Sobota z córką

Żona pojechała sprzedawać pingwiny do Krakowa. Więc ja
zostałem sam z Krysią i musiałem sam zadbać o rozrywki dla dziecka…

Jakiś czas temu odkryłem, że przejeżdżając niecałe 3km od domu, przez niezbyt
ruchliwą okolice, wyjeżdża się właściwie za miasto. Co więcej, przez pola
biegnie tam szlak rowerowy. Wcześniej myśleliśmy, że bez bagażnika rowerowego
do samochodu, to Krysi na żadną fajną rowerową wycieczkę nie zabierzemy, bo co
to za atrakcja jazda po mieście? A jednak.

Dziś więc postanowiłem wypróbować trasę z Krysią (tydzień temu sam się
tamtędy przejechałem: do Łan Wielkich i z powrotem). Zapakowałem jakieś picie
do torby, założyliśmy kaski, wyciągnąłem rowerki i pojechaliśmy. Najpierw pod
Żabkę po coś słodkiego na drogę, a potem w nieznane (przynajmniej dla Krysi).

Na tym kawałku nie było wyznaczonych ścieżek rowerowych a i chodników
czasem brakowało, musiałem więc miejscami jechać z pięciolatką po jezdni.
Nawet szybko załapała, że należy jeździć prawą stroną i ładnie się krawędzi
jezdni trzymała. Jechała przede mną, więc mogłem ją pilnować i nie narzucałem
swojego tempa. Gdy wyjechaliśmy na polną drogę dawałem jej większą swobodę,
ale dalej grzecznie się trzymała prawej strony.

Krysia dzielnie pedałowała. Dopiero przed Kozłowem (jakieś 6km od domu)
zaczęła coś wspominać o zmęczeniu. Dojechaliśmy do zabudowań. Tam była
ławeczka, jakaś kapliczka i nawet jakiś wóz-cukiernia (niestety zamknięta).
Ale to nic. Najlepsza atrakcja była po drugiej stronie ulicy: kucyki. Ktoś
na ogródku miał hodowlę kuców. Kilka dużych i ze trzy źrebaczki! Śliczne,
szkoda, że nie wzięliśmy aparatu…

Obejrzeliśmy koniki, zjedliśmy batoniki wypiliśmy soczek/wodę
i postanowiliśmy wracać. Widać było, że Krysia już trochę zmęczona
i troszkę zaczynała marudzić. Zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę po drodze na
trawce, pobawiliśmy się zielskiem i jechaliśmy dalej. Nagle widzę znajomą
twarz… mówię cześć, słyszę odpowiedź cześć i znajoma
twarz
jedzie dalej… no cóż, widać znowu mi się pomyliło (zawsze miałem
problemy z rozpoznawaniem twarzy)… ale jednak… Ciotka się zorientowała
i zawróciła. Tak jak mi się wydawało, to była matka chrzestna Krysi. Okazało
się, że właśnie wybrała się na rowerową wycieczkę ze swoim innym
chrześniakiem, Olkiem. I właściwie, to powinni też już wracać, więc wracaliśmy
razem. W Krysię nagle wstąpiły nowe siły – już nie była zmęczona, ale
dzielnie goniła Olka (parę lat od niej starszego). Prędkość nam się z 7 km/h
zwiększyła do 11. :-)

Odprowadziliśmy ciotkę prawie pod jej blok i już spokojnie wróciliśmy do
domku. Tam zrobiłem (odgrzałem) obiadek, nawet dwudaniowy. Potem
zdychałem (jakoś mnie to wszystko zmęczyło, a do tego strasznie rozbolała mnie
głowa), a dziecko nawet bardzo mnie nie męczyło.

Jeden spacer dziennie to oczywiście dla Krysi za mało, po Teleekspresie
trzeba było zapewnić inne atrakcje. Skorzystałem z tego, że w ten Weekend
w Gliwicach jest Grająca
Starówka
i zabrałem małą do miasta. Jak tam dotarliśmy, to się jeszcze nic
nie zaczęło, więc na początku obejrzeliśmy tylko wszystkie sceny. W końcu
zatrzymaliśmy się pod sceną rockową, gdzie zaczynał się pierwszy
koncert. Po dwóch piosenkach Krysia stwierdziła, że trochę za głośno grają
(rzeczywiście chyba lekko przesadzili tam z nagłośnieniem). Przeszliśmy na
scenę Jazzową. Tam była zupełnie inna muzyka, a przede wszystkim cichsza.
Krysia stwierdziła, że jej się podoba. Zostalibyśmy może dłużej, gdyby nie
okazało się, że to dopiero próba techniczna i właściwie na razie nic więcej
tam nie było.

