Jest lepiej :-)

Wczoraj rano obudziłem się już mniej zasmarkany niż poprzednio. To trochę
dziwne, bo mnie katar zwykle nie przechodzi ani w tydzień, ani w siedem dni,
niezależnie czy leczony, czy nie. W każdym razie tym razem się znacznie
polepszyło.

Z okazji imienin, oprócz wręczonej wcześniej książki żona
przygotowała mi jeszcze jedną niespodziankę (na którą cicho liczyłem)
— ubrała się w krótką spódniczkę i obcisłą bluzeczkę odsłaniającą pępek,
a pod tym wszystkim tylko stringi. Mniam! Niestety, po obiedzie się przebrała
i na kolejną taką atrację pewnie będę musiał kolejny rok czekać
:-( — ona się w tym źle czuje. Trudno. Ja się źle
czuję w bokserkach, ale też się czasem poświęcam ;-).

Moje imieniny to też imieniny mojego teścia (imiennika), więc dla podwójnej
okazji teściowa zrobiła ciasto z bananami. Też mniam, ale oczywiście bez
porównania. Od teściów dostałem koszulę, a teść od córki (mojej żony) i
wnuczki (Krysi) dostał bukiety polno-leśnych kwiatów, własnoręcznie przez nie
zbieranych. Właściwie to dzięki teściom zacząłem obchodzić imieniny. Akurat
wypadają wtedy gdy zwykle z teściami (przydają się — można im zostawić
czasem dziecko) wyjeżdżamy na wakacje, to czemu teść sam ma świętować?

Dzisiaj czuję się jeszcze lepiej. Rano nawet wykąpałem się w morzu (mimo
chmur było bardzo ciepło) i nawet mi to nie zaszkodziło (jeszcze?). Właściwie
temperatura wody nie zachęcała do pełnego zmoczenia, ale po spacerku do
Niechorza (po kolana w wodzie) i z powrotem (środkiem plaży) trudno było do
tej wody nie wejść, mimo że już wszyscy zbierali się na obiad (o chorej porze:
13:00).

Po obiedzie wybrałem się do lasu. Tym razem tylko jedna kurka. No wysyp
grzybów jak cholera! Ale znowu trochę popadało, więc jakaś nikła nadzieja
wciąż jest…

Wieczorny spacerek z dzidziusiem…

Dzisiaj sam byłem z dzidzią na spacerku (nie, nie jest to takie wyjątkowe
— czasem mi się zdarza), więc dzisiaj o Krysi będzie tutaj.

Krysia chciała jechać wózkiem (wygodnicka!), ale wybiliśmy jej to z głowy
mówiąc, że najwyżej może być rowerek, albo mały wózeczek do pchania. Wybrała
rowerek. Na rowerku nawet sama stwierdziła, że dzidzia sama (po
ostatnich, prawie udanych próbach), a więc można było ją spróbować nauczyć
wreszcie pedałowania. I tym razem były postępy — dwa razy nawet udało się
jej zrobić pełny obrót pedałami. Jednak do końca jeszcze nie zakumała o co w tym
chodzi i o samodzielnej jeździe jeszcze nie ma mowy. Do parku więc pojechaliśmy
tradycyjnie — dzidzia siedzi i kieruje, a tatuś pcha kijem.

Kubusia w parku nie było. Podobno od wczoraj u niego jest babcia, więc nikt inny
się nie liczy. Jednak Krysia nie rozpaczała, a nawet poznała innego sympatycznego
chłopczyka — Jasia. Najpierw bawili się raczej osobno, ale jak Krysia
zamoczyła zjeżdżalnię wycierając ją mokrym listkiem łopianu, to Jaś stwierdził,
że trzeba to wytrzeć. Krysia dostała więc chusteczkę od taty i zaczęła wyciarać,
potem Jaś dostał drugą chusteczkę od swojej mamy i dzieci wycierały razem.
Głośno przy tym gadając (niekoniecznie zrozumiale). Zużyte zostały conajmniej
cztery chusteczki (wyrzucone ładnie przez dzieci do kosza). Gdy ślizgawka była
już sucha dzieci zaczęły na niej szaleć — prześcigać się w wchodzeniu po
pochylni, zjeżdżać jedno po drugim i głośno komentować dziurę na górze.

