I znów się pochorowałem…

(ten wpis to przestroga dla mnie na przyszłość, innym radzę go
zignorować)

Tym razem niejako na własne życzenie. Wczoraj w ośrodku na
obiad była grochówka (pyszna) i pierogi z kapustą i grzybami
(w tym przypadku beznadziejne), a na kolację… bigos
(pyszny). Normalnie z żoną nie jemy kolacji na ośrodku,
ale teściowa zrezygnowała z bigosu w trosce o swoją wątrobę,
więc mnie przypadła jej porcja. Zjadłem ile tylko byłem w
stanie — uwielbiam bigos… niestety. Żona twierdzi, że
takie jedzenie zawsze mi szkodzi i pewnie ma rację, ale ja bym
wolał, żeby szkodziło mi coś, czego nie lubię, jak już musi mi
coś szkodzić.

W nocy obudziła mnie potrzeba wyjścia do kibelka. Jak
wyszedłem, to siedziałem tam z pół godziny, w tym 15 minut
ciurkiem ze mnie leciało. Potem wróciłem do łóżka i nawet
zasnąłem. Do rana kilka razy się budziłem, ale nie było tak
źle. Gorzej rano, gdy wstawałem. Okazało się, że wszystko mnie
boli (oprócz brzucha: głowa, mięśnie, skóra) i niespecjalnie
mogę, czy mam ochotę się ruszać. Ale zjadłem dwie bułeczki
i postanowiłem z żonką i córką wyjść na spacer. Nie był to
najlepszy pomysł. Okazało się, że normalne tempo spacerowe
mojej żony z wózkiem, to stanowczo dla mnie za szybko i w
ogóle marzyłem o miejscu leżącym. Trawnik sołtysa okazał się
nie dość wygodny, a pozatym zacząłem też tęsknić za kibelkiem,
więc wróciłem do domku. Po drodze zanieczyściłem kawałek, lasu
bo jednak domek był za daleko. Do obiadu przeleżałem.

Przy obiedzie byłem paskudny (jak jestem chory, to bywam
nieznośny. Pocieszające jest jedynie to, że podobno większość
facetów tak ma), ale mimo to kochana żona zadbała o to, żebym
jednak coś zjadł. Potem moje dziewczyny poszły na plażę, a
ja leżałem w domku, marzłem (mimo swetra) i miałem nadzieję,
że to co zjadłem zaraz nie ucieknie… Nawet nie
uciekło.

Zajrzałem na tą plażę, bo ile można leżeć w pokoju. Zimno mi
było w polarze i długich spodniach, ale na plaży, gdzie
potwornie wiało, już jakby mniej. Chwilę tam posiedziałem,
potem rodzinka się zbierała, a ja z nimi. Dziecko jeszcze
zostało się bawić na mieście, a ja zabrałem rzeczy i
wróciłem do domku — bliżej kibelka czułem się
bezpieczniej, a i spacerek zdążył mnie zmęczyć. Dziewczyny
wróciły trochę później i żona mi opowiedziała jak się Krysia
bawiła. Potem pojechały ciuchajką do Niechorza. Ja wolałem nie
ryzykować i oszczędzić im jednego marudy na miejscu.

Jakoś sobie radzę

Wczorajszym obiadkiem się nawet nie otrułem. Co ciekawsze nawet mi smakował,
a przecież tylko wrzuciłem na patelnię co mi w ręce wpadło: boczek, kiełbasę,
cebulę, czosnek, marchewkę, makaron i ser.

Wieczorem zabrałem się za nowy parser strumienia dla PyXMPP, bo z
libxml2-2.6.7 dotychczasowy nie działa i podobno to jest ficzer a nie bug.
Mam już gotowy analizator leksykalny – automat Mealy’ego na 35 stanach, który
bez problemu wyłuskuje konkretne tagi oraz dane pomiędzy nimi ze strumienia XML,
nie głupiejąc nawet na sekcjach CDATA, czy niewyeskejpowanych
> w wartościach atrybutów. Nie obsługuje DTD, ale to i
tak w strumieniach XMPP jest zabronione. Obsługuje za to (tzn. umie ignorować)
PI i komentarze, mimo że też nie musi. Najlepsze jest to, że automat zadziałał
poprawnie (na ile go przetestowałem) za pierwszym razem gdy go uruchomiłem i
udało mi się go jakimiś danymi nakarmić. Teraz jeszcze muszę dokończyć
wyłuskiwanie początku/końca strumienia i pełnych zwrotek oraz przekazywania tego
do parsowania przez libxml2 (mój preparser nawet nie do końca sprawdza
czy otrzymany XML jest well-formed).

