Zmiany w firmie…

Wreszcie zatrudnili nowego admina. Powinien być najpóźniej od grudnia, bo
ostatnio zapiernicz był straszny (we dwóch robiliśmy za trzech), ale ważne że
już jest. Właściwie, to tylko pojawił się w pracy i już znacznie mniej
roboty było. Nic się nie popsuło. 🙂

Przyszedł też nowy magazynier (zastanawiamy się czy będzie po biurach
wózkiem widłowym jeździł) i odeszła koleżanka, którą chciałbym tutaj, przy
okazji, pozdrowić ;-)

Coraz ciężej się w tych kolegach i koleżankach w pracy połapać – coraz
częściej nie mam pojęcia kto mi mówi cześć

Uno na mrozie

W końcu siarczyste mrozy trawiły i do nas. W sobotę było jeszcze +5 stopni,
wczoraj i dzisiaj nawet poniżej -20. Wczoraj samochodu nie ruszałem, więc byłem
ciekawy czy dzisiaj do roboty dojadę.

Na szczęście tydzień temu wymieniłem akumulator. Od dawna nie działał jak
należy (jak samochód postał trzy dni i było trochę chłodno, to już nie ruszył). Na
szczęście był na gwarancji i w warsztacie gdzie go kupiłem jak i w hurtowni
gdzie realizowałem reklamacje nikt nie robił problemów. W warsztacie gościu zbadał
akumulator i problem opisał jako czary. W hurtowni drugi stwierdził, że akumulator
jest niedoładowany, ale rzeczywiście coś mu się tam nie podoba. W każdym
razie akumulator wymienili mi na nowy. Na starym dzisiaj bym nie ruszył, nawet gdybym go
przez całą noc ładował.

Przed mrozem zrobiłem jeszcze jedną rzecz która ułatwiła mi dzisiejszy
wyjazd do pracy – napsikałem WD-40 do zamków. Dzięki temu zamek otworzył
się dziś rano bez problemu i nie trzeba było używać odmrażacza… jednak
otworzenie drzwi i tak było problemem – przymarzły na całej długości
uszczelki. Psiknąłem odmrażaczem i puściło.

Silnik, z dużymi oporami, ale zapalił. Kolejnym problemem były szyby.
Zamarznięte na amen z obu stron. Warstwa lodu cieńka, ale tak twarda, że
ciężko ją było zeskrobać. Odmrażacz do szyb w sprayu też niewiele dawał…
conieco udało mi się jednak zeskrobać, na tyle, żeby dało się jechać.

Ruszając przekonałem się, że zamarzło prawie wszystko. Ciężko działała
dźwignia zmiany biegów, przed puszczeniem sprzęgła musiałem przygazować, żeby
rozruszać skrzynię biegów, inaczej silnik by zapewne zgasł. Ciężko działały
nawet kierunkowskazy (montuje ktoś wspomaganie do kierunkowskazów?)
i kierownica. Jednak wszystko działało. Z dużymi oporami, ale działało.

Po drodze lubię słuchać radia, a więc i tym razem je włączyłem. Okazało
się, że gałka głośności zyskała tendencję do ściszania radia, niezależnie od
kierunku kręcenia. Prawy głoiśnik chyba nie grał, a w tym co grało słychać było
trzaski. Do tego radio co jakiś czas wyłączało mi RMFa, aby przełączyć na Zetkę
lub Antyradio (normalnie to tylko dostraja się do różnych częstotliwości tej
samej stacji).

W drodze pojawiła się jeszcze jedna atrakcja. Co jakiś czas zaczynało mi
coś przeraźliwie wyć pod maską, gdzieś po lewej stronie, przy kierownicy. Nie
mam pojęcia co to było, gdy zwalniałem żeby się zatrzymać ucichało i dalej
przez jakiś czas mogłem jechać normalnie.

