26 sierpnia 2004
22:16:14
|
kategorie:
natura,
wypoczynek,
zdrowie,
Niestety. Jutro wieczorem wyjeżdżamy i wracamy do domu.
Ja przez swoje chorowanie miałem zmarnowane część z tych
trzech tygodni tutaj, więc tym bardziej żal już wyjeżdżać.
Jak już pisałem grzyby się zaczęły pojawiać. Wszyscy tutaj w
domku nazbierali sporo maślaczków, czy trochę kurek, a mnie
się udało wczoraj znaleźć nawet parę kozaków, o dziwo
wszystkie to stare kapcie. Dwa były tak zeżarte, że nawet nie
było co zbierać. Dzisiaj grzybobranie sobie praktycznie
odpuściłem. Zajrzałem tylko na 10 minut między brzózki, gdzie
wczorej te kozaki zebrałem i udało się znaleźć jednego młodego
kozaczka. Niestety był tak samo robaczywy jak tamte stare,
tyle że przez ślimaki prawie nie ruszony. Później, idąc po
prostu ścieżką przez las znalazłem prawdziwka. Myślałem, że to
mały muchomorek, ale sprawdziłem z bliska i okazało się że
jednak prawdziweczek. Ledwo co od ziemi odrósł, a już w
połowie zeżarty przez ślimaki, a do tego trochę robaczywy (to
drugie to właściwie norma w przypadku prawdziwków). Jeszcze
jutro spróbuję trochę grzybków pozbierać...
Wczoraj i dziś nadrabiałem zaległości w wędkowaniu. Nic nie
złowiłem, ale trochę sobie z kijem na plaży posiedziałem. I
fajnie było. Może innym razem coś się złapie. Jednak w tym
roku wiele sobie nie połowiłem — zaledwie kilka razy
udało mi się z wędką na plażę wyrwać.
24 sierpnia 2004
21:56:13
|
kategorie:
lajf is brutal,
natura,
rodzinka,
wypoczynek,
Wczoraj wieczorem dołączyłem do żony kąpiącej Krysię. Ostatnio
żona wszystko robiła z powodu mojego chorowania, a chciałem
się na coś przydać. Żona wyszła na trochę i ja zostałem. W
końcu uznałem, że kąpiel dziecka nie polega tylko na patrzeniu
jak dziecko siedzi w wodzie i się bawi. Postanowiłem ją umyć,
najpierw umyłem jej plecka. Ona wtedy w ryk na cały domek.
Żona przyleciała, a Krysia się jej żali: Tatuś umył!
i
płucze sobie rączki. No to żona jej obmywa te rączki. Ja
mówię, że umyłem plecka, o rączkach nic nie wiem. To Krysia
z płaczem "Tatuś umył plecka!" no i mamusia musiała plecki też
po tym strasznym wydarzeniu umyć... Ja tym czasem się
zmyłem...
Po kąpieli zająłem się wycieraniem i ubieraniem Krysi. To już
należy to moich zwykłych obowiązków. Jednak Krysia przy tym
powtarzała Mamusia wytsie!
,
Mamusia ubiezie dzidzi piziamkę
, na szczęście tym razem
bez płaczu.
Krysia woli mamusię nie tylko od tatusia, ale też bardziej niż
dziadków. Niestety, szczególnie rano. W zeszłym roku rano
robiliśmy operację podrzutek
— dziecko było
wystawiane za drzwi i szło do dziadków, a rodzice mogli
jeszcze zostać trochę sami w łóżku. Niestety w tym roku nie ma
tak dobrze :-(.
Dzisiaj Krysia była trochę łaskawsza dla Tatusia. Gdy żona z
teściem poszli pić, dziecko zostało ze mną na placu zabaw i
nawet dobrze się bawiło. Tak dobrze, że mimo przypominania
jej, że jest w samych majteczkach nie upomniała się na czas o
nocniczek i zostawiła kałużę na chodniku prowadzącym do domku.
Na szczęście (dla mnie) większością brudnej roboty z tym
związanej zajęła się babcia.
