Uważaj co czytasz, gdy dziecko patrzy

W tym tygodniu do pracy chodzę dopiero po dwunastej, żeby wcześniej się chorym dzieckiem zajmować. Leżę sobie więc w domku z laptopem i przeglądam WWW. Dokładniej, to czytam sobie
aktualny odcinek komiksu Questionable Content, a dziecko zagląda mi przez ramię… i co gorsza zadaje pytania:

– O czym to jest?

No cóż… nie będę kręcił, w końcu to nic strasznego:

– O pani która zrobiła sobie kolczyk na cipce.

– A czemu tam jest ten pan?

– Bo pani chciała, żeby ktoś ją trzymał za rękę, jak będzie bolało.

Nie jest źle. Jednak dziecko dopatrzyło się czegoś jeszcze:

– A czemu ta pani jest na końcu smutna?

Tu już wolałem ominąć szczegóły:

– Bo ta druga pani jej powiedziała, że musi bardzo uważać, żeby nie bolało.

Po tym już starałem się zmienić temat… Krysia jeszcze tylko spytała A czemu ta pani chciała kolczyk na kitce? dowodząc, że chyba nie wszystko do niej dotarło. I może dobrze. :-)

Feminizm a komunizm

Żonka podrzuciła mi linka do artykułu: Feminizm – nowa wersja komunizmu. I muszę przyznać, że z większością artykułu trudno mi się nie zgodzić. Dobrze ukazuje on absurdalność głównych postulatów wojujących feministek (takich jak różnego rodzaju parytety) i błędy w ich rozumowaniu. Jednak nie cały artykuł mi się podoba…

Autor feministycznej wizji społeczeństwa równouprawnionego przeciwstawia tradycyjny, katolicki (odwołania do kościoła nie brakuje, chociaż IMHO niekoniecznie pasuje tam do argumentacji) model rodziny opartej o trwały monogamiczny związek mężczyzny i kobiety. Wyraźna jest niechęć autora do homoseksualistów i ateistów, chociaż artykuł jest na inny temat. Czasem wręcz sugeruje, że feministka = lesbijka (co jest tak samo prawdziwe jak „homofob = homoseksualista zaprzeczający swojej orientacji”, czyli czasami).

A przecież problem polega na tym, że te polityczne feministki starają się swoje preferencje i poglądy narzucać wszystkim kobietom. A to jest tak samo złe, jak narzucanie wszystkim tradycyjnego modelu rodziny. Skoro większości on odpowiada, to niech większość go stosuje. Ale jak jakaś kobieta woli pracować i zostawić wychowanie dzieci mężowi, albo po prostu związać się z kobietą (bo faceci jej nie pociągają) – niech tak będzie. Nie trzeba od razu doszukiwać się u niej jakiś urazów z dzieciństwa, czy wręcz próbować leczyć.

Niektóre feministki twierdzą, że należy chłopcom kupować lalki, a dziewczynkom samochodziki, żeby walczyć ze stereotypami. Jest to oczywiście bzdurą. Ale niedobre jest zmuszanie do zabawy lalkami dziewczynki, która woli samochody. Ludzie są różni. Nie tylko mężczyźni różnią się od kobiet, ale i kobieta może się różnić od statystycznej kobiety. I oba przypadki należy uszanować.

Szczególnie przykra jest końcówka artykułu: przeciwstawienie normalnej kobiety i feministki. Czy nie ma miejsca na nic pomiędzy? Nawet wśród kobiet uważających się za feministki często można spotkać osoby bardzo rozsądne, a i niektóre postulaty wojujących feministek mogą być inspiracją dla pozytywnych zmian.

Dobra, pomarudziłem, pokrytykowałem… ale i tak, przyznam, że się to (krytyka z artykułu) niektórym feministkom należało! ;-)

Przypadek Sary Palin

Afera prosto z USA: ktoś włamał się na konto mailowe republikańskiej
kandydatki na wice-prezydenta. Kilka ciekawych rzeczy przy tym wychodzi…

Konto niby prywatne (na Yahoo), a podobno było używane do celów
służbowych. Nie dość, że mało profesjonalne, to jeszcze mogło służyć omijaniu
prawa (w USA służbowe e-maile – czyli te ze służbowych skrzynek –
nie mogą być kasowane i teoretycznie wszystkie są archiwizowane). Ale i czy do
celów prywatnych ktoś o takim statusie społecznym nie miałby konta gdzie
indziej niż na Yahoo?

