Alt-A

Dzieci stały się zbędne, odkąd wynaleziono pilota do telewizora,
mówią. Ale to tylko częściowa prawda.

Po pierwsze, pilot nie zawsze jest pod ręką, czasem musi go ktoś podać. Po
drugie, nie do wszystkiego jest pilot. Gdy tatuś-inwalida leży na łóżku
i ktoś (zwykle joggerowy bot) mu coś na Jabberze napisze, to trzeba przełączyć
na odpowiednie okienko. Nie wskazane jest, żeby dyskopata za każdym razem się
zrywał z łóżka, więc dziecko zostało nauczone wciskać Alt-A (dzisiaj
zaczęliśmy naukę Alt-Ctrl-F1).

Dziecię poczuło jakie poważne zadanie na nią spadło, więc postanowiło to
uwiecznić:


[rysunek]

Tak, to jest Krysia wciskająca Alt-A. Nie od razu zrozumieliśmy przekaz
tego dzieła, dlatego zasugerowałem, że to śliczny obrazek na Halloween.
Artystka nie zaprotestowała, wręcz spodobał się ten pomysł, stąd dorysowana
dynia. Potem jednak nam zdradziła główny przekaz.

Z drugiej strony nawet był opis do obrazka: ARTA. L
i R to dla niej żadna różnica – w końcu brzmi dokładnie tak samo.
;-)

Jak ekshibicjonizm, to na całego

Dzisiaj obnażę kawałek swojego wnętrza:

wnetrze.png

To oczywiście obraz z wczorajszego badania rezonansem magnetycznym.
Starałem się wybrać w miarę reprezentatywny kawałek (na płytce dostałem 69
obrazów w formacie DICOM). Nie znam się na tym, więc przy wyborze sugerowałem
się ilustracją z odpowiedniego artykułu na
Wikipedii
.

Z pamiętnika hipochondryka

Dawno tu się nie uzewnętrzniałem na temat mojego kręgosłupa. A przecież się
dużo działo… przede wyszystkim… wciąż bolało. To właściwie bez zmian. No może
z pewną tendencją: mniej gwałtownych bólów przy wstawaniu, czy zmianie
pozycji, a więcej ciągłego upierdliwego bólu, tylko czasowo tłumionego przez
tabletki. W każdym razie ostatnio nie chodzę, ale raczej kuśtykam… Ale
bywało, że bolało bardziej.

Osiemnastego października zacząłem rehabilitację. Przez dziesięć kolejnych
dni (pomijając weekend): gimnastyka, Sollux (wygrzewanie pod lampą, prawie jak
plaża), laser (pani dziabała mnie po plecach czymś robiącym pik pik) i
prądy. Panie rehabilitantki bardzo miłe, a na sali gimnastycznej,
o dziwo, spotkałem też jakieś dziewczyny w wieku zbliżonym do mojego
(spodziewałem się raczej samych dziadków). Nie zauważyłem jakiejś
wyraźnej poprawy po tych zabiegach, ale nie pogorszyło mi się, więc zamówiłem
kolejną serię (jeszcze w ramach tego samego skierowania, a w zapasie mam
drugie) – zaczynam od 3 grudnia.

Jutro, 22 listopada, o godzinie 17:00 miałem mieć badanie rezonansem
magnetycznym, ale w zeszłym tygodniu pani z Koźla zadzwoniła mówiąc, że tego
dnia o tej porze nie będą robić badań… i mam się zgłosić dzień wcześniej
o 9:00.

Pierwotny plan był taki, że żonka mnie
tam zawiezie, ale w międzyczasie zdążyłem jej podpaść na tyle, że stosownym
wydawało się znalezienie innego transportu. Wrobiłem w to ojca.
;-) (dzięki tato!)

