Geek kontra zderzak

Dzisiaj znowu dwa razy (raz pod przychodnią, raz pod dworcem PKP)
zahaczyłem zderzakiem o krawężnik. Ten drugi raz to był akurat o ten jeden
raz za dużo i kawał zderzaka mi się odłamał. Nie mógł tak wisieć (to już
będzie zagadka dla mechanika — czy da się to jeszcze poskładać), więc
trzeba było coś z tym zrobić. Ale co to dla mnie? ;-) Wyciągnąłem
z torby zestaw naprawczy, czyli metrowy patchcord zakończony wtykami RJ-45
(chyba nie krosowany) i przywiązałem to jakoś tak, żeby się trzymało. Jutro
tak jeszcze pojadę do pracy, a po południu do mechanika, niech mi przynajmniej
powie czy i co będzie trzeba kupić.

Gliwice — centrum transportu samochodowego

Już jakiś czas temu dociągnięto autostradę A4 z Wrocławia do Kozłowa, zaraz
pod zachodnią granicę Gliwic. W styczniu (a może to był już luty) otworzyli
odcinek z Katowic do Sośnicy (południowo-wschodnia dzielnica Gliwic). A więc
jest cały długi kawał autostrady od Wrocławia do Krakowa… z małą przerwą
— brakuje kilku-kilkunastu kilometrów koło Gliwic.

Gdy nie było odcinka Katowice-Sośnica, to do Katowic i A4 do Krakowa z
Gliwic (i z A4 z Wrocławia) były conajmniej trzy drogi, w tym tylko jedna
przez centrum miasta i tak często zakorkowana. Teraz każdy komu się kończy
autostrada chce jak najszybciej dojechać do kolejnego odcinka. A jedyna droga
(sensownej długości i dopuszczona do ruchu ciężarówek) z Kozłowa do Sośnicy
wiedzie przez centrum Gliwic… Korki możecie sobie wyobrazić. Ja do pracy na
szczęście jadę starą autostradą (z definicją autostrady ta droga ma
bardzo niewiele wspólnego), na której ruchu teraz jest niewiele, jednak
odcinek od mojego domu do tej drogi częściowo pokrywa się z tą łatą na
A4
. No cóż… gdy jadę do pracy nie jest jeszcze źle, chwilę postoję na
światłach, przejadę kawałek i jestem na przyjemnej stosunkowo pustej drodze do
Zabrza. Niestety gdy wracam, to już Gliwice są zakorkowane i 30% całego czasu
spędzanego w drodze do domu spędzam na tym nieszczęsnym fragmencie trasy (<5%
całości). Czasem kombinuję jak korek objechać, robiąc sporo więcej kilometrów,
ale czasu oszczędzając niewiele, szczególnie, że np. dzisiaj trafiłem na
kolejny korek, który znów objeżdżałem itd. Kiedyś pojechałem zupełnie na
około, małymi poza głównym ruchem. Dalej, wolniej, ale czas przejazdu podobny.

Wprost nie mogę się doczekać, kiedy wreszcie wybudują ten brakujący kawałek
A4. Nie po to, żeby tamtędy jeździć (ta autostradowa obwodnica Gliwic
będzie odcinkiem płatnym), ale żeby normalnie do domu dojechać, a nie 15 minut
stać w głupim korku, dwa rzuty berety od własnego bloku.

150zł…

150zł — tyle za naprawienie wydechu i polutowanie baku. Ta druga
usterka wyszła przy okazji (pęknięcie podobno prawie niezauważalne), ale już
wcześniej miałem wrażenie, że benzyna mi się trochę za szybko kończy
(właściwie to jeżdżę na gazie, i na benzynie tylko zapalam). W sumie całkiem
nieźle. Wydech ma podobno długo wytrzymać, ale zbiornik najprawdopodobniej
niedługo znowu zacznie przeciekać — skorodowany. Trudno, będzie trzeba
kiedyś kupić nowy.

Pierdzące autko, c.d.

