Last.fm?

Bawię się właśnie Last.fm. Idea ciekawa,
wykonianie takie sobie. Ale może się to jakoś rozwinie.

Na razie bywa zabawnie. W końcu udało mi się odpalić kanał blues
(wczoraj próbowałem kilka razy, bez efektu). Pierwsze poleciało Tears in
Heaven
Erica Claptona. To można jeszcze za bluesa uznać. Kolejny utwór był
większym zaskoczeniem… Last.fm zaserwowało mi… Slayera. ;-)
Inna sprawa, że utwór i tak mi się spodobał.

Teledyski…

Reklamy w radiu zachęciły mnie do zajrzenia na teledyski.interia.pl. Ciężko u nas
o darmową/tanią dobrą muzykę (wiem jestem nienormalny, ale pirackich MP3
nie lubię), więc możliwość dostępu do takiej i to z teledyskami, cieszy.

Na stronie rzeczywiście jakieś teledyski, nawet interesujące. Wybrałem
pierwszy z brzegu, zespołu Homo Twist. Pojawiła się strona z ładnym
puzzlem — oczywiście brakuje plugina, który oczywiście nie jest
dostępny pod Linuksem. Nie poddałem się jednak. Zajrzałem do źródła strony
w poszukiwaniu jakiegoś URLa to właściwego teledysku. Kod strony to oczywiście
koszmarek — niby XHTML, ale uzupełniany JavaScriptem i to jeszcze przez
document.write(). Po cholerę uzywać XHTML jak się ma zamiar go
używać w sprzeczności z podstawowymi założeniami XML (XML to nie ciąg znaków,
do którego można coś dopisywać gdzie popadnie — XML to drzewo
elementów). W każdym razie wprost z kodu trudno było URLa wyciągnąć, ale już
wiedziałem gdzie szukać…

… Otworzyłem więc okienko informacji o stronie i rzeczywiście,
w zakładce media był URL do playlist2.html z jakimiś parametrami.
Ściągnąłem to sobie jako plik, oczywiście nie HTML, ale nawet
prawie-well-formed XML. A w środku już normalny URL, do strumienia
mms://. Pozostało spróbować odpalić to w mplayerze…. i ruszyło!
Hip-hip, hurra! Tylko czy musi to być takie trudne? Naprawdę nie można po
prostu dać URLa do strumienia? W Windows by się w Media Playerze odpaliło,
a na wszystkim innym w czym kto chce. A może po prostu trzeba znaleźć
odpowiedniego plugina pod Linuksa? Jakiś mplayer-plugin, abo co? Tylko że nie
chcę sobie niepotrzebnie przeglądarki zaśmiecać. A może Greasemonkey?

Dałem się pociąć…

Parę miesięcy temu pojawiła mi się pewna wypukłość koło ucha. Nie bolała, ale
denerwowała. Parę tygodni temu poszedłem z tym (między innymi) do dermatologa.
Lekarka uznała, że to tylko chirurgicznie usunąć można i dała mi skierowanie
do chirurga. W zeszły tygodniu poszedłem do tego chirurga —
państwowo i wyobraźcie sobie, że zapisano mnie na godzinę a jak
przyszedłem nic nie musiałem czekac w kolejce. Chirurg obejrzał, pomacał
i stwierdził: Kaszaczek. Do usunięcia. Powiedział to tak, jakby miało
mnie to zaskoczyć, abo co. A przecież w celu tego usunięcia tam przyszedłem.
Powiedział, że w poniedziałek mam się zgłosić na zabieg i tyle było wizyty.

Dzisiaj się więc zgłosiłem. Pani kazała mi się położyć na stole,
wycelowała we mnie lampę i przemyła kaszaczka. Przyszedł chirurg, nie
żałował sobie alkoholu, nawet stwierdził bez gorzały dzisiejsza medycyna
nie funkcjonuje
. Na szczęście nie stosował tego doustnie, ale do
przemywania miejsca operacji. Jeszcze strofował asystentkę, że za słabo
polewa. W końcu wyciął co było do wycięcia i zaszył. Nic nie czułem poza
ukłuciem igły ze znieczuleniem i potem lekkimi pociągnięciami
i przyciśnięciami. Za to bardzo dobrze słyszałem np. pieniącą się wodę
utlenioną — w końcu cięli mnie zaraz obok ucha.

