Prezent?

Mojej żonie obcy facet (jej znajomy z Internetu) kupił prezent na urodziny. I to
nie taki całkiem drobny prezent. Ja nawet wierzę, że bezinteresownie i wiem, że
facet od tego raczej nie zbiedniał, ale nie wiem co o tym myśleć. Głupia
sytuacja, dla żony też.

Dopiąłem do swojego Joggerka skrypt zbierający informacje o odwiedzających. Co
prawda użyta metoda — obrazkowa, ze wspomaganiem JavaScriptu — nie jest
idealna i trochę fałszuje wyniki (olewane są przeglądarki tekstowe — w tym
wiele moich wejść), ale i tak ciekawe co z tego wyniknie. Na razie najciekawsze
są zapytania Google używane do wejścia na mój blog. W każdym razie inwigilacja
trwa…

A w pracy się wkurzyłem nieco, aż o mało nie nawymyślałem szefowi. Dostałem
godzinę na skonfigurowanie urządzenia. Urządzenie takie miałem pierwszy raz w
rękach, opcji cała masa, do tego miało działać z urządzeniem innej firmy. Żeby
to zrobić porządnie potrzebowałbym przynajmniej jeden cały roboczy dzień.
Skonfigurowałem, ale na pewno nie optymalnie ani najbezpieczniej. Jak się sypnie
będę musiał jeździć niewiadomogdzie, żeby to naprawiać. Nie lubię takiej
roboty.

Paintball

Dzisiaj z kumplami wybraliśmy się na paintballa. Uznałem, że przyda mi się
trochę zabawy na świeżym powietrzu. Od organizatorów dostaliśmy mundurki,
maski, markery (spluwy do tej zabawy) i zestaw kulek. Potem oczywiście kazanko
(nie zdejmować masek, markery odbezpieczać tylko na czas gry itp.)
i w teren. Organizator proponował kolejne scenariusze, a myśmy się bawili.
Drużyny były nierówne — u nas cztery osoby (co gorsza w tym ja), a w drugiej
drużynie pięć. Ale i tak parę razy wygraliśmy. Ja dostałem kilkanaście razy, a
trafiłem raz jedną dziewczynę i może później jeszcze raz kogoś. Ale to nic
nowego, nawet na komputerze mnie zwykle idzie najgorzej. W sumie wystrzelałem
200 kulek.

Teraz jestem cały obolały. I to nie od uderzeń kulek — to bolało (nawet
mocno) tylko chwilę po uderzeniu, teraz tylko siniaki zostały — ale od
mojego siedzącego trybu życia, które teraz się na mnie zemściło. Chyba czas
jakoś zadbać o formę…

PS. Co z tym Joggerem? To zaczyna być wkurzające. Pół biedy, że nie można dodawać
wpisów przez Jabbera — mnie teraz bardziej powiadomień brakuje.

Nie-jellonek

Dostałem prośbę o autoryzację z jakiegoś konta na WP. Pomyślałem: jellonek 🙂.
Okazał się, że jednak nie. Chodziło o moją bramkę do IRC’a
(ircnet.jabber.bnet.pl), która podobno nie
jest dostępna z jabber.wp.pl.
To możliwe, bo ostatnio wywaliłem rekordy SRV
_jabber._tcp dla wszystkich swoich usług
Jabberowych z DNS (zostawiłem _xmpp-server._tcp).
Głupio trzymać dwa rodzaje rekordów do tego samego, gdy stary
jest już obsolete, a można przy okazji zmotywować
administratorów innych serwerów do uaktualnienia konfiguracji
według najnowszych standardów. Nawet nie pomyślałem, że dotknie
to użytkowników serwera WP. Zgłosiłem problem gdzie trzeba (tak
myślę) — zobaczymy co z tego wyniknie.

Wracając do naszego nie-jellonka, czy właściwie
nie-jellonki. Rozmowa się rozwinęła i nawet dostałem
linka do jej stronki. Okazuje się, że to całkiem ładna
dziewczyna (są tam zdjęcia), a z rozmowy wynika, że też całkiem
sympatyczna i inteligentna. Do tego Linuksiara.
Wiedziałem. Wiedziałem, że Open Source to może
być sposób na panienki ;-).

