Wybrałem się wreszcie na basen

Na moje dolegliwości, wśród różnych form aktywnego wypoczynku, podobno
najlepszy jest basen. Powinienem więc na basen chodzić. Ale najpierw trzeba
było wydobrzeć po operacji, potem jechałem do sanatorium, potem cośtam, potem
urlop po urlopie remont u Krysi… potem coś mnie jakiś katar zaczął łapać,
a wczoraj samochód śmierdział (po odgrzybianiu klimy)… ;-)
Można by to w nieskończoność ciągnąć.

Dzisiaj więc się w końcu wybrałem. Katar i tak pewnie mi przez pół roku
nie przejdzie, a samochód już prawie nie śmierdzi. Basen okazał się nawet
czynny (jeszcze przez parę dni, bo od 25. przerwa techniczna). Co więcej,
czynne okazały się nawet sauny, które w zeszłym roku były ciągle (gdy tam
zaglądałem) modernizowane (tylko planowany termin zakończenia prac się
zmieniał.

Przez jakieś czterdzieści minut sobie pływałem. Głównie na plecach, bo na
brzuchu to właściwie tylko niekrytą żabką umiem, a to podobno niewskazane. Za
to wyczytałem, że żabka na plecach wręcz przeciwnie… więc tak sobie na
plecach nóżkami wymachiwałem…

Po pływaniu postanowiłem się przyjrzeć saunom. Chciałem poczytać
regulamin (czy jest np. coś o obowiązkowym stroju), ewentualnie pooglądać
z zewnątrz. Większość informacji była jednak w środku, z zewnątrz tylko kartki
o tym, że ręcznik obowiązkowy (nie było widać, żeby ludzie się bardzo tym
przejmowali) i jak wejść. Ciekawość jednak wygrała – wziąłem ręcznik,
przyłożyłem dynksa do czytnika i wszedłem, licząc na to, że pieniędzy mi
starczy.

Były tam cztery sauny: sucha, mokra, na podczerwień i łaźnia parowa.
Oprócz tego szatnia (raczej dla tych co wchodzą nie od strony basenu), wucet,
prysznice i jakaś wanienka (pewnie to jakaś specjalna atrakcja, której nie
obadałem). Kręciło się tam parę osób – wszystkie w strojach kąpielowych,
jak można było się spodziewać. Będąc tam sam wolałem się nie wyróżniać i też
kąpielówek nie zdejmowałem. Wybrałem saunę suchą – po pierwsze ją znam,
po drugie miała chyba najkrótszy zalecany czas zabiegu, a ja kasy w portfelu
miałem mało. Jeśli klepsydra była na piętnaście minut, do w saunie byłem
najpierw jakieś osiem, potem może z pięć minut. Przed, po i pomiędzy
oczywiście prysznic. Nawet było miło (chociaż z kąpielówkami to nie to samo),
ale jednak to niekoniecznie rozrywka na lato. No i zawsze przyjemniej
w rozebranym kobiecym towarzystwie ;-) (dzisiaj w saunie
siedziałem sam).

W sumie byłem na basenie z sauną troszkę ponad godzinkę. I zapłaciłem
ponad dwadzieścia złotych. Dobrze, że nie więcej, bo nawet złotówka mi nie
została. %-). Ciekawość zaspokoiłem z tej sauny w najbliższym
czasie już chyba nie będę korzystał, ale na basen warto będzie się jeszcze
wybrać.

Zanikająca Reisefieber?

Miał to być komentarz do wpisu Zanikająca Reisefieber
na blogu Tomka Skórskiego, ale zrobił się
długi, więc opublikuje go tu:

Nie sądzę, żeby następowała jakaś dewaluacja podróży jako takiej, najwyżej
pewnych celów podróży (świat się zmniejszył). Ci (czy raczej tacy jak
tamci), którzy wybierali się na wielką wyprawę (na drugi koniec kraju, czy
kontynentu), gdy inni pozostawali w swoich wioskach, najwyżej raz w miesiącu
wybierając się do miasta, i teraz znajdą sposób na ekscytującą przygodę.
Zamiast Bieszczad będą to może Himalaje. Albo zamiast wyprawy rodzinką Syrenką
ze Śląska nad morze będzie wycieczka rowerowa po Beskidach. Ten kto w podróży
szuka większych wrażeń znajdzie je w każdych czasach.

Ci którzy podróżują nerwowo patrząc na zegarek, z iPodem w uszach to ci,
którzy w „dawnych czasach” w ogóle by się ze swojej miejscowości nie ruszali,
no chyba, że autokarem na zorganizowane przez zakład pracy wczasy.

A jeśli piszesz myśląc o sobie… to zauważ, że też nie jesteś tą samą osobą
co parę lat temu. Kiedyś jeździłem po Polsce autostopem, mieszkałem pod
namiotem i najlepsze wakacje były wtedy gdy jednego dnie nie wiedziałem, gdzie
będę następnego. Teraz mam wczasy mniej-więcej zaplanowane na parę miesięcy
przed, nie ma mowy o wypoczynku w pokoju bez łazienki i wyjazdu bez własnego
samochodu… to nie czasy się zmieniły, ale ja i moje życie. Mniej potrzebuję
wielkiej przygody, bardziej odpoczynku od pracy i spędzenia czasu z rodziną.
Przygody też mi trochę brakuje… samotnego wyjazdu w nieznane, chociażby
rowerem, ale są inne priorytety i po prostu brakuje czasu.

A i technika, łącznie z Internetem, nie musi spłycać podróży. Chociażby taki
geocaching – człowiek uzbrojony w GPS i informacje z Sieci odwiedza
miejsca, w które wcześniej sam z siebie by się nie zapuścił. Kiedyś było
inaczej, ale to nie znaczy, że kiedyś było lepiej (czemu ludzie mają zawsze
tendencje do takiego błędu w porównaniach?).

Co do samej gorączki podróży, w sensie fizjologicznym… motylki
w brzuchu, nerwowe pilnowanie każdego szczegółu, wręcz rozwolnienie przed
wyjazdem… myślę, że to mija z wiekiem… któryś z kolei wyjazd, nawet
w nowe miejsce, nie będzie budzić takich emocji jak pierwszy wyjazd na
kolonie, czy pierwsze samodzielne wakacje bez rodziców.

Ja bym się tam nie martwił, że przez postęp cywilizacyjny dużo tracimy
w tym względzie.

