubalonka zjechać do Wisły Głębce na pociąg do domu. Jak daleko nie zajadę, to zawsze mogę zjechać w dół do jakiejś stacji na pociąg.

Tym razem starałem się dokładnie pilnować szlaku i tylko utwierdziłem się w przekonaniu, że jest oznaczony beznadziejnie. Nie zgubiłem go, bo wiedziałem którędy idzie (z mapy). Dojechałem do końca Trasy, do Jeziora Czerniańskiego. Na szczęście tego dnia już nie było takiego upału jak w niedziele, bo chyba nie dałbym rady na tych podjazdach. Ale przez ten brak słońca zdjęcia kiepsko wychodziły (ale czy z mojej komórki wycisnąłbym dużo więcej?).

Jezioro Czerniańskie

Do jeziorka nie było tak źle, to jadę dalej… Dojechałem do rezydencji Prezydenta RP (że jestem blisko poznałem po kamerach – śmiesznie takie kamery w lesie wyglądają). Ładne domki… w sumie mógłbym i tam przenocować (a co, stać mnie! ;-)), ale dzień wcześniej bym tam nie wjechał. I ten wjazd dał mi trochę w kość, a powyżej Zameczku było jeszcze gorzej… W końcu jakoś wjechałem na Przełęcz Szarcula. Do pociągu jeszcze trochę czasu było, na stację tylko w dół, to postanowiłem podjechać jeszcze trochę wyżej i „zdobyć jakiś szczyt”. Najłatwiejszym celem (bo nie bardzo pod górkę i dalej asfaltem) wydawało się coś, co na mojej mapce nazywa się „Beskidek” (chociaż inne źródła twierdzą, że Beskidek jest gdzie indziej). Trochę mi się TrekBuddy zaciął i pojechałem troszkę dalej, do schroniska Stecówka. Tam za łączką były jakieś śliczne widoczki, ale gdy chciałem podejść, jakiś facet mnie zatrzymał. „Schronisko zamknięte, kręcą tu film, nie wolno wchodzić”. No trudno.

Rzeczywiście, tłum pod kościółkiem i odgłosy z tamtej strony jakieś niezwykłe. No i ta masa autobusów pod schroniskiem. Podjechałem i przeczytałem na jednym „Ekipa filmowa. Och Karol 2”. O, nawet słyszałem o takim filmie i chętnie obejrzę, gdy już będzie. Wróciłem na ten swój „Beskidek”. Potem w dół, z powrotem do przełęczy Szarcula. O, fajnie się tak zjeżdża! Tylko, jak mam tak zjechać do Głębców, to dziesięć minut i będzie po wszystkim… a do pociągu z dwie godziny jeszcze…

Zerknąłem na żółty szlak idący błotną drogą do góry… A może by i Kubalonkę zdobyć? Nie wszystko musi być asfaltem. To pojechałem tym żółtym szlakiem. Ciężko było, szczególnie te sakwy nie ułatwiały sprawy, chwilami rower po prostu prowadziłem, ale na szczyt się wdrapałem. Warto było – 830 m n.p.m. i widok na Wisłę. A potem zjazd w dół, dalej żółtym szlakiem.

Widok z Kubalonki

Najpierw „kamienisto-błotnista droga” zamieniła się w wąską ścieżkę, ale zjeżdżało się fajnie. Ciekawiej niż asfaltem. :-). Szlak dotarł do jakiejś drogi, żeby znowu odbić w dół. Pojechałem kawałek, ale wróciłem się na tę drogę – wąska ścieżka z luźnych dużych kamieni, to trochę za duży hardcore dla mnie… postanowiłem zjechać jednak tą drogą… Asfalt się szybko skończył, przez chwilę była idąca w dół „zwykła polna droga”, dalej już utwardzona za pomocą takich betonowych płyt z dziurami. Dziury nie były problemem, bo wypełnione ziemią… ale nachylenie drogi. Kto po czymś takim wjeżdża na górę?! Zjeżdżałem powoli, kurczowo trzymając kierownicę i hamulce, cały czas bojąc się, że te sakwy za mną (a właściwie nade mną) zaraz przelecą mi nad głową, a ja z rowerem sturlam się kilkadziesiąt metrów w dół… jednak zjechałem bez upadku. Tylko ręce trochę bolały…

Gdy te atrakcje się skończyły byłem już w Głębcach. Podjechałem do „Zajazdu Głębce” i spytałem, czy można tam wziąć prysznic… pani trochę na początku kręciła nosem, ale w końcu coś załatwiła. Wykąpałem się, przebrałem, zjadłem obiadek (specjalność zakładu – „Świński Zad” – pyszne było) i pojechałem na stację. Pociąg już stał, 15 minut do odjazdu. Około trzy i pół godziny później (pociągi się spóźniały) byłem już w domku.