Trafiliśmy na scenę Teatru Muzycznego. Tam odbywało się małe
przedstawienie przeplatane piosenkami, głównie (a może tylko?) Czesława
Niemena. Jeśli te młode piosenkarki to aktorki Teatru Muzycznego, to może czas
się trochę odchamić ;-)? Postaliśmy tam i posłuchaliśmy z 45
minut i Krysia stwierdziła, że chce do domu. Ja bym mógł na tej Grającej
Starówce i do końca siedzieć, ale cóż… czas wracać.

Krysia zjadła kolację, obejrzała bajkę na DVD (bo na dobranockę się
spóźniliśmy) i zaraz idzie spać. Żonka już też zdążyła wrócić. Dzień można
uznać za udany. :-)

Nauka czytania

Żonka uczy Krysię czytać:

– To co tu jest napisane?
– ly… e… wu…
– Czyli co?
– Nie wiem.
– No… l… e… w. No jakieś zwierzątko, jest tu gdzieś na obrazku…
– Lew?
– Tak!
– 😀
– A tu co jest napisane? Jaka to literka?
Te
– a ta?
igrek

– Czyli? T… y… g… r… y… s…
– Lew?

Ta nauka chyba jeszcze trochę potrwa… ;-)

Kamerka pod Linuksem

Żonka ostatnio wspominała, że chciałaby mieć kamerkę internetową. Ja lubię
takie zabawki, więc od razu podchwyciłem pomysł i postanowiłem jej kamerkę
kupić. No to zajrzałem na Allegro co tam mają… cała masa do wyboru… no to
biorę parę z brzegu i Googlam za ich wsparciem w Linuksie. Ciężko to idzie. Nic
na temat wsparcia w Linuksie dokładnie tych urządzeń co znalazłem na Allegro w
Google nie było. Jak
coś znalazłem, co miało wsparcie, to albo tego na Allegro nie było, albo
kosztowało więcej niż byłem w stanie zapłacić. Na Allegro był tak wielki wybór,
że nie sposób było sprawdzić wszystkiego. Podobnie na wygooglanych listach
sprzętu obsługiwanego przez Linuksa. Oczywiście każdy producent chipsetu
zrobił interfejs po swojemu (urządzenia oparte o standard UVC się dopiero
pojawiają i do tych najtańszych nie należą), a który chipset jest w której
kamerce to dopiero po podłączeniu można stwierdzić…

Na Allegro i tak nie chciałem tego kupować (w końcu to kot w worku),
uznałem, że wybiorę się do sklepu. Normalnie wziąłbym ze sobą listę
obsługiwanego sprzętu, żeby porównać z tym co jest na półkach. Ale dostępne
listy są olbrzymie… a i tak niekompletne… Poszedłem więc bez listy, parę
popularniejszych nazw zapamiętałem, a w ogóle, to uznałem, że może trafię. I
umówię się ze sprzedawcą, że jak nie uruchomię tego, to zwrócę…

No więc przyszedłem do sklepu. Przerażanie w oczach – chyba z
dziesięć różnych kamerek na półce, żadna nie przypomina niczego o czym
czytałem… No nic, mówię, że chcę kamerkę i nieśmiało dodaję ale taką,
żeby działała pod Linuksem
. A sprzedawczyni, ku mojemu zaskoczeniu, bierze
jedną kamerkę z półki (i to chyba taką, jakiej żonka oczekuje – na
laptopa, z klipsem) i mówi, że ta będzie na pewno działać. Okazało się, że był
tam już jeden klient z takimi wymaganiami, przyszedł z laptopem i na miejscu
sprawdził. Zapytałem jeszcze o parametry, bo kosztowała mniej niż byłem
przygotowany na to wydać. Pani zaproponowała, że może podłączyć do jakiegoś
laptopa i pokazać. Już brała jednego laptopa, ale stwierdziła: Ale ten ma
zainstalowaną tę kurewską… oj, przepraszam… na nim jest ta Vista
.
Kobieta była rzeczywiście przerażona, że jej się takie słowo wymsknęło. Widać
szczerze. :-D

W końcu dała mi jakiegoś laptopa z Windows XP, żebym sobie podłączył i sprawdził.
Taaa… równie dobrze mogłaby mnie posadzić przed sterami helikoptera, żebym
się przeleciał ;-). Ale jakoś sobie w tym egzotycznym systemie, i
to jeszcze z jakimiś dodatkowymi przeszkadzajkami, poradziłem. Kamerka
zadziałała, obraz był zadowalający (przynajmniej jak na tą cenę). Biorę.