Urlop :)

Po prawie całym czerwcu spędzonym w sanatorium nie miałem sumienia prosić
klienta (praktycznie pracodawcy) o wolne od połowy lipca, a na wtedy mieliśmy
z żonką zaplanowane wczasy w Puszczy Drawskiej. Pół biedy, że dopiero byłem
w sanatorium, ale jeszcze ten klient chciał mnie od początku lub połowy lipca
zatrudnić na etat, na atrakcyjnych warunkach… dwutygodniowy urlop parę dni
po rozpoczęciu pracy to już chyba byłoby przegięcie… ;-)

Ostatecznie uznaliśmy, że tylko Ika z Paskudą pojedzie… a ja może do
nich dołączę na ostatni weekend… Jednak z tego etatu nic nie wyszło (to nie
takie proste zatrudnić Polaka w Polsce przez holenderską firmę), a Iwonka
przekonała mnie, że to niezbyt dobry pomysł, żeby dziewczyny były przez dwa
tygodnie same w lesie. Powiedzieć klientowi, że jutro wyjeżdżam na dwa
tygodnie, też nie wchodziło w grę, więc poprosiłem o wolne za tydzień.

Tydzień temu więc pojechała żonka z córką, a ja jadę jutro. Mam urlop!
:-)

Z pamiętnika kuracjusza – czas wolny

Zabiegów mam może dużo, ale czasu wolnego jeszcze więcej.
Szczególnie teraz, gdy w planie wszystkie zabiegi mam przed południem i to
jeden za drugim. A wolny czas trzeba jakoś spędzić…

Prawie codziennie chodzę więc na netoterapie, a więc z laptopem do
biblioteki lub kafejki internetowej (gdy biblioteka zamknięta) podłączyć się
na godzinkę z Siecią. Tam zgrywam zdjęcia z komórki i wysyłam na
Flickr
, poświęcam chwilkę rozpoczętym przed wyjazdem grom Lonturn i Outer Space, trochę pogadam na Jabberze
i ściągam artykuły w Google Reader dla trybu offline. Raz byłem na
przedstawieniu teatralnym. Zajrzałem też na tutejsze potańcówki, ale
tam bawiły się głównie pary babcia + dziadek i jakoś nie widziałem dla
tam siebie miejsca. Poza tym to głównie chodzę na samotne spacery. O jednym
(o wyprawie na Chełmiec) już pisałem, ale było ich więcej.

Praktycznie codziennie włóczę się po Wzgórzu Gedymina, chyba już każdy
jego wierzchołek zdobyłem po kilka razy. Parę razy zrobiłem jakieś większe
kółeczko po Szczawnie. W czwartek 12. stwierdziłem, że aktualne współrzędne
geohashing dla tej okolicy
wypadają w Wałbrzychu, to wybrałem się tam na piechotę – prawie
6 kilometrów spacerku po nieznanej okolicy. Niektórymi dzielnicami Wałbrzycha
trochę strach było iść, ale dotarłem na miejsce. No prawie, dokładne
współrzędne wypadały gdzieś na łące, na którą musiałbym przejść przez czyjś
ogródek, albo zboże… a autobus już czekał. W każdym razie spacerek sobie
zaliczyłem. Wróciłem autobusami (pierwszy, taki jaki był, z tego Poniatowa do
centrum, drugi już do Szczawna Zdroju).

W sobotę, 14., po obiedzie chciałem się wybrać obejrzeć Książ… ale późno
już było dość (a na zwiedzanie podobno sporo czasu potrzeba) i autobus mi
uciekł, to wsiadłem do innego autobusu i znowu pojechałem do Wałbrzycha.
Zwiedziłem sobie kawałek wracając z centrum do Szczawna na piechotę. Fajny
park mają w samym centrum – prawie że dziki las na stromych górkach.

W niedzielę po śniadaniu już żaden autobus mi nie uciekł i pojechałem do
Książa. Nie tak całkiem bezinteresownie, czekały tam przecież na mnie dwie
skrytki geocache. Za szukanie pierwszego skarbu zabrałem się właściwie zaraz
po przyjeździe, na zwiedzanie zamku jeszcze i tak było za wcześnie (jeszcze
przed dziewiątą). Bardzo fajny tamtejszy park ze stromymi zboczami. I właśnie
tam, w jednej ze skał czekało na mnie pudełeczko. Dopełniłem formalności
i udałem się na zwiedzanie zamku.

Przy kasie dowiedziałem się, że na zwiedzanie z przewodnikiem musiałbym
poczekać godzinę od kupienia biletu… długo, postanowiłem więc pozwiedzać
samemu. Zamek z zewnątrz bardzo ładny, duży… ale w środku jakoś nic nie
powaliło mnie na kolana. Teraz to bardziej dwudziestowieczny hotel niż
średniowieczna warownia. Do tego we wnętrzach, poza paroma ostatnimi salami,
brakowało jakiegokolwiek opisu, więc bez przewodnika nawet nie wiedziałem co
oglądam. Ciekawsze były już zamkowe tarasy, tu bez żadnego wyjaśniania
widziałem, że ładne. Po drodze strzeliłem sobie trzy razy ze
średniowiecznej kuszy (i nawet raz udało mi się trafić w papier
z tarczą).

Po zwiedzeniu zamku Książ udałem się żółto-niebieskim szlakiem w kierunku
ruin Starego Książa, gdzie miał czekać na mnie kolejny skarb. Szlak jest
piękny, wzdłuż wąwozu, wąska ścieżka na urwisku, miejscami przejście mostkami
przy pionowych ścianach skalnych. Raczej nie dla kogoś z lękiem wysokości.
Rzeka która wyżłobiła ten krajobraz, Pełcznica, brudna, pomarańczowa,
zaśmiecona i śmierdząca. Znacznie lepiej prezentowała się z góry, gdzie tylko
było słychać jej szum.

Ruiny zamku Stary Książ jak to ruiny, może nie bardzo okazałe, ale mają
pewien urok. A niedaleko skrytka ze skarbem. To już trzecia odnaleziona
podczas mojego pobytu w Szczawnie. :-) Do uzdrowiska wróciłem na
piechotę, dalej żółto-niebieskim szlakiem. Ominął mnie obiad, ale tutejszego
obiadu nawet nie szkoda. Zjadłem sobie lepiej Pod Wieżą.