Interesujące jest też jak dokonano tego włamu. Po prostu, ktoś użył
opcji przypominania hasła do konta Yahoo i na zabezpieczający pytania
odpowiedział wiedzą z Wikipedii itp. Zawsze mnie niepokoiły te procedury do
odzyskiwania hasła: jeśli ktoś ma poważny interes, żeby dostać się do mojego
konta, to nie będzie dla niego wielkim problemem ustalić moją datę urodzenia,
panieńskie nazwisko matki, czy kod pocztowy. Nawet imię mojego pierwszego
zwierzaka może da się gdzieś wygrzebać…

Jeszcze mogę zrozumieć pytania bezpieczeństwa tam, gdzie z
użytkownikiem nie ma innego kontaktu, a więc w przypadku darmowych (brak
umowy z danymi teleadresowymi) kont e-mail osób, które alternatywnego adresu
nie mają lub nie chcą podawać. Gorzej tam, gdzie mimo innej formy kontaktu
działa wyżej wspomniana procedura i podanie danych do „pytań bezpieczeństwa”
jest obowiązkowe. Śmieszne jest to „bezpieczeństwo” w popularnej nazwie tej
procedury, bo przecież ona niewiele zabezpiecza, raczej pozwala obejść
zabezpieczenie w postaci hasła. A przecież często lepiej stracić całkiem dostęp
do swojego konta, niż żeby ktoś obcy się do niego dobrał…

Sądzę że w podobny sposób jak pani Paulin kradzione są setki kont na całym
świecie, tyle że tamtymi przypadkami mało kto się zajmuje. A człowiek
odpowiedzialny za ten włam ma duże szanse być złapanym i skazanym w popisowym
procesie… Potem sprawa ucichnie, a politycy i biznesmeni dalej będą służbowo
korzystać z prywatnej poczty w kiepsko zabezpieczonych serwisach….

I jest jeszcze jedna sprawa która mnie zastanawia. Po takim włamaniu i
wycieku (korespondencja pani senator wyciekła i została opublikowana na Wiki
Leaks) spodziewałbym się masę nowych afer opartych o cytaty z tych maili. U nas
byłoby to wręcz pewne – wyobraźcie sobie, że ktoś się dorwał do worka z
nieoficjalnymi wypowiedziami prezydenta. A tu nic. Nie tego się spodziewałem,
szczególnie że o Palin mam już wyrobione nie najlepsze zdanie. Może trzeba
trochę poczekać…

O sprawie przeczytałem u
Vagli
i na
stronach BBC News
(via Google News).

Faktury od UPC

Dzwoni teściowa, że nie może faktur za Internet i kablówkę, poprosiła
więc swoją córkę o pomoc… Ika zalogowała
się ze swojego laptopa do systemu w imieniu teściów… Faktury znalazła,
ale też poległa przy próbie pobrania. Zawołała mnie…

I co widzę?

  • Po pierwsze flashową aplikację wyświetlającą listę faktur
    i podgląd faktury… Przecież wystarczyłaby tabelka w HTML z linkami do
    dokumentów. Nie każdy i nie wszędzie musi mieć działającego Flasha.
  • Po kliknięciu w Fakturę elektroniczną przeglądarka krzyczy, że
    potrzebna Java. No, widać Flash to za mało. U Iki plugin Java był, ale nie
    działał (znany błąd w Javie, trzeba było export
    LIBXCB_ALLOW_SLOPPY_LOCK=1
    zrobić, żeby zadziałał).
  • Gdy już Java nam ruszyła, to nas zapluła komunikatami o nieprawidłowym
    certyfikacie. Pół biedy, że nieznany wystawca (może mamy braki w bazie CA),
    ale certyfikat był najwyraźniej przeterminowany!
  • Po uruchomieniu aplikacji częściowo wyjaśniła się zawiłość procedury
    – aplikacja sprawdza kwalifikowany podpis na fakturze.
    Więc to pewnie próba dostosowania się do przepisów o fakturach
    elektronicznych. Tyle, że jaki sens ma sprawdzanie kwalifikowanego podpisu
    aplikacją ściągniętą z sieci, samą podpisaną wadliwym, niekwalifikowanym
    podpisem?
  • W aplikacji opcja Pokaż PDF nie zadziałała. Pojawił się jakiś
    komunikat Command not found.
  • Zapisz zadziałało, ale próba otworzenia pliku w Evince skończyła
    się masą komunikatów o błędach w pliku i co najmniej dziwnym obrazem (od biedy
    przeczytać się dało, ale na poczcie takiego kwitku wpłaty raczej nie przyjmą).
    W Acrobat Readerze jednak plik odczytał się prawidłowo.

