Zabawa w kartografa-amatora

Przyszedł sezon rowerowy, to i mój GPS wrócił do łask. Skoro GPS, to fajnie by było sobie jakieś mapy do tego przygotować, czy nanieść przejechaną trasę na mapę. Niestety z mojego ulubionego Vikinga usunięto wsparcie dla map Google (na wniosek samego Google). Zamiast tego został podobno OpenStreetMap. Postanowiłem się więc przyjrzeć temu projektowi… i wsiąkłem. ;-)

Okazało się, że mają już niezły kawałek Gliwic opisany. Do tego proste w użyciu edytory. Sam ściągnąłem sobie JOSM. To ten „poważniejszy”, podstawowy edytor dla tego projektu. Oprócz tego jest jeszcze prosty webowy edytor Potlatch i parę innych. Wczytałem do JOSMa trasę swojej ostatniej wycieczki (do Wilczego Gardła)… i nie mogłem się powstrzymać przed dodaniem paru dróg do mapy. Od paru dni ciągle coś tam dodaję: trochę na podstawie przejechanych tras, trochę z pamięci (nie trzeba więcej, żeby wrysować coś pomiędzy istniejące drogi), trochę ze zdjęć satelitarnych (w JOSM dla mojej okolicy dostępne są zdjęcia Landsat, wystarczają do określenia obrębu lasu, czy jeziora). Parę uliczek przerysowałem też ze skanu starej (rok 1942) niemieckiej mapy, znalezionego kiedyś w sieci. Ze względów licencyjnych nie wolno przerysowywać ze współczesnych map, objętych prawem autorskim, ale tak jest nawet ciekawiej. ;-)

Na mapę Gliwic dodałem rzekę Kłodnicę, z zestawem mostów, dwie polne drogi, parę kilometrów ścieżki rowerowej i trochę drobiazgów. Już widzę (na wyrenderowanie gotowej mapy trzeba trochę poczekać), że parę rzeczy wyszło nie najlepiej, ale myślę że chociaż trochę projekt na moje pracy zyskał.

Fascynujące jest to, że na tej mapie można umieścić praktycznie wszystko i może ona służyć nie tylko jako mapa drogowa (zdaje się, że taki był pierwotny cel projektu), ale i turystyczna, czy rowerowa (w ten sposób powstaje OpenCycleMap. Zależnie od wybranego zbliżenie może przedstawiać sieć głównych dróg krajowych i wojewódzkich, albo układ alejek w parku.

Jak mi się zabawa za szybko nie znudzi, to powinno mi się udać opisać jeszcze parę z Gliwickich tras rowerowych (najlepiej byłoby zrobić komplet). Przynajmniej mam temat i motywację na najbliższe przejażdżki. :)

Niech ktoś coś zrobi z tymi obrońcami dzieci

Czytając ostatnie newsy mam wrażenie, że świat kompletnie zwariował na punkcie pedofilii. Oto trzy przykłady:

Wszystko oczywiście w imię ochrony dzieci. Tyle, że dzieci na tych regulacjach nic nie zyskują, a kupa uczciwi obywatele są traktowani jak przestępcy. Przyjrzyjmy się sprawą nieco bliżej:

W przypadku Wikipedii poszło o okładkę płyty Virgin Killer zespołu Scorpions. Samozwańcza organizacja Internet Watch Foundation uznała ją za prawdopodobnie nielegalną i na tej podstawie umieściła na swojej liście blokowanych stron. Lista ta jest wykorzystywana przez największych ISP w Wielkiej Brytanii do ograniczania dostępu do nielegalnych treści. Do niedawna myślałem, że takie rzeczy jak cenzura Internetu to tylko w Chinach i krajach islamskich… ale jednak nie, Europa nie lepsza. Tyle, że zamiast bezpieczeństwa państwa, czy wartości religijnej jako pretekstu używa się ochrony najmłodszych. Przynajmniej na razie…

Jedno, to cenzura prowadzona przez jakąś podejrzaną organizację. Druga to podstawy do uznania strony za niebezpieczną. Chodzi tylko o obrazek nagiej dziewczynki, do tego z zasłoniętymi genitaliami (niektórzy znawcy twierdzą, że nieprzyzwoite są tam odsłonięte piersi… ciekawe czy u chłopczyka też byłyby nieprzyzwoite, skoro wyglądałyby tak samo). Przecież dla normalnego człowieka jest to obrazek zupełnie nie erotyczny. To specjaliści z Internet Watch Foundation robią z tego niewinnego dziecka obiekt seksualny. Moim zdaniem to ich należałoby leczyć!