Podsumowując… 95 km z Gliwic do Wisły, potem jeszcze trochę po górach. Wszystko z ciężkimi sakwami, na niekoniecznie idealnym do tego rowerze. Chyba całkiem nieźle jak na kogoś, kto prawie całe życie spędza przed komputerem :-)

Całą trasę „nagrałem” swoim GPSem i powoli zacząłem uzupełniać OpenStreetMap tymi danymi… drobiazgi i niedokładnie, ale zawsze coś…

Reklamy

Na lodzie

Tydzień temu w sobotę wybrałem się na basen. Otworzyli ostatnio nowy w Gliwicach, a do końca lutego jest promocja: pierwsza godzina za 3zł. Basen całkiem przyzwoity, do tego nie było tłumów… ale ja nie o tym…

Wychodząc z basenu, który powstał na gliwickim „Kąpielisku Leśnym”, zauważyłem, że tam dzieje się coś jeszcze. W niecce letniego kąpieliska działało małe sztuczne lodowisko. Obejrzałem cennik (4 zł dorosły, 2 zł dzecko), zajrzałem do wypożyczalni łyżew i uznałem, że chyba warto spróbować się tam z Krysią wybrać.

Krysia nigdy wcześniej na łyżwach nie jeździła, ale spodobał jej się ten pomysł. Bałem się, że będzie jak przy nauce jazdy na rowerze, czy próbach jazdy na nartach – najpierw wielkie ambicje (do pierwszej próby), a potem tylko ryk, że ona nie umie, że to za trudne i że ona nie chce. Mimo to, w niedziele wieczorem wybraliśmy się na to lodowisko.

Wypożyczyliśmy łyżwy. Udało się jakoś zejść po gumowej macie do lodowiska – bez wielkiego marudzenia, mimo jednego upadku. Po drodze pan z obsługi uprzedził, żeby „nie jeździć po tym mokrym, bo po ciepłym dniu lód im popękał i pospoinowali, ale jeszcze nie zamarzło”. Rzeczywiście, na lodzie były dwie mokre szczeliny, które trzeba było omijać. Poza tym całkiem ok.

Jak można było się spodziewać, Krysia prawie cały czas trzymała się bandy. Ja sobie jeździłem w kółko swoim tempem co jakiś czas sprawdzając co u niej, ewentualnie dając jakieś rady. Troszkę pojeździliśmy też za rękę. Pod koniec Krysia już potrafiła się trochę przemieszczać z dala od bandy. Bardziej to wyglądało jak bieganie niż jeżdżenie, ale zawsze coś. :-)

Kolejny raz wybraliśmy się w środę (Krysia chciała jeszcze „podczas ferii”), tym razem na „Taflę”. Od mojej ostatniej wizyty na Tafli trochę się tam zmieniło. Przede wszystkim lodowisko zostało zadaszone. Ludzi też więcej niż na Leśnym, ale że lodowisko większe to ostatecznie nie robiło to różnicy. Gdy wypożyczyłem łyżwy, to pierwsze co mi przyszło do głowy, to to, czy przypadkiem nie są to te same, co wypożyczałem 10 lat temu. Na nowe nie wyglądały i nosiły wyraźne ślady zużycia. Wiązane były zielonym sznurkiem (oryginalnych sznurowadeł już raczej nawet nie pamiętały). O dziwo, okazały się wygodniejsze niż te „nowoczesne” z Leśnego.

Krysia też zauważyła różnice w sprzęcie. Podobno bardziej się ślizgały. Chyba po prostu były lepiej naostrzone. Na początku jej trochę noga latała, ale poprawiłem jej sznurowanie i podobno jeździło się jej dużo lepiej.

Tym razem córka już nie trzymała się kurczowo bandy. Gdy zmienił się kierunek jazdy to wręcz na środek lodowiska ją znosiło. Było widać, że już na łyżwach czuje się całkiem pewnie. Także po tym, że co chwile się wywracała i jeździła z mokrym tyłkiem :-). Bardzo jej się podobało.