W środę mam się zgłosić do zmiany opatrunku (opatrunek ==
zwykły plaster, w tym przypadku), a w przyszły poniedziałek do zdjęcia szwów.
Miałem się też zaopatrzyć w środki przeciwbólowe, bo w końcu mam dziurę
w policzku i może boleć. Rzeczywiście, tak godzinę po zabiegu, trochę bolało.
Łyknąłem dwa Ibupromy i jak na razie jest dobrze. W porównaniu do usuwania ósemki taka
operacja to sama przyjemność. ;-)

Niestety poza wizytą u chirurga nie jest dzisiaj tak miło. Okazało się
znowu, że jestem paskudnym mężem i znowu zostałem skutecznie zdołowany.
:-( Aby się trochę pozbierać poszedłem na miasto… powłóczyłem
się po centrum, w kawiarence zjadłem sobie deser Sułtański z gałką lodów
czekoladowych, poszwędałem się na peronach na dworcu, kupiłem tabliczkę
czekolady (60% kakao, mniam) i zacząłem dalej się włóczyć w kierunku domu. Jak
byłem prawie na miejscu, to deszcz mnie zagonił do najbliższej bramy. Brama
prowadziła do knajpy. Knajpa (4art przy Wieczorka w Gliwicach) okazała się
całkiem sympatyczna. Z głośników leciał blues. Kupiłem więc sobie kolę
z cytrynką (albo mam wrażenie, albo barman nie potraktował mnie całkiem
poważeni) i usiadłem. Sączyłem sobie tę kolę, przegryzałem resztkami czekolady
i słuchałem bluesa. Chyba lubię bluesa…

W końcu wróciłem do domu, już trochę uspokojony (oaza spokoju, jeśli
wiecie o co mi chodzi ;-)), a życie musi potoczyć się
dalej…

Muzyka rosyjska?

Znowu szaleję — znowu mam (miałem?) doła i znowu uprzykrzałem życie
bliskim i innym co się nawinęli. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić, ale jak już
się nieco pozbierałem, to postanowiłem wybrać się na miasto. Zajrzałem więc
na stronę Dziś w
Gliwicach
Miejskiego Serwisu
Informacyjnego
i jedna pozycja wydała mi się interesująca:

Imprezy
Czytelnia EMPiK Rynek 5

17.00 MUZYKA ROSYJSKA – ANATOL TCHMIEL – KONCERT
BALLADY, ROMANSE I PIOSENKI

O muzyce rosyjskiej wiem niewiele więcej niż o np. kambodżańskiej, a
Anatol Tchmiel już zupełnie mi nie mówi. Ale zajrzeć było można. Na
miejscu okazało się (było napisane na plakacie), że bilet kosztuje 15zł i że
jeden facet śpiewa oraz gra na gitarze i flecie, a drugi gra na gitarze.
Brzmiało to zachęcająco — raczej nie na jakiś hip-hop i czymkolwiek by
się okazało, to na pewno musi to być lepsze od siedzenia w domu. Wszedłem więc
do środka i kupiłem bilet. Widownia składała się w większości z ludzi o wiele
starszych ode mnie. Pewnie połowa z nich to emerytowane nauczycielki
rosyjskiego… ale to przecież nie ważne…

Istotne jest to, że była piękna muzyka i miła atmosfera. Chciałbym umieć
tak grać na gitarze jak tych dwóch gości (o śpiewaniu nawet nie wspomnę)…
właściwie to chciałbym w ogóle nauczyć się grać, ale przy moich zdolnościach i
wątpliwych staraniach raczej nic z tego nie będzie. Z granych piosenek znałem
tylko kilka melodii. Dwie z repertuaru Czerwonego Tulipana (ale nie mogłem
sobie przypomnieć z których piosenek), dwie inne (w tym Kalinkę) po
prostu znałem. Podobały mi się właściwie wszystkie. Teksty zapewne były
dołujące (jak to w romansach i balladach), ale na szczęście nic z nich nie
zrozumiałem. ;-)

Ciekawe, że na takie imprezy zwykle trafiam z przypadku, właśnie gdy nie
mam co ze sobą zrobić. I zwykle jestem wtedy sam. A jak już próbuję coś
takiego zaplanować, to nie bardzo wychodzi.

Kolejny koncert z Projektu Muzyka Rosyjska
Anatola Tchmela w
kwietniu. Może też się wybiorę. No i muszę się na bieżąco przyglądać co się w
Empiku dzieje, może tam częściej jest coś ciekawego. Za takie 15zł to można
się czasem zabawić.

Przeboje z kolorowego magnetofonu

W maju Krysia dostała od dziadka na urodziny magnetofon — taki
kolorowy z dwoma mikrofonami. Trochę się wtedy nim pobawiła, ale jak zepsuła
jedną kasetę to magnetofon poszedł leżeć na szafę. I przeleżał tam kilka
miesięcy.

