60km :)

Wreszcie wybrałem się na konkretniejszą wycieczkę rowerkiem. Najpierw trasą nr 6 przez Sikornik, Żernicę, Nieborowice, Pilchowice i Stanicę do Rud, w ramach zbierania danych do OpenStreetMap. Potem krótka przerwa w skansenie kolei wąskotorowej (szkoda, że nie można już tam sobie z Gliwic ciuchajką dojechać) i z powrotem, ulicami, przez Bargłówkę, Trachy , Sośnicowice, Łany Wielkie i kawałkiem trasy 15 przez Kozłów do domku.

W sumie wyszło prawie 60km (licznik zapomniałem wyzerować na starcie, więc nie wiem dokładnie). Pogoda idealna, no może wiatr trochę za duży, szczególnie gdy z naprzeciwka. Trzy razy zgubiłem szlak, ale to ewidentne braki w oznakowaniu (i to w wyjątkowo perfidnych miejscach). W dwóch przypadkach po odnalezieniu szlaku przejechałem ominięty kawałek jak należy, żeby na mapę nanieść poprawny przebieg. A przy okazji, moje dotychczasowe osiągnięcia są już widoczne na OpenCycleMap :-)

Reklamy

Zabawa w kartografa-amatora

Przyszedł sezon rowerowy, to i mój GPS wrócił do łask. Skoro GPS, to fajnie by było sobie jakieś mapy do tego przygotować, czy nanieść przejechaną trasę na mapę. Niestety z mojego ulubionego Vikinga usunięto wsparcie dla map Google (na wniosek samego Google). Zamiast tego został podobno OpenStreetMap. Postanowiłem się więc przyjrzeć temu projektowi… i wsiąkłem. ;-)

Okazało się, że mają już niezły kawałek Gliwic opisany. Do tego proste w użyciu edytory. Sam ściągnąłem sobie JOSM. To ten „poważniejszy”, podstawowy edytor dla tego projektu. Oprócz tego jest jeszcze prosty webowy edytor Potlatch i parę innych. Wczytałem do JOSMa trasę swojej ostatniej wycieczki (do Wilczego Gardła)… i nie mogłem się powstrzymać przed dodaniem paru dróg do mapy. Od paru dni ciągle coś tam dodaję: trochę na podstawie przejechanych tras, trochę z pamięci (nie trzeba więcej, żeby wrysować coś pomiędzy istniejące drogi), trochę ze zdjęć satelitarnych (w JOSM dla mojej okolicy dostępne są zdjęcia Landsat, wystarczają do określenia obrębu lasu, czy jeziora). Parę uliczek przerysowałem też ze skanu starej (rok 1942) niemieckiej mapy, znalezionego kiedyś w sieci. Ze względów licencyjnych nie wolno przerysowywać ze współczesnych map, objętych prawem autorskim, ale tak jest nawet ciekawiej. ;-)

Na mapę Gliwic dodałem rzekę Kłodnicę, z zestawem mostów, dwie polne drogi, parę kilometrów ścieżki rowerowej i trochę drobiazgów. Już widzę (na wyrenderowanie gotowej mapy trzeba trochę poczekać), że parę rzeczy wyszło nie najlepiej, ale myślę że chociaż trochę projekt na moje pracy zyskał.

Fascynujące jest to, że na tej mapie można umieścić praktycznie wszystko i może ona służyć nie tylko jako mapa drogowa (zdaje się, że taki był pierwotny cel projektu), ale i turystyczna, czy rowerowa (w ten sposób powstaje OpenCycleMap. Zależnie od wybranego zbliżenie może przedstawiać sieć głównych dróg krajowych i wojewódzkich, albo układ alejek w parku.

Jak mi się zabawa za szybko nie znudzi, to powinno mi się udać opisać jeszcze parę z Gliwickich tras rowerowych (najlepiej byłoby zrobić komplet). Przynajmniej mam temat i motywację na najbliższe przejażdżki. :)

Jeden dzień z pobytu w Reptach

W tym tygodniu już kriokomora i wanna do hydromasażu (jakuzzi) działają, więc mam komplet zabiegów, poza biczami, na które muszę jeszcze poczekać. Mam więc bardzo aktywny poranek: 7:30 śniadanie, 8:30 kriokomora, tam po wyjściu ćwiczenia. Wczoraj ćwiczyłem tyle ile inni, to już na siłownię (czynną do 10:30) nie miałem kiedy iść, dzisiaj więc spędziłem tylko pięć minut na bieżni, byle się trochę rozgrzać i poleciałem na siłownię. Tam zaliczyłem ćwiczenia na przyrządach i zaraz trzeba było lecieć na basen (9:30). Na basenie po chwili moczenia wszedłem do jakuzzi (akurat był termin dla mężczyzn), gdzie spędziłem 15 minut w bardzo gorącej wodzie (a wczoraj była chłodna). Gdy wychodziłem aż zakręciło mi się w głowie, chwilę postałem trzymając się barierki, zanim zszedłem po schodkach. Na szczęście w basenie woda też była dość ciepła i mogłem iść pływać bez większego szoku.

