Hey

Ile można siedzieć w domu, chodzić na spacerki i słuchać muzyki z radia
w komórce? Wczoraj więc wybrałem się na koncert Hey w zabrzańskim Wiatraku.
Poprzedni ich koncert bardzo mi się podobał, a i forma już mi pozwala na takie
wypady. Żonka mi nawet pozwoliła wziąć samochód. :-)

Tym razem nie chciałem spędzić godziny w prawie pustym klubie, więc
postanowiłem przyjechać tam trochę po oficjalnej godzinie rozpoczęcia.
Niestety miało to swoje minusy – pod Wiatrakiem nie było już gdzie
zaparkować, więc musiałem kilkaset metrów się przejść. Nie mogłem więc
zostawić kurtki w samochodzie, przez co musiałem jeszcze odstać swoje
w kolejce do szatni przed i po koncercie.

W samym Wiatraku nieco zmieniło się od ostatniego razu. Scena została
przeniesiona na lewą ścianę – jest teraz większa i nie ma kolumny po
środku. Może straciła trochę z klimatu, ale za to jest praktyczniejsza.
Szatnie wylądowały tam, gdzie kiedyś były garderoby. Dla publiczności chyba
też jest teraz odrobinę więcej miejsca.

Sam koncert oczywiście świetny. Na początku przeboje ze starych płyt.
Trochę mnie zaskoczyło jak dobrze je znam, przecież słuchałem tego naście lat
temu. Ale prawie cała publiczność śpiewała z Kasią, mimo, że większość z tych
ludzi chodziła do przedszkola, gdy te utwory powstawały. Teksty (te dobrze
znane, jak i nowe), jak i pełen emocji głos Kasi sprawił, że chwilami łezka
się w oku zakręciła. Reszta zespołu też zapewniła spory kawałek dobrego rocka.

To co po raz kolejny zrobiło na mnie wrażenie, to jak zespół wychodził na
scenę: widać, zagrać porządny koncert, a nie pajacować. Młode zespoły zwykle
ubierają się, malują i zachowują tak, żeby się w ten sposób wyróżnić, a ci
weszli ubrani normalnie (no może z wyjątkiem klawiszowca, pod krawatem
:-)) i po prostu zrobili swoje. I obyli się bez piwa i bez
papierosów na scenie (to akurat grzechy niektórych doświadczonych wykonawców).
To się nazywa profesjonalizm.

Tym razem nie miałem większych problemów ze zrozumieniem tekstów –
albo poprawiła się akustyka lokalu, albo akustyk zrobił lepszą robotę, albo…
przygotowałem swoje uszy muzyką ze słuchawek. Z Wiatrakowych uprzykrzeń
zostało jedno: idioci, a głównie młodociane idiotki, z papierosami… Jak
papierosa przy piwku przy stoliku jeszcze mogę zrozumieć (chociaż też mi się
to nie podoba), to w środku rozbawionego tłumu, gdzie jeden na drugiego wpada,
a i oddychać i tak nie ma czym, palenie jest dla mnie zupełnym idiotyzmem. Do
domu wróciłem śmierdzący.

A teraz mam problem… po takim koncercie chciałoby się płytę kupić
i znowu nie wiem którą…;-)

Wigilia jak nigdy

Obudziłem się przed szóstą rano. Żonka wstała chwilę po ósmej. Zrobiła mi
śniadanko itp, a sama poszła do pracy. Ja zostałem z Krysią, bo dzisiaj
przedszkole nieczynne.

Krysia obudziła się jakoś grubo po dziewiątej. Poinformowałem ją, że podobno
ma sobie sama zrobić śniadanko (lambasiki, masło i nóż czekały gotowe do
posmarowania). Najpierw stwierdziła, że nie chce. Potem, że mi zrobi
śniadanko. Bardzo miło z jej strony, ale ja już zjadłem. W końcu sama sobie
zrobiła: z masełkiem i serkiem z marcheweczką (czyli z łososiem).

Obejrzeliśmy parę odcinków I co wy na to? na National Geographic.
Najwyraźniej ją to zainteresowała, nawet stwierdziła, że to bardzo mądry
film
. Zapewne niewiele z tego rozumiała, ale niech właściwe
zainteresowania rozwija. :-) W końcu trzeba było telewizor
wyłączyć, bo ile może dziecko oglądać…

Zająłem się trochę standardowym chorobowym zabijaniem czasu przy pomocy
laptopika, a trochę przygotowywaniem niespodzianki dla żonki (marnej namiastki
prezentu, którego nie byłem jej w stanie kupić). Krysia się zainteresowała tym
co robię, to musiałem ją nieco wtajemniczyć. Z zastrzeżeniem, żeby mamie nic
nie mówiła. Ogólnie córeczka bawiła się bardzo grzecznie i gotowa była się
tatusiem opiekować.