Co gorsza, niedawno w telewizyjnych Wiadomościach słyszałem entuzjastyczny reportaż o tym, jak u nas podobno chce się wprowadzić jakąś ochronę przez niebezpiecznymi treściami. Dziennikarze przy tym słowem nie wspomnieli o szczegółach rozwiązania, czy potencjalnych zagrożeniach.

Druga sprawa, Simpsonowie. Obawiam się, że w moje ręce też parę razy trafiły podobne obrazki czy animacje. W życiu nie uznałbym ich za pornografię… tym bardziej za jakieś materiały pedofilskie. A jednak australijski sąd uznał. Co gorsza, w naszym prawie ostatnio też wprowadzono penalizację posiadania treści pornograficznych przedstawiających wytworzone albo przetworzone wizerunki małoletnich uczestniczących w czynnościach seksualnych (patrz: np. artykuł Tak, tak, nowelizują kodeks karny… wizerunki małoletnich, hacking, 269b… u Vagli). Może ktoś mi udowodni, jak narysowanie kreskówki z pieprzącymi się dzieciakami krzywdzi jakieś dziecko? A tym bardziej posiadanie czegoś takiego?

Trzecia sprawa: podniesienie wieku ochronnego do 18 lat. Zgadzam się, że wiele dzieci za wcześnie rozpoczyna współżycie, ale nierozsądne zachowania seksualne są równie powszechne u dorosłych. No i zapisanie w prawie, że seks przed osiemnastką jest nielegalny wcale do seksu dzieciaków nie zniechęci, najwyżej zrujnuje życie wielu ludziom, którym to ktoś kiedyś wytknie, żeby wykorzystać prawo dla swoich korzyści… Zdaje się, że u nas też się takie pomysły pojawiały, na szczęście szybko zostały porzucone.

Produkcja bezsensownych artykułów trwa….

Mam wrażenie, że nasze wielkie portale informacyjne prześcigają się ostatnio w produkcji bezwartościowych artykułów coraz marniejszej jakości… Nie będę wymieniał, bo kto zagląda na gazeta.pl itp. ten wie, ale np. cudo które przeczytałem przed chwilą powala.

Żonka podesłała mi linka do artykułu na tvn24.pl: Internauci uruchomili antyczny instrument. Na pierwszy rzut oka ciekawa informacja, chociaż tytuł trochę dziwny (jak w sieci zbudować coś ze starożytności)… no cóż, pewnie w treści się wyjaśni… Niestety, nie wyjaśnia się praktycznie nic, może poza tym, że jakaś aplikacja rozproszona działająca na komputerach internautów zsyntetyzowała jakiś dźwięk. Ale skąd wiadomo, że to jest właśnie dźwięk antycznego epigonionu? I dlaczego to miałoby być lepsze niż rzeczywista, fizyczna rekonstrukcja instrumentu? No cóż, po co komu jakieś konkrety, jakaś wiedza… liczy się tytuł i zadana ilość słów…

Ale i tak nic nie pobije informacji z drugiego akapitu tego artykułu:

Epigonion – starożytny instrument strunowy – był znany dotąd jedynie ze zdjęć i literatury.

Wow… to w starożytności już aparaty fotograficzne mieli! Toż to dopiero sensacja na pierwsze strony gazet! :-)

P.S. Najbardziej mnie wkurza chyba to, że to mógłby być naprawdę interesujący artykuł. Wystarczyło by, żeby autor się nieco przyłożył i dał linka do źródeł…

O lepszą wydajność podatkowej złotówki

Przed chwilą przeczytałem świetny artykuł Andrzeja Koraszewskiego: O lepszą wydajność podatkowej złotówki.