W drodze powrotnej było podobnie. Nie musiałem, co prawda, skrobać szyb,
i zawyło mi tylko raz, ale drzwi znowu musiałem siłą odrywać (tym razem po
oderwaniu uszczelkę też spryskałem WD-40, najwyżej się rozpuści
;-)). Myślę, że autko, mimo drobnych trudności, spisało się
całkiem nieźle jak na tę pogodę i zasłużyło na pochwałę. ;-)
W końcu cała masa samochodów dzisiaj nie dojechała na miejsce (sam mijałem
kilkanaście takich migających awaryjnymi na poboczach).

Marudzenie i Homo Twist

Mam już trochę dość dodatkowej roboty za Euro i innych zobowiązań które na
siebie wziąłem, takich jak np. przygotowanie referatu na Pingwinaria.
Chciałbym znowu czuć, że jak tylko skończę pracę to mam czas w którym nic nie
muszę robić, po prostu mogę robić na co mam ochotę. Znalazłby się wtedy czas na
robienie PyXMPP, CJC, czy chociażby pisanie na Joggera
– jest wiele rzeczy które chciałem opisać, a nie miałem kiedy.

Co gorsza, ja wcale tak dużo nie robię, przejmuję się tym ile mam do
zrobienia, marudzę, a robię i tak mniej niżbym mógł. Tyle, że czas w ten sposób
zaoszczędzony marnuję na kompletne obijanie się. Szkoda mi zabierać się
za swoje pasje, gdy wiem, że powinienem zająć się czymś poważniejszym, a do
zajęcia się tym czymś poważniejszym po kilka godzin dziennie też nie umiem się
zmusić… męczące to i stresujące, nawet jeśli to po prostu lenistwo.
;-)

Przez weekend, od piątku, służbowe komórki nie dawały mi żyć. Ciągle coś
się psuło, albo coś trzeba było sprawdzić. W sobotę musiałem jechać do Zabrza. Dodając do tego
sobotnie porządki i wizytę u mojej mamy (w końcu to babcia Krysi) to w sobotę
do wieczora nic nie mogłem zrobić. A wieczorem wybrałem się na koncert, odstresować się. Czasem
trzeba się oderwać od tych cholernych komputerów…

To był koncert Homo Twist,
w zabrzańskim Wiatraku. Miało się
zacząć o 19:00, zaczęło się o 19:45, najpierw wystąpił support w postaci
jakiegoś młodego poznańskiego zespoły heavy-metalowego. Nawet fajnie grali, ale
w ich występie najlepsze były efekty specjalne, w postaci ichniejszego
perkusisty. Już wyjaśniam… Na sali, a więc zapewne i na scenie, było chłodno.
Perkusista, jak to często bywa, podczas grania się nieco zgrzał. Że był łysy,
to zaraz jego łysa czacha zaczęła lśnić od potu i… się dymić. Dymiło się
z niego co najmniej jak z czajnika gotującego wodę. Jeśli dodać do tego
heavy-metalową muzykę i oświetlenie w postaci czerwonego reflektora
wymierzonego w tę czachę (akurat jeden tak trafił), to efekt był piorunujący
i na dobre rozbawił publikę. Kto tylko miał aparat, to zaraz fotografował to
cudo.

Poznaniacy skończyli po godzinie i po dwudziestominutowej przerwie na scenę
wyszedł Homo Twist. Maleńczuk w okularkach, wyglądał na zmęczonego życiem
inteligenta, ubrany był jak na tamtejszą temperaturę przystało, chyba w dwie
bluzy polarowe (na sali prawie wszyscy w zimowych kurtkach). Na tym tle
basista, Titus wyraźnie się wyróżniał… on miał na sobie koszulkę na
ramiączkach i goły brzuch. Ale podczas koncertu nie padł. %-)

Repertuaru Homo Twist za bardzo nie znam. Lubię Maleńczuka, samo Homo Twist
też mi się dobrze kojarzyło, więc jak zobaczyłem, że jest koncert w Wiatraku,
to się wybrałem. Nie zawiodłem się. Taka muzyka najwyraźniej mi odpowiadała. Niestety,
nagłośnienie na koncercie mniej. Tak jak na koncercie Łez było chyba trochę za głośno,
albo po prostu akustyka w tej sali jest taka kiepska. Trudno było zrozumieć słowa piosenek.
Jednak mimo to, bawiłem się świetnie. Może w nowej siedzibie klubu (obecny
Wiatrak jest przeznaczony do rozbiórki z powodu budowy DTŚ) będzie lepiej.

