Po koncercie

No to byliśmy wczoraj na koncercie tych czterech Pepiczków z Pragi, jak
sami siebie nazwali. Było świetnie.

Ich ubiory z czasów prawdziwych Beatlesów
wprowadzały właściwą atmosferę jak tylko pojawili się na scenie. Historyczny sprzęt
(gitary, wzmacniacze lampowe) dawał to właściwe, charakterystyczne brzmienie.
Wykonane przez nich piosenki nie odbiegały bardzo od oryginałów. Do tego
niesamowite poczucie humoru lidera zespołu (całkiem dobrze mówiącego po
polsku). To wszystko gwarantowało wspaniałą zabawę.

Żonka stwierdziła, że czuła się jakby
była na koncercie prawdziwych Beatlesów. Polecam!

Wakacyjnie

No to się wakacjujemy, od półtora tygodnia. Najpierw pojechałem do
da.killi na zlot
linux@chat.chrome.pl, gdzie siedziałem, od piątkowego popołudnia do
niedzielnego przedpołudnia, głównie grając w golfa. Oczywiście musiało być
też trochę giczo (jakby tacy linuksiarze wytrzymali tylko łażąc z kijami po
trawie), więc zabrałem dwa laptopy, które potem udostępniały sieć (z
GPRS, przez irdę do drugiego laptopa, a dalej przez 802.11b) innym
użytkownikom sieci.

W niedzielę dołączyłem do rodzinki w
Pogorzelicy. Tu sobie wypoczywamy, trochę plażując (pogoda o dziwo nadal
dopisuje, chociaż mogłoby być troszkę słoneczniej), trochę spacerując i na inne
sposoby marnując czas. Oczywiście laptop jest podłączony (jeden, drugi leży
grzecznie w samochodzie), ale udaje nam się korzystać z niego minimalnie
– na tyle skutecznie, że dopiero teraz coś na Joggera nastukałem.

Wczoraj był wyjątkowy wieczór – postanowiłem zabrać żonkę na tańce.
Oczywiście głównym problemem było dziecko, które trzeba było położyć spać
jednocześnie samemu się nie kładąc (a przynajmniej nie zasypiając) –
wcześniej zasypiała dopiero gdy rodzice spali, a przynajmniej dobrze udawali.
Tym razem nie próbowaliśmy sztuczek, lecz powiedzieliśmy Krysi, że idziemy
zaszaleć i uprzedziliśmy dziadków za ścianą o naszych planach. Gdy
szykowaliśmy się do wyjścia dziecko nas zaskoczyło ponagleniami: Idźcie już
na to miasto
. To poszliśmy.

Zabrałem żonkę do ciekawie zapowiadającej się knajpy na świeżym powietrzu
– do Sahary. Od 22:00 miał tam grać jakiś zespół (The Black, o ile
dobrze pamiętam) i miały być tańce. Wiedziałem, że na początku będzie drętwo,
ale bałem się, że później żonki nigdzie nie wyciągnę. Zaraz przy wejściu
zaproszono nas do wolnego stolika, pani zapaliła nam świeczkę, żonka zamówiła
drinka, ja soczek… W końcu pojawił się zespół i zagrał… ale nie koniecznie
to, co moja żonka lubi. To plus drętwa atmosfera na początku chyba całkowicie
odebrały jej ochotę do zabawy, niepotrzebnie próbowałem ją na siłę zachęcać…
Impreza się rozkręciła, ale myśmy wyszli nie potańczywszy. Bałem się, że
okazja w postaci wolnego wieczoru się zmarnowała, jednak humorek żonce szybko
wrócił, przespacerowaliśmy się plażą przy księżycu (żona mi tu podpowiada, że
zajebistym) i trafiliśmy do knajpki na plaży, gdzie dzieciarnia (teraz mi się
wydaje, że to głównie byli tutejsi pracownicy sezonowi, zdaje się, że
widziałem tam kelnerkę z naszego ośrodka) bawiła się przy karaoke (wykonanie
zbliżone do tego na Pingwinariach, sprzęt prawie identyczny, o ile nie
gorszy). Tutaj żonka całkiem odżyła i ostatecznie dobrze się zabawiliśmy.
:-)