Za sterownikami rozglądałem się wcześniej, więc jakiś miałem już w pracy
skompilowany, dla najnowszego kernela PLD AC. Okazało się, że pasuje do tej
kamerki. Załadował się bez problemu i xawtv pokazało obraz. Ale Ekiga
marudziła, że nie może otworzyć urządzenia. Bałem się, że kamerka z Ekigą
niezgodna (może dlatego, że JPEG)… ale okazało sie, że po prostu ten
sterownik to V4L1, a w Ekidze miałem załadowane tylko V4L2. Doinstalowałem
libpw-vide-v4l i ruszyło!

Teraz trochę danych praktycznych:

  • Kamerka to:
    A4Tech Evo Cam Note
  • Sterownik do niej to: gscpav1
    (wersja: 20070110)
  • Aby ręcznie zbudować ten sterownik na PLD Ac trzeba:
    • Zainstalować pakiet kernel-module-build w wersji zgodnej z
      używanym kernelem (zrobić upgrade kernela i zainstalować najnowszy
      kernel-module-build)
    • Rozpakować źródła sterownika gdzieś w katalogu domowym.
    • Poprawić Makefile:

      Zamienić:

      default:
              $(MAKE) -C $(KERNELDIR) SUBDIRS=$(PWD) CC=$(CC)
      modules

      na (w przypadku używania kernela up, zamienić wszystkie smp na up):

      default:
              mkdir -p o/include/linux
              ln -sf $(KERNELDIR)/config-smp o/.config
              ln -sf $(KERNELDIR)/Module.symvers-smp o/Module.symvers
              ln -sf $(KERNELDIR)/include/linux/autoconf-smp.h
      o/include/linux/autoconf.h
              $(MAKE) SYSSRC=$(KERNELDIR) SYSOUT=$(PWD)/o O=$(PWD)/o -C $(KERNELDIR)
      CC=$(CC) prepare scripts
              $(MAKE) SYSSRC=$(KERNELDIR) SYSOUT=$(PWD)/o O=$(PWD)/o -C $(KERNELDIR)
      SUBDIRS=$(PWD) CC=$(CC) modules
    • Przelogować się na roota, skopiować zbudowany gspca.ko do
      /lib/modules/`uname -r`/misc, zmienić mu właściciela na
      root:root, odpalić depmod -a.

Dopiero teraz zobaczyłem, że w repozytorium PLD jest gspca.spec i
się nawet buduje, więc można zapomnieć o tym, co napisałem wyżej i po prostu
zbudować sobie pakiet. Wersja w specu jakby trochę inna, jeszcze nie sprawdzałem czy
działa, najwyżej trzeba by speca nieco poprawić.

Update: Nagrałem mały testowy filmik, żeby pokazać co kamerka może. No, nie do końca pokazuje on co chciałem – podczas nagrywania obraz stracił nieco na jakości, bo nie znalazłem jeszcze sposobu na nagrywanie z tego w optymalnej jakości. Na bezpośrednim podglądzie w spcaview/xawtv/mplayer obraz jest odrobinę lepszy.

Google MyMaps

Google Maps właśnie zostało
rozszerzone o funkcjonalność, na którą od dawna czekałem. :-) Nazywa się to MyMaps
i pozwala na dodawanie własnych adnotacji do googlowych map: opisywanie miejsc
(można im nadać własne ikonki), rysowanie linii i kształtów. Teraz na tej
mapce można rzeczywiście coś komuś pokazać: czy to jakieś fajne miejsce, czy
np. trasę na wycieczkę rowerową. No i można sobie mapę wyeksportować do XMLa,
a więc pewnie i potem do jakiegoś GPSa wczytać (nie mam takiej zabawki, więc
nie sprawdzę).

