Z pamiętnika hipochondryka

L4 miałem do 21 lutego. Teoretycznie wizytę kontrolną powinienem mieć
najpóźniej tego dnia. Jednak, gdy zadzwoniłem, żeby się umówić, dowiedziałem
się, że mam być 27 lutego, od ósmej. Niewiele więcej się dowiedziałem.

Wczoraj zadzwoniłem jeszcze raz, żeby się upewnić, że o mnie pamiętaj,
dowiedzieć się, czy jak będę na 9:00, to też będzie ok (wcześniej żona
oprowadza Krysię do przedszkola i nie dałaby rady mnie zawieźć) i ewentualnie
muszę wziąć coś specjalnego ze sobą. Usłyszałem, że doktor będzie
o 9:00
. Zauważyłem, że to inna godzina niż podawano mi ostatnio. Nic
się nie zmieniło, zawsze było tak samo: rejestracja od ósmej do dziesiątej,
lekarz przychodzi o dziewiątej.
Upewniłem się, że o dziewiątej mogę
przyjechać i tyle. Pani mnie szybko spławiła…

Przyjechaliśmy więc dzisiaj do Poradni. Wziąłem ze sobą wyniki rezonansu
i wypis – nikt nic nie mówił, ale może będą potrzebne… Poza tym
wzięliśmy coś do czytania, bo, że będzie trzeba czekać, to było raczej pewne.
Od razu udałem się do Siostry Rejestratorki… daję kartę, a ta się pyta,
gdzie ksero wypisu i książeczka ubezpieczeniowa lub dowodu ostatniej wpłaty do
ZUS. Wypis miałem, ale tylko oryginał, a ZUSowych papierów wcale –
zakładałem, że skoro już mnie w tym szpitalu operowali, to wszelkie papiery
mają. Ale nie. Oddział to jedno, a przyoddziałowa poradnia to drugie…

Pani upierała się, że mnie bez tych dokumentów nie mogą przyjąć.
Niestety, ja podczas choroby nauczyłem się używania brzydkich słów (czasem
bolało tak, że wcześniej mi znane formy ekspresji nie wystarczały), a teraz
nerwy mi puściły i chyba ją trochę zbluzgałem. Żona mnie odciągała, żebym
przypadkiem komuś krzywdy nie zrobił… Trochę mi wstyd, ale z drugiej
strony… to zadziałało. Okazało się, że można mnie zarejestrować.

Po dwóch i pół godziny czekania w kolejce zostałem poproszony do środka.
Pani oddała mi kartę NFZ z nalepionym numerem kartoteki w poradni i poprosiła
o podpisanie karteczki, że wymagane dokumenty doniosę (nie można było tak od
razu?). Potem jeszcze z pół godzinki musiałem poczekać na swoją kolej
u doktora.

Doktor, właściwie mnie nie zbadał, tylko wypytał jak się czuję.
Zaniepokoił się tym, że L4 skończyło mi się tydzień temu i że nie będę miał
ciągłości i wypisał nowe od dzisiaj. Dowiedziałem się, że nie powinienem
pracować (siedząc) przez jakieś trzy miesiące od zabiegu, nie wolno mi
dźwigać, a poza tym mogę wracać do aktywnego życia. Czyli właściwie nic
nowego. Żadnego skierowania, żadnej recepty. No cóż… widać czasem służba
zdrowia jest od tego, żeby brać czas pacjenta i jedne papiery i generować inne
papiery…

Pozwolenie na operację (tę sprzed półtora miesiąca) oczywiście podpisałem.

Koniec z przeskakującym Firefoksem! :-)

Od paru miesięcy męczył mnie problem Firefoksa przeskakującego na aktywny
desktop XFCE4, gdy poprosi się go o otworzenie jakiegoś URLa z innej
aplikacji, albo gdy po prostu załaduje się jakaś strona. Bardzo nieprzyjemne,
gdy w tym czasie próbuje się korzystać z innego aplikacji na innym
ekranie. Problem się pojawiał (kilka razy, bo na różnych maszynach) po
jakimś upgradzie XFCE albo Firefoksa i nie potrafiłem się go pozbyć.
Próbowałem wszelkich opcji w about:config
Firefoksa, wszystkich przełączników w konfiguracji XFCE… i nic. Googlałem za
tym wielokrotnie, bez skutku, ale trudno mi było uwierzyć, że nikt inny nie
zauważył takiego zachowania, albo że nikomu innemu to nie przeszkadza…

Dzisiaj, po kolejnym takim przeskoku nie wytrzymałem i zajrzałem do źródeł
XFWM. Wyszło na to, że zachowanie to zależy od parametru
activate_action, XFWM przełącza desktop na aktywne okno, gdy
parametr ten jest równy ACTIVATE_ACTION_BRING. Potem wyczytałem,
że parametr ten jest pobierany z opcji konfiguracyjnej pod nazwą
Xfwm/ActivateAction.