Po zjeżdżalni przyszedł czas na inne atrakcje placu zabaw — poziome
drabinki i takie coś na łańcuchach. Krysia dostawała już głupawki,
objawiającej się głównie głośnym śmiechem. Jasiu też, ale on raczej robił się
coraz głośniejszy. Był już czas wracać, ale jak mówiłem o tym Krysi to tylko
słyszałem w odpowiedzi: Ja nie ciem do domu!. Jednak w końcu Jaś zrobił
się zbyt nachalny i Krysia postanowiła jednak wracać. Wróciła cała
rozpromieniona — w znakomitym humorze. Chyba Kubuś ma powód do
zmartwień… ;-)

Prezent?

Mojej żonie obcy facet (jej znajomy z Internetu) kupił prezent na urodziny. I to
nie taki całkiem drobny prezent. Ja nawet wierzę, że bezinteresownie i wiem, że
facet od tego raczej nie zbiedniał, ale nie wiem co o tym myśleć. Głupia
sytuacja, dla żony też.

Dopiąłem do swojego Joggerka skrypt zbierający informacje o odwiedzających. Co
prawda użyta metoda — obrazkowa, ze wspomaganiem JavaScriptu — nie jest
idealna i trochę fałszuje wyniki (olewane są przeglądarki tekstowe — w tym
wiele moich wejść), ale i tak ciekawe co z tego wyniknie. Na razie najciekawsze
są zapytania Google używane do wejścia na mój blog. W każdym razie inwigilacja
trwa…

A w pracy się wkurzyłem nieco, aż o mało nie nawymyślałem szefowi. Dostałem
godzinę na skonfigurowanie urządzenia. Urządzenie takie miałem pierwszy raz w
rękach, opcji cała masa, do tego miało działać z urządzeniem innej firmy. Żeby
to zrobić porządnie potrzebowałbym przynajmniej jeden cały roboczy dzień.
Skonfigurowałem, ale na pewno nie optymalnie ani najbezpieczniej. Jak się sypnie
będę musiał jeździć niewiadomogdzie, żeby to naprawiać. Nie lubię takiej
roboty.

Dzień ojca

Dzisiaj w pracy dokończyłem paczkowanie Postfix 2.1 dla PLD. Dzięki temu mogłem
skonfigurować SPF (dopisałem też odpowiednie regułki dla wszystkich 131
obsługiwanych domen) i umożliwić amavisowi (amavisd-new) odrzucanie zawirusionej
poczty kodem 5xx już w sesji SMTP. W międzyczasie przyszła do mnie „wirtualna
kartka”, oczywiście od córeczki.

Kartka to jeszcze nic. Tego się przecież mogłem spodziewać. Znacznie większą
niespodzianką była dla mnie wizyta córki i żony u mnie w pracy. Byłem w takim
szoku, że zamiast okazać radość miałem raczej przerażenie na twarzy
:-). Dobrze, że dziewczyny nie zrozumiały źle.

Oczywiście pochwaliłem się córeczką wszystkim koleżankom i kolegom z pracy.
Dzidzi pokazałem serwer — serwer gier, stojący u mnie na biurku, bo do
serwerowni bała się wejść. Jednak zrozumiała że tam też jest serwer i nawet
zauważyła selwel – zamknom. no!, gdy sprzątaczka zamykała serwerownię.
Selwel jest obiektem zainteresowania dziecka odkąd tatuś pewnej niedzieli
pojechał go naprawiać zamiast pójść z córeczką na spacer.

Z pracy wróciłem wyjątkowo szybko i wygodnie — z żoną i córką samochodem.
Byłem w domu wcześniej niż bym się normalnie doczekał tramwaju (urwałem się z
pracy też trochę szybciej). Po pracy i obiadku trochę poleniuchowaliśmy, a potem
skorzystaliśmy z zaproszenia na działkę Kubusia (oczywiście Kubuś też tam
pojechał). Dzieci szalały na działce, potem w parku — coraz chętniej się
razem bawią. Pod koniec spacerku już Krysia dostawała głupawki.
Przebiegając pod zjeżdżalnią walnęła się głową w rurkę, ale po chwili płaczu
dalej szalała. Do mieszkania po schodach (na trzecie piętro) wchodziła na
czworakach, głośno szczekając i twierdziła, że jest konik. Potem była
trochę marudna, ale jak się można było spodziewać wykończona i szybko poszła
spać.

Obfalkać drzwi…

Gdy wychodziliśmy z Krysią na spacerek kichnąłem. Tak porządnie i w kierunku
drzwi sąsiadów. Krysię bardzo to rozśmieszyło. Zażartowałem, że obsmarkałem
drzwi sąsiadów
. Śmiała się jeszcze bardziej, powtarzając obfalkał
drzwi
. Później jej przeszło.