Dzisiaj rano więc pojechaliśmy. Z Gliwic wyjechaliśmy o nieprzyzwoicie
wczesnej porze, t.j. o wpół do ósmej. W tym czasie wieczorna tabletka już
przestawała działać, a na łykanie kolejnej było trochę wcześnie. Jednak przez
większość trasy dało się żyć. Dopiero gdzieś tak od Kędzierzyna ciężko było mi
wysiedzieć. Na miejsce dojechaliśmy na pół godziny przed czasem. Przede mną
była tam jakaś pani.

Gdyby nie to, że poszedłem do kibelka, to bym się chyba załapał przed tą
panią i przed planowaną godziną zabiegu. Tak to musiałem godzinkę poczekać.
Wypełniłem ankietę na temat ewentualnych metalowych części w moim organizmie,
o przebytych chorobach i zabiegach, i o tym, czy na pewno jest pewien, że tego
chcę. Oddałem zdjęcie RTG, zapłaciłem za kliszę z wynikami (bez dopłaty dają
tylko opis i wyniki na CD) i poczekałem na swoją kolej.

W końcu zostałem wywołany. Za drzwiami, po lewej stronie siedziała pani
doktor przed trzema dużymi ekranami LCD (już podglądałem wcześniej przez
szybkę, jak mózg poprzedniej pacjentki oglądała), z drugiej strony
pielęgniarka (czy inna asystentka) przed normalniejszym monitorem
i szybą, za którą było pomieszczenie z aparaturą. Na drzwiach do tego
pomieszczenia ostrzeżenie o silnym polu magnetycznym i żeby nie wchodzić
z metalowymi przedmiotami, bo mogą spowodować poważne obrażenia ciała
i uszkodzenia aparatury (przypomniała mi się końcówka drugiej serii Lostów).
Mnie poproszono do kabinki, małego pomieszczenia obok (z napisem
kabinka na drzwiach), gdzie miałem się rozebrać do koszuli
i majtek.

Gdy byłem gotowy, przeszedłem do pomieszczenia z aparaturą i położyłem się
na łóżku. Pod nogi wsunięto mi jakieś podkładki, do ręki dostałem
zielony przycisk (Jak coś będzie nie tak, to pan to wciśnie, a ja przerwę
badanie
wyjaśniała pielęgniarka). Potem zamknięto mnie jakąś klatką
i wjechałem do maszyny, której kształt ciężko mi tu opisać. Po chwili maszyna
zaczęła stukać, potem bzyczeć i buczeć. Nieprzyjemnie dźwięki. Nie dziwię się,
że poprzednia pacjentka wychodziła trzymając się za głowę. Potem przerwa,
łóżko przesunęło się trochę w głąb maszyny i znowu te odgłosy. Potem
znowu przerwa, przesunięcie w drugą stronę i znowu hałasy, nieco inne. Znowu
przerwa…

Przyszła pielęgniarka, kazała się nie ruszać i wyjechałem z maszyny.
Spytała się, czy zgodziłem się na podanie kontrastu (zgodziłem się,
w ankiecie) i zaczęła szukać żyły na moim ramieniu. Odwróciłem się w drugą
stronę, co by się niepotrzebnie nie stresować widokiem (mogła być to przecież
jakaś olbrzymia strzykawka z przerażającą igła). Prawie nic nie poczułem
i po chwili stwierdziłem tylko, że mam założony wenflon. Wjechałem z powrotem
do maszyny. Jeszcze trochę hałasów i badanie się skończyło. W sumie siedziałem
tam jakieś pół godziny. Jak tylko się ubrałem pielęgniarka zdjęła mi
wenflon.

Wyniki miały być gotowe za 2-3h. Mogliśmy czekać, przyjechać kiedy indziej,
albo zapłacić za kuriera, który dostarczyłby je do Gliwic w piątek. Uznałem,
że skoro już tyle czekałem i tyle jechałem, to chcę mieć wyniki jak
najszybciej. Tato nie miał nic przeciwko. Poszliśmy na miasto. Chcieliśmy
wstąpić do jakiejś kawiarni (za zimno na spacery, szczególnie, że byliśmy
ubrani na podróż samochodem), znaleźliśmy jakąś restaurację. Zamówiliśmy
ciasto i herbatę/kawę. Tam przesiedzieliśmy trochę czasu, do szpitala
wróciliśmy po 1.5h. I po chwili były wyniki.