Najpierw uruchomiłem GUI konfiguracyjne XFCE, żeby jeszcze raz zobaczyć,
czy nie ma tam tej opcji. Nie znalazłem. Zajrzałem więc do swojej konfiguracji
(~/.config/xfce4/mcs_settings/xfwm4.xml) i takiej opcji tam nie
było, ale miejsce wyglądało na właściwe. Dopisałem więc:

<option name="Xfwm/ActivateAction" type="string"
value="none"/>

… i zadziałało. :-) Wreszcie! Po wielu miesiącach męczarni!

Potem zajrzałem na Google, tym razem szukając tego konkretnego parametru.
Okazało się, że nie ja jeden miałem ten problem, a rozwiązanie w sieci jest
podane, wiele razy. Widać, jeszcze nie do końca umiem z Google korzystać…
:-(

No i nie rozumiem czemu tak wyjątkowo upierdliwe zachowanie jest
kontrolowane jakąś ukrytą opcją, której normalnie nie można kilkoma
kliknięciami wyłączyć…

Update: Kurde, znowu przeskoczył. :-( Chyba jednak na tym komputerze mam zbyt stare XFCE… Jak ja to testowałem?

Update 2: Właściwym plikiem dla wspomnianej opcji jest: ~/.config/xfce4/mcs_settings/wmtweaks.xml. Po zmianie należy całe środowisko zrestartować. Wygląda na to, że teraz naprawdę działa.

Satelita

Zaczyna się Teleexpress. Córka wychwyciła jakiś kawałek informacji:

– A czemu chcą zabić tą satelitę?

– Chcą go zestrzelić, żeby nie spadł. No bo może spaść na ziemię i
wtedy mógłby zrobić komuś krzywdę.

– Bo ona jest wielka ta satelita?

[…]

Postanowiłem wyjaśnić dziecku co to są satelity:

– To są takie urządzenia co latają dookoła ziemi.

– Jakie urządzenia?

– No, satelity to takie urządzenia co latają wokół ziemi. Ten akurat
robi zdjęcia.

– Robi zdjęcia całemu światu?

– Tak.

– To tak powstają kartki na globusy? – stwierdziła Krysia
ciesząc się, że w końcu rozwikłała tę zagadkę. :)

– No, niezupełnie…

Mój SE K550i

W komentarzu do wpisu
sprzed dwóch miesięcy
napisałem, że nie planuję wpisu o moim nowym
telefonie komórkowym. Ale jednak coś napiszę.

Miałem już kiedyś Sony-Ericssona. Służbowego. To był chyba pierwszy model
sprzedawany pod tą marką, ale całkiem przyzwoity. Miał największą
funkcjonalność pośród tych, które miałem wtedy do wyboru (inne nie miały albo
IrDA, albo Bluetooth, albo GPRS… itd.). Największym bajerem był wtedy
aparat. W praktyce zupełnie bezużyteczny (no chyba, że do zgadywania, co mogło
być przed obiektywem w momencie robienia zdjęcia). Ale to były początki
aparatów w telefonach i telefon z niższej półki. Nie dla aparatu go
wybierałem. Pod koniec użytkowania wyszedł kolejny problem: dżojstik
przestawał działać i coraz trudniej było telefonu używać. Ale ogólnie byłem
bardzo zadowolony. Telefon sprawował się bardzo dobrze i przez ponad dwa lata
w moich rękach się nie rozsypał.

Gdy rzucałem tamtą robotę musiałem sobie sprawić nowy telefon. Nie miałem
dużo kasy, nie chciałem się ładować w abonament, pozostało kupić coś taniego.
Żona już miała Samsunga X200, chwaliła go sobie, więc i ja sobie taki
sprawiłem.

Samsung X200 jest ładny, poręczny i praktyczny… ale tylko do rozmów i
SMSów. Przez IrDA dało się może przesyłać pojedyncze kontakty, ale nic więcej.
A nawet przy tym się telefon wykrzaczał. GPRS poprzez IrDA, czy kabel USB po
prostu nie działał. Właściwie poza najbardziej podstawową funkcjonalnością nie
działało nic. Nie mogę powiedzieć, że nie byłem z telefonu zadowolony.
Szczególnie za tą cenę… ale czasem chciałbym coś więcej.

