Zaloguj się

Jog Jajcusia

xmpp:jajcus@jajcus.net

To już jest koniec...

Niestety. Jutro wieczorem wyjeżdżamy i wracamy do domu. Ja przez swoje chorowanie miałem zmarnowane część z tych trzech tygodni tutaj, więc tym bardziej żal już wyjeżdżać.

Jak już pisałem grzyby się zaczęły pojawiać. Wszyscy tutaj w domku nazbierali sporo maślaczków, czy trochę kurek, a mnie się udało wczoraj znaleźć nawet parę kozaków, o dziwo wszystkie to stare kapcie. Dwa były tak zeżarte, że nawet nie było co zbierać. Dzisiaj grzybobranie sobie praktycznie odpuściłem. Zajrzałem tylko na 10 minut między brzózki, gdzie wczorej te kozaki zebrałem i udało się znaleźć jednego młodego kozaczka. Niestety był tak samo robaczywy jak tamte stare, tyle że przez ślimaki prawie nie ruszony. Później, idąc po prostu ścieżką przez las znalazłem prawdziwka. Myślałem, że to mały muchomorek, ale sprawdziłem z bliska i okazało się że jednak prawdziweczek. Ledwo co od ziemi odrósł, a już w połowie zeżarty przez ślimaki, a do tego trochę robaczywy (to drugie to właściwie norma w przypadku prawdziwków). Jeszcze jutro spróbuję trochę grzybków pozbierać...

Wczoraj i dziś nadrabiałem zaległości w wędkowaniu. Nic nie złowiłem, ale trochę sobie z kijem na plaży posiedziałem. I fajnie było. Może innym razem coś się złapie. Jednak w tym roku wiele sobie nie połowiłem — zaledwie kilka razy udało mi się z wędką na plażę wyrwać.

Dodaj komentarz do wpisu „To już jest koniec...”


Krysia woli mamusię, ale grzyby rosną

Wczoraj wieczorem dołączyłem do żony kąpiącej Krysię. Ostatnio żona wszystko robiła z powodu mojego chorowania, a chciałem się na coś przydać. Żona wyszła na trochę i ja zostałem. W końcu uznałem, że kąpiel dziecka nie polega tylko na patrzeniu jak dziecko siedzi w wodzie i się bawi. Postanowiłem ją umyć, najpierw umyłem jej plecka. Ona wtedy w ryk na cały domek. Żona przyleciała, a Krysia się jej żali: Tatuś umył! i płucze sobie rączki. No to żona jej obmywa te rączki. Ja mówię, że umyłem plecka, o rączkach nic nie wiem. To Krysia z płaczem "Tatuś umył plecka!" no i mamusia musiała plecki też po tym strasznym wydarzeniu umyć... Ja tym czasem się zmyłem...

Po kąpieli zająłem się wycieraniem i ubieraniem Krysi. To już należy to moich zwykłych obowiązków. Jednak Krysia przy tym powtarzała Mamusia wytsie!, Mamusia ubiezie dzidzi piziamkę, na szczęście tym razem bez płaczu.

Krysia woli mamusię nie tylko od tatusia, ale też bardziej niż dziadków. Niestety, szczególnie rano. W zeszłym roku rano robiliśmy operację podrzutek — dziecko było wystawiane za drzwi i szło do dziadków, a rodzice mogli jeszcze zostać trochę sami w łóżku. Niestety w tym roku nie ma tak dobrze :-(.

Dzisiaj Krysia była trochę łaskawsza dla Tatusia. Gdy żona z teściem poszli pić, dziecko zostało ze mną na placu zabaw i nawet dobrze się bawiło. Tak dobrze, że mimo przypominania jej, że jest w samych majteczkach nie upomniała się na czas o nocniczek i zostawiła kałużę na chodniku prowadzącym do domku. Na szczęście (dla mnie) większością brudnej roboty z tym związanej zajęła się babcia.