Dzisiaj przed południem znowu udało nam się pozbyć dziecka –
dziadkowie zabrali ją na wycieczkę do Niechorza, więc zaliczyliśmy romantyczny
spacer po plaży. Chcieliśmy przy okazji znaleźć plażę dla golasów (stroje
kąpielowe są strasznie niepraktyczne), ale nic takiego nie stwierdziliśmy
(możliwe, że z powodu pogody). A po południu znowu na koniki (więcej na temat
koników u Iki), tym razem ja się dałem
wsadzić na grzbiet Blondela. Nawet fajnie było, jeszcze się umiem na koniu
utrzymać. :-)

Koncertowo

Wczoraj byłem w Wiatraku na koncercie Renaty Przemyk. Było bosko! Tym
razem nawet akustyk się spisał i było słychać co Renata śpiewa. Przez cały
koncert cała widownia zasłuchana i z uwielbieniem wpatrzona w piosenkarkę. Nie
dziwne, że Renata wydawała się nieco speszona. Już w połowie koncertu zaczęło
mi się robić żal, że to się niedługo skończy, a na kolejny taki będzie trzeba
długo poczekać…

Byłem już dwa razy na jej koncertach. Pierwszy, chyba ponad dziesięć lat
temu, w gliwickim kinie Amok też był niesamowity. Drugi trochę mniej, pewnie
dlatego, że był częścią bardziej masowej imprezy (Nocy Świętojańskiej
przeniesionej z rynku do Teatru Muzycznego). Gdy Renata znowu się pojawi
w okolicy, to pewnie się też wybiorę.

A dzisiaj jeszcze z żonką wybieram się na Kąpielisko Leśne na koncert
Myslovitz. Mam nadzieję, że też będzie fajnie. :-)

Pingwinaria 2006

Wyjechałem w czwartek rano, przed 9:00. Pogoda prześliczna, bardzo
przyjemnie się jechało. Po drodze wpadłem jeszcze z misją specjalną do
Bochni – żona prosiła, żeby spróbować kupić spodnie, takie same jak ona
tam kupiła z trzy lata temu. Sklepik nawet nadal był na miejscu, ale takich
spodni to od trzech lat tam nie widzieli… Misja zakończyła się więc klęską.
W Bochni zjadłem jeszcze małe drugie śniadanko i pojechałem dalej. Na miejsce
dotarłem akurat na obiad, cała droga zajęła mi jakieś cztery i pół godziny.

Gdy zgłosiłem się w recepcji hotelu, to okazało się, że nie ma dla mnie tam
miejsca – pani odesłała mnie na drugą stronę ulicy (ciekawe czemu
w Damisie już mnie nie chcieli…). Tam był dużo mniejszy, ale też całkiem
sympatyczny hotelik. Tyle że bez gniazdek z Internetem. Właściwie to jedyna
rzecz do której można było się przyczepić w organizacji całej imprezy, bo dostęp
do Internetu był obiecany. Uruchomili niby później jakieś WiFi, ale to już nie
to samo, szczególnie, że działało bardzo kiepsko. Na szczęście było podczas
Pingwinariów tyle atrakcji, że kiepski dostęp do Sieci bardzo nie doskwierał.
Pokój dzieliłem z Tristanem, Bartkiem i jeszcze kimś (od razu przepraszam
wszystkich których do końca nie kojarzę/nie pamiętam — pamięć do ludzi zawsze
mi szwankowała :-().