Jako dodatkową atrakcję można było uznać dwie blondyny tańczące
i obcałowujące się pod sceną, ku uciesze takich zboczeńców jak ja.
;-)

Do domu wróciłem po 23-ciej, śmierdzący paskudnie papierosami. Gdyby nie
ten paskudny papierosowy dym i kiepskie nagłośnienie (przynajmniej jak na moje
uszy), to koncert byłby idealny. Ale i tak było super. Przy kolejnej okazji też
będę się musiał na coś takiego wybrać.

Wracając do marudzenia… w sobote nie zrobiłem więc nic, na zrobienie
czegoś pożytecznego została niedziela. Tym razem nawet udało się tej niedzieli
całkiem nie zmarnować – napisałem sporą część referatu na Pingwinaria
(którego zalecany termin oddania minął 15-go stycznia). Dzisiaj powinienem pisać
to dalej, ale jak widać wolałem naskrobać coś na Joggera… Niestety, unikanie
roboty idzie mi za dobrze… Jutro biorę dzień urlopu, żeby odstawić auto do
mechanika, a siebie do lekarza (w sprawie trzeciego szczepienia przeciwko WZW),
może uda się jeszcze coś do tego referatu dopisać.

Dzięki ci, Google :-)

Hal Rottenberg rzucił na listę jdev linka do
odkrycia ralphma.
Oczywiście zaraz sprawdziłem u siebie:

[18:12] jajcus@gmail.com accepted your presence subscription request
[18:12] jajcus@gmail.com/CJC () is online:
[18:12] jajcus@gmail.com/CJC () is online:
[18:12] You have accepted presence subscription request from jajcus@gmail.com

No to Google się włączył na dobre do naszej wielkiej Jabberowej sieci
:-). No i kto nam teraz podskoczy ;-)

Wiem, że to właściwie niewiele znaczy, bo ten GTalk wcale taki popularny
nie jest… ale to jednak największy gracz który się włączył do federacji
serwerów XMPP i wiadomo, że będzie walczył o przyłączenie innych operatorów
IM. No i wielu wątpiło w to, że Google otworzy S2S, a jednak otworzyli i to
w miarę szybko.

Panorama

Gdy ostatnio
szalałem z aparatem
, to zrobiłem też kilka zdjęć z okna, do
panoramy. Słyszałem kiedyś o jakimś narzędziu do składania panoramy
z takich zdjęć, więc chciałem spróbować.

Spróbowałem dopiero dziś, z nudów, gdy mi Internet padł. W narzędziach
zainstalowanego GIMPa nic odpowiedniego nie znalazłem, więc poszukałem
poldkiem wśród pakietów PLD. Znalazłem Hugina
i autopano-sift.
Żeby to zainstalować musiałem poczekać na powrót sieci, ale, na szczęście, nie
trwało to długo.

Na początku Hugin się sypał, dopiero po uaktualnieniu paru bibliotek
przestał rzucać Segmentation Fault. Pierwsze co mi się rzuciło w oczy, to
przerażająca liczba przycisków i opcji. Niewiele z tego rozumiałem, więc
po prostu klikałem gdzie popadnie. O dziwo, udało mi się w ten sposób uzyskać
jakąś panoramę. W kiepskiej rozdzielczości i z dużą ilością nicości, ale
coś wyszło. Podłubałem jeszcze opcjami które udało mi się zrozumieć,
wygenerowałem coś w dużej rozdzielczości, przyciąłem GIMPem i oto, co mi wyszło:

panorama.jpg

Fajna zabawka z tego Hugina. Od razu widać, że lepszy efekt uzyskało by się
ręcznym, a przede wszystkim stałym ustawieniem ekspozycji (chociaż pewnie
i to można jakoś w Huginie skorygować), bo automat zrobił każde zdjęcie w nieco
innych kolorach i jasności. Ale i tak, efekt ostateczny mnie zaskoczył. Bardzo
pozytywnie.