Okazało się, że w czasie, gdy ja sobie tu wypoczywam, pojawiły się nowe
skrytki geocache w okolicy. :-) No to załadowałem sobie kolejne
cele do komórki i we wtorek wybrałem się do ruin zamku Nowy Dwór. Najpierw
musiałem wymyślić jak się tam dostać. Niby to ciągle Wałbrzych, ale daleko od
Szczawna… zadupie jakieś. A na mojej mapie nie są pokazane linie autobusowe.
Kupiłem więc w Empiku plan miasta… przyjrzałem się zadupiu raz
jeszcze… i okazało się, że tam jest Dworzec Główny, a do takiego obiektu
znaleźć połączenie autobusowe już łatwo. :-) Z dworca już
poprowadził mnie żółty szlak, zresztą, to już było całkiem blisko.

Ruiny mnie trochę zaskoczyły. Pozytywnie. Spodziewałem się czegoś znacznie
mniejszego. A tu, co minąłem jeden mur, to moim oczom ukazywał się kolejny.
I w jednym z nich było ukryte pudełko. Czwarty skarb znaleziony
:-) W zamian za kredki zostawiłem joggerowy długopis, więc jak
ktoś chce, to wie gdzie szukać…

To we w miarą bliskiej okolicy została mi jedna skrytka, na Trójgarbie.
Tam wybrałem się w czwartek. Prawie siedem kilometrów w jedną stronę.
Większość przez pola i łąki, do schroniska Bacówka pod Trójgarbem,
dalej świerkowym lasem na górę. W schronisku śmieszny pan przywitał mnie
pytaniem spragniony? i dalej o to, czego bym chciał się napić… bo po
napoje inne niż piwo (zresztą wybór i tak nie wielki) musiał zejść do piwnicy
bo kradną. W ogóle turystów tam niewielu (ja nie spotkałem żadnego, ale
podobno pan jedno piwo już tego dnia sprzedał), a ja zostałem uznany za
jakiegoś pasjonata. Szlak całkiem przyjemny i nawet niezbyt stromy. Pod koniec
towarzyszyło mi osobiste stadko… much. Na górze stał jakiś szałas, pełen
śmieci (ech, ci pseudoturyści), jakieś resztki fundamentów nie wiadomo po
czym i niewiele więcej. Ze względu na drzewa raczej nie było widoków do
podziwiania. Po podejrzeniu wskazówek w sieci (niech żyje EDGE i Opera Mini)
szybko odnalazłem skrzynkę. I byłem pierwszy! Mam nawet na to certyfikat.
:-) Ze skarbów wybrałem sobie krokomierz. Ze szczytu do Bacówki
wracałem nieco innym szlakiem, dalej do Szczawna miałem iść tym samym co w tę
stronę… ale po drodze przeoczyłem jakiś zakręt i wróciłem inną drogą. GPS
przydał się do orientacji w terenie.

Na razie tyle wycieczek. W najbliższym czasie wybieram się jeszcze na
Borową. Skrytki geocache żadnej tam nie ma, ale to najwyższy szczyt Gór
Wałbrzyskich, więc jak tu jestem, to wypada zaliczyć. Dzisiaj podobno
współkuracjusze organizują jakiegoś grilla na Słonecznej Polanie, zajrzę tam.
Poza tym, w parku ma być jakiś koncert – Świętojańska Noc
Operetkowa
, czy jakoś tak. To też chciałem obejrzeć. Będę więc pewnie
kursował między jednym i drugim, żeby ostatecznie znowu skończyć na
samotnej włóczędze po Wzgórzu Gedymina…

Z pamiętnika kuracjusza – nałogowiec zawsze coś sobie zorganizuje…

Jak co dzień, o 10:00 zarzuciłem laptopa na ramię i poszedłem na
netoterapię. Dzisiaj sobota, nie pierwsza w miesiącu, więc biblioteka
zamknięta. Poszedłem więc od razu do kawiarenki przy sklepie komputerowym.
A tam zamknięte. Na drzwiach jest napisane Czynne: 10-20, w niedziele:
12-20
, a dzisiaj o 10:15 zamknięte… :-(

Z odrobiną nadziei udałem się więc do biblioteki… a nóż… niestety, też
zamknięte. Że próbować podłączać laptopa w sanatorium ma mały sens już się
przekonałem – komórka wykrywa tam tylko szczątki sygnału mojej sieci.
Sama komórka w parku odbiera już całkiem nieźle i jabberować można, ale
niewiele więcej. Zabieranie laptopa do parku sensu nie ma – bateria nie
trzyma dłużej niż pół godziny nie trzyma. Musiałem więc poszukać prądu
w zasięgu sieci.

Znalazłem otwartą restaurację z gniazdkiem w ogródku. Spytałem, czy mogę
się podłączyć, a gdy po chwili zastanowienia pani pozwoliła, zamówiłem
herbatkę i szarlotkę. Tak oto mogę się oddać swojemu nałogowi…
:-)

Gdyby jeszcze klawiatura w laptopie mi nie wysiadała…

Z pamiętnika kuracjusza – zabiegi

Poza pierwszymi dwoma dniami i weekendem (ale nie w każdą sobotę będę miał tak dobrze)
cały dzień jest zorganizowany przez Plan Zabiegów. Pierwszy zabieg może się zaczynać np. o 7:10,
a ostatni o 16:35, w sumie mam ich do sześciu dziennie, a w ostatnim tygodniu
nawet po siedem. A zabiegi są różne…

Gimnastyka grupowa

Pierwotnie miałem ustaloną na 9:15, ale zaczęło mi kolidować z innymi
zabiegami. Przestawiłem więc na 7:45. Przez to śniadanie, które miało być
o 8:00, jem o 7:20… skoro i tak budzę się wcześniej, to nawet dobrze się
ułożyło.

Grupa składa się z trzech osób, które robią ćwiczenia według instrukcji
prowadzącej. Jest to o tyle lepsze od gimnastyki, jaką miałem w Gliwicach, że
nie musimy sami pamiętać wszystkich ćwiczeń i pilnować wykonywania ich jak
należy i po kolei. Do tego, codziennie jest nieco inny zestaw, więc jest
ciekawie. No i nie ma tak, jak wcześniej miałem, że wszystkie ćwiczenia na
leżąco lub w klęku podpartym. W sumie tych ćwiczeń jest pół godzinki dziennie.

Pierwsze dwa razy wyjątkowo mi się podobały, bo pani nie tylko mówiła co
mamy robić, ale też sama pokazywała. Na przeciwko mnie. W bluzeczce z fajnym
dekoltem… a ma co w tym dekolcie pokazać. :-) Potem pani się
zmieniła i takie atrakcje się skończyły. Ale nadal gimnastyka nie jest zła.