Po obiedzie (jak w zeszłym roku karmili nas tam porządnie. aż za porządnie
;-)) i odebraniu gadżetów (bardzo praktyczne w tym roku: torba na
ramię, multitool i piersiówka) wyciągnąłem psz i jeszcze kogoś (patrz disclaimer powyżej)
na mały spacerek, na Górę Parkową. Najpierw próbowaliśmy ścieżką spod samego
hotelu, ale po zapadnięciu się po kolana w śniego na samym wstępie
postanowiliśmy trzymać się ścieżki dla emerytów. Pogoda dalej dopisywała,
więc spacerek był miły, a na górze można było podziwiać widoki. Jednak zaraz
trzeba było wracać – nadchodził czas oficjalnego otwarcia Pingwinariów
i pierwszych wykładów.

Pierwszy wykład był o tym, jak sobie można dorobić, do zamkniętego programu,
przydatną funkcjonalność, za którą normalnie trzeba sporo zapłacić. Drugi,
o praktycznie bezużytecznym (IMHO, jak inne podobne inicjatywy), ale
rzeczywiście interesującym projekcie Looking Glass. Po wykładach było znowu
wielkie żarcie (kolacja) i Tradycyjne, coroczne spotkanie założycielskie
RWO
– znaczy się, honey
opowiedział co ciekawego RWO zrobiło ostatnio, co mu dolega i jak widzi jego
przyszłość. Potem było trochę dyskusji na korytarzach i w pokojach i można było
iść spać – pierwszej nocy nawet nie tak późno.

Drugi dzień zaczął się tremą – pierwszy wykład należał do mnie. Jakoś
jednak zdołałem śniadanko zjeść i na miejsce dotrzeć. Trochę postaliśmy pod
drzwiami, bo były problemy z kluczem, ale, że 45 minut to i tak było dla mnie aż
za dużo, to się tym zbytnio nie przejąłem. Na wykład przyszło całkiem sporo
ludzi, gdy kończyłem, nie było ich wcale mniej. Niczym też we mnie nie rzucano,
więc chyba wypadło całkiem nieźle.

Potem były wykłady o OCamlu (kiedyś się tym bawiłem, ale nie przypadł mi do gustu)
i o Plone (Zopem się dużo bawię, samym Plone mniej). Może nie dowiedziałem się
niczego nowego, czy specjalnie przydatnego, ale wykłady ciekawe. Potem
oczywiście znowu żarcie.

Po obiedzie zabrałem Smoka i pojechaliśmy
pod Jaworzynę. Ja pojeździć na nartach, Smoku łyknąć świeżego powietrza. Pogoda od rana była nienajlepsza,
co jakiś czas trochę popadywało, ale postanowiłem zaryzykować. Szczególnie, że
przywiozłem sobie nawet z Gliwic własne buty. Wypożyczyłem więc sprzęt i wjechaliśmy kolejką na górę.

Tam warunki śniegowe świetne, widywałem gorsze w środku sezonu. Moja forma
też nie najgorsza — bez problemu pokonałem jedną trasę bez zatrzymywania po
drodze. Zjechałem sobie tam dwa razy, potem zmieniłem trasę. Niestety, zaczęło padać.
Dwa razy wjechałem wyciągiem z zaciśniętymi zębami, licząc na to, że pogoda się
poprawi, ale w końcu się poddałem i w strugach deszczu zjechałem na dół.
A tam… niebo niebieskie, słoneczko wyszło i w ogóle znowu ślicznie… Jednak
ja byłem na tyle przemoczony, że nie miałem ochoty próbować kolejnego wjazdu.
Oddałem sprzęt i poczekałem na Smoka. W tym roku sobie wiele nie pojeździłem.
:-(

Przez poobiednią wyprawę ominął mnie wykład o Eclipse i większość wykładu
o Google. Nie zależało mi na żadnym z nich, ale okazało się, że tego o Google
warto byłoby sobie posłuchać. Dobrze, że jest nagranie. Po Google był wykład
o Gentoo, jednak i to mnie specjalnie nie interesowało, a czułem niedosyt
wysiłku fizycznego… więc wybrałem się jeszcze na basen.

