Grajek

Oprócz wylegiwania się na plaży, pożerania gofrów, zabawiania dziecka
itp. wykorzystuję swój urlop na dalszą naukę gry na gitarze. Jakieś postępy
są. Potrafię już złapać wiele chwytów (w tym parę barowych), prawie że zagrać
dwie piosenki (jakość wykonania mizerna), czytać tabulatury. Ale paluszki
wciąż bolą i chyba drugi raz mi skóra z opuszków zejdzie. Ale nic to. Trzeba
być twardym, a nie miętkim.

Interesujące jest to, że mnie jakoś bardziej pasi granie z tabulatur muzyki
klasycznej, niż normalnych piosenek z chwytami. Tabulatury to fajna rzecz,
szczególnie że są zapisywane w ASCII i można z netu ściągnąć :-). Żona woli
grać piosenki, co też jej lepiej wychodzi.

Wakacje :-D

Jesteśmy na wakacjach nad morzem — w Pogorzelicy. Pogoda na razie nawet dopisuje mimo, że żonka twierdzi że jej zimno. Ja się nawet już w morzu wykompałem.

Jak widać, bez Internetu długo nie wytrzymaliśmy. I to by było na tyle, bo plugina Joggera dla CJC przed wyjazdem sobie nie napisałem…

Zabezpieczenie, czyli jak odtworzyć płytę Łzy — Nie czekaj na jutro pod Linuksem.

Żona kupiła płytkę CD. Oryginalną.
Niestety odtworzyć jej się nam nie udało. Płytka jest zabezpieczona przed
kopiowaniem:

Ograniczona możliwość kopiowania cyfrowego. Uwaga! Próba
kopiowania niniejszej płyty pogarsza jakość cyfrowej
kopii i może spowodować zawieszenie pracy komputera, a nawet jego uszkodzenie.

Płytę niniejszą można odsłuchiwać w zwykłym sprzęcie audio, odtwarzaczach
samochodowych oraz komputerach wyposażonych w urządzenia do odtwarzania
nagrań.

Minimalne wymagania sprzętowe dla komputerów: procesor Inetl Pentium lub
inny kompatybilny 133MHz, pamięc 32Mb RAM, system Microsoft Windows
95/98/NT/2000/XP lub kolejny, napęd CD-ROM, karta dźwiękowa.

Zaleca się instalację programu do odtwarzania załączonego na płytce.

Pierwsze to oczywiście straszak. Drugie nie zupełnie prawda (założę się, że w wielu
odtwarzaczach samochodowych nie da się tej płytki odtworzyć). Trzecie jest śmieszne,
niestety częściowo prawdziwe — nie mam Windows i nie mogłem płytki
normalnie odtworzyć (żona próbowała i usłyszała jedynie po parę sekund
z utworu). Czwarte zostawiam bez komentarza, bo załączonego programu nie widziałem.
Najlepsze, że płytki nie udało mi się zamontować tak, jakby ścieżki z danymi w ogóle
tam nie było — ciekawe jak Windows ten program znajduje.

Przede wszystkim tej płytki nie powinniśmy w ogóle kupować. Skoro mają
słuchaczy/klientów w d… to czemu dać im zarobić? Z drugiej strony… nie ma innego
sposobu na zdobycie tych utworów bez korzystania z usług piratów. W każdym razie
stało się, płytkę mamy i zwracać nie będziemy, bo gościu z Allegro jest tu
niespecjalnie winny. Poza tym, takie zabezpieczenie to wyzwanie.

A więc zabrałem się za zgrywanie zawartości płytki. cdda2wav sobie nie radził.
cdparanoia też nie. Dopiero
cdstatus dał jakieś efekty
— udało się zgrać pierwsze 4 piosenki do *.raw, Dalej w TOC płytki były
jakieś bzdury — ścieżki kilku sekundowe, kilkudziesięcio minutowe, czy nawet o ujemnej
długości i nakładające się na siebie, dotego oznaczone jako data
i więcej się przeczytać nie dało, nawet jak próbowałem adresować sektory bezpośrednio,
omijając TOC.