Gdy wracaliśmy, piętro pod naszymi drzwiami Krysia pociągnęła mnie w kierunku
drzwi, mówiąc: obfalkać drzwi!, ja na to nie obsmarkam drzwi sąsiadom,
ona: dzidzia obfalka!. Podeszła do drzwi i dmuchnęła nosem. Była bardzo
z siebie zadowolona.

A za chwilkę zabieram się za optymalizacją PyXMPP. Teraz w CJC jak napisze
/chat ktos@ i nacisnę dwa razy TAB, to ponad minutę muszę czekać aż
dostanę dwa pasujące JIDy do wyboru. Tak raczej być nie może. Myślę, że cache
JID-ów i wyników stringprep pomoże. Wcześniej muszę jednak z JID-ów
zrobić obiekty immutable i nie wiem czy dużo nie będę musiał poprawiać
(API się zmieni odrobinkę).

Co by tu…

Ostatni tydzień upłynął pod znakiem Crossfire.
Pisałem już że to niebezpieczny pożeracz czasu? No to piszę.
Czas na grę został zabrany na niekorzyść telewizji oraz snu.
Czasami wyglądało to tak, jakbym się z żoną prześcigał kto później
w nocy wymięknie. Żona wygrywała, ale to pewnie dlatego, że ona nie musi
o 6:20 wstawać do roboty.

W weekend w Gliwicach była Grająca Starówka – kilka różnych
koncertów w małych uliczkach w okolicach Rynku. Wybraliśmy się tam
z Krysią i w sobotę i w niedzielę. W sobotę wracaliśmy wcześniej –
odprowadziłem dziewczyny kawałek w kierunku domu, a sam poszedłem na
GNU/Browarek (w moim przypadku GNU/Kola). W niedzielę, też długo
nie siedzieliśmy, bo Krysia zaczęła marudzić. Powodem złego humorku był
chyba balonik, który jej mama kupiła. Krysia ostatnio zwykle dostawała
baloniki napełnione powietrzem, a teraz dostała latający. Niestety nie
doceniła. Szczególnie nie podobało jej się, że balonik został do niej
przywiązany. Za którąś zmianą miejsca zaczepienia stwierdziła Bim
bam! Bim bam!
(po polsku: kur.., kur…!) i wydawało się,
że się z sytuacją pogodziła. Jednak nie do końca i trzeba było wracać.
Dopiero w połowie drogi do domu przypomniała sobie, że Gra! i że
chciałaby jednak jeszcze posłuchać, ale było już za późno.

Mimo wszystko udało mi się znaleźć też odrobinkę czasu na moje
programiki. Przepisałem od nowa obsługę rostera w PyXMPP. Zmieniłem przy
tym API (a najlepsze, że nawet je udokumentowałem), ale stare było
niewygodne, a poza tym stary kod był wolny i zupełnie niezgodny ze
standardem jeśli chodzi o traktowanie znaków Unicode (zupełnie olewał
profile stringprep). Nowy kod w CJC niczego nie popsuł, a nawet naprawił
parę błędów.

Miałem też problemy z JJIGW, które od czasu do czasu zżerało 100% CPU na
serwerze. Postanowiłem to zbadać Pythonowym profilerem. Okazało się to
niełatwe. Profiler sam z siebie olewa wątki poza głównym. Dokumentacja
i Google nie wiele mówią na ten temat, ale jakoś udało mi się odpalić
tego profilera także dla innych wątków z zapisywaniem statystyk do
innego pliku dla każdego wątku. Znowu się potwierdziło że wątki
w Pythonie są mocno niedopracowane.

Wczoraj natomiast zacząłem implementować klienta MUC w PyXMPP. Jak
dobrze pójdzie, to niedługo będzie można używać CJC wraz z JJIGW
oraz innymi implementacjami MUC i będę mógł porzucić tkabbera.

Niech się święci 4 maja

Dzisiaj urodziny (drugie) Krysi. Więcej o tym pewnie żona. Ja tylko wspomnę, że byłem pod wrażeniem jak
jubilatka świeczki zdmuchnęła. Wszyscy byli zachwyceni, poza nią samą – ona
wolała jak się świeciły.