Po basenie kolacja, potem trochę pobawiłem się Internetem (cała sztuka
polegała na tym, żeby go tam jakoś złapać) i poszedłem na tradycyjne
Karaoke, a więc pijackie wycia w wykonaniu Linuksiarzy. Trochę powyłem
razem z nimi, ale w końcu i tego miałem dosyć. Potem krążyłem po hotelu (przyłączając
się do różnych zajęć w grupach), na chwile, po 1:00 w nocy, wyszedłem
na miasto, potem znowu krążyłem. W sumie do łóżka trafiłem koło 3:00.

Na sobotnie śniadanie udało mi się, mimo wszystko, wstać. Byłem na
wszystkich przedobiednich wykładach – o integracji aplikacji przy pomocy
Open Adaptora i J-EAI (znowu ktoś obchodził jakieś ograniczenia Symfonii),
o środowisku RTAI-Linux (trochę akademickie było, ale nawet ciekawe)
i o produktach Novella (są sponsorzy to i marketingu trochę musi być).

Pogoda dalej nie dopisywała i po piątkowych przygodach na narty już nie
miałem ochoty. Po obiedzie więc, pokręciłem się po hotelach, pobawiłem
Internetem, pogadałem z ludźmi.. i tak do pierwszego wykładu, tym razem HP.
Zaczynało się nawet zabawnie, ale właściwie sprowadziło się do tego, jakie to
fajne serwery ma HP (z mojego doświadczenia wynika coś innego) i do tego Linux
na tym chodzi i można kilkoma kliknięciami zainstalować. Potem było o telefonii IP
– potraktowałem to jako wykład obowiązkowy, w końcu to będzie moja nowa robota.
Na końcu wykład, czy raczej prezentacja, na którą najbardziej czekałem –
o tworzeniu muzyki pod Linuksem. Prezentacja zakończyła się koncertem na trzy instrumenty
– gitarę, flet i skrzypce. Na skrzypcach grała sama Pani Prezes.

Po kolacji jakoś nie mogłem znaleźć dla siebie miejsca, więc wyszedłem
na miasto. Liczyłem na to, że znajdę jakieś miejsce, gdzie będzie sobie
można usiąść, posłuchać dobrej muzyki, a może nawet poszaleć. Poza tym,
chciałem sobie trochę pospacerować. Najpierw wszedłem na jakąś górkę
z ośrodkami. Strasznie tam cicho było w nocy. Na górze śliczny widok na
rozświetloną Krynicę i nawet jakąś muzykę z dołu było słychać. Na dole okazało
się, że muzyka leci z głośników wystawionych przez restauracją. Nie zaglądałem
jednak na razie do środka, tylko poszedłem dalej.

Na scence na placu zdrojowym jakaś młodzież rozstawiała się
z instrumentami. Zainteresowało mnie to, jednak okazało się, że będą śpiewać
jakieś religijne pieśni. Postanowiłem się więc przespacerować gdzie indziej
– na Górę Parkową. Nie wszedłem wysoko, gdy doszły mnie dźwięki
śpiewającej procesji wychodzącej z kościoła. Wyglądało to też malowniczo
– tłum ludzi ze świecami, w ciemności. Ja jednak poszedłem dalej. Fajnie
się tak idzie na górę, gdy nawet ścieżki pod nogami za bardzo nie widać… Na
górze cisza i piękne rozgwieżdżone niebo. Chwilę tam się pokręciłem i wróciłem
na dół.

Poszedłem do tej restauracji, gdzie grała muzyka. Okazało się, że to tylko
tak na wabia. W środku nic ciekawego, nawet tej muzyki co ją słychać na
zewnątrz. Kawałek dalej zajrzałem do jakiegoś klubu, ale byczek na bramce dał
mi grzecznie do zrozumienia, że nie mam tam czego szukać. Chyba rzeczywiście,
bo jakaś smarkateria tam była. Wstąpiłem więc tylko do całodobowego sklepu
i kupiłem trójpak – dwie paczki chipsów i kolę. Tak zaopatrzony
wróciłem do hotelu.