Cztery utwory na dwanaście to trochę mało. Zacząłem więc googlać w poszukiwaniu
lepszego rozwiązania. Pierwsza strona którą za tym podejściem znalazłem, strona
o wdzięcznym tytule JUST
SAY NO TO CIRCUMVENTING COPY PROTECTION
mówiąca dokładnie czego nie robić,
żeby nie złamać popularnego zabezpieczenia i co za tym idzie DMCA (wspaniały twór
amerykańskiego prawodawstwa). O numerze z markerem już słyszałem, ale nie sądziłem,
że okaże się przydatny. Szczególnie że płytka nieco się różniła od tych z opisu.
Jednak spróbowałem…

Oczywiście nie chciałem zniszczyć płytki, ani napędu, więc zamiast taśmy klejącej,
czy trwałego markera użyłem flamastra do pisania na białej tablicy. Najpierw
zamalowałem brzeg, ale nie dało to efektu. Następnie zamazałem lekko widoczny okrąg
w 1/3 zapisanej powierzchni płytki (licząc od środka). Bingo!
cdstatus przestał widzieć płytkę jako mixed, a zaczął jako
audio, a spis treści wyglądał już sensownie. Próbowałem więc zgrać
kolejne piosenki. Jednak piątej i szóstej mi się nie udało — widać też zostały
mazaczkiem zamazane. Pozostałe (7.-12.) zgrały się bez problemu. Później wyczyściłem
płytkę i próbowałem zamalowywać ostrożniej. Udało się odzyskać jeszcze piosenkę
numer sześć.

Ostatecznie mam zgrane 11 z 12 utworów na tej płytce i zaraz je sobie ładnie
zakoduję do Ogg Vorbis. Jak widać zabezpieczenie, jak każde które nie ingeruje
w sprzęt użytkownika (ja sobie takiej ingerencji nie życzę!) jest niewiele warte.
Utrudnia tylko dość skutecznie legalne korzystanie z nagrań wielu ludziom, którzy
uczciwie je kupili. Na płytce są nawet numery telefonów i adresy e-mail oraz WWW do
kontaktu z zespołem. Chyba do nich zadzwonię i powiem co o tym myślę.

Powydawałem trochę…

Powydawałem trochę oprogramowania. Hurtem:
PyXMPP 0.5
CJC 0.5
JJIGW 0.2.
Jeszcze do napisania anonsy na główną stronę JabberStudio, ale
na razie mi się nie chce ich pisać. Pewnie zaraz się okaże, że
w każdym z tych programów jest jakiś krytyczny błąd, z jakim
nie powinno się wydawać. Trudno, kolejny rilis pewnie i tak za
jakieś dwa miesiące lub pół roku, bo wcześniej nie będzie mi
się chciało.

W PyXMPP i CJC główną nowością jest obsługa rozmów grupowych,
w JJIGW poprawa stabilności i obsługa wielu sieci IRC. We
wszystkich poprawiona masa błędów i wprowadzonych nieco nowych.

A w pracy dzisiaj robię za tragarza… :-(

Hacker też człowiek

Dzisiaj dodałem sobie do Joggera hacker emblem, a teraz chciałem
zobaczyć kto jeszcze tego używa, więc wpisałem do Googla:
link:http://www.catb.org/hacker-emblem/. Otworzyłem parę
pierwszych stron i od razu
jedna z nich
mnie zainteresowała. Blog jakiegoś hackera
piszącego o seksie. Nawet mądrze i ciekawie (na razie przeczytałem jeden wpis).
Spojrzałem na URL — esr w środku, wpisy też podpisane ~esr.
Myślę sobie: Czyżby to ten ESR? Nieee…. Kliknąłem więc
webhome i jednak tak — to jest Eric S. Raymond. Jeden z
najsławniejszych hackerów i twórca (a może tylko opiekun) hacker emblem, który zresztą
ostatnio był kilkukrotnie cytowany na Joggerze.