UGUL

Druga część zajęć na sali gimnastycznej. Tym razem o 13:30, czyli zaraz po
obiedzie. Kładę się na łóżku w metalowej klatce, a pani mnie podwiesza na
linkach. Od pasa w dół wiszę i macham na boki nogami. Najpierw dziesięć razy
obiema razem, potem dziesięć razy każdą w innym kierunku (rozkroki). I tak
przez 15 minut…

Laser

O tym już wspominałem. Od poprzedniego czasu przyjrzałem się maszynie.
Najwyraźniej kreśli promieniem lasera spirale na moich plecach. Najpierw
dziesięć minut z lewej strony, potem dziesięć z prawej.

To ćwiczenie i wszystkie następne są o zmiennych porach – każdego
dnia może być inaczej. I teoretycznie terminy są nienaruszalne. W praktyce
panie rehabilitantki nawet proszą o to, żeby próbować przyjść wcześniej
i rzeczywiście udaje się szybko wszystko załatwić.

TENS

To, czyli prądy już też miałem w Gliwicach, ale i w tym przypadku
tutejszy sprzęt wydaje się dużo nowocześniejszy. Tam na zabieg musiałem
przynieść kawałek gazy, przez który (po namoczeniu) pani podłączała do mnie
elektrody. Tutaj maszyna ma wbudowaną pompę, a elektrody są na przyssawkach.
Podczas zabiegu mam cztery takie przyssawy na plecach. A po zabiegu przez
jakiś czas ślady w kształcie okręgów.

Natrysk płaszczowy

Pierwotnie nie miałem tego zapisanego, ale po zamieszaniu z moim planem
zabiegów, dopisali (możliwe, że bardziej dlatego, że mieli wolne miejsca, niż
dlatego, że mi bardzo potrzebne). Zabieg polega na tym, że wchodzę do
beczki (otwartej z jednej strony), w której, z boków, ze wszystkich
stron leci na mnie ciepła woda. Ja mam się w tym czasie tam powoli obracać.
Oczywiście na golasa, ale widziałem że niektóre wstydliwe dziadki na to i na
bicze chodzą w slipkach. :-)

No właśnie – w tym samym pomieszczeniu są też bicze wodne. A ja na
początku nie mogłem go znaleźć (pomieszczenia dziwnie były ponumerowane
i brakowało tego numerku). W końcu znalazłem – i wlazłem tam, gdy akurat
jedna pani była biczowana. Przynajmniej kawałek cycka sobie zobaczyłem
;-). Potem już grzecznie unikałem wchodzenia gdziekolwiek
nieproszony (przez co np. okładów borowinowych mógłbym się nie doczekać).

Okłady borowinowe

To też lekarka dopisała mi w ramach łatania dziur w planie. Trochę
liczyłem na taplanie się w błotku, ale nie. Tutaj mają plastry
borowinowe
. Kładę się na brzuchu, a pani mi kładzie taki gorący placek na
plecach. Potem przykrywa grubymi ręcznikami, żeby ciepło nie uciekało. I leżę
tak 20 minut. Chyba kiedyś tam zasnę, bo ten ciepły okład działa na mnie
bardzo usypiająco. Zaraz po zabiegu jestem trochę obolały i sztywno chodzę,
ale potem jest ok.

Magnetoterapia i masaże

W planie mam jeszcze magnetoterapię, masaż suchy i masaż
podwodny
, ale to dopiero za jakiś czas. Pole magnetyczne od szesnastego,
masaże od osiemnastego. Wtedy pewnie napiszę więcej na ten temat.

Z jakiegoś powodu nie zapisali mnie na basen. Na początku nie było mi
bardzo szkoda, bo tu basenu nie ma i gdzieś trzeba dojeżdżać na pół godziny
zajęć. Ale koledzy wczoraj byli i bardzo sobie chwalą – teraz zaczynam
żałować, że się u lekarza nie upomniałem. Trudno.

Z pamiętnika kuracjusza – wyprawa na Chełmiec

Chełmiec to szczyt górujący nad tutejszym krajobrazem. Samotna góra
z masztem telewizyjnym i wielkim białym krzyżem na szczycie. Tam też znajdować się miała
skrzynka geocaching OP0060. Jeszcze przed wyjazdem do sanatorium
postanowiłem, że muszę się tam wybrać. Tutaj jednak się okazało, że czas na
wycieczki jest ograniczony (w tygodniu ciągle są zabiegi), a do tego nie
powinniśmy wybierać się na takie wyprawy bez pozwolenia lekarza.

Wczoraj przed obiadem mieliśmy badania. Spokojny o wynik badania
i nauczony, że głównym zaleceniem dla mnie było dużo chodzić spytałem
lekarza o pozwolenie. Ten powiedział, że jak nie będę odczuwał przy tym
żadnych dolegliwości z kręgosłupa to mogę. Tylko mam uważać.

Zaraz po obiedzie więc zmieniłem buty (sandały nie koniecznie się
nadawały), zapakowałem kurtkę do plecaka, założyłem czapeczkę (słonko
przygrzewało), uruchomiłem GPS, kupiłem wodę i wybrałem się na wyprawę
niebieskim szlakiem. Według tabliczki na szczyt miałem 1,5h drogi, a do
kolacji 4h czasu.

Początek mimo, że dość płaski, był męczący, bo w słońcu. Minąłem
Szczawieński cmentarz na wzgórzu, przeszedłem przez jakieś peryferia
Wałbrzycha i dotarłem do lasu. Przez las szło się bardzo przyjemnie. Spotkałem
sarenkę i leśną myszkę. Potem zrobiło się trochę stromiej. Doszedłem do
jakiejś drogi którą szlak prowadził łagodnie wzdłuż stromej skarpy po
lewej… aż na drzewie pojawiła się strzałka w lewo. Ten fragment szlaku
raczej nie był przewidziany dla kuracjuszy, ale ja się dzielnie wdrapywałem.
Na drodze zauważyłem trójkę innych kuracjuszy. Spojrzeli na mnie i postanowili
iść dalej drogą (nie dziwię się im). W końcu wdrapałem się na szczyt. Już
z końcówki szlak widok był śliczny.