Ostatnio magnetofon znów został odkryty. Dostała do niego kasetę
Czerwonego Tulipana. No i my mamy już trochę tej taśmy dosyć, a Krysia ciągle
by to puszczała. Co więcej, włącza magnetofon to bierze mikrofon i też śpiewa:
Jedyne co mam to pragnienia…, Cały świat czeka… itp. Refreny
nawet jej wychodzą. Ciekawe ile z tego rozumie… :-)

Mnie najbardziej cieszy, że dziecko poznaje i lubi jakąś sensowną muzykę, a
nie piosenki z reklam (co wyśpiewują najczęściej dzieciaki na placach zabaw),
czy jakieś przeboje dla najmłodszych typu Smerfusie czy inną
tandetę dostępną na kasetach dla dzieci.

Linux naucza muzyki

Googlałem za oprogramowaniem które ułatwiłoby moje zabawy z gitarą. Dokładnie to chciałem znaleźć jakiś program do tabulatur, co umiałby zaimportować tabulatury ASCII i je potem zagrać jako MIDI. Na razie nic takiego nie znalazłem, ale znalazłem ten oto ciekawy artykulik. Mimo, że nie wspomina o tym, czego szukałem, to i tak zaraz zabieram się za ściąganie opisanego tam oprogramowania.

Fachowe oko

Wczoraj odwiedziła nas kuzynka żony, z zawodu lutnik.
Zupełnym przypadkiem (;-)) spojrzała na naszą
gitarę fachowym okiem i stwierdziła mniej-więcej (pewnie coś
przekręcam) coś takiego:
Jak obniży się prożek górny i prożek dolny, to
będzie się dało na tym grać.

Potem zaproponowała, że jak dostanie papier ścierny i jakieś
ostre narzędzie, to może to zrobić na miejscu. Skończyło się
na tym, że poprawiała gitarę tępym nożem i tarką do stóp.
Podobno trzebaby ten prożek jeszcze bardziej obniżyć, ale to już się taką metodą nie uda. Mimo wszystko gra się teraz na tej
gitarze dużo lepiej.

Jednak nie tylko to nas zaskoczyło. Mąż kuzynki kiedyś grywał
na gitarze, więc dostał naszą w swoje ręce. Jak zobaczyliśmy
jak on gra — piosenkę którą my od dwóch tygodni ćwiczymy
on zagrał we właściwym tempie, a więc z 4x szybciej niż nam
się to udaje, nie myląc się przy tym — to nieco
zwątpiliśmy w to, czy kiedykolwiek będziemy umieć grać. Poza
tym szczeny nam opadły, gdy widzieliśmy jak kuzynka stroi
gitarę — po prostu uderza puste (nie dociśnięte na
żadnym progu) struny i dokręca co trzeba. Raz dwa i instrument
nastrojony. Jak trzeba było jeszcze poprawić (struny były
luzowany, więc jechały), to poprawiała gdy ktoś grał.
Nie ważne jaki chwyt i że wszystkie struny grały — po
prostu słyszała która struna nie stroi.

Pocieszający jedynie był występ córki kuzynki, gdy grała
jednym palcem na jednej strunie jakąś piosenkę o jeżyku.
Wreszcie coś na naszym poziomie. Tyle że ona ma 10 lat
i normalnie nie gra na gitarze. Za to gra na skrzypcach i
zakwalifikowała się do jakiegoś europejskiego konkursu…

Grajek

Oprócz wylegiwania się na plaży, pożerania gofrów, zabawiania dziecka
itp. wykorzystuję swój urlop na dalszą naukę gry na gitarze. Jakieś postępy
są. Potrafię już złapać wiele chwytów (w tym parę barowych), prawie że zagrać
dwie piosenki (jakość wykonania mizerna), czytać tabulatury. Ale paluszki
wciąż bolą i chyba drugi raz mi skóra z opuszków zejdzie. Ale nic to. Trzeba
być twardym, a nie miętkim.

Interesujące jest to, że mnie jakoś bardziej pasi granie z tabulatur muzyki
klasycznej, niż normalnych piosenek z chwytami. Tabulatury to fajna rzecz,
szczególnie że są zapisywane w ASCII i można z netu ściągnąć :-). Żona woli
grać piosenki, co też jej lepiej wychodzi.

Zabezpieczenie, czyli jak odtworzyć płytę Łzy — Nie czekaj na jutro pod Linuksem.