Opis badania dość długi (a nie tylko dwa słowa, jak w opisie do RTG),
lekarka znalazła: wyrównaną lordozę lędźwiową (ale to chyba powinni lekarze
już wcześniej gołym okiem widzieć, albo chociażby na RTG), niewielkie zmiany
zwyrodnieniowo-wytwórcze na krawędziach trzonów kręgowych i w tych trzonach
(cokolwiek to jest), jakieś symptomy zmian degeneracyjnych no i przepuklinę
jądra miażdżystego (tego się spodziewałem po doszkoleniu się w Internecie),
która powoduje, między innymi, krytyczne zwężenie kanału korzeniowego
lewego
. No to chyba znaleziono źródło bólu. Tę przepuklinę nawet sam byłem
w stanie na kliszach zobaczyć, jeszcze zanim rozszyfrowałem gdzie dokładnie
jest L5-S1. Dobrze, że przynajmniej żaden nowotwór nie wyszedł, bo i czymś
takim mnie straszyła jedna lekarka.

Zaraz po odebraniu wyników ruszyliśmy do Gliwic. Mój kręgosłup od razu
zaprotestował, przypominając mi o tabletce. Droga powrotna była ciężka, ale
i tak kazałem się odstawić pod biuro. Miałem ambicje jeszcze dzisiaj trochę
popracować. Jednak ambicja szybko przeszła, jak usiadłem przy biurku. No cóż,
po takie podróży chyba lepiej było wrócić do domy i odpocząć na leżąco.

Za tydzień, we wtorek, wizyta u neurologa. Ciekawe co powie na wyniki
badania i jakie leczenie zaproponuje. Wybiorę się też do swojej pani doktór
pierwszego kontaktu, bo była zainteresowana moimi wynikami (byłem u niej po
dokładkę gdy skończyły mi się leki zapisane przez neurologa). Ciąg
dalszy pewnie nastąpi…

Jak ja nie lubię chamskich prowokacji…

No cóż… znowu dałem się sprowokować. Wystarczy, że jednemu
joggerowiczowi znowu coś ssało na maksa, a ja się z jego zdaniem nie zgodziłem.
Dość ostro, zgadza się. Ale tak już bywa – jeśli ja uważam, że X,
a ktoś pisze, że X to bzdura, a jeśli ktoś uważa inaczej, to dał się
zmanipulować
, nie podając przy tym żadnego argumentu na to, że X to
faktycznie bzdura, to trochę się denerwuję i żądam konkretów… Ale to
wszystko, w założeniu, w celu rozpoczęcia dyskusji – jak będą argumenty,
to będę mógł się do nich odnieść, a może nawet dam się przekonać (chociaż mam
wrażenie, że to raczej autora należałoby wyprowadzić z błędu)…

Oczywiście konkretów nie dostałem, bo autor tylko czekał, aż ktoś mu
napisze, że się myli, najlepiej w mało wyszukany sposób. W ten sposób autor
wpisu może ponownie pokazać, jak go wszyscy nienawidzą… a w szczególności
ten, kto śmiał spróbować podyskutować na temat wpisu (czy nie do tego są
komentarze pod wpisami?). Okazuje się, że krytyczny komentarz (co prawda
napisany pod wpływem złości) jest atakiem na autora wpisu, a jednocześnie wpis
(sugerujący, że między innymi ja zostałem zmanipulowany) nie jest atakiem na
nikogo…

Najgorsze, że nie można otwarcie (ten wpis jest na poziomie trzecim)
powiedzieć co się o tym myśli, bo to będzie kolejny argument w ręku
poszkodowanego… W końcu ja go nienawidzę… Zgadza się, nie
znoszę takiego podejścia do świata, tego EMO-egocentryzmu (nie
znoszę też paru cech swojego charakteru), ale do osoby nie żywię żadnych
gwałtownych uczuć. Może nawet odrobina sympatii by się znalazła (jednak
z każdym takim incydentem coraz mniej).