Na szczycie, oprócz krzyża i masztu telewizyjnego stoi jeszcze murowana
wieża (trochę ruina). Na wejściu karteczka, że w weekend co pół godziny
wpuszczają turystów. O 15:20 drzwi się otworzyły i wyszła grupka, spytałem
się, kiedy będzie można wejść, okazało się, że już. To wszedłem. Za 4zł mogłem
zobaczyć prześliczny widok. Na Wałbrzych, Szczawno-Zdrój, Ślężę, Śnieżkę
i dużo więcej. Na Śnieżce jeszcze biało.

Wieżą opiekują się, społecznie, tutejsi krótkofalarze. Na szczycie masa
anten (część pewnie amatorska, a część operatorów komórkowych itp., pewnie
zarabiają na utrzymanie wieży).

Gdy schodziłem z wieży pod nią była już ta trójka, co wybrała drogę.
Siedzieli tam, gdzie spodziewałem się znaleźć skarb więc kręciłem się
w kółko, zanim nie poszli. Potem przeszukałem okolicę. Skrzynka była jednak
gdzie indziej. Do tego zupełnie na wierzchu. Pewnie ktoś niewtajemniczony
przypadkiem znalazł i porzucił. Dopełniłem formalności, wziąłem klamerkę
z kwiatkiem, zostawiłem nalepkę z pingwinem i schowałem pudełko porządniej.
Potem mogłem wracać.

Po drodze trochę pokropiło, ale za bardzo mnie nie zmoczyło. Zdążyłem
wrócić 15 minut przed kolacją – w dobrym humorze i zadowolony z wyprawy.
O dziwo, dzisiaj nawet nie jestem bardzo obolały. Trzeba sobie wymyślić
kolejny cel. Pod Książem są trzy skrzynki…

Z pamiętnika kuracjusza

Wpis wczorajszy, bo dopiero dzisiaj udało mi się sensownie do sieci podpiąć.

Do kurortu wczoraj (03.06.2008) około południa przywiozła mnie żona. Przejazd przez
Wałbrzych i początek Szczawna-Zdrój nie wyglądał zachęcająco –
blokowiska i fabryki całkiem jak u nas… Ale już część uzdrowiskowa Szczawna,
to całkiem co innego. Tu jest ślicznie.

Zgodnie z instrukcją udałem się do Domu Zdrojowego. Tam zaliczyłem opad
szczęki
na widok głównego holu i udałem się do recepcji. Pokazałem wesołym
paniom skierowanie, pani zabrała skierowanie, spytała, czy mogę chodzić po
schodach, wypisała inny papierek (kartę zabiegową) i odesłała do
Pioniera (w prawo, za rogiem w prawo, w dół i za fontanną po
schodkach). Nawet udało nam się trafić. Trzeba było chwilkę poczekać aż będzie
ktoś, kto może dopełnić formalności. W końcu pielęgniarka po prosiła do środka
i zaczęło się wypełnianie kolejnych papierów…

Padło też standardowe pytanie o legitymację ubezpieczeniową. Mówię, że nie
mam. Zresztą, na skierowaniu była lista dokumentów do zabrania i nie było tam
legitymacji. To pani mnie pyta jak ja w takim razie korzystam z przychodni
itp. Tłumaczę, że u nas praktycznie wszystko załatwia się kartą. Ona mi na to,
że i tak potrzebuje numeru ubezpieczenia (pierwszy raz o czymś takim
słyszę, pomijając amerykańskie filmy) i, że w mojej przychodni powinni go
mieć. Miałem wątpliwości, ale poprosiłem żonkę, żeby zadzwoniła do przychodni
i się dowiedziała. W tym czasie ja wypełniałem kolejne papierki (np. taki,
w którym wyznaczałem osobę upoważnioną do zabrania moich rzeczy, jakbym
przypadkiem kuracji nie przeżył).

Oczywiście w mojej przychodni też nic o takim numerku nie wiedzą. Siostra
przyjęła to do wiadomości i tylko poprosiła, żebym wpisał na karcie, w miejscu
numeru: nie posiadam i walnął parafkę. Zaznaczam, że cały czas była
dla mnie bardzo miła. Spytała, czy gorączkuję, zmierzyła ciśnienie i puls
(wszystko w normie). Na koniec dała karteczki z porami posiłków, kodem do
drzwi i informacją, że karta do telewizora na cały turnus kosztuje 73zł.

Aaaa… jeszcze jedno. Miałem podpisać się pod wyciągiem
z regulaminu
. Więc nie tylko się podpisałem, ale i przeczytałem. Pierwszy
punkt mówił, że zaleca się wykupienie dobrowolnego ubezpieczenia NW i od
skradzionych rzeczy. NW mam dosyć, ale od kradzieży laptopa mógłbym się
ubezpieczyć, jeśli to drogo by nie kosztowało… Więc pytam panią jak się to
dobrowolne ubezpieczenie wykupuje… Pani najpierw nie wiedziała o czym mówię,
potem się zdziwiła, że taki punkt jest w regulaminie, a następnie zaczęła
dzwonić, żeby się dowiedzieć… Po paru nieudanych telefonach już machnąłem
ręką, ale siostra stwierdziła, że jak jest w regulaminie i pacjent sie pyta,
to musi się dowiedzieć i udzielić informacji. Więc jej już nie przeszkadzałem.
W końcu wyszło na to, że w Uzdrowisku tego się nie załatwi, trzeba wyjść na
miasto do ubezpieczalni jakiejś i sobie kupić. Na razie sobie odpuściłem.

Po zarejestrowaniu się w Pionierze miałem z kartą zabiegową udać się na
jadalnie do wyznaczenia stolika no i na obiad. Na jadalni pani mnie zapisała,
podała numer stolika… i zaprowadziła do stolika (nie żadne tam, czy
pan se znajdzie). No ciągle czuję, że jestem traktowany jak gość, a nie
petent. A to rzadkość w naszej służbie zdrowia.

No właśnie… służba zdrowia. O tym, że to jednak nie wczasy przypomina
regulamin szpitala-sanatorium. Po 22:00 wszystkie dzieci mają być już
grzecznie w pokojach, nie ma mowy, żeby później wejść do budynku. Do 6:00 nie
można też, oczywiście, wyjść. Żadnego alkoholu (tu nie muszę się hamować
;-)). Wyjście na wycieczkę, czy potańcówkę podobno trzeba
uzgadniać z personelem (taaaa…). Luksusy też trochę mniejsze niż miałbym na
wczasach – łazienka może wielka, ale cztery osoby w pokoju. Ale nie jest
źle.