Oczywiście, jak tylko mama przyszła, to jej dziecię oznajmiło, że ma nie
patrzeć na tatusia, bo on robi niespodziankę
. Na szczęście dalszych
szczegółów nie ujawniła.

Dostałem obiadek, moje aniołki popakowały prezenty i wrzuciły pod choinkę,
a potem poszły do dziadków, na wigilijną kolację. Wrócą po bajce. Ja
dzielnie prezentów nie ruszam (ta, jasne… na samą myśl, jak się po nie
schylam, boli mnie bardziej).

Więc jak na razie spędzam sobie wigilię w łóżku z laptopem, przed
telewizorem. Ruszałem się tyle co do kibelka i na spacer do lasu (parę
razy do pokoju z choinką i z powrotem, żeby mi całkiem mięśnie nie zanikły).
A najgorsza perspektywa na dziś, to wizyta mojej mamy. Niestety w końcu trzeba
było ją poinformować, że obolały w łóżku leżę (i przez to nie mogę jej
odwiedzić)…

Ogólnie jest nawet całkiem sympatycznie. Przynajmniej część świątecznego
cyrku mnie ominie. :-) Szkoda tylko, że będę musiał ograniczyć
niezdrowe żarcie: ani za bardzo nie jestem w stanie zjeść tyle co zwykle na
święta, ani nie byłby to dobry pomysł, gdy tak ciągle leżę.

Optymizm

Rok temu był świetny Hubertus. Ja, z racji słabych umiejętności, nie brałem
udziału w pogoni za lisem, ale postanowiłem następnym razem to sobie nadrobić.
Za to świetnie się wyszalałem na wieczornej imprezie. W tym roku może być
jeszcze lepiej… :-)

Latem się zorientowałem, że ból w plecach to poważna sprawa i raczej koniki
muszę sobie na jakiś czas odpuścić. Więc nawet, jeśli do Hubertusa będę mógł
wsiąść na konia, to nie zdążę wyćwiczyć formy. :-( Trudno, w tym roku nie pojadę.
Ale być widzem na tej imprezie też jest fajnie. Może porobię zdjęcia żonce na
najpiękniejszym koniu ze stajni. I zawsze pozostaje impreza, tam sobie
odbiję… :-)

Od tamtego czasu zdrowie mi się nie polepszyło. Właściwie to jest gorzej.
Nie tylko nie nadaję się na konia, ale i do tańca. :-( No cóż.
I tak będzie rozrywka na świeżym powietrzu – pooglądam gonitwę,
pokibicuje. A wieczorem na imprezie będę mógł chociaż popatrzeć na bawiące się
dziewczyny. No i trochę mogę się pogibać przy wolniejszych kawałkach. Dziecko
zostanie u dziadków, to zapowiada się ciekawy wieczór. :-)

Dzisiaj piękna pogoda, ale gorzej wyglądają prognozy na jutro. Wszystko
wskazuje na to, że w trakcie gonitwy będzie padało, może nawet lało.
:-( No, może się jakoś uda bieg zorganizować… No i zawsze
pozostaje impreza… :-)

Wieczorem dziecko dostało gorączki. Nie wiadomo, czy do jutra wyzdrowieje.
Dziecka z gorączką raczej dziadkom nie zostawimy, już raz im sprzedała
jakąś zarazę… :-(

Optymizm mi się kończy…

Koncertowa rozpusta

A
więc jednak
pozwoliłem sobie na rozpustę i byłem w ten weekend na trzech
koncertach. Po dwóch koncertach z okazji, wcześniej wspomnianego,
Pożegnania Lata w piątek, wczoraj wybrałem się na, ostatni na Śląsku,
koncert Pidżama Porno.

Prawdę mówiąc nie znam za bardzo twórczości Pidżama Porno, ale w moim
Loved tracks na Last.FM jakoś znalazło się parę ich piosenek, a więc
najwyraźniej lubię. Jak lubię, to pewnie warto poznać. A jak się zespół
rozwiązuje, to trzeba było i skorzystać z ostatniej okazji wysłuchania na
żywo.