Dzisiaj więc też się wybraliśmy. Trochę się bałem, że mi zaszkodzi, bo chyba lekko przeziębiony jestem, ale przecież obiecałem dziecku. No i niespecjalnie chciało mi się cały dzień w domu siedzieć.

Tym razem trafiły mi się mniej wygodne łyżwy… aż się zastanawiam, czy sobie po prostu własnych nie kupić. Krysi się podobało jak poprzednio. Widać, że dalej robi postępy, mimo zupełnego samouctwa. Spotkała tam koleżankę z klasy, która chyba była na łyżwach pierwszy raz. Krysia mogła więc trochę poszpanować. Tak jak za pierwszym razem ja co okrążenie sprawdzałem co u Krysi i chwilę z nią się bawiłem, tak teraz ona z tą swoją koleżanką.

Lodowisko jest cało roczne… może rzeczywiście warto w swoje łyżwy zainwestować (szczególnie, że teraz są wyprzedaże zimowego sprzętu) i się tam regularnie wybierać? Z drugiej strony… wkrótce będzie pogada na rower itp., czy lodowisko wciąż będzie atrakcją? Czy się za dwie kolejne wizyty znudzi?

Krótki wypad nad morze

Plan był taki, wczasujemy się w Drawinach, w poniedziałek 27.07, po południu, teściowie wpadają tam po drodze do Pogorzelicy i zabierają Paskudę. Resztę dnia byczymy się bez dziecka i wyjeżdżamy we wtorek do domu… Jednak pod koniec pobytu ciężarówka uznała, że koniecznie jeszcze w tym roku chce zobaczyć morze… No to pojechaliśmy we trójkę do Pogorzelicy w poniedziałek, żeby tam Krysię przekazać dziadkom, a powrót do domu przesunął się do środy.

Wybrzeże powitało nas piękną pogodą i już pierwszego dnia można było się cieszyć Bałtykiem.

Orka atakuje ;)
Dziewczyny w morzu

Wieczorem pozbyliśmy się paskudy i następnego dnia mogliśmy się wybrać we dwoje na spacer po plaży. Pogoda na początku kiepska: pochmurnie, chłodno i wiało, na plaży ludzi więc nie wiele, a że za cel specjalnie wybraliśmy sobie bardziej odludne miejsce, to można było podziwiać np. ptactwo wodne:

Biegus (piaskowiec?)
Biegusy w locie

Mewa i pliszka
Brodzące biegusy

Z czasem pogoda zaczęła się poprawiać…

Cumulusik nad Bałtykiem

…i bardzo dobrze… Wybierając się na odludną plażę nie liczyłem jedynie na piękno przyrody. To przecież wspaniałe miejsce, żeby obfotografować brzuszek. I czas też dobry: dokładnie połowa ciąży.

20 tygodni

Fotki znad Drawy

Wybraliśmy się na krótkie wczasy, tam gdzie w zeszłym roku, do Drawin. Nie stać nas aktualnie ani na dłuższy wypad ani na inne miejsce. A tu miło, tanio i to znamy. Oczywiście to był wyjazd w przysłowiowe „krzaki”, a w krzakach różne ciekawe stworzenia można spotkać:

Zajączek :)
Sarenka

Zajączek wyskoczył mi prawie spod nóg, niestety nie zdążyłem tak szybko aparatu przygotować, więc się trochę oddalił. Widziałem tu też inne zające i zdarzało mi się podejść do nich bliżej, ale niestety już bez aparatu.

Sarenka za to była mną najwyraźniej tak samo zainteresowana jak ja nią, tyle, że ona nie miała aparatu. ;)

Dużo łatwiej było dorwać mniejsze stworzenia, szczególnie, że ich tutaj pełno… Motylki:

Motylek
Motylek
Motylek

Motylek
Motylek

Oczywiście „polowałem” też na ptaki, próbowałem dorwać dudka, żurawie, jakieś niezidentyfikowane ptaszki nad wodą, ale na razie zadowalające efekty udało mi się uzyskać jedynie z boćkami:

Boćki

Bociek

Bociek
Bociek

Bociek

Oczywiście wypoczynek na wsi nie ogranicza się do fotografowania natury… Na przykład, Krysia zaprzyjaźnia się tu ze zwierzętami hodowlanymi:

Krysia i Karmelka

…a Iwonka „powozi” traktorem:

Ika traktorzystka

Ika traktorzystka

„Jak to »to nie gaz«?”
Aktywny wypoczynek na wsi ;)