Mając własną firmę i jakieś zyski mogłem już sobie pozwolić na jakiś
abonament. A z tym na zakup lepszego telefonu w promocyjnej cenie.
Zdecydowałem się na to w listopadzie. Abonament najmniejszy (i tak tych 30zł
nigdy nie wydzwonię), to promocyjne ceny nie te najmniejsze. Wybierałem więc
spośród tych tańszych telefonów. Kolega miał SE K750i i sobie chwalił.
Rozejrzałem się więc jak wyglądają inne telefony w podobnej cenie i uznałem,
że też taki sobie kupię. W każdym razie chciałem coś co oprócz dzwonienia i
SMSów będzie miała: GPRS (a Edge i więcej też mile widziane), sensowny aparat
(jak na komórkę, nie musi dorównywać normalnym aparatom), pełną J2ME (coby móc
sensowną przeglądarkę WWW i Jabbera odpalić), kalendarz, notatnik itp. które
będzie można synchronizować z komputerem, player MP3. Chciałem telefon, który
przy okazji sprawdzi się jako prosty aparat i palmtop.

Gdy przyszło do kupowania, okazało się, że nie ma K750i. Jest za to K550i,
podobno jego następca. Uwierzyłem na słowo, że nie może być gorszy i wziąłem
to co było. Potem w sieci poczytałem o różnicach. Generalnie są to podobne
telefony, K750i bardziej sprawdzony i ma ciut lepszy aparat, ale K550i też ma
swoje plusy.

Spodziewałem się, że na początku nowy telefon, z nowym interfejsem
użytkownika, będzie mnie wkurzał. Ale nie. Właściwie wszystko od początku było
dla mnie intuicyjne i bardzo mi się spodobało. Nie było się do czego
przyczepić. Wręcz jest to pierwszy telefon, który zachowuje się tak, jakbym
oczekiwał (np. kasowanie SMSów klawiszem „C”, a nie przez ciągłe wciskanie
„OK”).

Problemem okazała się na razie jedynie synchronizacja z komputerem. Nie
z powodu słabości telefonu, ale raczej oprogramowania dostępnego pod Linuksem.
No cóż, na to przyjdzie mi jeszcze poczekać. Ale i tak jest o niebo lepiej niż
z Samsungiem.

Prawdziwy test telefon przeszedł gdy zaniemogłem i w grudniu, z powodu
ataku dyskopatii musiałem leżeć plackiem w łóżku. Na początku nie czułem się
na siłach nawet skorzystać z laptopa. A telefon można obsługiwać jedną ręką.
Dobrze, że wcześniej zainstalowałem sobie Bombusa (klienta Jabbera) i Operę
Mini (przeglądarkę WWW. Wbudowana jest dość prymitywna) oraz zakupiłem
Pakiet internetowy 50MB za 8zł netto. Dzięki temu miałem kontakt ze
światem i leżenie mogłem sobie umilić rozmowami przez Jabbera i czytaniem
blogów. Telefonik sprawił się świetnie jako taka namiastka komputera.

Przydał się też w szpitalu, gdzie oprócz namiastki komputera, spełniał
funkcję radia. Odtwarzacza MP3 jeszcze nie przetestowałem, bo nie dorobiłem
się jeszcze karty pamięci (chorując tak, że nie bardzo mogę pracować i
zarabiać, staram się ograniczać mniej pilne wydatki).

Niestety, w szpitalu wyszła pewna słabość tego sprzętu, a raczej jego
oprogramowania. Parę razy, gdy miałem odpalonego Jabbera i WWW, po prostu mi
się zrebootował. Raz straciłem przez to już prawie gotowy wpis na
Joggera (dlatego w końcu odpuściłem sobie pisanie ze szpitala). Nie zdarza
się to często, ale może być przykre. Pozostaje liczyć na to, że pojawi się
uaktualnienie oprogramowania, które poprawi ten błąd.

W każdym razie telefon mnie zadziwiał. To po prostu mały komputerek, w
którym można mieć uruchomionych kilka aplikacji jednocześnie (u mnie radio,
jabber i WWW) i wygodnie z nich wszystkich korzystać. Działa nawet proste
cut&paste pozwalające przenosić URLe z jabbera do przeglądarki i w
drugą stronę. Brak pełnej klawiatury QWERTY oraz myszki jest odczuwalny, ale
mimo to urządzenie jest całkiem wygodne w użyciu.