Właściwe przedstawia on mniej-więcej to co i ja myślę: w naszej polityce za dużo jest haseł, afer i przepychanek, zamiast zdrowego rozsądku i rzetelnej analizy każdego problemu który che się rozwiązać. No i że żadna skrajność (czy to będzie socjalizm, czy liberalizm) nie jest rozwiązanie.

Uważaj co czytasz, gdy dziecko patrzy

W tym tygodniu do pracy chodzę dopiero po dwunastej, żeby wcześniej się chorym dzieckiem zajmować. Leżę sobie więc w domku z laptopem i przeglądam WWW. Dokładniej, to czytam sobie
aktualny odcinek komiksu Questionable Content, a dziecko zagląda mi przez ramię… i co gorsza zadaje pytania:

– O czym to jest?

No cóż… nie będę kręcił, w końcu to nic strasznego:

– O pani która zrobiła sobie kolczyk na cipce.

– A czemu tam jest ten pan?

– Bo pani chciała, żeby ktoś ją trzymał za rękę, jak będzie bolało.

Nie jest źle. Jednak dziecko dopatrzyło się czegoś jeszcze:

– A czemu ta pani jest na końcu smutna?

Tu już wolałem ominąć szczegóły:

– Bo ta druga pani jej powiedziała, że musi bardzo uważać, żeby nie bolało.

Po tym już starałem się zmienić temat… Krysia jeszcze tylko spytała A czemu ta pani chciała kolczyk na kitce? dowodząc, że chyba nie wszystko do niej dotarło. I może dobrze. :-)

Feminizm a komunizm

Żonka podrzuciła mi linka do artykułu: Feminizm – nowa wersja komunizmu. I muszę przyznać, że z większością artykułu trudno mi się nie zgodzić. Dobrze ukazuje on absurdalność głównych postulatów wojujących feministek (takich jak różnego rodzaju parytety) i błędy w ich rozumowaniu. Jednak nie cały artykuł mi się podoba…

Autor feministycznej wizji społeczeństwa równouprawnionego przeciwstawia tradycyjny, katolicki (odwołania do kościoła nie brakuje, chociaż IMHO niekoniecznie pasuje tam do argumentacji) model rodziny opartej o trwały monogamiczny związek mężczyzny i kobiety. Wyraźna jest niechęć autora do homoseksualistów i ateistów, chociaż artykuł jest na inny temat. Czasem wręcz sugeruje, że feministka = lesbijka (co jest tak samo prawdziwe jak „homofob = homoseksualista zaprzeczający swojej orientacji”, czyli czasami).

A przecież problem polega na tym, że te polityczne feministki starają się swoje preferencje i poglądy narzucać wszystkim kobietom. A to jest tak samo złe, jak narzucanie wszystkim tradycyjnego modelu rodziny. Skoro większości on odpowiada, to niech większość go stosuje. Ale jak jakaś kobieta woli pracować i zostawić wychowanie dzieci mężowi, albo po prostu związać się z kobietą (bo faceci jej nie pociągają) – niech tak będzie. Nie trzeba od razu doszukiwać się u niej jakiś urazów z dzieciństwa, czy wręcz próbować leczyć.

Niektóre feministki twierdzą, że należy chłopcom kupować lalki, a dziewczynkom samochodziki, żeby walczyć ze stereotypami. Jest to oczywiście bzdurą. Ale niedobre jest zmuszanie do zabawy lalkami dziewczynki, która woli samochody. Ludzie są różni. Nie tylko mężczyźni różnią się od kobiet, ale i kobieta może się różnić od statystycznej kobiety. I oba przypadki należy uszanować.

Szczególnie przykra jest końcówka artykułu: przeciwstawienie normalnej kobiety i feministki. Czy nie ma miejsca na nic pomiędzy? Nawet wśród kobiet uważających się za feministki często można spotkać osoby bardzo rozsądne, a i niektóre postulaty wojujących feministek mogą być inspiracją dla pozytywnych zmian.