Po króciutkich testach tylko jednej rzeczy mi brakuje: wyliczania długości
zaznaczonej trasy. Planując wycieczkę rowerową chciałbym wiedzieć ile to
kilometrów do pedałowania. Ale jak Google tego nie zrobi, to dorobi się to
jakoś inaczej.

Stary tropek w nowym ciele

Już się tu chwaliłem jak sobie zbudowałem serwerek
z drewna
. Znaczy się, zamknąłem płytę VIA EPIA z zasilaczem i dyskiem
w drewnianym pudełku. Tak narodził się tropek
serwerek/routerek, który w podobnej formie służył nam do przedwczoraj.

Moja konstrukcja, niewątpliwie oryginalna, od początku była niekoniecznie
praktyczna, ale przy założeniu, że się w tym nie grzebie, to nie było dużym
problemem. I żonce się nawet komputerek spodobał…. Ale ciężko, żeby taki
niewyżyty administrator jak ja, powstrzymywał się długo od grzebania w domowym
serwerku…

Gdy uznałem, że poczta mi się trochę za bardzo muli, uznałem, że dodam
pamięć… i wymienię dysk na SCSI. Pierwsze, mimo pewnych komplikacji
z zakupem, nie było większym problemem. Drugie wiązało się z dołożeniem
kontrolera SCSI, co oznaczało wyrzucenie sieciówki PCI, co oznaczało
podłączenie Ethernetu przez USB. Obudowa zyskała jeden wypustek, żeby
kontroler się zmieścił oraz jedną „mackę” do podłączenia sieciówki…

Dysk SCSI był głośny, więc kombinowałem z wyciszeniem dysku. Później były,
średnio udane, próby podłączenia dodatkowego dysku IDE przez USB, wymiana
kontrolera SCSI na wyższy itp. Skrzynka zyskiwała kolejne wypustki i macki,
a do tego przestała się domykać… gdy ostatnio zacząłem wspominać o kolejnych
możliwych zmianach żona powiedziała
Dość! i zasugerowała wymianę skrzynki na coś co wygląda jak komputer.
Nawet zaczęła się za odpowiednim sprzętem rozglądać na Allegro…

Wypatrzyła na jednej aukcji malutki komputerek
Dell™ OptiPlex™ GX150
(w wersji Small Form-Factor, po
naszemu slim). Poźniej ja się rozejrzałem i stwierdziłem, że takich
maszynek na Allegro jest całkiem sporo, w różnych konfiguracjach
i rzeczywiście wygląda to na rozsądny wybór. Dostępne egzemplarze miały zwykle
256MB RAM i procesory 800-1100MHz. Do tego czasem napęd CD lub DVD i dysk
twardy 10-20GB. Uznałem, że CD mi nie potrzebny, dysk potrzebuję i tak
większy, a pamięci 512MB to minimum (więcej do tej maszynki nie da się
wsadzić). W końcu zamówiłem komputerek bez dysku i napędu optycznego, ale
z 512MB RAM. A zanim przyszła kupiłem na mieście dysk twardy 160GB. IDE, bo
o wsadzeniu SCSI do tej maszynki mogłem zapomnieć (bardzo niskie miejsce na
kartę PCI).

Zanim jeszcze przyszedł Dellik zabrałem się za testowanie i przygotowanie
dysku. hdparm -tT zaskoczył mnie wynikiem 78MB/s. To więcej niż
moje dyski SCSI 10000 obr/min. Czasów dostępu nie mierzyłem, ale tu raczej nie
ma szans, żeby były niższe niż w tych SCSI. Bardzo zadowolony też byłem
z głośności, czy raczej cichości dysku. Założyłem filesystemy (na LVM,
rzecz jasna) i rsyncem wstępnie skopiowałem dane ze starego (wtedy wciąż
on-line) tropka.

W poniedziałek przyszedł Dell. Zapakowany w pieluszki. %-)
Obudowa podrapana z wierzchu, ale w środku jak nowy. Podłączyłem zasilanie,
włączam… i nic… cisza. Dopiero gdy przyłożyłem ucho do obudowy poczułem
ciche mruczenie. Całkiem nie źle jak na maszynkę z dwoma wentylatorkami
o małej średnicy.