Pracę zacząłem on restartowania serwera na Opteronach który zrobił Ooopsa.
Niektóre kernele na nim odpalane od razu wywalały się z machine check
exception
, więc wiem że coś jest skopane. Dzisiaj nawet próbowałem dojść do
tego co dokładnie i zacząłem analizować kody które mi któryś z tych kerneli
wyrzucił. Ale zanim się mniej-więcej w tym połapałem i znalazłem odpowiednie
tabelki w specyfikacji, to minęła 16-ta i czas było wracać do domu.

Po drodze do domu poszedłem na obiad do Sphinksa. Pierwszy raz zresztą.
Jedzenie może nie rewelacyjne, ale dobre, dużo i w miarę tanie. Zresztą w moim
przypadku to już sukces, że byłem w stanie to zjeść bez kombinowania.
Wielokrotnie już zamawiałem jedzenie, którego potem nie byłem w stanie zjeść i
zostawiałem nieruszone. Tym razem dla pewności nawet wypytałem najpierw kelnera
czy ta Shoarma na pewno nie ma żadnych pomidorów i czy przypadkiem nie jest
przyprawiona na słodko. Nic z tych rzeczy, więc zamówiłem. I rzeczywiście na
talerzu było wszystko jadalne – frytki, mięsko i normalna (bez
majonezu/śmietany/pomidorów/buraczków) surówka. Podali też trzy różne sosy w
miseczkach, ale tego nie musiałem ruszać (dwa spróbowałem na końcu frytki, ale
ten ostry był z pomidorami i wcale nie taki ostry, a czosnkowy chyba na
śmietanie – nic dla mnie). Jeszcze kiedyś się tam wybiorę, może z żonką.
A jutro Bar pod Pierożkiem :-) .

Wczoraj…

Mama jest zawalona egzaminami do sprawdzania, więc zamiast obiadu u niej
musieliśmy sami sobie coś zorganizować. Wybraliśmy się więc do pizzerii.
Pizzeria okazała się porządniejszą restauracją i zamiast Pizzy ja
zamówiłem „żeberka na ostro z purée fasolowym”, a żona Lasagne ze
szpinakiem. Dobre było, ale rachunek podano mi z cukierkami – dla
osłody sumy jaka tam widniała. Krysia przez większość naszego obiadu
słodko spała w wózeczku obok stolika.

Potem Iwona z Krysią pojechały do domu, a ja udałem się na wykład
o DNSie zorganizowany przez SLUG. Nie dowiedziałem się
może niczego nowego, ale warto było, chociażby żeby spotkać się
z lokalnym „community”. Wykład był poprowadzony bardzo dobrze, IMHO
wypadł najlepiej z wykładów z serii GNU/Politechnika, na których byłem.
No, może prelegenci się zbytnio rozgadali (trwało to prawie trzy
godziny), ale na ten temat można by mówić i o wiele dłużej.

Jak zwykle na wykładzie rozdano ankiety. Tym razem było tam pytanie
„na jakie jeszcze wykłady się wybierasz?”. Z tego co ludziom zza ramion
podejrzałem, to mało kto wybiera się na mój wykład o Jabberze. Może
i lepiej – kompromitacja będzie mniejsza :). Myślę że zainteresowanie
tematem jest małe, bo mało kto ten temat traktuje poważnie
– większości kojarzy się on z GaduGadu i rozmowami w stylu „Skond
klikasz? Ile masz latek?”. A może rzeczywiście, to nie jest
wystarczająco poważna tematyka, aby wykład o niej prowadzić?

i po roczku

Tak jak już pisałem wczoraj Krysia skończyła roczek. Z tej okazji wyciągnięto mnie – bezbożnika – do kościoła (na szczęście przez większość czasu tylko „pilnowałem wózka” na zewnątrz), a potem zwaliło się 11 osób na „drobny poczęstunek”. Dobrze, że Jubilatka miała cały czas dobry humor – pewnie głównie dlatego, że pozwoliliśmy się jej pobawić tortem :).