Dobra, pomarudziłem, pokrytykowałem… ale i tak, przyznam, że się to (krytyka z artykułu) niektórym feministkom należało! ;-)

Przypadek Sary Palin

Afera prosto z USA: ktoś włamał się na konto mailowe republikańskiej
kandydatki na wice-prezydenta. Kilka ciekawych rzeczy przy tym wychodzi…

Konto niby prywatne (na Yahoo), a podobno było używane do celów
służbowych. Nie dość, że mało profesjonalne, to jeszcze mogło służyć omijaniu
prawa (w USA służbowe e-maile – czyli te ze służbowych skrzynek –
nie mogą być kasowane i teoretycznie wszystkie są archiwizowane). Ale i czy do
celów prywatnych ktoś o takim statusie społecznym nie miałby konta gdzie
indziej niż na Yahoo?

Interesujące jest też jak dokonano tego włamu. Po prostu, ktoś użył
opcji przypominania hasła do konta Yahoo i na zabezpieczający pytania
odpowiedział wiedzą z Wikipedii itp. Zawsze mnie niepokoiły te procedury do
odzyskiwania hasła: jeśli ktoś ma poważny interes, żeby dostać się do mojego
konta, to nie będzie dla niego wielkim problemem ustalić moją datę urodzenia,
panieńskie nazwisko matki, czy kod pocztowy. Nawet imię mojego pierwszego
zwierzaka może da się gdzieś wygrzebać…

Jeszcze mogę zrozumieć pytania bezpieczeństwa tam, gdzie z
użytkownikiem nie ma innego kontaktu, a więc w przypadku darmowych (brak
umowy z danymi teleadresowymi) kont e-mail osób, które alternatywnego adresu
nie mają lub nie chcą podawać. Gorzej tam, gdzie mimo innej formy kontaktu
działa wyżej wspomniana procedura i podanie danych do „pytań bezpieczeństwa”
jest obowiązkowe. Śmieszne jest to „bezpieczeństwo” w popularnej nazwie tej
procedury, bo przecież ona niewiele zabezpiecza, raczej pozwala obejść
zabezpieczenie w postaci hasła. A przecież często lepiej stracić całkiem dostęp
do swojego konta, niż żeby ktoś obcy się do niego dobrał…

Sądzę że w podobny sposób jak pani Paulin kradzione są setki kont na całym
świecie, tyle że tamtymi przypadkami mało kto się zajmuje. A człowiek
odpowiedzialny za ten włam ma duże szanse być złapanym i skazanym w popisowym
procesie… Potem sprawa ucichnie, a politycy i biznesmeni dalej będą służbowo
korzystać z prywatnej poczty w kiepsko zabezpieczonych serwisach….

I jest jeszcze jedna sprawa która mnie zastanawia. Po takim włamaniu i
wycieku (korespondencja pani senator wyciekła i została opublikowana na Wiki
Leaks) spodziewałbym się masę nowych afer opartych o cytaty z tych maili. U nas
byłoby to wręcz pewne – wyobraźcie sobie, że ktoś się dorwał do worka z
nieoficjalnymi wypowiedziami prezydenta. A tu nic. Nie tego się spodziewałem,
szczególnie że o Palin mam już wyrobione nie najlepsze zdanie. Może trzeba
trochę poczekać…

O sprawie przeczytałem u
Vagli
i na
stronach BBC News
(via Google News).

Faktury od UPC

Dzwoni teściowa, że nie może faktur za Internet i kablówkę, poprosiła
więc swoją córkę o pomoc… Ika zalogowała
się ze swojego laptopa do systemu w imieniu teściów… Faktury znalazła,
ale też poległa przy próbie pobrania. Zawołała mnie…

I co widzę?