Żona kupiła płytkę CD. Oryginalną.
Niestety odtworzyć jej się nam nie udało. Płytka jest zabezpieczona przed
kopiowaniem:

Ograniczona możliwość kopiowania cyfrowego. Uwaga! Próba
kopiowania niniejszej płyty pogarsza jakość cyfrowej
kopii i może spowodować zawieszenie pracy komputera, a nawet jego uszkodzenie.

Płytę niniejszą można odsłuchiwać w zwykłym sprzęcie audio, odtwarzaczach
samochodowych oraz komputerach wyposażonych w urządzenia do odtwarzania
nagrań.

Minimalne wymagania sprzętowe dla komputerów: procesor Inetl Pentium lub
inny kompatybilny 133MHz, pamięc 32Mb RAM, system Microsoft Windows
95/98/NT/2000/XP lub kolejny, napęd CD-ROM, karta dźwiękowa.

Zaleca się instalację programu do odtwarzania załączonego na płytce.

Pierwsze to oczywiście straszak. Drugie nie zupełnie prawda (założę się, że w wielu
odtwarzaczach samochodowych nie da się tej płytki odtworzyć). Trzecie jest śmieszne,
niestety częściowo prawdziwe — nie mam Windows i nie mogłem płytki
normalnie odtworzyć (żona próbowała i usłyszała jedynie po parę sekund
z utworu). Czwarte zostawiam bez komentarza, bo załączonego programu nie widziałem.
Najlepsze, że płytki nie udało mi się zamontować tak, jakby ścieżki z danymi w ogóle
tam nie było — ciekawe jak Windows ten program znajduje.

Przede wszystkim tej płytki nie powinniśmy w ogóle kupować. Skoro mają
słuchaczy/klientów w d… to czemu dać im zarobić? Z drugiej strony… nie ma innego
sposobu na zdobycie tych utworów bez korzystania z usług piratów. W każdym razie
stało się, płytkę mamy i zwracać nie będziemy, bo gościu z Allegro jest tu
niespecjalnie winny. Poza tym, takie zabezpieczenie to wyzwanie.

A więc zabrałem się za zgrywanie zawartości płytki. cdda2wav sobie nie radził.
cdparanoia też nie. Dopiero
cdstatus dał jakieś efekty
— udało się zgrać pierwsze 4 piosenki do *.raw, Dalej w TOC płytki były
jakieś bzdury — ścieżki kilku sekundowe, kilkudziesięcio minutowe, czy nawet o ujemnej
długości i nakładające się na siebie, dotego oznaczone jako data
i więcej się przeczytać nie dało, nawet jak próbowałem adresować sektory bezpośrednio,
omijając TOC.

Cztery utwory na dwanaście to trochę mało. Zacząłem więc googlać w poszukiwaniu
lepszego rozwiązania. Pierwsza strona którą za tym podejściem znalazłem, strona
o wdzięcznym tytule JUST
SAY NO TO CIRCUMVENTING COPY PROTECTION
mówiąca dokładnie czego nie robić,
żeby nie złamać popularnego zabezpieczenia i co za tym idzie DMCA (wspaniały twór
amerykańskiego prawodawstwa). O numerze z markerem już słyszałem, ale nie sądziłem,
że okaże się przydatny. Szczególnie że płytka nieco się różniła od tych z opisu.
Jednak spróbowałem…

Oczywiście nie chciałem zniszczyć płytki, ani napędu, więc zamiast taśmy klejącej,
czy trwałego markera użyłem flamastra do pisania na białej tablicy. Najpierw
zamalowałem brzeg, ale nie dało to efektu. Następnie zamazałem lekko widoczny okrąg
w 1/3 zapisanej powierzchni płytki (licząc od środka). Bingo!
cdstatus przestał widzieć płytkę jako mixed, a zaczął jako
audio, a spis treści wyglądał już sensownie. Próbowałem więc zgrać
kolejne piosenki. Jednak piątej i szóstej mi się nie udało — widać też zostały
mazaczkiem zamazane. Pozostałe (7.-12.) zgrały się bez problemu. Później wyczyściłem
płytkę i próbowałem zamalowywać ostrożniej. Udało się odzyskać jeszcze piosenkę
numer sześć.

Ostatecznie mam zgrane 11 z 12 utworów na tej płytce i zaraz je sobie ładnie
zakoduję do Ogg Vorbis. Jak widać zabezpieczenie, jak każde które nie ingeruje
w sprzęt użytkownika (ja sobie takiej ingerencji nie życzę!) jest niewiele warte.
Utrudnia tylko dość skutecznie legalne korzystanie z nagrań wielu ludziom, którzy
uczciwie je kupili. Na płytce są nawet numery telefonów i adresy e-mail oraz WWW do
kontaktu z zespołem. Chyba do nich zadzwonię i powiem co o tym myślę.