Potem mieliśmy chrzestnych zabrać na obiad do Naleśnikarni. Chrzestny uciekł, więc zabraliśmy tylko chrzestną. Tym razem zapomniałem uprzedzić kelnera, że nie chcę sosu pomidorowego (brrr) i jedzenie zaczynałem od jego zeskrobywania. Papryki też było jak dla mnie za dużo – nie nadaję się do jedzenia w takich miejscach – ale i tak było dobre :). Oczywiście Krysia długo nie mogła usiedzieć spokojnie, więc jak już zjadłem swojego naleśnika, to prowadziłem ją tam i spowrotem po knajpie (ona oczywiście pchała wózek i zaczepiała ludzi).

Po obiadku przejażdżka po Gliwicach „szlakiem placów zabaw”. W parku Chopina żona spotkała internetową koleżankę (też z dzidzią). Do domu dotarliśmy chyba około 18:30. Komputera nawet nie włączałem – dlatego wpis dopiero dzisiaj.

Dzisiaj też zauważyłem co się stało z moim poprzednim wpisem. Wygląda na to, że znowu muszę sobie specyfikację HTML poczytać 🙂

Moje dziewczyny wróciły :)

Obiecałem żonie, że przed jej powrotem posprzątam mieszkanie. Więc od rana sprzątałem. O 12:09 dostałem SMSa, że wyjeżdżają z Bochni, a zdążyłem zrobić dopiero połowę. Dojechały chwilę po drugiej. Nie zdążyłem sprzątnąć wszystkiego, ale starczyło 🙂
Dom był wysprzątany, ale obiadu nie było. Gdy Krysia po cycu zasnęła zamówiliśmy sobie pizze. Pizze były dobre, ale nie daliśmy im całym rady. A facet z pizzeri obudził Krysię dzwonkiem do drzwi – trudno, musieliśmy się z tym liczyć.
Dzidziuś dostał obiadek, a następnie wyciągnął nas na spacerek. Oczywiście chyba z godzinkę spędziliśmy na placu zabaw przy karuzeli. W tym czasie chyba 4 innych dzieci zdążyło się karuzelą znudzić, a Krysia ciągle albo była kręcona, albo sama kręciła karuzelą. W sumie mamy nieźle – roczny dzidziuś i sam się potrafi na placu zabaw bawić 🙂 Przy okazji była atrakcją dla przechodniów – wszyscy byli zachwyceni jej uśmiechem i śmiechem podczas zabawy.
Przy komputerze dzisiaj nie zrobiłem nic – może i dobrze, zawsze jakaś odmiana 🙂

Święta…

Obżarstwo zaczęliśmy jeszcze wczoraj, a i tak do końca świąt się nie wyrobimy. Dzisiaj wybraliśmy się na świąteczny spacerek. Pogoda wspaniała, a Krysia pełna energii. Od rana jeszcze nie spała, a zwykle zasypia chwilę po 12-tej na spacerku. Na dzisiejszym spacerku bawiła się z rodzicami w parku. Najważniejszym elementem placu zabaw okazała się karuzela – Krysia najchętniej dałaby się w niej kręcić przez cały dzień. Nawet jak nie siedziała na karuzeli, to chodziła w niej w kółko jak w kieracie (zacząłem się zastanawiać, czy nie spróbować w ten sposób produkować energii elektrycznej na własne potrzeby 🙂 ). Po spacerku tradycyjny obiad u babci, potem do domku, a Krysia wciąż wesoło się bawi.

Transport GG też nie jest w czasie świąt zaniedbywany. Mimo moich usilnych starań nie udało mi się go wywalić na serwerze z zarejestrowanymi 83 użytkownikami. Tłumaczenie już prawie skończone, i możliwe że użytkownicy i administratorzy dostaną wersję 2.0.0 „na zajączka”. Jeśli chodzi o wersjonowanie, to chyba nie będę się bawił w żadne „pre”, „beta” itp., bo to w praktyce nie wychodzi. Po prostu wersje będą w postaci: x.y.z, zwiększenie z będzie oznaczało poprawki, zwiększenie x rewolucyjne zmiany, a zwiększenie y zmiany, może nie rewolucyjne, ale na tyle istotne, że mogą coś popsuć.