Jednym słowem: FAIL. Dawno takiego bubla nie widziałem. Właściwie klienci
UPC powinni firmę zaskarżyć, jeżeli to rzeczywiście jest jedynym sposobem
dostarczania im faktur.

W praktyce wystarczyłaby prosta strona HTML z linkami do plików PDF
(prawidłowych). Może nie spełniła by wymogów przepisów o fakturach
elektronicznych, ale dla indywidualnych klientów to nie takie ważne. Po
cholerę więc takie kombinacje?!

Blogfrog?

Wczoraj, przeglądając statystyki, zauważyłem że na mojego bloga ktoś
wchodzi z blogfrog.pl. Postanowiłem
sprawdzić co to takiego i podwójnie się zaskoczyłem:

  • Mam tam konto (Firefox podpowiedział hasło) i najwyraźniej samodzielnie
    zarejestrowałem tam kiedyś swojego bloga (zupełnie tego nie pamiętam).
  • Sporo moich wpisów jest tam oceniona, najwyraźniej przez więcej niż jedną osobę – ktoś tego używa.

Z ocen jednak mały dla mnie pożytek, bo wszystkie sprowadzają się właściwie
do przeciętny. Postanowiłem zobaczyć jak tam wyglądają inne znane mi
blogi… i właściwie żadnego nie znalazłem. Chyba jednak aż taki popularny ten
serwis nie jest…

Picasa Web Albums to jakaś pomyłka

A ja, dla odmiany, pomarudzę na Google. Ich usługa, która niewątpliwie
najbardziej mnie wkurza, to Picasa Web Albums. Wkurza tym bardziej że jest
popularna. Coraz częściej jak znajduję w sieci albo od kogoś dostanę jakiś link
do zdjęć, to prowadzi mnie on właśnie na strony Picasa, a co za tym idzie:

  • Często link, który z założenia ma prowadzić do konkretnego zdjęcia,
    prowadzi do początku galerii. Jeśli ktoś liczy na komentarz do konkretnego
    zdjęcia, a w galerii ma ich to się prawdopodobnie przeliczy.
  • Często bywało, że autor był przekonany, że opublikował zdjęcie na
    blogu, a w rzeczywistości widział je tylko on – czytelnicy bloga nie
    widzieli nic. Zdarzało się, że zdjęcia pojawiały się i znikały bez sensownego
    wyjaśnienia.
  • Albumów w Picasa Web nie da się wygodnie przeglądać wykorzystując
    odpowiednie funkcje przeglądarki: nic nie jest normalnym linkiem i nie można
    sobie np. otworzyć wybranych zdjęć w nowych zakładkach środkowym przyciskiem
    myszy.

Wszystko to wynika głównie z faktu, że to, z czym bardzo dobrze sobie
radzą zwykłe statyczne strony WWW – prezentacja zdjęć – próbuje
się zaimplementować od nowa w postaci aplikacji AJAX. Ale to co dobre jest dla
klienta poczty, czy nawet do zarządzania zbiorem zdjęć, niekoniecznie będzie
najlepszym rozwiązaniem dla galerii zdjęć. Szczególnie, jeśli się nie pomyśli
czego od tego może oczekiwać użytkownik z zewnątrz.

Skąd więc ta popularność Picasa Web Albums? Myślę że z powodu dość udanej aplikacji
Google Picasa i darmowości serwisu, ale czy tylko tym powinniśmy się kierować
chcąc wybrać platformę do udostępniania naszych zdjęć?