A oto co mnie się dzisiaj zdażyło: idąc na pocztę spotkałem dwóch robotników
z budowy, którzy chcieli 40gr, bo im brakowało na piwo. Jeden miał na koszulce
pingwina (raczej zupełnie nielinuksowego). Dałem im mówiąc, że to tylko z powodu
pingwina. Zdziwili się: A co pingwin ma z tym wspólnego. Pokazałem im
pingwiny na mojej koszulce (Pingwinaria 2003). Uznali że zrozumieli.

Na poczcie odebrałem dwie przesyłki – obie z Allegro. Jedna do żony –
spodenki dla małej. Druga do mnie – karta WLAN na PCMCIA: Compex iWavePort
WL11B+. Z Google nie wiele wynikało na temat jej działania w Linuksie, ale mimo
to zaryzykowałem i kupiłem ją na Allegro. Długo nie docierała, a ze sprzedawcą
prawie zupełnie nie było kontaktu, ale w końcu jest. Oczywiście jeszcze dzisiaj
musiałem sprawdzić co jest warta. Okazało się że rzeczywiście jest na chipsecie
Agere, jak wcześniej wygooglałem i że producent chipsetu udostępnia sterowniki
pod Linuksa z pełnymi źródłami na licencji BSD-like – a więc super – jednak
tylko dla kernela 2.4 (wolałbym dla 2.6). Ale jestem dobrej myśli – jak są
źródła, to na pewno jeszcze coś z tego będzie. Mogę poczekać. A właściwie nawet
muszę, bo do mojej drugiej karty – Compex WLU11, na USB – jeszcze sterowników w
ogóle nie ma.

Ostatnio znowu dużo czasu marnuję rżnąc w Crossfire. Jednak ogrywają mnie na
moim własnym serwerze. Mimo to
udało mi się znaleźć parę chwil dla moich projektów. Poprawiłem parę drobiazgów
w CJC i zabrałem się znowu za JJIGW. Może uda mi się zrobić
wydanie całej trójcy – tych dwóch wraz z biblioteką PyXMPP.

Carmina Burana w Gliwicach

Już jakieś dwa tygodnie temu przeczytałem na plakatach o „Widowisku Carmina
Burana” na kąpielisku leśnym w Gliwicach 30 kwietnia. Co to Carmina
Burana
wiem, mam to nawet na płycie i zawsze chciałem obejrzeć na żywo, ale
„Widowisko” może oznaczać wszystko, a to był plakat zbiorczy całej
Gliwickiej Wiosny, więc wiele więcej na ten temat nie było. Do tego ta
godzina: 23:00, z Iwoną nie mielibyśmy szansy razem się wybrać – ktoś musi
zostać z dzieckiem. Więc Widowisko poszło w niepamięć…

… aż do dzisiaj. Wczoraj właściwie. W pracy kumple się umawiali na ten
koncert. Mówili, że pół Śląska tam się wybiera. To czemu miałbym sobie odpuścić?
Żonka na szczęście nie miała nic przeciwko (no, może tyle że też by chciała).
Też dopiero wczoraj się zorientowałem, że ten koncert może mieć coś wspólnego z
naszym wejściem do Unii. Wyszedłem więc o 22:00. Po drodze tłumów walących w
tamtą stronę nie widziałem. Dopiero na oś. Kopernika (prawie na miejscu) parę
małych grupek szło w tamtym kierunku. Ale już pod samym kąpieliskiem cała masa
samochodów, ledwo przecisnąć się było można. Do wejścia kolejka, ale nie taka
znowu długa. Po chwili wchodziłem. Byłem ciekawy co będą sprawdzać – teraz, gdy
taki szał antyterrorystyczny wszędzie. Ochroniarz kazał mi tylko pokazać co mam w
plecaku. Pokazałem mu że kurtkę. Bardzo się do sprawdzania nie przykładał, więc
mogłem tam mieć oprócz kurtki np. dwa granaty :-)

Jak tylko dotarłem pod scenę zaczęli grać. Super. Orkiestra Filharmonii
Zabrzańskiej, z cztery chóry, troje solistów. Po obu stronach sceny były jeszcze
małe scenki dla baletów. Pełnię szczęścia powstrzymywały tylko grupki
przypadkowej młodzieży, która chyba nie rozumiała o co w tym chodzi, bo to się
lokalizowali nawzajem głośnymi krzykami, to głośno komentowali co się dzieje
(nie tylko na scenie), używając głównie słownictwa na k i p. Ale
jak na setki przypadkowych (nie było opłat za wstęp, koncert odbywał się
prawie że w środku dużego osiedla) widzów było bardzo spokojnie. Tłumy
niesamowite. Pod sceną nawet luzik, ale jak się oglądałem za siebie, to tylko
tysiące głów widziałem.