Koncert był w Zabrzu, w Wiatraku,
po letnim remoncie. Pojechałem tramwajem, bo z moją rwą kulszową, to do jazdy
się nie nadaję (nieciekawie by było jakby podczas jazdy złapał mnie ból
uniemożliwiający koncentrację i zdrętwiałaby mi lewa noga). Na szczęście,
godziny koncertu rozsądne i tramwajów w obie strony nie brakowało.

Przed Wiatrakiem czekał już tłum, jakiego jeszcze tam nie widziałem
(bilety wyprzedane już dawno). I znowu poczułem się strasznie staro –
większość to dzieciarnia (a w tę dzieciarnię mogli się wliczać
i studenci)… ale cóż, dziadek-inwalida też może się czasem wyszaleć.

Damska część dzieciarni miejscami wydała się od razu nieco starsza, jak
tylko zrzuciła wierzchnie ciuszki. Cała masa dekoltów ukazujących, nieprzyzwoicie
młode biusty (może o swoje stare serce też powinienem się martwić?). Większość
takich przypadków jednak w myślach kwitowałem: podobałaby mi się… jakieś
piętnaście lat temu
. Uff… przynajmniej mój gust pod prokuraturę nie
podpada… ale za to trudniej go na takich imprezach zaspokoić.
;-)

Sam koncert dość mocno się różnił od sobotnich. Zamiast akustycznych
ballad, czy bluesów, ostrzejsza rąbanka. Publiczność przy tym też dużo
aktywniej się bawiąca. Ja się ograniczałem do lekkiego kiwania — skakanie,
nie mówiąc o pogo, to już nie na moje zdrowie. Ale bawiłem się nieźle.
Bawiłbym się jeszcze lepiej, gdybym znał te piosenki, tak jak większość na
sali… ale cóż, nie znałem. Dobrze, że tym razem chociaż trochę tekstów dało
się zrozumieć i czasem kawałek refrenu mogłem z innymi wykrzyczeć.

Atmosfera była bardzo gorąca. W przenośni i dosłownie. Niektóre dziewczyny
rozbierały się do staników, sądząc po opływającym je pocie, nie tylko ze
względu na ewentualny ekshibicjonizm. Po koncercie z wyjścia się po prostu
dymiło, jak z otwartych drzwi do sauny. Ale mało kto narzekał –
praktycznie wszyscy się po prostu świetnie bawili.

Sprytnie odebrałem swoje rzeczy z szatni na ostatnim bisie tak, że ominęła
mnie kolejka i zdążyłem na pierwszy tramwaj po koncercie. Dotarłem do domku
o całkiem sensownej porze, zdążyłem nawet jeszcze jakieś pieczywo kupić. I nie
śmierdziałem tym razem papierosami (polar był zamknięty szczelnie w plecaku
w szatni, a na sali, w tym tłoku, tylko paru kompletnych idiotów paliło)…
ale wciąż końmi, po porannej wizycie w Szałszy. ;-)

Koncertowe pożegnanie lata

Jakiś czas temu, Last.fm, wśród rekomendowanych imprez pokazał
mi koncert Voo Voo z Trebunimi
Tutkami w Gliwicach
. Przyjąłem do wiadomości, ale się nie wybierałem.
W niedzielę jadę przecież na Pidżama
Porno
. Dwa koncerty w jeden weekend to byłaby przecież rozpusta…

Tydzień temu byliśmy na zakupach w C.H. Arena. Tam rzucił się na mnie
plakat Kolegów na tablicy Gliwickiego Teatru Muzycznego
Maleńczuk z Waglewskim mieli zagrać w Ruinach Teatru. Zaraz po powrocie do
domu sprawdziłem w internecie szczegóły. Okazało się,
że jest to część imprezy pod nazwą Pożegnanie Lata, tak samo jak
wspomniany koncert Voo Voo. Bilet na oba koncerty kosztował 30zł (na samych
kolegów 25zł), więc po prostu nie mogłem nie wybrać się na oba.

Jeszcze raz zajrzałem na Last.fm, okazało się, że drugi koncert też tam
był, tylko automat mi go nie podpowiedział. Przy okazji znalazłem drobne
nieścisłości (między innymi jeśli chodzi i miejsce koncertu). Co mogłem
poprawiłem ręcznie, resztę przekazałem w komentarzu dla moderatorów.
Zareagowali szybko, po dwóch godzinkach koncerty były już w Ruinach.