  • Po pierwsze flashową aplikację wyświetlającą listę faktur
    i podgląd faktury… Przecież wystarczyłaby tabelka w HTML z linkami do
    dokumentów. Nie każdy i nie wszędzie musi mieć działającego Flasha.
  • Po kliknięciu w Fakturę elektroniczną przeglądarka krzyczy, że
    potrzebna Java. No, widać Flash to za mało. U Iki plugin Java był, ale nie
    działał (znany błąd w Javie, trzeba było export
    LIBXCB_ALLOW_SLOPPY_LOCK=1
    zrobić, żeby zadziałał).
  • Gdy już Java nam ruszyła, to nas zapluła komunikatami o nieprawidłowym
    certyfikacie. Pół biedy, że nieznany wystawca (może mamy braki w bazie CA),
    ale certyfikat był najwyraźniej przeterminowany!
  • Po uruchomieniu aplikacji częściowo wyjaśniła się zawiłość procedury
    – aplikacja sprawdza kwalifikowany podpis na fakturze.
    Więc to pewnie próba dostosowania się do przepisów o fakturach
    elektronicznych. Tyle, że jaki sens ma sprawdzanie kwalifikowanego podpisu
    aplikacją ściągniętą z sieci, samą podpisaną wadliwym, niekwalifikowanym
    podpisem?
  • W aplikacji opcja Pokaż PDF nie zadziałała. Pojawił się jakiś
    komunikat Command not found.
  • Zapisz zadziałało, ale próba otworzenia pliku w Evince skończyła
    się masą komunikatów o błędach w pliku i co najmniej dziwnym obrazem (od biedy
    przeczytać się dało, ale na poczcie takiego kwitku wpłaty raczej nie przyjmą).
    W Acrobat Readerze jednak plik odczytał się prawidłowo.

Jednym słowem: FAIL. Dawno takiego bubla nie widziałem. Właściwie klienci
UPC powinni firmę zaskarżyć, jeżeli to rzeczywiście jest jedynym sposobem
dostarczania im faktur.

W praktyce wystarczyłaby prosta strona HTML z linkami do plików PDF
(prawidłowych). Może nie spełniła by wymogów przepisów o fakturach
elektronicznych, ale dla indywidualnych klientów to nie takie ważne. Po
cholerę więc takie kombinacje?!

Blogfrog?

Wczoraj, przeglądając statystyki, zauważyłem że na mojego bloga ktoś
wchodzi z blogfrog.pl. Postanowiłem
sprawdzić co to takiego i podwójnie się zaskoczyłem:

  • Mam tam konto (Firefox podpowiedział hasło) i najwyraźniej samodzielnie
    zarejestrowałem tam kiedyś swojego bloga (zupełnie tego nie pamiętam).
  • Sporo moich wpisów jest tam oceniona, najwyraźniej przez więcej niż jedną osobę – ktoś tego używa.

Z ocen jednak mały dla mnie pożytek, bo wszystkie sprowadzają się właściwie
do przeciętny. Postanowiłem zobaczyć jak tam wyglądają inne znane mi
blogi… i właściwie żadnego nie znalazłem. Chyba jednak aż taki popularny ten
serwis nie jest…

Picasa Web Albums to jakaś pomyłka

A ja, dla odmiany, pomarudzę na Google. Ich usługa, która niewątpliwie
najbardziej mnie wkurza, to Picasa Web Albums. Wkurza tym bardziej że jest
popularna. Coraz częściej jak znajduję w sieci albo od kogoś dostanę jakiś link
do zdjęć, to prowadzi mnie on właśnie na strony Picasa, a co za tym idzie:

  • Często link, który z założenia ma prowadzić do konkretnego zdjęcia,
    prowadzi do początku galerii. Jeśli ktoś liczy na komentarz do konkretnego
    zdjęcia, a w galerii ma ich to się prawdopodobnie przeliczy.
  • Często bywało, że autor był przekonany, że opublikował zdjęcie na
    blogu, a w rzeczywistości widział je tylko on – czytelnicy bloga nie
    widzieli nic. Zdarzało się, że zdjęcia pojawiały się i znikały bez sensownego
    wyjaśnienia.
  • Albumów w Picasa Web nie da się wygodnie przeglądać wykorzystując
    odpowiednie funkcje przeglądarki: nic nie jest normalnym linkiem i nie można
    sobie np. otworzyć wybranych zdjęć w nowych zakładkach środkowym przyciskiem
    myszy.