Do hotelu się dosłownie wtoczyłem, przy wejściu dobrze bawiła się grupka
Pingwiniarzystów, którzy zaraz zaczęli zaglądać co to ja mam w tej torbie
i czym to mogę być taki nawalony… mnie najwyraźniej wystarczy wsadzić nos do
dwóch knajp ;-). Dołączyłem do tej imprezki i dalej razem bawiliśmy
się jak przystało na jakiś licealistów, a nie dorosłych ludzi, budząc
przerażenie u obsługi. Ale dobrze, za młodu to ja byłem grzeczny chłopczyk,
czas nadrabiać zaległości. ;-) Spać poszedłem chwilę przed 4:00.

W niedziele, jakimś cudem, też udało mi się na śniadanie wstać. Po śniadaniu
się spakowałem i poszedłem na ostatni wykład – prezentację i pogadankę
o podpisach elektronicznych (bardzo interesujące). Po wykładzie właściwie to
już tylko wsiadłem w samochód i pojechałem do domu. Po drodze, przez Limanową,
mogłem jeszcze trochę popodziwiać śliczne widoki, nawet pochmurna pogoda
(poprawiła się dopiero, gdy połowę drogi miałem za sobą) bardzo w tym nie
przeszkadzała.

Z całych Pingwinariów jestem bardzo zadowolny. Szkoda tylko, że tak krótko
i że żonki ze sobą nie zabrałem. Może następnym razem się uda.

Pingwinaria, dzień drugi…

Dzisiaj będzie krócej…

Rano śniadanie, znowu się nażarłem. Potem wyprawa, tym razem w
towarzystwie, na Górę Parkową i główny deptak. Po spacerze chwilka oddechu
i przygotowania do prezentacji. Po krótkich problemach udało się odpalić
laptopa kolegi wraz z rzutnikiem, jeszcze 2 minuty przed czasem. Wtedy dała o
sobie znać trema (a już się dziwiłem, co tak spokojnie do tego podchodzę)… i
musiałem biegiem wylecieć z sali konferencyjnej, do mniejszego pomieszczenia
obok ;-). Zdążyłem jednak na czas. Publiczność dopisała i chyba
nawet nikt nie wyszedł w trakcie, a na końcu nie zostałem obrzucony niczym
poza pytaniami na temat prezentacji. Było więc OK.

Potem obiadek (jak zwykle solidny), i kolejne wykłady. Ten o funktorach z
C++ darowałem sobie po chwili, ten język zupełnie mnie nie pociąga, a te
funktory to dla mnie nic nowego, mimo że nie wiedziałem że to się tak nazywa.
Najlepiej wypadł wykład o palmtopach.

Po kolacji, chwilę posiedziałem w stołówce, a potem w pokoju, żeby się
uleżało i poszedłem na basen. Basen czynny do 20:00, więc nie ma rady
— trzeba pływać z kolacją. Później trafiłem na towarzystwo wybierające
się do Żabki po napoje. Skoro nie miałem nic lepszego do roboty, to poszedłem
z nimi. A teraz imprezujemy…

Impreza wygląda tak, że osiem osób siedzi w dwuosobowym pokoiku, z
sześcioma laptopami i czasem coś popija (ja wodę na zmianę z kolą, inni
bardziej tradycyjne napoje). Dyskusje o wszystkim, ale słownictwo i
skojarzenia wciąż branżowe. Poza tym, każdy stuka coś tam na swoim
laptopie. No cóż, nie ma to jak Gicza impreza… fajnie jest :-).