Tak jak się obawiałem, na koniec koncertu (chwilę po północy) przemówił
prezydent miasta. Ale przynajmniej nie zagrali fragmentu Ody do radości
byłoby to takie banalne. Potem oczywiście przedstawiono artystów. Nie wszystko
słyszałem, ale część tak. I zaskoczyło mnie to, że dyrygent okazał się być
kobietą. Cały koncert byłem przekonany że to facet. :-)

Opuszczenie terenu kąpieliska po koncercie musiało trochę trwać – bo do
bramy wyjściowej waliły całe tłumy. Potem porozchodziły się w różnych
kierunkach, sporo do samochodów, więc w drodze powrotnej też szedłem samotnie
przez miasto (lubię tak). Po drodze spotkałem jeża. Wyglądało na to, że ma
właśnie zamiar przejść przez ulicę którą jechały samochody z koncertu.
Podszedłem więc do niego od strony szosy. O dziwo nawet się mnie specjalnie nie
przestraszył – ani nie uciekał, ani nie zwinął się w kulkę. Pomyślałem nawet, że
przeniosę go na drugą stronę, ale to już go przeraziło. Nie chciałem więcej
zwierzątka stresować, więc dałem temu spokój. Mam nadzieję, że przeczekał tam
tak skulony na odpowiedniejszą porę na spacery.

W domu byłem około 15 po pierwszej. Żonka skończyła grać w Crossfire, ale
popukała się w czółko jak powiedziałem, żeby nie wyłączała komputera, bo muszę
jeszcze na Joggera napisać. Ale jutro (dzisaj, ale później) mógłbym już nie
pamiętać co miałem napisać, albo po prostu niechciałoby mi się.

Muzykalne dziecko i ptasia wojna

Dzisiaj w południe wybraliśmy się z dzidzią na miasto – Iwonka miała tam coś
do załatwienia, a dzidzi należał się spacerek – można to było połączyć. Żona
poszła odebrać zdjęcia, a ja z Krysią zostaliśmy na Rynku. Na ulicy Zwycięstwa,
niedaleko, dwoje grało dwoje ludzi – kobieta na skrzypcach i facet na gitarze.
Krysia od razu mnie tam zaciągnęła. Słuchała z wyraźnym zainteresowaniem, więc
jej dałem pieniążka, żeby wrzuciła muzykom do futerału. Wrzuciła i słuchała
dalej. Iwona przyszło, zobaczyła co się dzieje, i poszła jeszcze do sklepu.
Wróciła za 10 minut, a w tym czasie dziecko się nie ruszyło z miejsca. Dało się
ją ruszyć dopiero gdy muzycy zrobili sobie przerwę.

Pokręciliśmy się jeszcze po mieście, a gdy wracaliśmy koło Rynku, Krysia
znowu nas do grajków zaciągnęła. Znowu słuchała z zachwytem i znowu mogliśmy iść
dopiero gdy tamci przestali grać. A grali naprawdę bardzo ładnie. Klasykę
(konkretnych utworów nie rozróżniam), ale także kawałek Beatlesów. Krysia wie co
dobre. Jak tak dalej pójdzie, to zanim skończy 3 lata będzie nas do filharmonii
wyciągać ;-).

Wieczorkiem poszliśmy z Krysią do parku (jej deszcz nie przeszkadza w
wyciąganiu rodziców z ciepłego domku). Tam zauważyliśmy ciekawe zjawisko – srokę
chowającą się pod deskami na placu zabaw. Później się to wyjasniło, gdy
zauważyliśmy zamieszanie w tamtej okolicy. Okazało się że to grupa kwiczołów
atakuje srokę, która przed nimi schowała się właśnie pod tymi deskami. Co
ciekawsze tej grupie kwiczołów towarzyszyła sierpówka. Gdy jakiś czas później
sroka wyleciała spod desek kwiczoły znowu zaatakowały, z nimi przyleciała ta
sierpówka oraz kos. Sroka schowała się pod krzaczkiem, ale i tam ja sierpówka
trochę podziobała. Kos tylko patrzył. Biedna sroka była już chyba tak
poturbowana, że uciekać nie mogła. No ale cóż – takie ryzyko zawodowe
stworzenia które wyjada jaja i pisklęta innym.

O agresji kwiczołów wobec drapieżników nawet czytałem, ale zaskoczyła mnie
solidarność innych ptaków. Taka niby łagodna sierpówka… a też dała sroce
popalić :-).