No i wczoraj byłem na tych koncertach. Najpierw Trebunie Tutki pokazały,
że Polska ma też dobrego folka. Potem dołączyło się Voo Voo i pokazało, że
takie eksperymenty i zabawa muzyką to jest to, co lubią najbardziej. Całkiem
przyjemny ten pierwszy koncert. A drugi był po prostu rewelacyjny!
:-). Koledzy MM i WW zagrali piękny akustyczny koncert –
rocka, bluesa i pomiędzy. Przy okazji słodko sobie dogryzali (jaki to
Waglewski stary i jak to Maleńczuk na gitarze grać nie umie). Chyba sobie
kupię płytę.

Weselicho

Wczoraj żony kolega z pracy się ożenił (łączymy się z nim w bólu
;-)). Ślub był kościelny. Pełna ceremonia ze mszą, więc ja się do
kościoła nie pchałem, zostałem w samochodzie. Zajrzałem do środka (przez
otwarte drzwi) dopiero, gdy żona dała mi znać, że zaczyna się istotna część…

Tak smutnej uroczystości dawno nie widziałem. Porównywalny był chyba tylko
pogrzeb babci. Nawet państwo młodzi składali sobie przysięgę tak, jakby się
rzeczywiście skazywali na jakieś wielkie nieszczęście do końca życia. Tylko
chór ładnie śpiewał… ale też tego śpiewu nie można było nazwać radosnym. Im
bardziej się temu przyglądam, tym mniej ten Kościół rozumiem. Powaga powagą,
ale to przecież powinna być radosna uroczystość! To już ślub mojej mamy
w Urzędzie Stanu Cywilnego był weselszy. Ale i nasz ślub, kościelny, nie był
taki drętwy.

Ja i tak miałem łagodniejszą wersję, Ika w kościele spędziła ponad godzinę.

Potem pojechaliśmy na wesele. Tu nastrój był zgoła odmienny. Szczególnie
w naszym końcu weselnego stołu. Ja z Iką siedzieliśmy, z niewyjaśnionego
powodu, na jednym z końców stołu, przy nas jej (i pana młodego) koledzy
z pracy. Chyba dla przyzwoitości posadzono obok nas jeszcze księdza. Chyba nie
wiele pomogło, bo nasza grupka dobrze się bawiła i co chwilę wybuchała gromkim
śmiechem jeszcze zanim napełniono pierwsze kieliszki, a uświęcone towarzystwo
niespecjalnie nas krępowało.

Zabawa rozkręciła się właściwie od samego początku. Jednoosobowa orkiestra
dawała radę – facet grał całkiem przyzwoicie, a i potrafił towarzystwo
rozbawić. Były tańce, hulanki, swawole… Fajnie było sobie poskakać, popatrzyć
na tańczące atrakcyjne dziewczyny, powydzierać się trochę, pożartować,
poprzytulać itd. itp…

Dotrwaliśmy do drugiej w nocy, bo, oczywiście, dzisiaj rano Ika wybierała
się na konie. No i rano trzeba było dziecko od dziadków odebrać. Inni bawili
się do szóstej. Na odespanie imprezy musimy jeszcze poczekać.

Pingwinaria 2007

Czwartek

No to znowu pojechałem na Pingwinaria. Tym razem z żonką. Wyjechaliśmy w czwartek rano, najpierw
po gadżety do Ikuśnej firmy, a potem do Krynicy. Po drodze dołączył do nas Ajot. Po niecałych czterech godzinach byliśmy
na miejscu.

Po rozpakowaniu poszliśmy (ja i Ika) na obiadek (wyżywienie w Damisie jak zwykle super), a po obiadku
na spacer po Górze Parkowej. Na szczycie czynne były zjeżdżalnie (takie
metalowe rynny po których się zjeżdża w filcowych workach) i żonka chciała od
razu spróbować. No to wykupiliśmy 10 zjazdów (8zł) i poszaleliśmy trochę. Ja
nawet dwa razy próbowałem na tej najbardziej stromej… próbowałem po za każdym
razem, gdy usiadłem przy krawędzi, to się wycofywałem.
;-)

Po spacerku Ika rozstawiła sklepik
z pingwinami
, a ja zajrzałem na salę wykładową. Tego dnia nawet udało mi się
obejrzeć po części z każdego wykładu. ;-)

Po kolacji i kawałku drugiej części ostatniego wykładu zaczęły się mniej
oficjalne części imprezy, czyt. picie. Nie uczestniczyłem w tym zbyt
intensywnie, ale spać położyłem się późno. Żonka dołączyła jeszcze później.