Dzisiaj rano (7:10) była pogadanka z lekarzem. Generalnie kto tu
rządzi
i czego nie wolno. Pani doktor też bardzo miła. Po śniadaniu
były badania. Po jakieś dwie minuty na pacjenta, byle zabiegi zapisać.
Porządnie mamy być zbadani w piątek albo w sobotę.

Przed południem pojawiły się karty zabiegowe z planem zabiegów. Ja ze
swojego planu dowiedziałem się, że nazywam się teraz Lidia jakaśtam….
Spytałem siostry oddziałowej, czy tak ma być i okazało się, że jednak nie.
Plany zostały zamienione. Potem się okazało, że nie tylko zamienione, bo
zawartość planu podpisanego moim nazwiskiem nie odpowiada zabiegom zleconym na
mojej karcie. Więc, musiałem zostać wrzucony do komputera jeszcze raz.
No i dostałem nowy plan, w którym przez pierwsze dwa tygodnie prawie nic nie
ma – terminy już były pozajmowane. Za to, pod koniec mam po cztery zabiegi
dziennie (plus dwa razy gimnastyka)… Siostra stwierdziła, że ten początek
zbyt ubogi, więc jutro po gimnastyce mam się zgłosić, to mi lekarz coś
dorzuci… oj, widać za dobrze byłoby mi bez tego ;-)

Dzisiaj miałem jeden zabieg (miały być dwa, ale plan dostałem dwadzieścia
minut po terminie pierwszego) – laser. Trochę inny niż miałem robiony
w Gliwicach – tu nikt nie musiał mnie tym myziać ani dziabać po plecach,
tylko samo się robiło. I chyba mocniejszy, bo coś poczułem w krzyżu (a
w karcie zapisali 150, a w Gliwicach pisali mi maksimum 100.

Jeszcze o jedzeniu warto wspomnieć. Jadalne, ale raczej bez rewelacji.
I do tego wczoraj była pomidorówka (nie lubię, nie zjem), a dzisiaj gulasz…
który chyba też był wczorajszą pomidorówką z jakimś marnym mięskiem. Wczoraj
dopychałem się tortem czekoladowym, który mnie hipnotyzował kręcąc się
w gablotce restauracji Bohema, a dzisiaj pizzą. Jedno i drugie było duże
i pyszne… ale już nie z uzdrowiskowej stołówki.

Zabawy z GPS-em

Chciałem napisać kolejną notkę o mojej zabawce… i zorientowałem się, że
przecież jeszcze nic nie napisałem na ten temat. A więc, od początku…

Już od dawna fascynowała mnie technologia GPS – możliwość
rejestrowania aktualnej pozycji i nawigacji w czasie rzeczywistym do wybranego
punktu. No i obrabianie zebranych danych w komputerze. Bardzo chętnie bym się
czymś takim pobawił… ale jak na zabawkę to było zawsze zbyt drogie.
Turystyczne urządzenia GPS albo bardzo prymitywne, albo drogie. Do gołego
odbiornika musiałbym mieć laptopa albo palmtopa, a samochodowe nawigacje jakoś
mnie nie pociągały specjalnie (drogie i właściwie do użytku tylko
w samochodzie).

Na szczęście sytuacja nieco się zmieniła. Odbiorniki GPS potaniały,
a zmądrzały telefony komórkowe. Więc za niewielkie pieniądze mogłem kupić
sobie odbiornik na Bluetooth, który całkiem sprawnie może być obsłużony przez
mój, też nie najdroższy, telefon komórkowy.

Zabawy

No to co ciekawego można takim zestawem robić. No moim głównym celem było
móc jechać w nieznane i dalej wiedzieć gdzie się jest, żeby móc wrócić.
;-) No i rejestrowanie swoich wycieczek. Gdy szukałem
oprogramowania do swojej zabawki często natykałem się na określenie
geocaching. Nie wnikałem w to, zakładałem, że to po prostu zbieranie
informacji o tym gdzie się było (wiecie, skojarzenie z cache przeglądarki).
Później okazało się, że bardzo się myliłem…

Geohashing

Skoro ignorowałem geocaching to pierwszą zabawą z GPS którą się
zainteresowałem był geohashing,
wymyślony przez autora popularnego komiksu XKCD w odcinku 426. Po prostu, gdy zobaczyłem ten
obrazek i przeczytałem odpowiadający mu wpis na blagu, to
uznałem, że muszę tego spróbować. Wygląda na to, że jestem jedynym takim
wariatem w Polsce. :-)

Zabawa polega na tym, że dla każdej daty wyznaczane są konkretne
współrzędne geograficzne, dla każdej kratki 1° na 1°. Algorytm
wykorzystuje notowania nowojorskiej giełdy z dnia poprzedniego (lub ostatniego
w którym były dostępne), więc nie można określić przyszłych punktów. Po prostu
znane są współrzędne na dziś lub jutro. W piątek także na weekend (aż do
poniedziałku), ale nic więcej. Zadanie polega na tym, żeby w odpowiednim dniu
trafić w odpowiednie miejsce. W soboty, o 16:00 czasu lokalnego przewidziane
są w tych miejscach spotkania miłośników XKCD, więc teoretycznie można spotkać
się z innymi świrami (o ile tacy są w okolicy).

Ja pierwszy punkt zaliczyłem wczoraj. Trafiłem na stare, opuszczone
i zdewastowane torowisko w Sośnicy. Całkiem interesujące miejsce.
:-)

Geocaching

Gdy zainteresowałem się geohashingiem, to w końcu poczytałem też co to ten
geocaching. No i to też
całkiem fajna sprawa. W skrócie: ludzie robią skrytki z dzienniczkiem
i skarbami i publikują współrzędne geograficzne. Zadanie polega na
odnalezieniu skrytki i wpisaniu się do dzienniczka. Może być ciekawe.

Zaleta w porównaniu z geohashingiem: jest po co iść, skrytki zwykle są
w interesujących miejscach (można pozwiedzać) i z zasady są dostępne
(geohashing może prowadzić prosto na środek morza, czy do zamkniętej bazy
wojskowej). Jednocześnie wadą jest to samo: wiadomo mniej-więcej czego można
się spodziewać i generalnie skrytki są w znanych miejscach. Miejsca ukrycia
najbliższych skrzynek prawdopodobnie się już kiedyś odwiedziło, przy innej
okazji.

Jutro będę w pobliżu jednej takiej skrytki, to może i swój geocaching
zaliczę. :-)

Geodashing itp.