Zastopowałem prawie wszystkie usługi na starym tropku (zostawiłem sieć
i sshd) i jeszcze raz zapuściłem rsynca, żeby skopiować ostatnie zmiany na
nowy dysk (podłączony do podbiurkowej maszyny). Skonfigurowałem bootloadera
itp. i zamontowałem dysk do nowego serwerka. Trochę musiałem przy tym
pogłówkować, bo to nie takie proste, rozciąłem sobie palucha (zawsze jak
składam jakiegoś PC to się potnę i coś krwią wysmaruję), ale się udało. Przy
okazji zauważyłem, że prowadnice na dysk są zrobione tak, żeby tłumić drgania
– konstruktorzy Della bardzo dbali o to, żeby to było ciche.

Oczywiście za pierwszym razem nie udało mi się uruchomić systemu. Jeszcze
z dwa razy musiałem dysk podpinać do dużego kompa, żeby coś tam w konfiguracji
poprawić, ale w końcu się udało. Jeszcze parę drobnych poprawek na nowym
serwerku, testy na łączu w świat skrosowanym pod biurko i mogłem wyłączać
starego tropka i wstawić nowego na jego miejsce w szafie. Chwilę potem już
miałem internet, Jabbera i parę innych przez nową maszynkę.

Wydajnościowo nie widzę jakiś różnic w żadną stronę. W nowej konfiguracji
sprzętowej transfery z dysku są gorsze – po podłączeniu do pięcioletniej
płyty głównej ten nowy dysk wyciąga już tylko około 28MB/s. To mniej niż
miałem w starym tropku. Ale tam był kontroler SCSI i pamięć DDR. Różnic
wynikających z gorszych czasów dostępu nie zauważyłem. W nowym jest szybszy
procesor, ale w takim zastosowaniu raczej nie powoduje to widocznych zmian.
Jeśli chodzi o wydajność nie była to zmiana na lepsze, ale na gorsze też nie.

Najważniejsze, że teraz serwer wygląda normalnie:

nowy_tropek.jpg

i że znacznie łatwiej jest do niego cokolwiek podłączać i odłączać. Mam
nadzieję, że długo nam posłuży.

Odświeżenie bloga

Postanowiłem trochę odświeżyć mojego bloga. Najpierw zmieniłem moje
skrypty do generowania joggerowych szablonów – generowanie z XMLa
i automatyczne walidowanie wyniku było fajne w założeniach, ale w praktyce
chyba zbyt skomplikowane. Przesiadłem się na M4 i jest fajnie.
:-)

Później postanowiłem dodać trzecią kolumnę do layoutu. Archiwum
i kategorie chciałem przenieść na lewą stronę, a po prawej dać
linkownie. Szablon przerobiłem, ale efekt mi się nie podobał. Do tego,
gdy przyszedł czas na dodanie linków, stwierdziłem, że nie umiem się
zdecydować co tam wrzucić – wszystko co przeglądam, to za chwilę połowa
byłaby nieaktualne, a jeśli miałbym wybierać te najważniejsze, to niby
jak? W końcu zmiany w szablonie zachowałem sobie gdzieś na boku w postaci
łatki i wróciłem do starych, dobrych dwóch kolumn.

Czyli wizualnie byłem w punkcie wyjścia. A przecież chciałem coś
pozmieniać. Najbardziej mnie wkurzało archiwum – ciągnące się jak papier
toaletowy. Wczoraj, odrobiną magii w JavaScripcie, dodałem do niego
hierarchię, a dzisiaj zwijanie niepotrzebnych lat. Z efektu jestem bardzo
zadowolony – chyba całkiem nie źle, jak na kogoś, kto nie zna
JavaScriptu. :-)

Poza tym, dołożyłem linki do następnej/poprzedniej strony w szablonie
wpisów i do następnego/poprzedniego wpisu w szablonie komentarzy. A na końcu
dorzuciłem reklamy AdSense. Miałem tego na bloga nie dawać, ale na stronach
moich projektów niewiele te reklamy dawały – nic się tam nie dzieje, to
nikt nie zagląda. A na Joggerze kolejne osoby dodają sobie reklamy na bloga
i nikt na nich nie krzyczy, więc może i mnie czytelnicy wybaczą.
;-)

Pingwinaria 2007

Czwartek

No to znowu pojechałem na Pingwinaria. Tym razem z żonką. Wyjechaliśmy w czwartek rano, najpierw
po gadżety do Ikuśnej firmy, a potem do Krynicy. Po drodze dołączył do nas Ajot. Po niecałych czterech godzinach byliśmy
na miejscu.