Ostatnio nie byłem w formie by chodzić na plażę, czy do
miasta
na lody, czy gofry, więc więcej łaziłem po
lesie. A zaczyna to mieć coraz większy sens. Po kolejnych
deszczach zaczęło się coś pokazywać. Wczoraj przyniosłem
trochę kurek, kilka maślaków (cała masa ich pojawiła się na
ośrodku, zaraz na przeciwko naszego domku, ale te sobie ktoś
inny zaklepał
), kozaka i podgrzybka złotawego.
Wszystkie raczej młode, chociaż kozak zeżarty przez robaki.
Dzisiaj zebrałem jeszcze kilka maślaczków, a później z żoną i
Krysią (sama zebrała ze dwie sztuki) nazbieraliśmy masę (jak
na jedno małe miejsce) kurek i parę podgrzybków złotawych.
Wygląda na to, że grzyby zaczną się na dobre akurat gdy
wyjedziemy.
22 sierpnia 2004
22:14:19
|
kategorie:
jedzenie,
lajf is brutal,
zdrowie,
(wersja publiczna — skrócona)
Nażarłem się bigosu i jestem obolała maruda. Nigdy więcej!
(sam w to nie wierzę).
22 sierpnia 2004
22:12:05
|
kategorie:
jedzenie,
lajf is brutal,
wypoczynek,
zdrowie,
(ten wpis to przestroga dla mnie na przyszłość, innym radzę go
zignorować)
Tym razem niejako na własne życzenie. Wczoraj w ośrodku na
obiad była grochówka (pyszna) i pierogi z kapustą i grzybami
(w tym przypadku beznadziejne), a na kolację... bigos
(pyszny). Normalnie z żoną nie jemy kolacji na ośrodku,
ale teściowa zrezygnowała z bigosu w trosce o swoją wątrobę,
więc mnie przypadła jej porcja. Zjadłem ile tylko byłem w
stanie — uwielbiam bigos... niestety. Żona twierdzi, że
takie jedzenie zawsze mi szkodzi i pewnie ma rację, ale ja bym
wolał, żeby szkodziło mi coś, czego nie lubię, jak już musi mi
coś szkodzić.
W nocy obudziła mnie potrzeba wyjścia do kibelka. Jak
wyszedłem, to siedziałem tam z pół godziny, w tym 15 minut
ciurkiem ze mnie leciało. Potem wróciłem do łóżka i nawet
zasnąłem. Do rana kilka razy się budziłem, ale nie było tak
źle. Gorzej rano, gdy wstawałem. Okazało się, że wszystko mnie
boli (oprócz brzucha: głowa, mięśnie, skóra) i niespecjalnie
mogę, czy mam ochotę się ruszać. Ale zjadłem dwie bułeczki
i postanowiłem z żonką i córką wyjść na spacer. Nie był to
najlepszy pomysł. Okazało się, że normalne tempo spacerowe
mojej żony z wózkiem, to stanowczo dla mnie za szybko i w
ogóle marzyłem o miejscu leżącym. Trawnik sołtysa okazał się
nie dość wygodny, a pozatym zacząłem też tęsknić za kibelkiem,
więc wróciłem do domku. Po drodze zanieczyściłem kawałek, lasu
bo jednak domek był za daleko. Do obiadu przeleżałem.
Przy obiedzie byłem paskudny (jak jestem chory, to bywam
nieznośny. Pocieszające jest jedynie to, że podobno większość
facetów tak ma), ale mimo to kochana żona zadbała o to, żebym
jednak coś zjadł. Potem moje dziewczyny poszły na plażę, a
ja leżałem w domku, marzłem (mimo swetra) i miałem nadzieję,
że to co zjadłem zaraz nie ucieknie
... Nawet nie
uciekło.
Zajrzałem na tą plażę, bo ile można leżeć w pokoju. Zimno mi
było w polarze i długich spodniach, ale na plaży, gdzie
potwornie wiało, już jakby mniej. Chwilę tam posiedziałem,
potem rodzinka się zbierała, a ja z nimi. Dziecko jeszcze
zostało się bawić na mieście
, a ja zabrałem rzeczy i
wróciłem do domku — bliżej kibelka czułem się
bezpieczniej, a i spacerek zdążył mnie zmęczyć. Dziewczyny
wróciły trochę później i żona mi opowiedziała jak się Krysia
bawiła. Potem pojechały ciuchajką do Niechorza. Ja wolałem nie
ryzykować i oszczędzić im jednego marudy na miejscu.