Piątek

W piątek okazałem się paskudny i w ogóle, bo obudziłem się o 6:30 i przy
okazji obudziłem żonkę. Do śniadania przeleżeliśmy w łóżku (no może nie tylko
przeleżeliśmy i nie tylko w łóżku… ;-)). Tego dnia nie byliśmy
raczej wyspani. W południe planowany był mój wykład, przed nim
planowaliśmy wypad do sauny. Rano więc poszliśmy tylko na mały spacerek na
Deptaku pod Górą Parkową. Z sauną ktoś zamieszał tak, żebym ja się nie załapał, ale Ika
owszem… No cóż, miałem więcej czasu na przygotowanie się do wykładu.

Mój wykład to jedyny na którym byłem od początku do końca. Opowiedziałem po
kolei jak to pomogłem żonce z nalepkami na paczki, na początku zastrzegając, że
to nie jest do końca zrobione tak jak powinno się robić, ale i tak wywołałem
małą burzę. Niektórzy byli oburzeni, że takie rzeczy stosuje się
w produkcji, inni mnie bronili, że to sprytne i niegłupie rozwiązanie. I dobrze,
bo właściwie nie o moje skrypciki chodziło, ale o dyskusję na temat hackerskich
rozwiązań. Swój wykład uważam więc za udany. :-). Żonka na mój
wykład dotarła gdzieś w połowie, gdy dyskusja się rozpoczynała. Po wykładzie
został już tylko wypoczynek.

Po obiedzie pomogłem rozstawić sklepik 403forbidden, a potem zajrzałem na
wykłady sponsorów… nie zachwyciły mnie, to poszedłem na basen. Tam się
pomoczyłem przez 45 minut, a przy okazji wymasowałem bąbelkami moje obolałe
plecy.

Po kolacji było oficjalne świętowanie urodzin PLUGu, a potem panel
dyskusyjny
na temat otwartych systemów, standardów i oprogramowania. Na
początku ciekawy, potem dyskusja zaczęła się kręcić w kółko, to poszliśmy
szukać innych rozrywek. Ja np. poszedłem sobie na spacerek po Krynicy.
Dowiedziałem się np., że o wpół do jedenastej wieczór lodowisko jest już
zamknięte. ;-)

Wracając spotkałem na schodach integrującą się grupkę linuksiarzy, z Panią
Prezes na czele. Agusia zażyczyła
sobie mojej żony wraz z cyckami, więc poszedłem po Ikę… która już prawie
spała w pokoju. No cóż, rano nie dałem jej pospać. Wspólna integracja na
schodach nam nie szła, więc poszliśmy spać, wyjątkowo wcześnie jak na
Pingwinaria, chyba jeszcze przed północą…

Sobota

W sobotę wstaliśmy o normalniejszej porze (po ósmej) i bardziej wyspani. Po
śniadaniu poszliśmy z szefem Iki na mały spacer-zakupy. A potem Srebrną,
w sali bilardowej,
testowałem sprzęt do StepManii. Były drobne komplikacje,
ale ostatecznie udało się dwie (z trzech) maty podłączyć do laptopa Iki tak, że
działały i zebrać zestaw piosenek. Przy okazji wzbudziliśmy zainteresowanie

wszystkich którzy w tym czasie byli w lub zajrzeli do sali wykładowej.

Przed obiadem (gdy ja testowałem maty) sklepik z pingwinami
eksperymentalnie został rozstawiony przed jadalnią. I to okazało się być
strzałem w dziesiątkę. Po obiedzie zabraliśmy Prezesa na Górę Parkową, licząc
na to, że spuści go się metalową rurą w filcowym worku… ale padało
i ślizgawki były zamknięte. Posiedzieliśmy w tamtejszej knajpce i wróciliśmy na
dół. Podczas spacerku, mimo pogody, udało się znaleźć ślady wiosny, np. takie:

kaczence.jpg

Podczas kolacji znowu sklepik działał przed jadalnią, a ja zaraz po kolacji
poszedłem rozkładać sprzęt na sali. Tam laptop i maty zaczęły odmawiać
posłuszeństwa. Albo któraś z mat nie była wykrywana, albo wykrywane były obie,
a działała tylko druga, albo po wykryciu znikały. W końcu, po paru minutach żonglerki
wtyczkami USB, gdy już prawie się poddałem, udało się wszystko uruchomić
i zaczęła się zabawa.