Po rozpakowaniu poszliśmy (ja i Ika) na obiadek (wyżywienie w Damisie jak zwykle super), a po obiadku
na spacer po Górze Parkowej. Na szczycie czynne były zjeżdżalnie (takie
metalowe rynny po których się zjeżdża w filcowych workach) i żonka chciała od
razu spróbować. No to wykupiliśmy 10 zjazdów (8zł) i poszaleliśmy trochę. Ja
nawet dwa razy próbowałem na tej najbardziej stromej… próbowałem po za każdym
razem, gdy usiadłem przy krawędzi, to się wycofywałem.
;-)

Po spacerku Ika rozstawiła sklepik
z pingwinami
, a ja zajrzałem na salę wykładową. Tego dnia nawet udało mi się
obejrzeć po części z każdego wykładu. ;-)

Po kolacji i kawałku drugiej części ostatniego wykładu zaczęły się mniej
oficjalne części imprezy, czyt. picie. Nie uczestniczyłem w tym zbyt
intensywnie, ale spać położyłem się późno. Żonka dołączyła jeszcze później.

Piątek

W piątek okazałem się paskudny i w ogóle, bo obudziłem się o 6:30 i przy
okazji obudziłem żonkę. Do śniadania przeleżeliśmy w łóżku (no może nie tylko
przeleżeliśmy i nie tylko w łóżku… ;-)). Tego dnia nie byliśmy
raczej wyspani. W południe planowany był mój wykład, przed nim
planowaliśmy wypad do sauny. Rano więc poszliśmy tylko na mały spacerek na
Deptaku pod Górą Parkową. Z sauną ktoś zamieszał tak, żebym ja się nie załapał, ale Ika
owszem… No cóż, miałem więcej czasu na przygotowanie się do wykładu.

Mój wykład to jedyny na którym byłem od początku do końca. Opowiedziałem po
kolei jak to pomogłem żonce z nalepkami na paczki, na początku zastrzegając, że
to nie jest do końca zrobione tak jak powinno się robić, ale i tak wywołałem
małą burzę. Niektórzy byli oburzeni, że takie rzeczy stosuje się
w produkcji, inni mnie bronili, że to sprytne i niegłupie rozwiązanie. I dobrze,
bo właściwie nie o moje skrypciki chodziło, ale o dyskusję na temat hackerskich
rozwiązań. Swój wykład uważam więc za udany. :-). Żonka na mój
wykład dotarła gdzieś w połowie, gdy dyskusja się rozpoczynała. Po wykładzie
został już tylko wypoczynek.

Po obiedzie pomogłem rozstawić sklepik 403forbidden, a potem zajrzałem na
wykłady sponsorów… nie zachwyciły mnie, to poszedłem na basen. Tam się
pomoczyłem przez 45 minut, a przy okazji wymasowałem bąbelkami moje obolałe
plecy.

Po kolacji było oficjalne świętowanie urodzin PLUGu, a potem panel
dyskusyjny
na temat otwartych systemów, standardów i oprogramowania. Na
początku ciekawy, potem dyskusja zaczęła się kręcić w kółko, to poszliśmy
szukać innych rozrywek. Ja np. poszedłem sobie na spacerek po Krynicy.
Dowiedziałem się np., że o wpół do jedenastej wieczór lodowisko jest już
zamknięte. ;-)

Wracając spotkałem na schodach integrującą się grupkę linuksiarzy, z Panią
Prezes na czele. Agusia zażyczyła
sobie mojej żony wraz z cyckami, więc poszedłem po Ikę… która już prawie
spała w pokoju. No cóż, rano nie dałem jej pospać. Wspólna integracja na
schodach nam nie szła, więc poszliśmy spać, wyjątkowo wcześnie jak na
Pingwinaria, chyba jeszcze przed północą…

Sobota

W sobotę wstaliśmy o normalniejszej porze (po ósmej) i bardziej wyspani. Po
śniadaniu poszliśmy z szefem Iki na mały spacer-zakupy. A potem Srebrną,
w sali bilardowej,
testowałem sprzęt do StepManii. Były drobne komplikacje,
ale ostatecznie udało się dwie (z trzech) maty podłączyć do laptopa Iki tak, że
działały i zebrać zestaw piosenek. Przy okazji wzbudziliśmy zainteresowanie

wszystkich którzy w tym czasie byli w lub zajrzeli do sali wykładowej.