Niegrzeczni PeeLDowcy, niegrzeczni…

Jeden niegrzecznych PeeLDowiec znalazł na SourceForge programik gnaughty. Pochwalił się na
pld@chat.chrome.pl i zaraz uznano, że do tego speca trzeba
zrobić, bo w PLD nie może być takich braków. Spec oczywiście powstał i zasilił
repozytorium PLD. Ciekawe kiedy ten pakiecik trafi na oficjalne FTP…
Pakiety porn-get i pornview już tam są.

Jogger umiera…

Jogger umiera. To fakt. I nie chodzi tylko o pady serwera. Zaczyna się
kończyć zapas punktów, których kiedyś miał u mnie sporo. I zdaje się,
że to samo odczuwa wielu innych Joggerowiczów. Punkty znikają z każdym
ficzerem którego nie ma, a akurat by mi się przydał, z każdym padem, z każdą
chwilą bezradności, gdy coś jest nie tak i nie ma kogo o to męczyć, a przede
wszystkim, z każdą ciekawą osobą, która z Joggera rezygnuje. Gdy Joggerowa
społeczność się wykrusza, to coraz mniej mnie tu trzyma. Zaczynam się poważnie
zastanawiać nad przeniesieniem się gdzie indziej…

Możliwości są generalnie dwie: postawić własnego bloga (może być na
gotowym oprogramowaniu), albo skorzystać z istniejącego serwisu. Oba
rozwiązania są dla mnie kuszące – własny blog to więcej możliwości
dostosowania jego do swoich potrzeb i ulepszania go, gotowy serwis to
zwolnienie z części administratorskiej roboty i możliwość zaistnienia
w jakiejś społeczności. Szczególnie to ostatnie jest istotne w Joggerze i to
ostatnie ciągnie mnie w kierunku LiveJournal.

Na LiveJournal mam nawet od jakiegoś czasu konto, służy mi do śledzenia
wpisów na jakiś tamtejszych blogach. LJ jest w dużej mierze tym, czym mógłby
być idealny Jogger. Poza dostępem przez Jabbera, którego LJ nie ma. Ma za to
dużą społeczność, udokumentowane API, ekipę która tego pilnuję, a nawet
udostępnione źródła i wiele innych. Ma też pewnie sporo upierdliwości, ale to
znajdzie się wszędzie. Mnie najbardziej zniechęca to, że za część ficzerów, na
których mi zależy (np. możliwość zmieniania szablonów i podpięcia pod własną
domenę), trzeba zapłacić. Niewiele, ale zawsze. Przykre szczególnie, że
jeszcze nie wiem, czy LJ to na pewno to czego chcę.

Rozglądałem się też nad systemami które mógłbym postawić u siebie.
Wordpressa nie chcę, bo wszyscy tego używają ;-). W ogóle, nie
chciałbym żadnego PHP, czy MySQL na swoim serwerku instalować. Rozglądałem się
za rozwiązaniami Pythonowymi, ale nic nie powaliło mnie na kolana.

Jest jeszcze jedno założenie którego będę się trzymał przy wyborze nowego
systemu pod bloga: muszę być w stanie do tego dorobić podstawową
funkcjonalność Joggerową: proste w użyciu śledzenie wpisów i wątków przez
Jabbera. Bez tego IMHO przenosiny nie mają sensu. Ale mam już pewien pomysł,
który powinno się dać zrealizować, łatwiej lub trudniej, w większości systemów
blogowych.

No cóż, na razie jeszcze tu zostanę… ale jak długo? A może mnie jeszcze
Jogger czymś zaskoczy? …albo lenistwo zrobi swoje.

Niech żyje zima! Niech żyje komunikacja miejska!