Najpierw skakałem ja ze Srebrną, żeby pokazać co i jak, potem, najpierw
nieśmiało, próbowały inne osoby. Tylko ja, Srebrna, Ika i Agusia mieliśmy
jakieś doświadczenie z tą zabawką, dla reszty to była nowość, ale wielu się
bardzo spodobała. A ja robiłem za tego co wzbudzał podziw publiczności swoimi
popisami. Do mistrzów StepManii mi pewnie daleko, ale w tym towarzystwie chyba
rzeczywiście się wybijałem. I miło czuć na sobie pełen podziwu wzrok
publiczności. I słyszeć te wszystkie pochwały i zachwyty… Gdyby to jeszcze
podziwiały mnie same atrakcyjne kobiety, a nie (w większości) banda facetów…
;-).

Chciałem zwijać laptopa o jedenastej, ale w końcu impreza trwała chyba do
drugiej w nocy. Niektórzy z nowicjuszy zdążyli nawet całkiem nieźle to
opanować. Niektórzy (honey i mmazur) próbowali nawet mnie albo Ikę
zamęczyć… Może trochę się im udało, bo jeszcze czuję zakwasy…

Niedziela

W niedzielę znowu udało się pospać (całe szczęście, jak byśmy dojechali?),
ale cztery dni imprezowania i tak robiły swoje. Przy śniadaniu sklepik został
rozstawiony po raz ostatni. Potem sauna (koedukacyjna). Tym razem i ja się
załapałem. To działa! Po saunie czułem się znacznie bardziej zdatny do podróży
niż wcześniej. Potem pakowanie i jazda. Znowu robiłem za pasażera, bo na razie
żona kluczyków do auta mi nie daje (auto jest jeszcze na ubezpieczeniu teścia,
jak by coś się stało, to mnie teść by zabił, a Ikę najwyżej opieprzy). Po drodze
chcieliśmy zjeść obiad… nie było prosto, bo na drodze (bardzo malowniczej,
polecam!) od Nowego Sącza do Mszany Dolnej nie wypatrzyliśmy żadnej knajpy. Dopiero
w Mszanie jakąś pizzerię, z wierzchu nieciekawą. Ale pizza była pyszna.

W domku byliśmy około 16:30. Porządnie zmęczeni, ale trzeba było jeszcze
przetrwać wieczór z dzieckiem… Ika padła zanim przyszedł czas kąpieli Krysi,
ale ja jakoś sobie poradziłem. Ocknęła się, gdy Krysia zadawała mi poważne
pytanie: Co zrobisz z mamusią, gdy będziesz ścielił łóżko?, a więc
problem się sam rozwiązał. Chwilę po położeniu Krysi myśmy już też spali.

Po kolejnym koncercie, 11 lat młodszy :-)

Od jakiegoś czasu miałem ochotę wybrać się na jakiś koncert. Niestety
ciężko było coś ciekawego w okolicy znaleźć. Zobaczyłem, że w wiatraku 23-go
lutego ma grać Artrosis. Nazwa kompletnie mi nic nie mówiła, ale że Last.fm twierdziło, że to coś podobnego do
Closterkellera, to uznałem, że można spróbować. Tydzień temu jeszcze
ściągnąłem dwie ich piosenki, żeby upewnić się, że to nie jakaś kaszana.
Stwierdziłem że ujdzie, a to wystarczyło, żeby na koncert sie dalej wybierać.
Tak bardzo się wybierałem, że na miejscu byłem trochę za wcześnie.
Dzień wcześniej. Coś mi się pomieszało i ubzdurałem sobie, że koncert jest
w czwartek. ;-)

Po tej wpadce zacząłem mieć wątpliwości, czy chcę na ten koncert. Ale
uznałem, że jak nie pójdę, to będę żałował, że nie wykorzystałem okazji, żeby
się zabawić. Więc wczoraj znowu pojechałem i tym razem trafiłem na koncert.