Nie wspomniałem jeszcze o aparacie. Rzeczywiście jest już sensowny (w
porównaniu do mojej poprzedniej komórki z aparatem), robi zdjęcia porównywalne
z tymi, z naszej starej cyfrówki. Spokojnie wystarczy, gdy się chce coś
pstryknąć, a nie wzięło się ze sobą porządnego aparatu. Zdjęcie z poprzedniego
wpisu zostało zrobione właśnie tym telefonem. A w szpitalu użyłem go, żeby
obejrzeć swoją bliznę po operacji. :-) Oczywiście chyba każdy
współczesny cyfrowy kompakt zrobi dużo lepsze zdjęcia, ale przecież kupowałem
tani telefon, a nie aparat. A fajnie mieć zawsze przy sobie coś, do robienia
zdjęć.

No więc, jeśli ktoś mnie pyta, czy jestem zadowolony z zakupu, to szczerze
mogę odpowiedzieć, że tak. Czy nie mam żadnych zastrzeżeń? No jedno, że się
czasem wysypuje na aplikacjach w Javie… no ale cóż, komputery już tak
miewają… Samsung się potrafił wysypać po odebraniu wizytówki przez IrDA.

Z pamiętnika hipochondryka

Nie byłbym hipochondrykiem, gdybym kilka dni po wyjściu ze szpitala nie
odwiedził jakiegoś lekarza. ;-) No więc dzisiaj odwiedziłem
urologa…

Ale zacznijmy od początku. Cztery dni po operacji, gdy wreszcie mogłem
wyjść do kibelka, stwierdziłem niespodziankę: biały osad na żołędzi. No i
swędziało to odrobinę od jakiegoś czasu. Najpierw myślałem, że to chwilowy
efekt utrudnień w utrzymaniu higieny (miska i gąbka zamiast prysznica, kaczka
i basen zamiast ubikacji). Ale i kąpiel nie pomagała. Do domu ze szpitala
wróciłem więc z tą niespodzianką…

Żona obejrzała i jej się nie spodobało. Uznaliśmy, że warto byłoby iść z
tym do jakiegoś lekarza. W przypadku faceta wybór lekarza nie jest tak
oczywisty jak w przypadku podobnych problemów u kobiety. Ostatecznie uznałem,
że urolog będzie właściwy. No ale z dnia na dzień się do urologa nie zapiszę,
a nam zależało na jak najszybszym rozwiązaniu problemu… Zarezerwowałem
sobie termin w następnym (czyli obecnym) tygodniu, a żonka poszła po pomoc do
apteki. Przyniosła mi Clotrimazolum i Urinal.

Widoczne objawy zniknęły już po paru smarowaniach. Mimo to uznaliśmy, że
do lekarza się wybiorę (żonka regularnie chodzi do ginekologa, więc mnie jedna
taka wizyta nie zaszkodzi), a wcześniej mały będzie miał kwarantannę
(nie chciałem sprzedać żonie tej niespodzianki).

Wizytę u urologa zacząłem mówiąc, że dwa tygodnie temu miałem operację
kręgosłupa. Lekarza bardzo to zainteresowało: wypytał jaką, na którym
poziomie. Potem, czy mam problemy z oddawaniem moczu i czy mam wzwody. Gdy
stwierdziłem, że nie mam z tym żadnych problemów, powiedział, że mam
szczęście, bo po takiej operacji mógłbym mieć (nie od samej operacji, ale po
tym wypadniętym dysku).

W końcu udało mi się przejść do rzeczy. Powiedziałem o
białym osadzie i o kuracji jaką załatwiła mi żonka. Lekarz potwierdził to
czego się domyślałem wyjaśniając, że ludzie normalnie mają tam różne bakterie
i grzyby i, że normalnie bakterie zjadają grzybki. Ja tuż przed i przez parę
dni po operacji dostawałem antybiotyki, które zabiły bakterie. A gdy bakterii
brakło, to grzybki się rozrosły. Klotrimazol to właśnie odpowiedni środek na
to i właściwie od razu takie problemy leczy. Jakby nie pomagał, to powinienem
się udać do dermatologa, żeby pobrał próbkę w celu zbadania co to dokładnie za
grzybki.

W końcu doktor zamknął drzwi i poprosił, żebym pokazał. Pokazałem,
stwierdził że już nic tam nie ma i zanotował w karcie grzybków nie
stwierdzono
. Zadałem jeszcze najważniejsze pytanie: co z seksem?
Doktor zaczął wyjaśniać, że raczej jest nie wskazany… że przecież nie jest
najważniejszy i można jakiś czas się obyć… że podczas seksu mężczyzna
wykonuje takie ruchy… Ogólnie chodziło o to, że po takiej operacji lepiej
uważać. Zapewniłem go, że już nauczyliśmy się robić to jak jeże, ale
chyba nie podobała mu się idea, że mnie już seks w głowie. Jeśli chodzi o
grzybki, to nie widział przeciwwskazań: po pierwsze już ich właściwie nie
było, po drugie, zdrowej kobiecie tak łatwo by nie zaszkodziły.