Carmina Burana w Gliwicach

Już jakieś dwa tygodnie temu przeczytałem na plakatach o „Widowisku Carmina
Burana” na kąpielisku leśnym w Gliwicach 30 kwietnia. Co to Carmina
Burana
wiem, mam to nawet na płycie i zawsze chciałem obejrzeć na żywo, ale
„Widowisko” może oznaczać wszystko, a to był plakat zbiorczy całej
Gliwickiej Wiosny, więc wiele więcej na ten temat nie było. Do tego ta
godzina: 23:00, z Iwoną nie mielibyśmy szansy razem się wybrać – ktoś musi
zostać z dzieckiem. Więc Widowisko poszło w niepamięć…

… aż do dzisiaj. Wczoraj właściwie. W pracy kumple się umawiali na ten
koncert. Mówili, że pół Śląska tam się wybiera. To czemu miałbym sobie odpuścić?
Żonka na szczęście nie miała nic przeciwko (no, może tyle że też by chciała).
Też dopiero wczoraj się zorientowałem, że ten koncert może mieć coś wspólnego z
naszym wejściem do Unii. Wyszedłem więc o 22:00. Po drodze tłumów walących w
tamtą stronę nie widziałem. Dopiero na oś. Kopernika (prawie na miejscu) parę
małych grupek szło w tamtym kierunku. Ale już pod samym kąpieliskiem cała masa
samochodów, ledwo przecisnąć się było można. Do wejścia kolejka, ale nie taka
znowu długa. Po chwili wchodziłem. Byłem ciekawy co będą sprawdzać – teraz, gdy
taki szał antyterrorystyczny wszędzie. Ochroniarz kazał mi tylko pokazać co mam w
plecaku. Pokazałem mu że kurtkę. Bardzo się do sprawdzania nie przykładał, więc
mogłem tam mieć oprócz kurtki np. dwa granaty :-)

Jak tylko dotarłem pod scenę zaczęli grać. Super. Orkiestra Filharmonii
Zabrzańskiej, z cztery chóry, troje solistów. Po obu stronach sceny były jeszcze
małe scenki dla baletów. Pełnię szczęścia powstrzymywały tylko grupki
przypadkowej młodzieży, która chyba nie rozumiała o co w tym chodzi, bo to się
lokalizowali nawzajem głośnymi krzykami, to głośno komentowali co się dzieje
(nie tylko na scenie), używając głównie słownictwa na k i p. Ale
jak na setki przypadkowych (nie było opłat za wstęp, koncert odbywał się
prawie że w środku dużego osiedla) widzów było bardzo spokojnie. Tłumy
niesamowite. Pod sceną nawet luzik, ale jak się oglądałem za siebie, to tylko
tysiące głów widziałem.

Tak jak się obawiałem, na koniec koncertu (chwilę po północy) przemówił
prezydent miasta. Ale przynajmniej nie zagrali fragmentu Ody do radości
byłoby to takie banalne. Potem oczywiście przedstawiono artystów. Nie wszystko
słyszałem, ale część tak. I zaskoczyło mnie to, że dyrygent okazał się być
kobietą. Cały koncert byłem przekonany że to facet. :-)

Opuszczenie terenu kąpieliska po koncercie musiało trochę trwać – bo do
bramy wyjściowej waliły całe tłumy. Potem porozchodziły się w różnych
kierunkach, sporo do samochodów, więc w drodze powrotnej też szedłem samotnie
przez miasto (lubię tak). Po drodze spotkałem jeża. Wyglądało na to, że ma
właśnie zamiar przejść przez ulicę którą jechały samochody z koncertu.
Podszedłem więc do niego od strony szosy. O dziwo nawet się mnie specjalnie nie
przestraszył – ani nie uciekał, ani nie zwinął się w kulkę. Pomyślałem nawet, że
przeniosę go na drugą stronę, ale to już go przeraziło. Nie chciałem więcej
zwierzątka stresować, więc dałem temu spokój. Mam nadzieję, że przeczekał tam
tak skulony na odpowiedniejszą porę na spacery.

W domu byłem około 15 po pierwszej. Żonka skończyła grać w Crossfire, ale
popukała się w czółko jak powiedziałem, żeby nie wyłączała komputera, bo muszę
jeszcze na Joggera napisać. Ale jutro (dzisaj, ale później) mógłbym już nie
pamiętać co miałem napisać, albo po prostu niechciałoby mi się.