Przed Artrosis grały dwa inne zespoły. I już pierwszy, Landscape Of Souls
zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Taki mroczny metal. Tekstów w ogóle nie
dało się zrozumieć, ale za to klimacik był fajny. Drugim zespołem był
Lilith, grali znacznie
łagodniej, wokalistka trochę przypominała mi trochę Korę z wczesnego Manaamu,
ale klimat rzeczywiście nieco bardziej gotycki. Podobało mi się, mogli
by pograć trochę dłużej… ale w końcu jeszcze miała zagrać gwiazda
wieczoru.

W końcu przyszedł czas i na Artrosis. Rzeczywiście grali podobnie do
Closterkellera. Wokalistka niezwykle sympatyczna, zespół miał świetny kontakt
z publicznością. A muzyka, gdy już się wczułem w klimat, super. Grali dłużej
niż poprzednicy, ale mnie i tak było mało…

Oprócz muzyki na koncercie było coś jeszcze. Pewna śliczna blondyna chyba
mnie podrywała… albo to mi się tylko ubzdurało… w każdym razie było bardzo miło.
:-) Poczułem się jakieś jedenaście lat młodszy… to wtedy prawie
z każdego koncertu wychodziłem z jakąś fajną dziewczyną…

Świetliki

Poezja sama w sobie zwykle do mnie nie dociera. To tylko zbiór słów ładnie
ułożonych. Nie czuję tego. Co innego poezja z muzyką… muzyka może mnie
otworzyć na poezję tak, że każde słowo czuję całym sobą. To jest jakieś
przeżycie. Sama muzyka, w przeciwieństwie do samej poezji, działa podobnie,
ale to jeszcze nie to samo, co muzyka z odpowiednim tekstem.

Oczywiście muzyka muzyce nie równa, tak jak poezja poezji. Tradycyjna
poezja śpiewana mimo, że zwykle mi się podoba, nie wzbudza wielkich
emocji. Widać gruboskórny i potrzebuję coś mocniejszego. Dlatego już dawno
polubiłem Świetliki. Ponure teksty Marcina Świetlickiego, recytowane przez
niego samego, są wręcz wbijane we mnie idealnie dopasowaną, ciężką muzyką.
To robi wrażenie.

Jak tylko zobaczyłem, na last.fm, że w Gliwicach, w Spirali, mają grać
Świetliki, uznałem, że muszę tam być. Co prawda, w tym tygodniu wybierałem się
na Homo Twist (dwa koncerty to byłaby nadmierna rozpusta) i w czwartki mam z
żonką lekcje tańca, to jednak Świetlików sobie odpuścić nie mogłem. W końcu
jeszcze nigdy nie byłem na ich koncercie i nie wiadomo kiedy w okolicy będzie
kolejny.

No więc wczoraj byłem na tym koncercie. Już po pierwszej piosence
upewniłem się, że nie mogłoby mnie na nim nie być. Akustyka w Spirali zrobiona
dużo lepiej niż w Wiatraku, gdzie ostatnio bywałem na koncertach i wyraźnie
słychać było każde słowo Świetlickiego, każdą gitarę z osobna i wszystko razem
jak należy. To były dwie godziny świetnej muzyki. Dawno tak dobrze nie wydałem
dziesięciu złotych. Chyba będzie trzeba wydać jeszcze parę, na płytę.

Niestety, główny feler takich imprez w Spirali doskwierał nie mniej niż w
Wiatraku. Dym papierosowy. Znowu wróciłem cały śmierdzący. A chyba najbardziej
kopcił Świetlicki – papieros po papierosie, gdy mu zabrakło, dał 20zł
publiczności, żeby mu kolejną paczkę kupili. Trochę mi go szkoda, zapewne go
to szybko wykończy. Po śmierci pewnie będzie sławny… ale szkoda go będzie.
Swoją drogą, to trochę obleśny typ. Ale jednocześnie dość sympatyczny. No
cóż… artysta… ;-)

Jesień Linuksowa tuż tuż…

Jesień Linuksowa już za trzy tygodnie.
105 osób zapisanych, ale na razie tylko 54 potwierdzonych. Na liście tylko jedna
kobieta. :-( Dobrze, że żona nie z tych co się czują bardzo źle w roli rodzynka.
A’propos żona… są w tym Lewinie Kłodzkim jakieś konie? ;-)

Tym razem szykuje się bezstresowy odpoczynek – mój wykład przegrał w wyborach, pewnie dlatego, że
zapomniałem umieścić słowa hacking w tytule. ;-) Może to i lepiej.

Ktoś jeszcze się wybiera?