W pracy poprosiłem kolegę, żeby na to zerknął. Poszedł ze mną, otworzyliśmy
maskę, kazał zapalić. I stwierdził, że nic tam się nie dzieje, po prostu
masz tłumik pęknięty
(ja tam się nie znam, ale czy to sobie nie przeczy?) i
polecił jakiegoś tłumikarza w Zabrzu. Ja jednak postanowiłem najpierw
zadzwonić do swojego mechanika — Bercika. Okazało się, że takie
rzeczy też robią. Podałem mu rocznik i model silnika i powiedział, że zamówi
co będzie trzeba, ale te Fiaty to mają różnie.

Wracałem więc z pracy znacznie głośniej niż zwykle. Zajechałem do
mechanika, kanał był wolny, a tłumik już czekał. Jednak Bercik od razu
mnie uprzedził, że według katalogu takiego rocznika jak mój, to w ogóle nie
ma. I rzeczywiście tłumik miałem zupełnie inny i tamten zupełnie nie
pasował. Ale to nie wszystko…

Mechanik jak wszedł do kanału i obejrzał co się stało, to powiedział coś w
rodzaju ułała… (w każdym razie zabrzmiało drogo, bardzo drogo), potem
przez chwile nie mówił nic (mimo, że nawet jego syn, też pracujący w tym
warsztacie, chciał się dowiedzieć, co ciekawego tam ojciec zobaczył). Potem
usłyszałem upalił się przy samym katalizatorze.

Okazało się, że odpowiednią część mogą na jutro sprowadzić i kosztowałaby
750zł. Dla mnie to trochę dużo, więc skończyło się na tym, że spróbują to
jakoś posztukować — przyspawać jakąś rurę itp. Zobaczymy. W każdym razie
jutro znowu autobusem do pracy. :-(

Znowu autko się psuje?

Nasze Uno dostało w zeszłym tygodniu nowe oponki na zimę, a wczoraj nowy akumulator. Jednak,
zamiast okazać wdzięczność, już zaczyna jakieś fochy. Jadę sobie spokojnie do pracy, a tu nagle
silnik zaczyna głośno działać. Gdy jechałem pod górkę, czy przyspieszałem to po prostu bolały uszy.
Poza tym żadnych niepokojących objawów — nic się nie dymi, żadna
podejrzana kontrolka się nie świeci, autko jedzie jak należy.

Podjechałem pod firmę i nie gasząc silnika zacząłem to badać (przy
niewielkiej wiedzy o budowie i działaniu samochodu). Hałas wydobywa się spod
maski, a nie z tyłu, więc to nie tłumik. No i tyle byłem sam w stanie stwierdzić.
Teraz nawet nie wiem, czy mogę tym jechać do Gliwic do swojego mechanika, czy
lepiej nie.

Jakieś pomysły? Może kolejne czarne wizje sparrowa? ;-)

Niespodzianka…

Rano gdy wsiadałem do samochodu przed blokiem za wycieraczką znalazłem karteczkę:

Bardzo prosimy nie parkować samochodu przed garażami, bo utrudnia to,
a czasem uniemożliwia korzystanie z nich.
Unikajmy niepotrzebnych konfliktów !!!

Mieszkańcy naszego bloku parkują w tym miejscu (na ulicy pod blokiem, przy
żywopłocie) od zawsze. Od zawsze też stoją tam te garaże i od zawsze wiadomo, że
dojazd do nich jest zrobiony beznadziejnie. Jednak jakoś ludzie sobie dotychczas radzili…

Tę karteczkę, nie podpisaną nawet, bym po prostu olał. Ale przy podjeździe pod blok postawili
nam znak zakaz zatrzymywania. Tak — zatrzymywania, nie postoju.
Nie mogę legalnie podjechać pod własny blok, żeby wysadzić rodzinkę, czy
wyciągnąć zakupy. Pocieszające jest to, że właściciele garażów nie mogą
legalnie się zatrzymać, żeby otworzyć sobie drzwi. :-)

Nie wiem co teraz będę robił… chyba spróbuję jakoś interweniować,
a parkować mogę spróbować gdzie indziej (nie ma u nas na osiedlu wiele miejsc parkingowych). Ewentualnie
będę ten zakaz łamał (bardzo tego nie lubię, i zwykle udaje mi się unikać), tak jak łamałem zakaz wjazdu
w uliczkę za garażami — jedyne miejsce gdzie można było zawrócić po podjechaniu pod blok.