A mnie się wydawało, że znani hakerzy piszą tylko na nudne tematy takie jak
polityka, czy filozofia. Inna sprawa, że na blogu ESR ostatni wpis na temat
seksu jest z października zeszłego roku, a ostatnie wpisy (styczeń, luty b.r.)
są o… polityce (błe).

Wieczorny spacerek z dzidziusiem…

Dzisiaj sam byłem z dzidzią na spacerku (nie, nie jest to takie wyjątkowe
— czasem mi się zdarza), więc dzisiaj o Krysi będzie tutaj.

Krysia chciała jechać wózkiem (wygodnicka!), ale wybiliśmy jej to z głowy
mówiąc, że najwyżej może być rowerek, albo mały wózeczek do pchania. Wybrała
rowerek. Na rowerku nawet sama stwierdziła, że dzidzia sama (po
ostatnich, prawie udanych próbach), a więc można było ją spróbować nauczyć
wreszcie pedałowania. I tym razem były postępy — dwa razy nawet udało się
jej zrobić pełny obrót pedałami. Jednak do końca jeszcze nie zakumała o co w tym
chodzi i o samodzielnej jeździe jeszcze nie ma mowy. Do parku więc pojechaliśmy
tradycyjnie — dzidzia siedzi i kieruje, a tatuś pcha kijem.

Kubusia w parku nie było. Podobno od wczoraj u niego jest babcia, więc nikt inny
się nie liczy. Jednak Krysia nie rozpaczała, a nawet poznała innego sympatycznego
chłopczyka — Jasia. Najpierw bawili się raczej osobno, ale jak Krysia
zamoczyła zjeżdżalnię wycierając ją mokrym listkiem łopianu, to Jaś stwierdził,
że trzeba to wytrzeć. Krysia dostała więc chusteczkę od taty i zaczęła wyciarać,
potem Jaś dostał drugą chusteczkę od swojej mamy i dzieci wycierały razem.
Głośno przy tym gadając (niekoniecznie zrozumiale). Zużyte zostały conajmniej
cztery chusteczki (wyrzucone ładnie przez dzieci do kosza). Gdy ślizgawka była
już sucha dzieci zaczęły na niej szaleć — prześcigać się w wchodzeniu po
pochylni, zjeżdżać jedno po drugim i głośno komentować dziurę na górze.

Po zjeżdżalni przyszedł czas na inne atrakcje placu zabaw — poziome
drabinki i takie coś na łańcuchach. Krysia dostawała już głupawki,
objawiającej się głównie głośnym śmiechem. Jasiu też, ale on raczej robił się
coraz głośniejszy. Był już czas wracać, ale jak mówiłem o tym Krysi to tylko
słyszałem w odpowiedzi: Ja nie ciem do domu!. Jednak w końcu Jaś zrobił
się zbyt nachalny i Krysia postanowiła jednak wracać. Wróciła cała
rozpromieniona — w znakomitym humorze. Chyba Kubuś ma powód do
zmartwień… ;-)

Złośliwości sprzętowe

(z góry przepraszam za masę polskawo-anielskawych słówek ;-))

Ostatnio w firmie zajmujemy się łączami radiowymi. Obecne założenia to szkielet sieci na
urządzeniach Proxim Tsunami 5GHz, i łącza końcowe na 2.4Ghz. Jedno łącze 5GHz
działa już od paru tygodni i jest przez nie podłączona jedna duża sieć
osiedlowa. Niestety działy się z tym różne dziwne rzeczy (zawisało od strony
ethernetu satelity lub stacji bazowej). Upgrade firmware do 2.0 tylko pogorszył
sprawę. Na szczęście pojawiła się wersja 2.0.1, która wydaje się rozwiązywać
problem (przynajmniej na razie).