Co było jak mnie nie było – wersja oficjalna ;-)

W piątek Pojechałem do Ustronia na Jesień Linuksową. Z domu wyszedłem
o 13:10, ale z Gliwic wyjechałem o 14:10, bo najpierw stałem na stacji w
kolejce po gaz, a potem się głupio władowałem w korek na Portowej. Do Ustronia
dojechałem bez problemu (dziwne, bo wcześniej tam nie jeździłem, a wybrałem
sobie trasę drogami, których prawie na mapach nie widać). Niestety,
zapomniałem przed wyjazdem sprawdzić gdzie to właściwie mam dotrzeć. Myślałem,
że może jakoś na pamięć trafię, ale się nie udało. Zadzwoniłem do żony, która
robiła za komputerowy system nawigacji i przeczytała mi przez telefon mapę z
Internetu. Niewiele to dało, poza tym że poznałem nazwę ośrodka i ulicy.
Zrobiłem kółko po Ustroniu, aż w końcu zapytałem jakiś ludzi o ul. Wczasową i
ośrodek Wiecha. Nie wiedzieli, odesłali mnie na rynek do planu miasta. Na
planie centrum takiej ulicy nie było, ale na mapie okolicy też nazwy ulic były
podane. Więc udało mi się ośrodek zlokalizować, a potem nawet dojechać. To
dziwne, bo chyba nigdzie nie widziałem gorzej oznaczonych ulic. Zamiast
tabliczki przy każdym wjeździe, widocznej z każdej strony, to ulice miały
najwyżej jedną, zwykle niewidoczną i to tylko pryz niektórych skrzyżowaniach.
Dojeżdżając pod ośrodek wymęczyłem samochodzik na tamtejszych drogach (na
niektóre podjazdy dwójka okazywała się za wysokim biegiem, ale jakoś autko
sobie radziło).

Już w piątek było parę fajnych wykładów i pół nocy przegadane o
okołolinuksowych pierdołach. W sobotę też prelekcje. We wszystkich nie dało
rady uczestniczyć, mimo że część wypadła z agendy. Większość z tych, których
wysłuchałem podobała mi się. Wieczorem było ognisko, przy którym mieliśmy
dodatkową atrakcję na gapę. Jakaś konkurencyjna impreza w
ośrodku obok miała w programie pokaz sztucznych ogni. Imponujący. Takiego
łomotu to nawet na Sylwestra nigdy nie widziałem. Po ognisku (czy raczej w
trakcie, bo tam jeszcze się coś tliło i ktoś przy tym siedział) oczywiście
tradycyjne Karaoke, a więc stado wyjących pingwinów. Część tej atrakcji
mnie ominęła, bo odwoziłem dziewczynę smoka do centrum — ciekawe
przeżycie: jazda nocą i we mgle tymi krętymi stromymi ulicami. Po powrocie do
ośrodka miałem zamiar wysłać ten wpis (jego pierwotną wersję) na Joggera, ale
ten odmówił współpracy. Byłem zły.

W niedzielę o mało nie zaspaliśmy na śniadanie. Po śniadaniu wysłuchałem
dwóch wykładów i nie wytrzymałem — musiałem dać upust mojemu grzybowemu
maniactwu i przed obiadem poszedłem jeszcze na godzinkę do lasu. Las może nie
typowo grzybowy, bo głównie bukowo-świerkowy i do tego strasznie
krzywy, ale w jednym miejscu znalazłem kilka ładnych prawdziwków i
kozaków. I tak planowałem zajrzeć do lasu (ale już nizinnego) w drodze
powrotnej, ale skoro tam też był las…

Do domu zbierałem się zaraz po obiedzie. Odwiozłem smoka do centrum, i
wziąłem jednego pasażera do Gliwic. Po drodze zajrzeliśmy jeszcze do lasu pod
Żorami, ale wysypu grzybów nie stwierdziliśmy (jeden malutki podgrzybek), mimo
że samochodów pod lasem cała masa. No cóż, tamtego lasu nie znam, może grzyby
były, a ja po prostu nie wiedziałem gdzie szukać. Do domu (właściwie to do
teściów, gdzie żona rodzinka czekała) dotarłem około 16:30.