22 sierpnia 2004
22:10:36
|
kategorie:
muzyka,
Wczoraj odwiedziła nas kuzynka żony, z zawodu lutnik.
Zupełnym przypadkiem (;-)) spojrzała na naszą
gitarę fachowym okiem i stwierdziła mniej-więcej (pewnie coś
przekręcam) coś takiego:
Jak obniży się prożek górny i prożek dolny, to
będzie się dało na tym grać.
Potem zaproponowała, że jak dostanie papier ścierny i jakieś
ostre narzędzie, to może to zrobić na miejscu. Skończyło się
na tym, że poprawiała gitarę tępym nożem i tarką do stóp.
Podobno trzebaby ten prożek jeszcze bardziej obniżyć, ale to już się taką metodą nie uda. Mimo wszystko gra się teraz na tej
gitarze dużo lepiej.
Jednak nie tylko to nas zaskoczyło. Mąż kuzynki kiedyś grywał
na gitarze, więc dostał naszą w swoje ręce. Jak zobaczyliśmy
jak on gra — piosenkę którą my od dwóch tygodni ćwiczymy
on zagrał we właściwym tempie, a więc z 4x szybciej niż nam
się to udaje, nie myląc się przy tym — to nieco
zwątpiliśmy w to, czy kiedykolwiek będziemy umieć grać. Poza
tym szczeny nam opadły, gdy widzieliśmy jak kuzynka stroi
gitarę — po prostu uderza puste (nie dociśnięte na
żadnym progu) struny i dokręca co trzeba. Raz dwa i instrument
nastrojony. Jak trzeba było jeszcze poprawić (struny były
luzowany, więc jechały
), to poprawiała gdy ktoś grał.
Nie ważne jaki chwyt i że wszystkie struny grały — po
prostu słyszała która struna nie stroi.
Pocieszający jedynie był występ córki kuzynki, gdy grała
jednym palcem na jednej strunie jakąś piosenkę o jeżyku.
Wreszcie coś na naszym poziomie. Tyle że ona ma 10 lat
i normalnie nie gra na gitarze. Za to gra na skrzypcach i
zakwalifikowała się do jakiegoś europejskiego konkursu...
20 sierpnia 2004
23:26:43
|
kategorie:
natura,
rodzinka,
wypoczynek,
Wczoraj wieczorem jak zwykle jedliśmy kolację na
mieście
. Tym razem nie chcieliśmy bułek z serkiem
topionym, tylko coś bardziej konkretnego. Ale te budy w
centrum
, to albo drogie, albo nieciekawe, więc
szukaliśmy dalej. Doszliśmy do Krakusa
, knajpy z
poprzedniej epoki. Ten budynek, te stoliki z tymi obrusikami i
serwetnikami gs
. Ten bar, z tą charakterystyczną
lodówką z napojami. Ta kobita z wyrazem twarzy mówiącym
Czego?
. Brakowało tylko tej czerwonej orenżady na
półkach, i odrobinę za dużo było napojów do wyboru. Ja nawet
tam bym coś zjadł, ale żona się bała. Ostatecznie więc
zjedliśmy w Albatrosie. Ja krokiety, a żona hot-doga, tyle
że... bez hot-doga, czyli bez parówki. Ona tak woli.
Dzisiaj rano Krysia wyciągneła żonę na spacerek, zastrzegając
Tatuś zostaje
. Więc z nimi nie poszedłem. Zamiast
tego udałem się do lasu, gdzie łaziłem do obiadu (w sumie
ponad dwie godziny). Oczywiście grzybów dalej praktycznie nie
ma, ale tym razem oprócz kilku kurek przyniosłem jednego
popisowego
grzyba — ładnego, chociaż nieco
podjedzonego przez ślimaki, czerwonego kozaka. Nie robaczywego
(czerwone kozaki bardzo żadko są robaczywe). Tym bardziej mnie
znalezisko cieszy, że nigdy nie miałem szczęścia do tego
gatunku, i nawet gdy wszyscy przynosili czerwone kozaki, to ja
nie. Z innymi grzybami takich problemów nigdy nie miałem.
Po poobiednim spacerku znalazłem jeszcze dwie kurki na terenie
ośrodka. Potem był wypad do kina, opisany na innym jogu...