Z geozabaw czytałem jeszcze o geodashingu. Trochę podobne do geohashingu
– też miejsca są rozmieszczane losowo. Jednak tym razem są to wylosowane
punkty na całym świecie ważne przez miesiąc. Pewnie jest jeszcze parę
innych takich zabaw.

Moje zabawki

se_gps2.jpg

Odbiornik GPS Navibe GB735

Wybrałem taki, bo to był jeden z najtańszych, od sensownego sprzedawcy na
Allegro, na popularnym chipsecie (SiRF Star III) obsługiwanym przez większość
oprogramowania, a w zestawie miał ładowarkę samochodową i domową. Był dodany
też kod umożliwiający ściągnięcie na próbę programu Wayfinder, ale to
niespecjalnie mi się przydało (zniechęcała głównie cena pełnego produktu, ale
także to jak mnie program przywitał, gdy chciałem wypróbować).

Urządzenie działa całkiem przyzwoicie, chociaż czasem długo trzeba czekać
aż po raz pierwszy ustali pozycję. Przy gorszej pogodzie, to może być i pół
godziny, jeśli w ogóle się to uda. Mam wrażenie, że dokładność (czy raczej
czułość) mogła by być nieco lepsza (często widzi tylko 3/4 satelity). Ale
w praktyce nie sprawiło mi to większych problemów, więc nie mam co narzekać.
Bateria wystarcza chyba na jakieś dziesięć godzin. Spokojnie wystarczy na
wycieczkę, a na dłuższej trasie samochodem odbiornik może stale być podpięty
do ładowarki.

Telefon SE k550i

O telefonie już wspominałem. Dodam tylko, że wydaje się bardzo dobrym
wyborem do zabaw z GPSem. Może nie zainstaluję na nim oprogramowania
przygotowanego pod Symbiana czy Windows CE może nie zainstaluję, ale i pod
Javę znalazłem wszystko czego potrzebuję. Wszystko działa szybko i sprawnie,
na karcie pamięci mogę zmieścić praktycznie dowolną ilość map. Przydaje się
też wbudowany aparat fotograficzny – wystarczająco dobry, żeby
udokumentować swoje wyprawy.

Dodatkowe duperele

Dodatkowe rzeczy jakie dokupiłem do tego zestawu:

  • Samochodowy uchwyt na telefon – żeby sprawnie korzystać z nawigacji
    samochodowej trzeba mieć wyświetlacz telefonu na widoku. Kupiłem chyba
    najtańszy uchwyt, przyczepiany przyssawką do przedniej szyby. Wygląda trochę
    tandetnie, ale spełnia swoje zadanie. Problem pojawia się, gdy chcemy
    podłączyć ładowarkę (dla mnie to mus), ze względu na nieszczęśliwe położenie
    złącza w moim telefonie. Ale i z tą wtyczką jakoś się trzyma, tyle że krzywo.
    Jakbym kupił oryginalny uchwyt Sony-Ericsson (kosztujący parę razy więcej), to
    nie miałbym takiego problemu.
  • Ładowarka do telefonu – gdy korzysta się z nawigacji online, to
    konieczność. Mój telefon strasznie żre prąd przy aktywnym połączeniu
    z Internetem.
  • Rozdzielacz gniazda zapalniczki – dzięki niemu mogę jednocześnie
    podłączyć zasilanie telefonu i odbiornika GPS i nie martwić się, że mi któraś
    bateria padnie w samochodzie.

Oprogramowanie

NaviExpert

Żeby GPS nie był tylko zabawką, potrzebowałem czegoś co zrobi z niego
prawdziwą nawigację samochodową. Jeszcze przed zakupem rozglądałem się w sieci
za odpowiednim oprogramowaniem i moją uwagę zwrócił NaviExpert. Sam program jest za darmo, ale
nie posiada map. Zamiast tego łączy się przez Internet z serwerem, który
wyznacza trasę i udostępnia mapkę okolicy. Płaci się za tę usługę, można
wykupić abonament na jeden dzień i wypróbować. A jak się spodoba, zapłacić za
rok lub dwa.

Ten sposób działania ma jeszcze dodatkowe zalety: mamy do dyspozycji
aktualną bazę danych o niemiłych niespodziankach na drodze (jak fotoradary),
a podczas wyznaczania trasy mogą być uwzględnione korki w których utknęli inni
użytkownicy.

Ściągnąłem, zapłaciłem za tydzień wypróbowałem. Działało, wykupiłem więc
dłuższy abonament. Blondynka (NaviExpert mówi tylko głosem kobiecym)
doprowadziła nas już do Krynicy i do Ustronia. Było parę potknięć, ale zdaje
się, że innym produktom też się zdarzają. Ja na zakup nie narzekam.

TrekBuddy

GPS miał być do zabawy… więc potrzebowałem też programu, który przyda mi
się na wycieczkach i który pozwoli mi na wymianę danych GPS z komputerem.
Oglądałem w sieci różne Javowe aplikacje GPS na komórkę. Jedne były zbyt
prymitywne, inne za drogie, a TrekBuddy darmowy i ma właściwie
wszystkie funkcje jakich bym chciał.

Główną funkcją TrekBuddy’ego jest pokazywanie aktualnej pozycji na mapie.
W tym celu trzeba mieć odpowiednio przygotowane mapy. Na szczęście są
narzędzia, które pozwalają taką mapę przygotować, niestety głównie pod Windows
(o nich dalej). Można też gotowe mapy kupić. W Polsce firma
Compass produkuje i sprzedaje takie mapy
. Trochę drogo, ale jak próbowałem
samemu papierową mapę zeskanować i przygotować do użytku z TrekBuddy, to
uznałem, że może warto zapłacić.

TrekBuddy pokaże nam także kierunek w którym się poruszamy, wprowadzone
wcześniej punkty nawigacyjne, czy kierunek i odległość do wybranego punktu.
Przebytą trasę może na bieżąco zapisywać w pliku GPX (standard wymiany danych
GPS). Punkty nawigacyjne także trzyma w plikach GPX.

Atlas Creator

TrekBuddy
Atlas Creator
to proste narzędzie w Javie przerabiające mapy Google na
atlas TrekBuddy. Niestety dość prymitywne.