Przed obiadem (gdy ja testowałem maty) sklepik z pingwinami
eksperymentalnie został rozstawiony przed jadalnią. I to okazało się być
strzałem w dziesiątkę. Po obiedzie zabraliśmy Prezesa na Górę Parkową, licząc
na to, że spuści go się metalową rurą w filcowym worku… ale padało
i ślizgawki były zamknięte. Posiedzieliśmy w tamtejszej knajpce i wróciliśmy na
dół. Podczas spacerku, mimo pogody, udało się znaleźć ślady wiosny, np. takie:

kaczence.jpg

Podczas kolacji znowu sklepik działał przed jadalnią, a ja zaraz po kolacji
poszedłem rozkładać sprzęt na sali. Tam laptop i maty zaczęły odmawiać
posłuszeństwa. Albo któraś z mat nie była wykrywana, albo wykrywane były obie,
a działała tylko druga, albo po wykryciu znikały. W końcu, po paru minutach żonglerki
wtyczkami USB, gdy już prawie się poddałem, udało się wszystko uruchomić
i zaczęła się zabawa.

Najpierw skakałem ja ze Srebrną, żeby pokazać co i jak, potem, najpierw
nieśmiało, próbowały inne osoby. Tylko ja, Srebrna, Ika i Agusia mieliśmy
jakieś doświadczenie z tą zabawką, dla reszty to była nowość, ale wielu się
bardzo spodobała. A ja robiłem za tego co wzbudzał podziw publiczności swoimi
popisami. Do mistrzów StepManii mi pewnie daleko, ale w tym towarzystwie chyba
rzeczywiście się wybijałem. I miło czuć na sobie pełen podziwu wzrok
publiczności. I słyszeć te wszystkie pochwały i zachwyty… Gdyby to jeszcze
podziwiały mnie same atrakcyjne kobiety, a nie (w większości) banda facetów…
;-).

Chciałem zwijać laptopa o jedenastej, ale w końcu impreza trwała chyba do
drugiej w nocy. Niektórzy z nowicjuszy zdążyli nawet całkiem nieźle to
opanować. Niektórzy (honey i mmazur) próbowali nawet mnie albo Ikę
zamęczyć… Może trochę się im udało, bo jeszcze czuję zakwasy…

Niedziela

W niedzielę znowu udało się pospać (całe szczęście, jak byśmy dojechali?),
ale cztery dni imprezowania i tak robiły swoje. Przy śniadaniu sklepik został
rozstawiony po raz ostatni. Potem sauna (koedukacyjna). Tym razem i ja się
załapałem. To działa! Po saunie czułem się znacznie bardziej zdatny do podróży
niż wcześniej. Potem pakowanie i jazda. Znowu robiłem za pasażera, bo na razie
żona kluczyków do auta mi nie daje (auto jest jeszcze na ubezpieczeniu teścia,
jak by coś się stało, to mnie teść by zabił, a Ikę najwyżej opieprzy). Po drodze
chcieliśmy zjeść obiad… nie było prosto, bo na drodze (bardzo malowniczej,
polecam!) od Nowego Sącza do Mszany Dolnej nie wypatrzyliśmy żadnej knajpy. Dopiero
w Mszanie jakąś pizzerię, z wierzchu nieciekawą. Ale pizza była pyszna.

W domku byliśmy około 16:30. Porządnie zmęczeni, ale trzeba było jeszcze
przetrwać wieczór z dzieckiem… Ika padła zanim przyszedł czas kąpieli Krysi,
ale ja jakoś sobie poradziłem. Ocknęła się, gdy Krysia zadawała mi poważne
pytanie: Co zrobisz z mamusią, gdy będziesz ścielił łóżko?, a więc
problem się sam rozwiązał. Chwilę po położeniu Krysi myśmy już też spali.

Głupie Safari…

Na Pingwinariach dowiedziałem się, że mój blog nie działa pod Safari…
Zastanawiałem się, co z pieprzyłem, ale nic nie wymyśliłem. Dzisiaj poznałem
szczegóły, pogooglałem i wiem: Safari nie radzi sobie z XHTML serwowanym jako
XML. Mój Jogger miał ustawione serwowanie jako XML (na sztywno… dziwne,
byłem przekonany, że była włączona autodetekcja). Przełączyłem na text/html
i podobno jest już dobrze.