Dzień ojca

Dzisiaj w pracy dokończyłem paczkowanie Postfix 2.1 dla PLD. Dzięki temu mogłem
skonfigurować SPF (dopisałem też odpowiednie regułki dla wszystkich 131
obsługiwanych domen) i umożliwić amavisowi (amavisd-new) odrzucanie zawirusionej
poczty kodem 5xx już w sesji SMTP. W międzyczasie przyszła do mnie „wirtualna
kartka”, oczywiście od córeczki.

Kartka to jeszcze nic. Tego się przecież mogłem spodziewać. Znacznie większą
niespodzianką była dla mnie wizyta córki i żony u mnie w pracy. Byłem w takim
szoku, że zamiast okazać radość miałem raczej przerażenie na twarzy
:-). Dobrze, że dziewczyny nie zrozumiały źle.

Oczywiście pochwaliłem się córeczką wszystkim koleżankom i kolegom z pracy.
Dzidzi pokazałem serwer — serwer gier, stojący u mnie na biurku, bo do
serwerowni bała się wejść. Jednak zrozumiała że tam też jest serwer i nawet
zauważyła selwel – zamknom. no!, gdy sprzątaczka zamykała serwerownię.
Selwel jest obiektem zainteresowania dziecka odkąd tatuś pewnej niedzieli
pojechał go naprawiać zamiast pójść z córeczką na spacer.

Z pracy wróciłem wyjątkowo szybko i wygodnie — z żoną i córką samochodem.
Byłem w domu wcześniej niż bym się normalnie doczekał tramwaju (urwałem się z
pracy też trochę szybciej). Po pracy i obiadku trochę poleniuchowaliśmy, a potem
skorzystaliśmy z zaproszenia na działkę Kubusia (oczywiście Kubuś też tam
pojechał). Dzieci szalały na działce, potem w parku — coraz chętniej się
razem bawią. Pod koniec spacerku już Krysia dostawała głupawki.
Przebiegając pod zjeżdżalnią walnęła się głową w rurkę, ale po chwili płaczu
dalej szalała. Do mieszkania po schodach (na trzecie piętro) wchodziła na
czworakach, głośno szczekając i twierdziła, że jest konik. Potem była
trochę marudna, ale jak się można było spodziewać wykończona i szybko poszła
spać.

Zabolało

Czemu facet musi być twardzielem, macho który nie okazuje uczuć (może w ogóle
nie powinien ich mieć)? Może dlatego, żeby kobiety mogły się jego uczuciami
bawić bezkarnie. Bo taka, niewinna, zabawa (wciąż mam nadzieję, że
zabawa) może zaboleć. Czasem bardzo. A jak trafi na mięczaka-mazgaja, to kończy
się to żałośnie (niestety bywam żałosny i nic nie umiem na to poradzić)…

Dla ukochanej żony zrobiłbym (i staram się robić) bardzo wiele. To dla niej
walczę ze swoimi słabościami i dla niej staram się wykorzystać jak najlepiej to
co mam, czy umiem. Czy to źle, że nie jestem zazdrosny, że staram się być
szczery (nawet nie umiem kłamać), że jej ufam prawie bezgranicznie i że
oczekiwałbym tego samego — przynajmniej częściowo — z jej strony?

I jeszcze jedno: Tak, podobają mi się inne kobiety. Ale to między innymi piękne
kobiety (włączając moją*) sprawiają, że świat staje się piękny, że
chce się żyć (zresztą, udany program, czy połów też). A jak się cieszyć życiem,
to najlepiej z ukochaną osobą. A gdy tej osoby nie ma, albo okazuje się że wątpi
w nasze uczucia, albo mimo naszych starań czuje się nieszczęśliwa i to przez
nas
, to czar pryska. Bo jak cieszyć się życiem, jak nie ma z kim? Jak żyć,
jak nie ma dla kogo?


* Śmieszne, ale wśród wszystkich pięknych dziewczyn wokół to żonę
uważam za najpiękniejszą. Szczerze. Bez naciągania. A ile ma ona innych zalet…
No chyba jednak szczęściaż ze mnie.

[‚] [‚] [‚] dla Pstryczki

Pstryczka umarla. Wlasciwie to nigdy nie istniala. To przeczytałem na
stronie, która do niedawna była blogiem Pstryczki.
Bardzo lubiłem czytać tego bloga. Nie tylko dlatego, że Pstryczka świntuszyła
(inne nieprzyzwoite blogi szybko mi się znudziły), ale dlatego, że był bardzo
dobrze napisany i pełen ludzkich uczuć. Wierzyłem (z pewnym marginesem —
jednak w Internecie niczego nie można być pewnym), że większość co tam było
opisane to prawda. Sam nie chciałbym tak żyć, ani nie chciałbym, żeby taka była
moja żona (chociaż niewiele nam brakuje…), ale lubiłem Pstryczkę.