Planowo basen mam dwa razy po pół godziny (o 9:30 i 14:00), ale dzisiaj moczyłem się ponad godzinę już za pierwszym razem – znalazłem miłe towarzystwo. A na po obiedzie umówiłem się z Agatą na spacer. To dużo lepsze niż spędzenie reszty dnia wśród dziadków na oddziale.

Po basenie suszenie głowy i akurat kończyła się przerwa w sali gimnastycznej, to poszedłem zrobić jeszcze ćwiczenia zadane przez magistra. I na tym kończą się moje dzisiejsze zabiegi, można odsapnąć :-). Obiadek za godzinkę, a potem będzie trzeba sobie jakoś czas zagospodarować.

Z pamiętnika hipochondryka

Dzisiaj przyjęli mnie do Górnośląskiego Centrum Rehabilitacji Repty w Tarnowskich Górach. Nie wiedziałem czego się spodziewać poza tym, że warunki będą jakieś pomiędzy tym co było w szpitalu w Bytomiu, a tym co miałem w Szczawnie. No i rzeczywiście, ale niestety raczej bliżej temu do szpitala. Pięcioosobowa sala, ze szpitalnymi łóżkami. Na pierwszym leży dziadek w pampersie. Automat na monety do telewizora taki sam jak w Bytomiu. Tylko bajzel organizacyjny jakby znacznie mniejszy.

Przed przyjazdem nie wiedziałem jak długo będę tu przebywał. W zaproszeniu była tylko informacja, że to szpital, nie ma tu czegoś takiego jak turnus, a czas pobytu ustala ordynator po badaniach. Jednak na miejscu pielęgniarka od razu mi powiedziała, że poleżę tu 21 dni, do 2 grudnia.

Już dzisiaj przed południem zbadał mnie lekarz, dość starannie, i zapisał zabiegi:

  • Ćwiczenia ogólnokondycyjne
  • Ćwiczenia idywidualne
  • Atlas i ćwiczenia na przyrządach
  • Basen (dwa razy dziennie)
  • Bicze (ale początek dopiero 25 listopada, bo wcześniej terminy zajęte)
  • Kriokomora

Poszedłem też sobie na pierwszy spacerek, po parku, dookoła ośrodka. Rzeczywiście ładny ten park od środka. Bo z drogi, jak tu przyjeżdżaliśmy wyglądał raczej nieciekawie. Może dlatego, że pierwsze co się rzuciło w oczy to jakieś ruiny między drzewami, a potem nienajpiękniejsze budynki Centrum i Salezjańskiego Ośrodka. Fajnie byłoby tu porobić jakieś zdjęcia, ale lustrzanki wolałbym tu nie trzymać (mam nadzieję, że mi laptopa nie ukradną… a aparatu byłoby bardziej szkoda) – pozostaje telefonik. W Szczawnie wystarczył.

Na sobotnie noce podobno mogę dostać przepustki, jeśli w czwartek zacznę załatwiać, więc na weekend mam szansę wracać do domu (wyjdę w sobotę po zabiegach, wrócę w niedzielę wieczorem). Poza tym też mam swobodę i jakbym się uparł, to mógłbym każdego popołudnia sobie do domu jechać, byle na noc wracać, ale nie wiem czy ma to sens – w końcu mam tu się kurować i odpocząć, a jazda samochodem tam i z powrotem może dawać przeciwny efekt.

Cycki w sądzie i w prasie

Dzisiaj rano usłyszałem w Antyradiu, że w końcu zapadł wyrok w sprawie plażowiczek opalających się topless w Szczecinie. Interesuję się sprawą, bo sam nie mam nic przeciwko opalaniu topless (wręcz przeciwnie), a jednocześnie niekoniecznie chciałbym namawiać żonę do przestępstwa. ;-). Od razu zajrzałem na gazeta.pl (z przyzwyczajenia) i przeczytałem artykuł Szczecin: Skazane za opalanie się topless”

Nie wyglądało to dobrze. Z artykułu wynikało, że sąd jednoznacznie potępia taki wybryk, wręcz sugeruje że takie są normy i raczej się nie zmienią… a właściwie to niewiele wynikało, poza sensacją w tytule.

Przed chwilką jednak ktoś na blipie podlinkował inny artykuł na ten temat: Nagana za opalanie topless. Tutaj już obszerniej (mimo, że sam artykuł nie jest wiele dłuższy) przedstawiono stanowisko sądu i wydaje się ono dużo bardziej wyważone. Jedynie stwierdzenie na kąpielisku były dzieci, a dla nich wstyd przed nagością jest zjawiskiem naturalnym wydaje się dość dyskusyjne.