Czy tylko mnie to wkurza? Czy tylko ja jestem taki dziwny, że pod swoimi
wpisami oczekuję także krytyki, najlepiej konstruktywnej? Że przedstawiając
swoje zdanie na jakiś temat liczę się z tym, że zostanę zjechany przez
zwolenników przeciwnych poglądów? Że zakładam, że komentarze odnoszą się do
wpisu i konkretnego tematu, a nie do mnie osobiście? I że oczekuję tego samego
od innych?

The Day The Routers Died…

Kumpel podesłał mi zajebistą piosenkę na
YouTube
. Szybko wygooglałem też jej
tekst
(rozumienie tekstu piosenek ze słuchu wciąż mi średnio wychodzi).
Polecam wszystkim administratorom sieciowym! :-)

Update: tekstu nie trzeba było googlać, jest na YouTube, dostępny po kliknięciu (lewym przyciskiem myszy!) na „more info”. Nie można tam było dać przycisku, zamiast czegoś, co wygląda jak link? To chyba dość normalne, że link próbuję otworzyć w nowej zakładce. Niech żyje usability!

Antyczne staniki

Siedzę sam w domu, nie mam nic specjalnego do roboty, to włączyłem
telewizor. Na jedynce jakiś głupi film. Oczywiście moja uwaga od razu skupiła
się na kobietach, szczególnie, że były skąpo ubrane… To, co zwróciło moją
uwagę, miały na piersiach. Wygląda jak całkiem współczesny stanik. A reszta
filmu sugeruje starożytność… Zerknąłem do opisu filmu w internecie: Trzy
tysiące lat przed Chrystusem.
Ciekawe. Z tego co wiem, to staniki, jakie
znamy, wynaleziono na początku dwudziestego wieku…

Postanowiłem zgłębić temat, zanim zacznę marudzić na blogu. Wyczytałem, że
i ponad 2000 lat przed naszą erą kobietom zdarzało się nosić coś w rodzaju
staników. Ale to coś podobno zawsze zostawiało piersi odkryte… no i raczej
nie sądzę, żeby mogło bardzo przypominać współczesną bieliznę… Później
w starożytnej Grecji i Rzymie zaczęto stosować inne cosie… do owijania
piersi tak, żeby nie było ich widać (coby kobieta wyglądała bardziej jak
facet)… to też raczej bikini nie przypominało.

Ja rozumiem, że to rozrywka i realiów historycznych nie muszą się bardzo
trzymać… ale przecież równie dobrze bohaterowie mogli by nosić zegarki na
rękach i strzelać z karabinów, a nie tych niepraktycznych łuków…
;-)

Optymizm

Rok temu był świetny Hubertus. Ja, z racji słabych umiejętności, nie brałem
udziału w pogoni za lisem, ale postanowiłem następnym razem to sobie nadrobić.
Za to świetnie się wyszalałem na wieczornej imprezie. W tym roku może być
jeszcze lepiej… :-)

Latem się zorientowałem, że ból w plecach to poważna sprawa i raczej koniki
muszę sobie na jakiś czas odpuścić. Więc nawet, jeśli do Hubertusa będę mógł
wsiąść na konia, to nie zdążę wyćwiczyć formy. :-( Trudno, w tym roku nie pojadę.
Ale być widzem na tej imprezie też jest fajnie. Może porobię zdjęcia żonce na
najpiękniejszym koniu ze stajni. I zawsze pozostaje impreza, tam sobie
odbiję… :-)