Wszystko to wynika głównie z faktu, że to, z czym bardzo dobrze sobie
radzą zwykłe statyczne strony WWW – prezentacja zdjęć – próbuje
się zaimplementować od nowa w postaci aplikacji AJAX. Ale to co dobre jest dla
klienta poczty, czy nawet do zarządzania zbiorem zdjęć, niekoniecznie będzie
najlepszym rozwiązaniem dla galerii zdjęć. Szczególnie, jeśli się nie pomyśli
czego od tego może oczekiwać użytkownik z zewnątrz.

Skąd więc ta popularność Picasa Web Albums? Myślę że z powodu dość udanej aplikacji
Google Picasa i darmowości serwisu, ale czy tylko tym powinniśmy się kierować
chcąc wybrać platformę do udostępniania naszych zdjęć?

Sam długo trzymałem się udostępniania zdjęć z własnego serwera. Dobrze nie
musieć na nikim polegać w tym względzie. Ostatnio jednak zacząłem korzystać
z Flickr – taki dedykowany i sprawdzony
serwis to jednak wygoda. Chętnie też przeglądam cudze zdjęcia w tym serwisie
– nie jest to bolesne przeżycie, bo chociażby środkowy przycisk myszy
działa. :-)

Flickr też używa AJAX, ale tam, gdzie użytkownik oczekuje funkcjonalności
aplikacji użytkowej, a nie strony WWW – a więc głównie do zarządzania
zdjęciami. No i dodatkowo do drobnych usprawnień w interfejsie użytkownika,
jak przewinięcie miniaturek, czy szybkie oznaczenie zdjęcia jako
ulubionego.

Dodatkowym aututem jest dobra integracja z różnym oprogramowaniem. Na
przykład, niezwykle wygodnie wysyła się do Flickr zdjęcia z używanego przeze
mnie programu F-Spot. Ciekawe, czy z Google
Picasa też się da…

Właściwie, to tylko jedno mnie do Flickr zniechęcało… plany kupna
serwisu (wraz z całym Yahoo) przez Microsoft. Na szczęście wygląda na to, że
na razie to niebezpieczeństwo minęło. ;-)

Jest jeszcze jeden drobiazg, może w większości przypadków nieistotny
i generalnie i mnie nie powinien przeszkadzać, ale jednak zniechęca: regulamin
usługi Picasa Web Albums zabrania, między innymi, publikacji wszelkiej
nagości, czy treści które mogą być uznane za dwuznaczne. A więc jakbym
się zdecydował opublikować zdjęcie żony opalającej się topless (nie, nie mam
takich planów ;-), to ryzykowałbym usunięcie konta. Podobnie mama
która chciałaby pokazać jak karmi dzidziusia (nawet bardzo skromnie).
Właściwie to i zupełnie niewinne z naszego punktu widzenia zdjęcie, nie
zawierające żadnej nagości może być przecież uznane za dwuznaczne i od
razu potraktowane na równi z pornografią dziecięcą i propagowaniem
faszyzmu
. No i wielu użytkowników Google AdSense się przekonało, że
korporacji tej nie wiele trzeba do stwierdzenia łamania regulaminu,
a konsekwencje bywają drastyczne i praktycznie nieodwołalne.

Flickr nie bawi się tak w policje obyczajową. Właściwie wszystko można
sobie tam umieszczać. Nie oznacza to jednak pełnej samowolki – nie
należy narażać niezainteresowanych i nieletnich na kontakt
z nieodpowiednimi treściami, więc serwis wymaga od użytkowników, żeby
odpowiednio oznaczali swoje prace. I to działa – grzeczne,
rodzinne zdjęcia współistnieją z tymi bardziej odważnymi i jakoś nikt nie musi
być tym urażony.