Ostatnio nie byłem w formie by chodzić na plażę, czy do miasta na lody, czy gofry, więc więcej łaziłem po lesie. A zaczyna to mieć coraz większy sens. Po kolejnych deszczach zaczęło się coś pokazywać. Wczoraj przyniosłem trochę kurek, kilka maślaków (cała masa ich pojawiła się na ośrodku, zaraz na przeciwko naszego domku, ale te sobie ktoś inny zaklepał), kozaka i podgrzybka złotawego. Wszystkie raczej młode, chociaż kozak zeżarty przez robaki.

Dzisiaj zebrałem jeszcze kilka maślaczków, a później z żoną i Krysią (sama zebrała ze dwie sztuki) nazbieraliśmy masę (jak na jedno małe miejsce) kurek i parę podgrzybków złotawych. Wygląda na to, że grzyby zaczną się na dobre akurat gdy wyjedziemy.

Dodaj komentarz do wpisu „Krysia woli mamusię, ale grzyby rosną”


I znów się pochorowałem...

(wersja publiczna — skrócona)

Nażarłem się bigosu i jestem obolała maruda. Nigdy więcej! (sam w to nie wierzę).

4 komentarze do wpisu „I znów się pochorowałem...”


I znów się pochorowałem...

(ten wpis to przestroga dla mnie na przyszłość, innym radzę go zignorować)

Tym razem niejako na własne życzenie. Wczoraj w ośrodku na obiad była grochówka (pyszna) i pierogi z kapustą i grzybami (w tym przypadku beznadziejne), a na kolację... bigos (pyszny). Normalnie z żoną nie jemy kolacji na ośrodku, ale teściowa zrezygnowała z bigosu w trosce o swoją wątrobę, więc mnie przypadła jej porcja. Zjadłem ile tylko byłem w stanie — uwielbiam bigos... niestety. Żona twierdzi, że takie jedzenie zawsze mi szkodzi i pewnie ma rację, ale ja bym wolał, żeby szkodziło mi coś, czego nie lubię, jak już musi mi coś szkodzić.

W nocy obudziła mnie potrzeba wyjścia do kibelka. Jak wyszedłem, to siedziałem tam z pół godziny, w tym 15 minut ciurkiem ze mnie leciało. Potem wróciłem do łóżka i nawet zasnąłem. Do rana kilka razy się budziłem, ale nie było tak źle. Gorzej rano, gdy wstawałem. Okazało się, że wszystko mnie boli (oprócz brzucha: głowa, mięśnie, skóra) i niespecjalnie mogę, czy mam ochotę się ruszać. Ale zjadłem dwie bułeczki i postanowiłem z żonką i córką wyjść na spacer. Nie był to najlepszy pomysł. Okazało się, że normalne tempo spacerowe mojej żony z wózkiem, to stanowczo dla mnie za szybko i w ogóle marzyłem o miejscu leżącym. Trawnik sołtysa okazał się nie dość wygodny, a pozatym zacząłem też tęsknić za kibelkiem, więc wróciłem do domku. Po drodze zanieczyściłem kawałek, lasu bo jednak domek był za daleko. Do obiadu przeleżałem.

Przy obiedzie byłem paskudny (jak jestem chory, to bywam nieznośny. Pocieszające jest jedynie to, że podobno większość facetów tak ma), ale mimo to kochana żona zadbała o to, żebym jednak coś zjadł. Potem moje dziewczyny poszły na plażę, a ja leżałem w domku, marzłem (mimo swetra) i miałem nadzieję, że to co zjadłem zaraz nie ucieknie... Nawet nie uciekło.

Zajrzałem na tą plażę, bo ile można leżeć w pokoju. Zimno mi było w polarze i długich spodniach, ale na plaży, gdzie potwornie wiało, już jakby mniej. Chwilę tam posiedziałem, potem rodzinka się zbierała, a ja z nimi. Dziecko jeszcze zostało się bawić na mieście, a ja zabrałem rzeczy i wróciłem do domku — bliżej kibelka czułem się bezpieczniej, a i spacerek zdążył mnie zmęczyć. Dziewczyny wróciły trochę później i żona mi opowiedziała jak się Krysia bawiła. Potem pojechały ciuchajką do Niechorza. Ja wolałem nie ryzykować i oszczędzić im jednego marudy na miejscu.

Dodaj komentarz do wpisu „I znów się pochorowałem...”