Od tamtego czasu zdrowie mi się nie polepszyło. Właściwie to jest gorzej.
Nie tylko nie nadaję się na konia, ale i do tańca. :-( No cóż.
I tak będzie rozrywka na świeżym powietrzu – pooglądam gonitwę,
pokibicuje. A wieczorem na imprezie będę mógł chociaż popatrzeć na bawiące się
dziewczyny. No i trochę mogę się pogibać przy wolniejszych kawałkach. Dziecko
zostanie u dziadków, to zapowiada się ciekawy wieczór. :-)

Dzisiaj piękna pogoda, ale gorzej wyglądają prognozy na jutro. Wszystko
wskazuje na to, że w trakcie gonitwy będzie padało, może nawet lało.
:-( No, może się jakoś uda bieg zorganizować… No i zawsze
pozostaje impreza… :-)

Wieczorem dziecko dostało gorączki. Nie wiadomo, czy do jutra wyzdrowieje.
Dziecka z gorączką raczej dziadkom nie zostawimy, już raz im sprzedała
jakąś zarazę… :-(

Optymizm mi się kończy…

Kopalnia wspomnień

Wczoraj, po raz kolejny, zajrzałem do serwisu nasza-klasa.pl (ale nie o tym serwisie ma
być ten wpis). Tym razem znalazłem tam swoją klasę z technikum i jednego
kolegę, który ją dodał. W pierwszym momencie nie kojarzyłem kolegi, ale w
końcu sobie przypomniałem kto to. Szukałem też klasy z podstawówki, ale nie
było jej w systemie. Chciałem dodać, ale nie pamiętałem do końca, czy to było
a, czy c (a może najpierw c, potem a?). Uznałem,
że muszę to gdzieś sprawdzić…

…i tak znalazły się moje stare archiwa (żona wyciągnęła z jakiejś
szafki), a tam: koperta z biletami na różne koncerty, na których się kiedyś
bawiłem, legitymacje szkolne, zdjęcia grupowe ze szkoły (w tym jedno, które
udzieliło mi poszukiwanej informacji), stara korespondencja, jakieś dokumenty
medyczne, życzenia od kolegów z okazji 20. urodzin na żółtych kartach do
dziurkowania
itp.

Wśród tych papierów znalazłem też początki moich dzisiejszych problemów
zdrowotnych – ostatnia notatka, sprzed 10 lat, na karcie zdrowia
dziecka
(czy jak to się tam nazywa, ja już wtedy dzieckiem nie byłem)
mówi: rozpoznanie: okrągłe plecy, zalecenia: ćwiczenia + basen.
Gdybym wtedy to potraktował poważnie i zastosował się do zaleceń, to pewnie
teraz bym tak nie cierpiał…

Jednak najwięcej wzruszeń dostarczył plik kopert i kartek pocztowych. Od
dziewczyn. W większości od Agnieszek (chyba nie bez powodu żona jest uczulona
na to imię ;-)). Ale były też tam listy od mojej niewątpliwie
pierwszej miłości (Moniki), nawet nie pamiętam jakim cudem je otrzymałem, skoro
nie byłem w stanie do niej słowa powiedzieć nawet, a co dopiero adres
przekazać (dwuletni związek ograniczał się głównie do mojego gapienia
się na nią przy przypadkowych spotkaniach, albo wzdychania pod jej
oknem…). Była tam też kartka walentynkowa od zgadnij kogo (chyba
nigdy się tego nie dowiedziałem) i listy od dwóch Iwon (kuzynki i znanej wam
już Iki). Widząc korespondencję od Beaty, czy Justyny musiałem sobie chwilę
przypominać, kto to…

Justyna to przecież była chyba jedyna osoba, z którą potrafiłem godzinami
przez telefon gadać. Nigdy nie byliśmy parą, była raczej dla mnie
przyjaciółką, której się mogłem wygadać, także z moich problemów
sercowych. Parę razy się spotkaliśmy, wiele razy rozmawialiśmy przez
telefon, najwyraźniej zdarzało się i nam do siebie pisać… w pewnym momencie
ona poznała jakiegoś policjanta, ja swoją obecną żonę… i straciliśmy
ze sobą kontakt.