Sam długo trzymałem się udostępniania zdjęć z własnego serwera. Dobrze nie
musieć na nikim polegać w tym względzie. Ostatnio jednak zacząłem korzystać
z Flickr – taki dedykowany i sprawdzony
serwis to jednak wygoda. Chętnie też przeglądam cudze zdjęcia w tym serwisie
– nie jest to bolesne przeżycie, bo chociażby środkowy przycisk myszy
działa. :-)

Flickr też używa AJAX, ale tam, gdzie użytkownik oczekuje funkcjonalności
aplikacji użytkowej, a nie strony WWW – a więc głównie do zarządzania
zdjęciami. No i dodatkowo do drobnych usprawnień w interfejsie użytkownika,
jak przewinięcie miniaturek, czy szybkie oznaczenie zdjęcia jako
ulubionego.

Dodatkowym aututem jest dobra integracja z różnym oprogramowaniem. Na
przykład, niezwykle wygodnie wysyła się do Flickr zdjęcia z używanego przeze
mnie programu F-Spot. Ciekawe, czy z Google
Picasa też się da…

Właściwie, to tylko jedno mnie do Flickr zniechęcało… plany kupna
serwisu (wraz z całym Yahoo) przez Microsoft. Na szczęście wygląda na to, że
na razie to niebezpieczeństwo minęło. ;-)

Jest jeszcze jeden drobiazg, może w większości przypadków nieistotny
i generalnie i mnie nie powinien przeszkadzać, ale jednak zniechęca: regulamin
usługi Picasa Web Albums zabrania, między innymi, publikacji wszelkiej
nagości, czy treści które mogą być uznane za dwuznaczne. A więc jakbym
się zdecydował opublikować zdjęcie żony opalającej się topless (nie, nie mam
takich planów ;-), to ryzykowałbym usunięcie konta. Podobnie mama
która chciałaby pokazać jak karmi dzidziusia (nawet bardzo skromnie).
Właściwie to i zupełnie niewinne z naszego punktu widzenia zdjęcie, nie
zawierające żadnej nagości może być przecież uznane za dwuznaczne i od
razu potraktowane na równi z pornografią dziecięcą i propagowaniem
faszyzmu
. No i wielu użytkowników Google AdSense się przekonało, że
korporacji tej nie wiele trzeba do stwierdzenia łamania regulaminu,
a konsekwencje bywają drastyczne i praktycznie nieodwołalne.

Flickr nie bawi się tak w policje obyczajową. Właściwie wszystko można
sobie tam umieszczać. Nie oznacza to jednak pełnej samowolki – nie
należy narażać niezainteresowanych i nieletnich na kontakt
z nieodpowiednimi treściami, więc serwis wymaga od użytkowników, żeby
odpowiednio oznaczali swoje prace. I to działa – grzeczne,
rodzinne zdjęcia współistnieją z tymi bardziej odważnymi i jakoś nikt nie musi
być tym urażony.

Blog Day 2008

Zastanawiałem się czy ta akcja ma sens… i dalej nie wiem, ale jak jest
okazja zarekomendować blogi, które chętnie czytam, to czemu nie.
:-)

No to jedziemy, alfabetycznie, bo nie ma co wartościować. No i jak jakiś
blog się nie załapał, to nie znaczy, że jest gorszy. Może po prostu akurat
teraz nie przyszedł mi do głowy, albo uznałem, że promocji nie potrzebuje.
:-)

  • e-Lady – dziewczyny
    prowadzą sklep z bielizną i niezwykle ciekawego bloga, wcale nie o tej
    bieliźnie (no, przeważnie nie).
  • Fraglesi
    z przymróżeniem oka o aktualnej polityce i nie tylko (np. jest parę wpisów o Kocie Romanie).
  • Grace the Spot – blog
    założony przez dwie i prowadzony w sumie przez sześć Gracji
    świat oczami lesbijek (a głównie USA i środowisko tychże lesbijek). Szczególnie
    przyjemny jest cykl Stuff Lesbians Like.
  • k.o.Kaina – niewulgarnie
    o seksie, a do tego obrazki.
  • Siwa – klasyka Joggera.
    Niestety, ostatnio mało aktywna. Jednak, jak już się jakiś wpis zdarzy, to
    zwykle rozbawia jak dawniej.

Można zauważyć, że na liście brakuje tech-blogów, czy innych
specjalistycznych – właściwie wszystkie to spojrzenie autorów na
otaczający ich świat i osobiste przemyślenia na ten temat (kompatybilne z moim
światopoglądem), najlepiej z pewną dozą humoru. To chyba jest to, czego ja
szukam na blogach.