Pingwinaria – czyli tam i z powrotem

Wyjechałem w Czwartek rano. Na pociąg umówiłem się wcześniej z Lamagrą, on
nawet załatwił mi bilet. Pociąg odjechał punktualnie o 6:45. Za Katowicami
zaburczało mi w brzuchu i przypominałem sobie o wielkiej smakowitej bułce z
kurczakiem którą mi żona przygotowała… i którą zostawiłem w lodówce.
:-(. Przez chwilę nawet pomyślałem, czy się po tę bułkę nie wrócić,
jednak zrezygnowałem z tego pomysłu. W Krakowie byliśmy o 8:55 i okazało się że
PKS-y do Krynicy mamy o 9:40 i 10:50 (wcześniej myśleliśmy że o 10:40).
Postanowiliśmy pojechać tym wcześniejszym (mimo że tubylec Antymon
twierdził, że ten autobus nie istnieje). Wcześniej szukaliśmy miejsca gdzie
można by coś na szybko zjeść i się nie zatruć. Skończyło się na jakichś
drożdżówkach. Autobusem z nami jechała już całkiem sympatyczna gromadka
pingwinów.

W Krynicy koledzy postanowili że pójdziemy na piechotę i że ja, skoro już tam
byłem, będę prowadził. Do tego na skróty, a nie ulicą. Sam przyznałem, że
gdzieś tam jest czerwony szlak prowadzący pod sam hotel, ale nie
powiedziałem że wiem gdzie ten szlak jest. Gdy szlak znaleźliśmy (po wspięciu
się z plecakami na bardzo stromą górkę) okazało się że idzie on albo w dół
(z powrotem), albo w górę, ale w przeciwnym kierunku. Ja nie chciałem iść w dół,
a oni w górę, więc poszliśmy na przełaj. Oni wciąż myśleli że znam drogę, ja
taki pewny nie byłem. Jednak jakoś trafiliśmy. Potem się okazało że jeszcze
co najmniej jedna grupka dotarła do hotelu w podobny sposób.

Na miejscu organizatorzy już czekali. Kazali się zalogować i iść na
obiad. Obiad był niespodzianką – tym razem można się było nim najeść i nawet był
bar sałatkowy. Po obiedzie miał być wykład lcamtufa, który się nie stawił.
Organizatorzy byli wściekli (jego tłumaczenie: zaspałem), a portret
Michała trafił na tarczę do rzutów, która później została odpowiednio użyta.
Zamiast lcamtufa był wykład TeX dla blondynek sprzed dwóch lat. Potem
pan Barbaszewski opowiadał o swoich wdrożeniach Linuksa za parę milionów.

W piątek jakoś udało się wstać na śniadanie i zaliczyć pierwsze dwa wykłady
Laboratorium studenckie pod VMWare i LVM, EVMS i inne metody
zarządzania dyskami
. Greylistings, obiad i część zamieszania po
obiedzie (coś się w programie pozmieniało) sobie darowałem. Zamiast tego
poszedłem pod Jaworzynę pojeździć na nartach. Śniegu resztki, kawałek trzeba
było narty znieść bo na samej górze śniegu nie było wcale, ale na trasie dało
się jeździć. Miejscami ładny, chociaż sztuczny, śnieżek, miejscami więcej błota
niż czegokolwiek innego, a w cieniu lód. Mimo wszystko jeździło mi się wyjątkowo
dobrze. Po nartach zdążyłem jeszcze na koniec wykładu o strategii robienia
backupów i spotkanie z redakcją Linux Magazine. Potem kolacja i wykład Tristana
o projekcie Alrauna (pomysł użycia Linuksa w szkołach na Windowsowych
pracowniach od Ministerstwa). A na koniec oczywiście Karaoke. Kto nie był niech
żałuje – takich pingwinich ryków nigdzie indziej nie uświadczy. Mnie jakoś się
udało nie stracić po tym głosu (sobotnim prelegentom na szczęście też nie).