Generalnie wolałbym zobaczyć inne rozstrzygnięcie. Skoro nie było skarg od zwykłych obywateli, którzy poczuli się zgorszeni widokiem tych pań, jedynie od funkcjonariuszy, którzy do interwencji mogli mieć swoje powody, to IMHO rozprawa w ogóle nie powinna mieć miejsca. Jednak nie jest źle – wymierzona kara jest symboliczna, a opalanie topless nie zostało jednoznacznie i generalnie potępione. Po prostu, jak funkcjonariusz prosi, to lepiej ten stanik założyć. ;-) No i jest szansa, że będzie lepiej (gorzej niestety też może być).

W sieci oczywiście od początku sprawy było dużo komentarzy na ten temat. W kręgach w których się poruszam raczej były to komentarze w obronie plażowiczek. Jednak i one nie zawsze mi się podobały. Szczególnie drażniły mnie argumenty obu stron sugerujące, że tylko niektóre cycki nadają się do pokazywania. Obrońcy wołali, że to młode atrakcyjne panie, więc wszystko jest ok, bo ich biust nie mógł nikogo zgorszyć. Niektórzy przeciwnicy, że opalania topless trzeba zabronić, bo na plaży pojawi się pełno starych Niemek z obwisłym biustem. Nie rozumiem, jak można tak mówić — równie dobrze można by było w ogóle zabronić starszym paniom plażowania, bo przecież i w stroju kąpielowym niekoniecznie będą wyglądać atrakcyjnie. Jeśli pozwalać pokazywać ten kawałek ciała (a uważam, że warto), to wszystkim, którzy mają na to ochotę. Większość ludzi sama uzna na ile może sobie pozwolić, a na resztę patrzeć nikt nie każe.

Wybrałem się wreszcie na basen

Na moje dolegliwości, wśród różnych form aktywnego wypoczynku, podobno
najlepszy jest basen. Powinienem więc na basen chodzić. Ale najpierw trzeba
było wydobrzeć po operacji, potem jechałem do sanatorium, potem cośtam, potem
urlop po urlopie remont u Krysi… potem coś mnie jakiś katar zaczął łapać,
a wczoraj samochód śmierdział (po odgrzybianiu klimy)… ;-)
Można by to w nieskończoność ciągnąć.

Dzisiaj więc się w końcu wybrałem. Katar i tak pewnie mi przez pół roku
nie przejdzie, a samochód już prawie nie śmierdzi. Basen okazał się nawet
czynny (jeszcze przez parę dni, bo od 25. przerwa techniczna). Co więcej,
czynne okazały się nawet sauny, które w zeszłym roku były ciągle (gdy tam
zaglądałem) modernizowane (tylko planowany termin zakończenia prac się
zmieniał.

Przez jakieś czterdzieści minut sobie pływałem. Głównie na plecach, bo na
brzuchu to właściwie tylko niekrytą żabką umiem, a to podobno niewskazane. Za
to wyczytałem, że żabka na plecach wręcz przeciwnie… więc tak sobie na
plecach nóżkami wymachiwałem…

Po pływaniu postanowiłem się przyjrzeć saunom. Chciałem poczytać
regulamin (czy jest np. coś o obowiązkowym stroju), ewentualnie pooglądać
z zewnątrz. Większość informacji była jednak w środku, z zewnątrz tylko kartki
o tym, że ręcznik obowiązkowy (nie było widać, żeby ludzie się bardzo tym
przejmowali) i jak wejść. Ciekawość jednak wygrała – wziąłem ręcznik,
przyłożyłem dynksa do czytnika i wszedłem, licząc na to, że pieniędzy mi
starczy.

Były tam cztery sauny: sucha, mokra, na podczerwień i łaźnia parowa.
Oprócz tego szatnia (raczej dla tych co wchodzą nie od strony basenu), wucet,
prysznice i jakaś wanienka (pewnie to jakaś specjalna atrakcja, której nie
obadałem). Kręciło się tam parę osób – wszystkie w strojach kąpielowych,
jak można było się spodziewać. Będąc tam sam wolałem się nie wyróżniać i też
kąpielówek nie zdejmowałem. Wybrałem saunę suchą – po pierwsze ją znam,
po drugie miała chyba najkrótszy zalecany czas zabiegu, a ja kasy w portfelu
miałem mało. Jeśli klepsydra była na piętnaście minut, do w saunie byłem
najpierw jakieś osiem, potem może z pięć minut. Przed, po i pomiędzy
oczywiście prysznic. Nawet było miło (chociaż z kąpielówkami to nie to samo),
ale jednak to niekoniecznie rozrywka na lato. No i zawsze przyjemniej
w rozebranym kobiecym towarzystwie ;-) (dzisiaj w saunie
siedziałem sam).

W sumie byłem na basenie z sauną troszkę ponad godzinkę. I zapłaciłem
ponad dwadzieścia złotych. Dobrze, że nie więcej, bo nawet złotówka mi nie
została. %-). Ciekawość zaspokoiłem z tej sauny w najbliższym
czasie już chyba nie będę korzystał, ale na basen warto będzie się jeszcze
wybrać.