To był konkretny błąd, który najprawdopodobniej został naprawiony (ale wciąż nie
wiem na czym polegał), jednak pewne felery tych Proximów pozostają bez zmian, a
podczas wymiany firmware dały się mocno we znaki. Po pierwsze czas rebootu.
Urządzenie restartuje się kilka minut, a trzeba je restartować po większości
zmian w konfiguracji. Naprawdę nieprzyjemne. Po drugie — interfejs do
zarządzania przez WWW — nawet dość wygodny, ale jedynie w
przedlądarce z JavaScript. Oczywiście ze standardami W3C ma niewiele wspólnego.

Ze względów bezpieczeństwa adresów access-pointów nie routujemy w świat.
Niestety z routera nie da się tym zarządzać, bo tam nie odpalę graficznej
przeglądarki (wiem, że jak się uprzeć to się da, ale ja nie chcę). Postanowiłem
sobie więc forwardować porty przez SSH. I to nawet działa — dopóki nie
próbuję zmienić jakiegoś parametru. Zmiany robione są przez funkcje JavaScript,
które odwołują się do urządzenia po HTTP, ale z konkretnym IP, czyli nie przez
127.0.0.1 na który mam porty przekierowane. Muszę więc dla każdego urządzenia:
1. przeforwardować port przez SSH i 2. dodać regułkę iptables przekierowującą
odwołania do adresu urządzenia na tak przeforwardowany port. Kupa roboty jak na
interfejs mający ułatwić pracę administratorowi. 😦

Ale te Proximy są i tak lepsze niż AP DLinka (2.4GHz). Ten ostatni też ma interfejs
WWW do zarządzania, jednak nie działający w żadnej Linuksowej przeglądarce. Żeby
zmienić jakiś parametr muszę to badziewie podłączać do Win*. Brrrr…

Najlepiej wypada interfejs WWW switchy DLinka. Też używa JavaScript,
miejscami nawet Java (nawet do wyświetlenia tabelek!), ale można go normalnie
forwardować i działa w Firefoksie. Jest nawet dość wygodny, miejscami może nawet
bardziej niż telnetowy interfejs (bardzo fajny, pełnoekranowy) ze starszych
switchy tej firmy. W jednym (a może nawet nie tylko jednym) switchu mam nawet SSH,
ale połączenie (dokładniej wymiana kluczy) trwa tak długo, że raczej nie będę
używał.

Wracając do AP DLinka — w czwartek skonfigurowałem jeden taki do pary
z odpowiednim urządzeniem Proxima do radiołącza na 2.4GHz. Podłączone w biurze
działało. Wczoraj zamontowali Proxima na kominie, DLinka na dachu w pobliżu.
Było to jak już kończyłem pracę, ale donieśli mi telefonicznie, że to nie
działa. Podobno DLink nie odpowiadał nawet na pingi po ethernecie i
nawet po resecie do ustawieni fabrycznych — tzw.
zgon. Dzisiaj więc skonfigurowałem innego DLinka (tego samego typu) i pojechałem
go podłączyć na tym dachu. Niby wszystko OK, nawet DLink pisze że połączył się z
AP. AP (Proxim) przez jakiś czas pokazuje, że DLink jest podłączony, ale potem
go znika z listy. No i łącze nie działa. Kombinujemy jak możemy,
wyłączamy wszelkie filtry, szyfrowanie itp. i nic. Zadzwoniłem więc do drugiego
admina, żeby spróbował reanimować tego martwego DLinka. Okazało się że
jest sprawny i normalnie odpowiada na domyślnym (fabrycznym) IP.
Poprosiłem o sprawdzenie wersji firmware. Okazało się, że w tym niby
martwym
jest firmware 2.0.7 (piszę z pamięci), a w tym który próbowaliśmy
uruchomić 2.0.3. Kazaliśmy przywieść tamten. Skonfigurowałem, podłączyłem… i
ruszyło :-). Ufff.