Autko znowu szwankuje – wygląda (czy raczej śmierdzi) na to, że
spaliny dostają się do kabiny. Wolę nie ryzykować jazdy w takich warunkach,
poza tym, to ani trochę nie jest przyjemne. Więc dzisiaj do pracy i z powrotem
podróżowałem komunikacją miejską, a żonka odstawiła samochód do mechanika.

Jak w Gliwicach wyglądało już pokazywałem i opisywałem. Potem trochę
śniegu stopniało, ale wciąż jest ciężko. Szczególnie, że ostatnio znowu padało
bez przerwy. Więc się trochę rano zdziwiłem, gdy autobus przyjechał prawie
punktualnie (chyba 2 minuty spóźnienia). Do pracy też zdążyłem prawie na czas
(bez spóźnienia ten autobus przyjeżdża na styk). Wyszło na to, że
komunikacja miejska całkiem dobrze sobie z zimą radzi.

Po pracy (skończyłem chwilę po 16-tej) udałem się na przystanek
tramwajowy, bo sensowne autobusy o tej porze nie jeżdżą. Potrzebowałem
tramwaju 1 albo 4. Po pięciu minutach
przyjechała piątka. Potem długo, długo nic (chyba z 15-20 minut)… i kolejna
piątka, a zaraz za nią trójka. Czwórki też się pojawiały, ale jakoś tylko
w przeciwnym kierunku. W każdym razie tramwaje jeżdżą, znaczy tory przejezdne
(piątka w tym kierunku jedzie tędy co wyczekiwane tramwaj), więc się nie
zniechęcałem tylko dzielnie czekałem. Po jakimś czasie przyjechała jedynka.
Krótka. Wsiadała tam cała masa ludzi którzy chcieli jechać w tym samym
kierunku co ja, więc ja już się nie pchałem. W końcu czwórka (długa) też musi
przyjechać… znowu długo nic, potem jedynka-widmo (nie zatrzymała się na
przystanku) i, wreszcie, długo wyczekiwana czwórka…

Wsiadłem do tramwaju, grzecznie skasowałem bilet, nawet miejsce siedzące
się znalazło. Przejechałem tak 500m… i wysiadka. Coś się paliło i straż
pożarna zastawiła tory (ale ani żadnej paniki nie było widać, ani żadnego
dymu). Nic nie wskazywało na to, żeby ktokolwiek miał zrobić cokolwiek w celu
przepuszczenia tramwaju. Więc podążyłem w kierunku następnego przystanku
autobusowo/tramwajowego (zawsze to już trochę bliżej domu). Jeszcze zdążyłem
usłyszeć jakąś rozmowę strażaków, z której wynikało, że ktoś komuś drzwi
podpalił.

Na przystanku sporo zniecierpliwionych ludzi. Trochę po stałem, tramwaj
nawet nie mignął na horyzoncie, ale po jakimś czasie przyjechał autobus.
280 – super – prawie pod sam dom. Podobno 20
minut spóźniony, ale mnie to nie martwiło, jakby przyjechał punktualnie, to
bym się nie załapał. Planowałem nie kasować biletu, w końcu za te 500m
w tramwaju zapłaciłem jak za przejazd między dwoma miastami, ale
w 280 jest obsługa konduktorska, co uważam za bardzo dobry
pomysł i tych konduktorów nawet lubię. Więc kupiłem kolejny bilecik i już bez
żadnych niespodzianek pojechałem do domu. Na miejscu byłem około 17:50, a więc
półtorej godziny później niż normalnie wracam z pracy… rewelka.

Spięty

Po doświadczeniach z Gronem i Orkutem raczej sceptycznie podchodzę do tego
typu serwisów… Ale Spinacz wygląda
bardzo sympatycznie, działa sprawnie i wydaje się wygodny. Więc się spiąłem,
wpiąłem do wszelkich spinek które jakoś mi spasowały… i zobaczymy…

Najwyżej będzie to kolejny serwis którego nie używam.