Wrrrr….

Dymy — część 4 i ostatnia (miejmy nadzieję)

Autko już stoi pod blokiem. Okazało się, że strzelił trójnik doprowadzający
płyn do parownika gazu. Był plastikowy, teraz założyli mi metalowy —
powinien wytrzymać dłużej. Dzisiaj kumpel mi mówił, że też kiedyś coś takie
miał, więc widać w Uno na gazie tak bywa. Przy okazji trzeba było spuścić
stary płyn i na nowo napełnić instalację.

Okazało się też, że przez roztargnienie zapewniłem mechanikom dodatkowy
kłopot. Zostawiłem im kluczyki, ale zapomniałem powiedzieć jak się immobilizer
wyłącza… Na szczęście jakoś sobie poradzili (kontaktując się z żoną).

Razem kosztowało nas to 80zł. Nie jest źle, o ile podobnie niespodzianki
nie będą się zdarzać częściej.

Nie jest dobrze…

Żonka dzisiaj była u dentystki. Wyrwano jej ósemkę, kiereszując przy tym
jej szczękę nie mniej niż mnie przy usuwaniu operacyjnym w zeszłym roku. Teraz
obolała i nieszczęśliwa siedzi u rodziców. A mnie jej nastrój udzielił się już
po dwóch SMSach od niej, mimo że jeszcze wtedy nie wiedziałem co się stało. I
chyba zaczynam znowu mieć doła :-(.

Rano autko nie było jeszcze gotowe. Przed chwilą zadzwoniłem do mechanika i
podobno już jest naprawione. Jak spytałem ile to będzie kosztować?
usłyszałem, że „100zł nie przekroczy”. Niby fajnie, ale ja mam w portfelu 5zł,
więc muszę jeszcze iść do bankomatu…

Na razie puściłem sobie głośno Beth Quist i zjadłem
obiad (mniam mniam!). Taka muzyka wydaje mi się w sam raz — nie
specjalnie wesoła (na słuchanie takiej nie mam teraz ochoty), ani nie
specjalnie smutna (to by dołowało jeszcze bardziej), a działająca na emocje. I
chyba pomaga… :-)

Sprawa dymu wyjaśniona (prawie)

Wygląda na to, że z AlchemyXa jest lepszy mechanik, a sparrow niech lepiej
ulepsza Joggera, a nie ludzi straszy 😉

Pojechałem z mechanikiem na miejsce. Ten, w marnym świetle reflektorów
swojego malucha, obejrzał wnętrzności mojego autka, pomacał, powąchał, może
nawet posmakował (wspominał potem coś o słodkim smaku) i stwierdził, że to
płyn chłodniczy. Nie był jednak w tych warunkach w stanie dokładnie znaleźć
źródła przecieku. Zbadawszy poziom płynu w chłodnicy uznał, że mogę ostrożnie
pojechać fiacikiem do warsztatu, tylko muszę uważnie obserwować kontrolkę
temperatury i jak się zapali, to się zatrzymać. Nie zapaliła się i szczęśliwie
dojechaliśmy na miejsce. Samochodzik spędzi tę noc pod warsztatem, a jutro się
okaże co mu dokładnie jest i ile będzie nas to kosztować.

No cóż… przypomnę sobie jak się jeździ autobusem do pracy. Zresztą, i tak
miałem sobie jutro przypomnieć, bo samochód jest tym razem żonce potrzebny.
Jak się mechanik szybko nie uwinie, to żonka też sobie przypomni… już to
widzę jak się cieszy 😉