Beata to był raczej mniej znaczący epizod w moim życiu, ale wspominam go,
jako ciekawą historię. Kolega z podstawówki (ale już parę lat po zakończeniu
tej szkoły) chciał mnie chyba z nią zeswatać (Beata była bliską koleżanką jego
przyjaciółki). Były z dwa wspólne ogniska, podwójna randka w kinie, kilka
namiętnych pocałunków… i w końcu Beata stwierdziła, że nic z tego nie
będzie. Jakiś czas później kumpel mnie spotyka, i mówi jak mu przykro, że mi z
Beatą nie wyszło, próbując mnie pocieszyć… a ja się powstrzymywałem, żeby
nie wybuchnąć śmiechem, bo właśnie wracałem, w świetnym humorze, z jednej z
pierwszych randek z moją obecną żoną. :-)

Zaskoczyła mnie trochę ilość poczty od Agnieszki z Olecka. Na jednej
kartce rozśmieszył mnie tekst wylewny to ty nie jesteś – typowa
odpowiedź na moją twórczość, od wypracowań w szkole, przez listy, po e-maile.
Ta Agnieszka, mimo mojej słabości do dziewcząt o tym imieniu, nie trafiła
nigdy na listę moich wielkich miłości, ale nie zaprzeczę, że bardzo miło
wspominam czas spędzony z nią przy okazji Przystanku Olecko. No i ilość
poczty też coś znaczy… że komuś się chciało do mnie pisać…
;-).

Przy okazji przeglądania tych pamiątek, przypomniały mi się też
dziewczyny, po których żaden ślad nie został, jak Joasia z Bytomia, pierwsza
dziewczyna, z którą się całowałem. Po innych został tylko, nigdy nie
wykorzystany i pewnie nieaktualny adres (karteczka z tymi adresami od razu
skojarzyła mi sie ze Spisem
cudzołożnic
, chociaż to bardzo niewinne znajomości były): Marzena z
Gołdapi (to był chyba typowy krótki wakacyjny romans tyle, że z ferii
zimowych), Renia (ciekawe co u niej, bo miała problemy z alkoholem
i narkotykami), Julia (ale obciach — poryczałem się na randce z nią)… Oj,
nazbierało się tego. A przecież, głównie przez moją nieśmiałość, bardzo
ograniczone były moje kontakty towarzyskie…

Te wszystkie znajomości, miłostki i przyjaźnie na pewno miały jakiś wpływ
na to, jaki jestem. Bez tego pewnie nie mógłbym stworzyć związku takiego, jak
teraz z Iką, a nawet mógłbym sie nie zorientować, na jaki skarb trafiłem.
Teraz to przeszłość… ale powspominać czasem miło. Z drugiej strony, też
trochę strach przypomnieć sobie jakie głupoty kiedyś robiłem, czy co do mnie
dziewczyny pisały… dlatego nie odważyłem się zajrzeć do środka tych
listów.

Tak się zastanawiam, czy nie odnowić części z tych znajomości. Tych mniej
namiętnych, bo już się przekonałem, jak kontakt (mailowy i GG) po latach, z
dawną miłością (która kiedyś rzuciła, a teraz wyznaje miłość) może
namieszać… Głównie z ciekawości co u nich, i czy technicznie ponowny kontakt
jest możliwy (adresy i nawet nazwiska raczej nieaktualne). Znalezienie dawnej
korespondencji, to całkiem niezły pretekst…

Z pamiętnika hipochondryka

Jednak w naszej publicznej służbie zdarzają się cuda. Wczoraj skierowanie,
a dzisiaj wizyta u specjalisty. Z NFZ! Gdyby jeszcze lekarka się nie spóźniła,
to by było super. Ale zakładam, że to każdemu może się _czasem_ zdarzyć, a ja
w tym fuksie miałem małego pecha.