W sobotę po śniadaniu pierwszy wykład był o odpowiedzialności za szkodę
spowodowaną przez błędne działanie programu komputerowego
– o obowiązującym
prawie, prowadzony przez prawnika, ale bardzo interesujący (w końcu wszystkich
programistów to w jakiś sposób dotyczy). Wykładu o wxWindows nie było, zamiast
tego ktoś wyszedł prowadzić jakieś luźne rozmowy (teraz zadawajcie mi jakieś
pytania
). Nawet zaczął ciekawie opowiadać o bezpiecznej dystrybucji w
dystrybucji
, ale najwyraźniej nie dość ciekawie, bo poszedłem się gdzieś
szwendać. Spotkałem Tristana i Arghila, którzy wyciągnęli mnie na spacer na
Jaworzynę (adresowanie geograficzne w sieci nie wydało nam się warte
rezygnacji z kontaktu z naturą). Przynajmniej raz miałem okazję tam wejść a
kolejką gondolową zjechać (dotychczas jedynie wjeżdżałem kolejką). Po drodze
obejrzeliśmy sobie innych narciarzy i wodę chlustającą spod ich nart. Widać że
trochę ich tam na weekend przyjechało i nawet uruchomiono wyciąg talerzykowy,
który w piątek nie działał. Na górze wypiliśmy kolę/piwa i zjechaliśmy na dół
na obiad. Już ludzie spotkani po drodze twierdzili że obiad jest marny. No i
rzeczywiście – po zupie ogórkowej (dobra była, ale to tylko zupa) podano pierogi
z jabłkami. Ani ja ani paru kolegów nie uznaliśmy że to poważny obiad, więc po
obiedzie pojechaliśmy coś zjeść na miasto. Wróciliśmy pod koniec prezentacji
IBM-a, która wyglądała na to, że nic ciekawego nie straciliśmy. Potem był wykład
o projekcie rozproszonego środowiska zarządzania obiektami trwałymi Santa
Maria
oraz prezentacja Novella. Prezentacja zaczęła się filmem Lord
of the Net – Two Servers
– cała sala pękała ze śmiechu. Potem facet pokazywał jak
działa pakiet Red Carpet – taki poldek połączony z cronem i paroma skryptami i
opakowany w okienkowy interfejs. Oczywiście komercyjny. Na koniec był jeszcze
jeden film: Kernel.
Po kolacji były dyskusje
o tym jak powinna wyglądać rządowa Strategia dotycząca informatyzacji i
Wolnego Oprogramowania, a potem jeszcze było spotkanie RWO. W tym samym czasie
zaczynało się ognisko. Po spotkaniu RWO poszliśmy na ognisko, a po ognisku
jeszcze trochę dyskutowaliśmy (w nieco innym gronie) w czyimś pokoju. Jak zwykle
do swojego pokoju wróciłem jako ostatni z lokatorów (i tak dużo wcześniej niż
wielu innych kończyło zabawę).

W niedziele były jeszcze trzy wykłady – o sieciach bezprzewodowych
(interesujący mnie o tyle, że zastanawiam sie nad kupnem czegoś takiego), wykład
Antymona o Jabberze (spodziewałem się politycznego nudzenia, ale było
naprawdę ciekawie) oraz Jak skutecznie otworzyć swoje źródła (moje
projekty były najlepiej opisane w punktach czego nie robić
:-)).

Do domu zabrałem się z Tristanem. Jechał z nami też Bartek (do Krakowa) i
Gaber (do Katowic). Obyło się bez żadnych komplikacji czy innych ciekawostek,
więc ten akapit zostaje wyjątkowo krótki. :-)

Teraz z żoną oglądamy zdjęcia z
pingwinariów
… i mnie na żadnym nie ma. Żona zaczyna mieć jakieś głupie
podejrzenia. Więc może ktoś tutaj potwierdzi mój pobyt na Pingwinariach?
;-)