Fachowe oko

Wczoraj odwiedziła nas kuzynka żony, z zawodu lutnik. Zupełnym przypadkiem (;-)) spojrzała na naszą gitarę fachowym okiem i stwierdziła mniej-więcej (pewnie coś przekręcam) coś takiego: Jak obniży się prożek górny i prożek dolny, to będzie się dało na tym grać. Potem zaproponowała, że jak dostanie papier ścierny i jakieś ostre narzędzie, to może to zrobić na miejscu. Skończyło się na tym, że poprawiała gitarę tępym nożem i tarką do stóp. Podobno trzebaby ten prożek jeszcze bardziej obniżyć, ale to już się taką metodą nie uda. Mimo wszystko gra się teraz na tej gitarze dużo lepiej.

Jednak nie tylko to nas zaskoczyło. Mąż kuzynki kiedyś grywał na gitarze, więc dostał naszą w swoje ręce. Jak zobaczyliśmy jak on gra — piosenkę którą my od dwóch tygodni ćwiczymy on zagrał we właściwym tempie, a więc z 4x szybciej niż nam się to udaje, nie myląc się przy tym — to nieco zwątpiliśmy w to, czy kiedykolwiek będziemy umieć grać. Poza tym szczeny nam opadły, gdy widzieliśmy jak kuzynka stroi gitarę — po prostu uderza puste (nie dociśnięte na żadnym progu) struny i dokręca co trzeba. Raz dwa i instrument nastrojony. Jak trzeba było jeszcze poprawić (struny były luzowany, więc jechały), to poprawiała gdy ktoś grał. Nie ważne jaki chwyt i że wszystkie struny grały — po prostu słyszała która struna nie stroi.

Pocieszający jedynie był występ córki kuzynki, gdy grała jednym palcem na jednej strunie jakąś piosenkę o jeżyku. Wreszcie coś na naszym poziomie. Tyle że ona ma 10 lat i normalnie nie gra na gitarze. Za to gra na skrzypcach i zakwalifikowała się do jakiegoś europejskiego konkursu...

2 komentarze do wpisu „Fachowe oko”


Grzybobranie?

Wczoraj wieczorem jak zwykle jedliśmy kolację na mieście. Tym razem nie chcieliśmy bułek z serkiem topionym, tylko coś bardziej konkretnego. Ale te budy w centrum, to albo drogie, albo nieciekawe, więc szukaliśmy dalej. Doszliśmy do Krakusa, knajpy z poprzedniej epoki. Ten budynek, te stoliki z tymi obrusikami i serwetnikami gs. Ten bar, z tą charakterystyczną lodówką z napojami. Ta kobita z wyrazem twarzy mówiącym Czego?. Brakowało tylko tej czerwonej orenżady na półkach, i odrobinę za dużo było napojów do wyboru. Ja nawet tam bym coś zjadł, ale żona się bała. Ostatecznie więc zjedliśmy w Albatrosie. Ja krokiety, a żona hot-doga, tyle że... bez hot-doga, czyli bez parówki. Ona tak woli.

Dzisiaj rano Krysia wyciągneła żonę na spacerek, zastrzegając Tatuś zostaje. Więc z nimi nie poszedłem. Zamiast tego udałem się do lasu, gdzie łaziłem do obiadu (w sumie ponad dwie godziny). Oczywiście grzybów dalej praktycznie nie ma, ale tym razem oprócz kilku kurek przyniosłem jednego popisowego grzyba — ładnego, chociaż nieco podjedzonego przez ślimaki, czerwonego kozaka. Nie robaczywego (czerwone kozaki bardzo żadko są robaczywe). Tym bardziej mnie znalezisko cieszy, że nigdy nie miałem szczęścia do tego gatunku, i nawet gdy wszyscy przynosili czerwone kozaki, to ja nie. Z innymi grzybami takich problemów nigdy nie miałem.

Po poobiednim spacerku znalazłem jeszcze dwie kurki na terenie ośrodka. Potem był wypad do kina, opisany na innym jogu...

1 komentarz do wpisu „Grzybobranie?”



[szpieg] Jesteście obserwowani...