Nie wszystko w blogu pstryczki było zmyślone. Część zdarzeń była wzięta wprost z
życia autorki. I to je (Pstryczkę i autorkę) zgubiło. Opisywanie przygód
seksualnych razem z planami adopcji dzicka to był błąd. Niestety skończył się
tragicznie dla Pstryczki — bo przestała istnieć —, dla autorki i jej
męża — bo nie adoptowali oczekiwanego dziecka — i dla dziecka, bo
nie doczekało się nowych rodziców. Wierzę, że naprawdę dobrych rodziców.

Przykro mi, że bloga Pstryczki już nie będzie, że się skończył. Ale podobne
uczucie mnie ogarnia na końcu każdej dobrej książki. Nic nie trwa wiecznie.
A ja trzymam kciuki za autorkę. Niech adoptuje to dziecko. Należy jej się!

P.S. jpc — teraz możesz napisać A nie mówiłem? ;-)

Capoeira?

Dzisiaj na rynku w Gliwicach zobaczyłem coś dziwnego. Grupa ludzi w białych
koszulkach i białych spodniach zawiązanych sznurkiem, w większości na boso
tańczyła w kręgu przy muzyce dziwnego instrumentu. Instrument to krzywy kij, z
jedną drucianą struną podpartą kamykiem i uderzaną krótkim patykiem, do tego
okrągłe pudło rezonansowe. Tańczyły dwie osoby w kręgu, a ludzie wokół klaskali
rytm muzyki. Taniec wyglądał trochę jak jakaś dalekowschodnia sztuka walki.
Muzyka brzmiała „ludowo”, ale trudno było mi skojarzyć z jakimś miejscem na
świecie, raczej nie był to daleki wschód. Rysunki i napisy na koszulkach
kojarzyły się jednoznacznie z Brazylią.

Podobało mi się to. Chciałbym umieć się tak ruszać. A i muzyka znacznie bardziej
mi się podobała niż to co serwują np. do aerobiku czy chociażby na lodowisku.
Potem przyszła żona z Krysią i dziecku też się spodobało. Gdy pokaz się skończył
(albo zrobili przerwę) spytałem się jednej z tańczących dziewczyn co to było.
Dowiedziałem się, że to Capoeirabrazylijska sztuka
walki
. Dziewczna opisała mi w skrócie historię tej sztuki walki i zaprosiła
na treningi na Konarskiego. Wiek nie ma znaczenia, nawet tacy około 40-tki
trenują
. Fajnie — już widać, że się starzeję. Do 40-tki mi jeszcze
wiele brakuje, ale uważam że chyba jestem za stary do tego. Poza tym za leniwy i
za mało systematyczny. Ale trochę ruchu by mi się przydało i taka Capoeira to
jest chyba coś co mógłbym ćwiczyć.

Od tych capoeiristas dostałem też ulotkę z adresem ich strony WWW. Po powrocie do domu
zajrzałem tam i dowiedziałem się dużo więcej o Capoeira. O jej
historii, na czym to polega. Dowiedziałem też się, że wspomniany wczyśniej
instrument nazywa się Berimbau, a umiejętność grania na nim oraz
śpiewania odpowiednich piosenek, jest nie mniej ważna niż trening fizyczny. To
to już raczej nie dla mnie. Chociaż…

Oczywiście nie mogłem powstrzymać się od sprawdzenia tej strony walidatorem.
Oczywiście się nie waliduje, ale nie jest tak tragicznie. Tragiczna jest
natomiast nowa strona Centrum Komputerowego
Politechniki Śląskiej
. Zajrzałem tam dzisiaj, bo wysiadło nam łącze w świat,
które mamy właśnie od CK. Wygląda nawet nieźle, ale nie ma tam zupełnie (albo
nie umiałem znaleźć) informacji dla komercyjnych klientów CK. Nawet do końca nie
wiadomo pod jaki numer dzwonić w przypadku awarii. Poze tym chodzi to teraz na
jakimś ASP.NET i kod strony jest paskudny jak żadko. Na pewno nie jest to HTML,
tym bardziej nie XML, ale fragmenty XML w tym siedzą. I to ma być, według
Microsoftu, przyszłość WWW? Aż strach się bać…