Aktualna diagnoza: prawdopodobnie dyskopatia. Pani doktor (a w tym
przypadku to nie tylko tytuł grzecznościowy) przesłuchała mnie, postukała
młoteczkiem (zawsze o tym marzyłem! ;-)) i dała masę makulatury:
instrukcje do ćwiczeń oraz sześć recept (panie z recepcji musiały donosić),
w tym:

  • Kolejny lek przeciwzapalny (od niebieskich tabletek to bym się zbyt
    szybko wrzodów nabawił), tym razem mam brać w pracy i wieczorem,
  • kolejny lek rozluźniający,
  • zastrzyk ze sterydem,
  • skierowanie na wykonanie zastrzyku,
  • skierowanie na rezonans magnetyczny, do Chorzowa,
  • kolejne skierowanie na rehabilitację, bo tam gdzie jestem już zapisany,
    to, zdaniem pani dr, jest najgorzej w Gliwicach. A zabiegów rehabilitacyjnych
    nigdy za wiele.

Jeszcze jedna rzecz mnie fascynuje. Zdjęcie RTG. To niesamowite, jak jedno
zdjęcie pokazuje jak mi się stan zdrowia pogarsza: gdy je robiłem lekarz
radiolog stwierdził brak zmian. Nic nie zauważyła też internistka
oglądająca to zdjęcie dzień, czy parę dni, później. Po paru tygodniach zdjęcie
oglądał lekarz-rehabilitant i już było widać przewężenie między kręgami.
A dzisiaj neurolog widziała juz przewężenie i wygięcie. Wot, technika!
;-)

Gdy miałem już umawiać się na rezonans, zastanowiło mnie, dlaczego tak
daleko… W Gliwicach nic nie mają? I czemu konkretna placówka wskazana na
skierowaniu? W końcu, jak mam skierowanie na rehabilitację, do chirurga, czy
do neurologa, to mogę sobie wybrać… Wróciłem do przychodni się spytać, o co
chodzi… Podobno mają umowę tylko z trzema placówkami (Chorzów, Bytom,
Katowice) i gdzie indziej nie mogą mnie skierować.

Potem udałem się na zastrzyk. Okazało się, że muszę się pospieszyć, bo
w mojej przychodni mogą mi dać zastrzyk jedynie ze skierowania tamtejszego
lekarza (a to neurolog mnie wysłała do mojej przychodni…), więc muszę zdążyć
przed piętnastą (doktor A, przyjmujący później, też zaniemógł). No to w naszej
przychodni trafiłem do doktor D. Bardzo miła pani, wypytała o co chodzi,
wyjaśniła co to za zastrzyk. I wypisała nowe skierowanie (stare wyrzuciłem, bo
bez zastrzyku już do niczego mi się nie przyda). Przy okazji zapytałem się
o rezonans – potwierdziła to co wcześniej usłyszałem. Dodała jeszcze,
że sama mimo, że ma specjalizację, to w ogólnej przychodni nie mogłaby mi
takiego skierowania wypisać, a w drugiej pracy ma umowę z Bytomiem.
Więc jestem skazany na ten Chorzów… chyba że pójdę jakoś prywatnie
(orientacyjnie wychodzi coś około 500zł). Zobaczymy jakie będą terminy z NFZ.
Do neurologa mam się zgłosić na kontrolę za miesiąc, nawet jeśli nie będę miał
jeszcze wyników NMR.

Prosto z gabinetu lekarza poszedłem do zabiegowego, gdzie dostałem
zastrzyk (zakupiłem go sam tuż po wyjściu z gabinetu neurologa). Bałem się, że
będzie bolało, jak po antybiotykach które mi tak podawali w dzieciństwie,
a prawie nie poczułem. Co więcej, miałem wrażenie, że od razu po zabiegu
znieczuliło mi ten jeden pośladek – przez jakiś czas czułem tam tylko
lekki chłód, ale potem się rozeszło.

Teraz zobaczymy jaka będzie noc po nowych lekach… Na razie nie czuję
różnicy.