Potem jeszcze w firmie trochę walczyliśmy z VLANami. Postanowiliśmy wydzielić
tę nową sieć do osobnego VLANa. Jednak był problem w skonfigurowaniu switchy, bo
nie mogliśmy się połapać na których portach ma być (w grę wchodziło 6 switchy 24
portowych)… nie ma to jak dobry bajzelek ;-). W końcu się
udało i chyba na razie wszystko działa jak należy. Oby jak najdłużej.

P.S. poprzedni wpis dla wybranych zalogowanych

Kto tu jest adminem?

W zapowiedziano mi, że w czwartek dostanę access-pointy i switcha do
skonfigurowania na radiołącze na pewnym kominie w Rudzie Śląskiej. W czwartek
sprzęt przyszedł… o godzinie 15:00 (pracuję do 16:00) i szef powiedział że
muszę to jeszcze tego dnia zrobić. Fajnie… sprzęt, którym nigdy się nie
bawiłem — więc go nie znam, do tego dwóch różnych firm (Proxim i
DLink), a mam go skonfigurować do poprawnego (uwzględniając separację VLANami
itp.) i bezpiecznego działania w godzinę (jak nie będzie działało, to będę się
wdrapywał na komin, żeby poprawiać). Zrobiłem to nawet. Napewno nie optymalnie,
ani nie w pełni bezpiecznie, ale działało.

W piątek dostaliśmy do tego switcha, więc mogliśmy też go skonfigurować i
sprawdzić radiołącze z VLANami. Działało. Na komin nie poszło — widać nie
było to tak pilne. Ale to by było za pięknie, więc pod koniec godzin pracy, po
zwisie innej radiolini szef postanowił to naprawiać. Zrobił upgrade na
access-pointach, po którym siadało wszystko, nawet łącze modemowe do centrali
(po chwilowym odłączeniu AP z radiolini od switcha do którego podłączony był
modem). Jak wychodziłem z pracy (już trochę po 16:00) to niby wszystko działało,
ale szef kontynuował psucie (właściwie naprawianie — przez downgrade
firmware’u do poprzeniej wersji) i jeszcze wieczorem coś trzebabyło przez
telefon ustalać. Dobrze, że przynajmniej nie musiałem więcej osobiście przy tym
grzebać.

Bałem się, że w weekend będę musiał jeździć naprawiać te radiówki, ale na
szczęście nie było to konieczne, więc sobotnia impreza (nie nadająca się do
opisania na tym poziomie) odbyła się praktycznie bez zawodowych zakłóceń.

W poniedziałek w pracy spotkała mnie niespodzianka. Szef przyniósł mi karteczkę
z nazwami i adresami access-pointów ze szkieletu naszej sieci radiowej —
tak jak je skonfigurował po kolejnych zmianach firmware.. Były to
nazwy i adresy zupełnie inne niż ja z drugim adminem ustaliłem i udokumentowałem
w naszych materiałach. Do tego jeden AP miał adres należący do switcha (którego
adresu szef nie zmienił — to switch też ma IP?). No kurde —
kto w tej firmie w końcu jest adminem?

Z jednej strony to nawet fajnie, że sam z tym firmware nie musiałem walczyć i
zajął się tym ktoś inny. Trochę nawet mnie to zaskoczyło, bo ostatnio szef nawet
nie zaglądał do serwerowni, bo prezesowi przecież nie wypada np. restartować
modemów (kiedyś czasem jeździł, bo miał znacznie bliżej niż ja). Z drugiej
jednak strony, to w końcu ja jestem odpowiedzialny za działanie całej
infrastruktury sieci i ja ustalam zasady adresacji, podziału łącza
(przyzwyczaiłem już się do tego, że szef regularni podnosi ponad rozsądny poziom
ograniczenie przepustowości łącza do sieci w której jest podpięty) itp. i raczej
nie powinno tak być, żebym o zmianach dowiadywał się ostatni (przecież mogłem
pół nocy stracić zastanawiając się dlaczego gdzieś pingi nie dochodzą).