Googleak

Podobne narzędzie, ale dużo bardziej zaawansowane. Pozwala także
przetwarzać mapy terenowe, zdjęcia satelitarne, a także mapy z kilku innych
źródeł niż Google. Przy pomocy tego narzędzia można sobie przygotować całkiem
niezły atlas dla TrekBuddy’ego. Niestety, Googleak
jest pod Windows, na szczęście – całkiem dobrze działa teraz w wine.

OziExplorer i skrypty do dzielenia map

Generalnie OziExplorer to jest jakiś komercyjny program pod Windows do
obsługi urządzeń GPS. Mnie jednak interesuje mały wycinek jego
funkcjonalności, dostępny także w wersji demo – kalibracja map. Tak się
składa, że TrekBuddy używa danych kalibracyjnych właśnie w formacie
OziExplorera. Program działa pod wine, niestety nieznośnie powoli.

Udało mi się przy jego pomocy
skalibrować jakąś przedwojenną niemiecką mapę 1:25000 znalezioną w internecie.
Z podobną polską sztabówką, czy własnoręcznie zeskanowaną papierową mapą
turystyczną poszło znacznie gorzej. Przy okazji dowiedziałem się jaka
kartografia, a szczególnie kwestie współrzędnych geograficznych
i odwzorowania, jest skomplikowana…

Skalibrowaną mapę należy jeszcze pociąć i ewentualnie zapakować do atlasu.
Różne narzędzia do tego celu można znaleźć na stronach TrekBuddy.

Na szczęście nie trzeba się samemu w przygotowywanie map bawić.
:-)

Viking

Oprogramowanie na komórkę z GPS-em i mapy do niego to nie wszystko.
Przydałoby się coś, czym można by było sobie planować trasy, a także oglądać
dane zebrane przez nasz zestaw GPS. I fajnie byłoby się obyć bez Windows, czy
wine. Trochę się naszukałem zanim znalazłem coś fajnego, ale w końcu się
udało. Viking to prosta aplikacja
GTK umożliwiająca pracę z mapami (znów z Google itp.) oraz danymi z i dla GPS.
Można wyświetlić sobie mapę wybranej okolicy, na nieść na nie punkty, które
chcemy odwiedzić i wyeksportować do pliku GPX, który załadujemy do komórki.
Po powrocie z wycieczki można sobie do Vikinga wgrać zebrane dane i obejrzeć
którędy się szło, a nawet gdzie jakie zdjęcia się zrobiło (ale to gdyby
robienie zdjęć z poziomu TrekBuddy było praktyczniejsze).

GPSBabel

Czasem może pojawić się potrzeba przekonwertowania jakiś danych do lub
z jakiegoś egzotycznego formatu (nie wszystko umie GPX), albo jakiegoś
przekształcenia danych GPX. Tu przydaje się GPSBabel. Narzędzie to potrafi nie tylko
konwertować między mnóstwem różnych formatów danych GPS, ale ma także
wbudowanych parę przydatnych filtrów. Chcesz się pozbyć ze ścieżki
niedokładnie ustalonych punktów? Chcesz z tysiąca punktów (np. skrytek
geocaching) wybrać te w obrębie kilku kilometrów od wybranego punktu, czy może
po prostu odwrócić kierunek trasy? GPSBabel to załatwi.

Happy Camel

Wspomniałem, że w wycieczkach z GPS-em fajnie jest mieć aparat
fotograficzny. A może by tak w plikach ze zdjęciami zaznaczyć gdzie dokładnie
były one zrobione? To się nazywa geotaging i Wesoły Wielbłąd w tym pomoże.
Wystarczy, że podasz mu zestaw zdjęć i dane z GPS-a (ścieżka) obejmujące czas
w którym zdjęcia były robione, a on powiąże jedno z drugim. Może zapisać dane
geograficzne w metadanych (EXIF) zdjęcia, może stworzyć plik .KMZ dla
GoogleEarth (w którym potem można np. obejrzeć sobie własne zdjęcia na tle
satelitarnych), może nawet wyszukać nazwy miejscowości w pobliżu których
fotografowaliśmy.

Happy Camel ma także
wsparcie dla Flickr, ale tym nie udało mi się jeszcze czegoś sensownego
osiągnąć.

Z pamiętnika hipochondryka

W środę rano, jeszcze przed wyjazdem na długi weekend pojechałem na
kontrolę do przyszpitalnej poradni neurochirurgicznej. Tym razem nawet
zastałem swojego lekarza prowadzącego. Skorzystałem z okazji i spytałem, czemu
mnie nie wysłali do Rept, czy innego sanatorium. Czy nie przez jakieś
przeoczenie. Podobno nie. Ten lekarz po prostu nie ma zwyczaju za wcześnie
pacjentów wysyłać do takich ośrodków, bo mu czasem z nich karetką wracali…
No i do Rept wcale nie ma takich wielkich kolejek.

Wypytałem po raz kolejny co mi wolno, czego nie wolno. Mam unikać jazdy na
rowerze (a planowałem już sobie wycieczki :-(), o jeździe konnej
mam zapomnieć. Poza tym mam żyć normalnie… Dostałem nawet zaświadczenie
o zdolności do pracy.

Na długim weekendzie pochorowała mi się córka, niedługo potem żona. To
teraz ja robię za jedynego zdrowego w rodzinie i nawet do roboty chodzę do
biura. Na efekty siedzenia w pracy nie trzeba było długo czekać.
W poniedziałek do szesnastej nie wysiedziałem, a we wtorek rano nieźle mnie
sieknęło po krzyżu, gdy podnosiłem coś z podłogi. Znowu więc przeszedłem
w tryb wzmożonej ostrożności. Ale poza tym się jakoś trzymam i nawet siedzenie
w biurze jakoś znoszę.

Wczoraj przyszedł polecony z ZUSu: Zawiadomienie o skierowaniu na
rehabilitację leczniczą w ramach prewencji rentowej ZUS
, a tam informacja,
że 03.06.2008 mam się stawić w Domu Zdrojowym w Szczawnie-Zdrój. I
[…] ubezpieczony zobowiązany jest do poddania się rehabilitacji.
Zgaduję, że podobnie wyglądają zaproszenia z WKU ;-)

Nie napisali nawet ile będą mnie tam trzymać. Zadzwoniłem więc dziś do
rzeczonego Domu Zdrojowego. Miła pani poinformowała mnie, że taki turnus trwa
24 dni. Ponad 3 tygodnie… jak ja tam tyle wytrzymam? Zakładałem, że to będą
dwa tygodnie… trzy tygodnie maksimum. W pracy się też pewnie cieszą
;-)