Ogólnie wizyta wypadła nie najgorzej. Tylko trochę szkoda tych 70 zł (miało
być 75zł, ale nie mieli drobnych 5 zł do wydania reszty)… za neurochirurga
zapłaciłem przecież 50 zł, a wizyta była dużo bardziej owocna.

Z pamiętnika hipochondryka

10.01 – przyjęcie do szpitala

Przyjęcie do szpitala okazało się nie takie proste. Ordynator, u którego
miałem to załatwić, nagle wybiegł na blok operacyjny, a poza nim nikt o mojej
sprawie w szpitalu nie wiedział. Ale jakoś się udało. Dostałem łóżko pod oknem
w siedmioosobowej sali, gdzie leżało już pięciu innych pacjentów.

Pierwszego szpitalnego stresu napędziła mi komórka, której nie mogłem
znaleźć, gdy wróciłem do sali po przebraniu się na izbie przyjęć. No to
spanikowany poleciałem na dół (cały czas kulejąc i poruszając się z trudem),
by jej poszukać w moich rzeczach. Narobiłem zamieszania, ale tam jej nie
znalazłem. W końcu się okazało, że jednak przyniosłem ją na górę w torbie,
tylko, że zawieruszyła się w ukrytej kieszonce…

Potem właściwie nikt się mną za bardzo nie interesował, to leżałem sobie
na łóżku, ewentualnie pokuśtykałem po korytarzu. O szesnastej przyszła
pielęgniarka zmierzyć temperaturę, znaczy się zapisać temperaturę zmierzoną
przez pacjentów… znaczy się zapisać co pacjenci powiedzą (– jaka
temperatura? – normalna. – normalna to znaczy? – niech
siostra pisza: 36.6
. Zapomniałem wziąć z domu termometru, to podałem 36.0
😉 Niektórym pacjentom mierzono ciśnienie, to już nie na słowo.

Później dostałem pojemnik na siuśki i zostałem poinstruowany, żeby po
kolacji już nic nie jeść. O siódmej rano miałem pojemniczek napełnić i wtedy
też miała być pobrana krew.

Wieczorem przyszła jeszcze jedna pielęgniarka, z koszyczkiem dobroci.
Znaczy się, z tabletkami i zastrzykami przeciwbólowymi. Pytała się co sobie
życzę, jakoś nie miałem ochoty na kłucie, to poprosiłem o tabletkę (chociaż
tego żołądek mógł mieć już dość). Koledzy nie byli mi w stanie powiedzieć o
której pobudka… wydało mi się to dziwne, bo w szpitalu wojskowym pacjenci
byli brutalnie budzeni co dzień o 5:30. Założyłem więc, że się wyśpię.

11.01 – badania i ustalenie terminu zabiegu

Z tym wyspaniem to nie do końca wyszło. Współlokatorzy chrapali, a jeden
łaził i żarł w nocy. A przed szóstą już normalnie wstawali i kawę sobie
robili. Chwilę po szóstej przyszła pielęgniarka mierzyć temperaturę.
Niewiele później pobierać mi krew (miało być po siódmej). Pojemniczek był
jeszcze pusty, bo ja dzielnie chciałem trzymać do zadanej godziny… Okazało
się, że siostra nocna postanowiła sama to załatwić, bo tego dnia miało być
dużo roboty.

O której jest obchód też mi nikt nie był w stanie powiedzieć (w wojskowych
to była konkretna godzina, pacjenci wiedzieli kiedy powinni wszyscy być w
łóżkach). Zresztą tu się to nazywało wizyta. No i w końcu była, lekarz
zajrzał, zamienił parę słów z pacjentami (ja się dowiedziałem, że będzie
zabieg, muszą ustalić grafik
), zapisał mi przeciwbólowe tabletki (bo okazało
się, że inne pielęgniarki nie dają wyboru, a raczej dają tylko to, co lekarz
zapisze) i poszedł. Jakiś czas później przyszedł po mnie pielęgniarz, czy
sanitariusz i zabrał na badanie EKG. Potem jeszcze przyszła pielęgniarka i
powiedziała, że zabieg mam w poniedziałek i kiedyś przyjdzie do mnie
anestezjolog, więc mam być w okolicy. Okazało się, że kiedyś
oznacza dziś, jutro, albo i w niedzielę, o nieznanej porze. Znaczy się,
czeski film.

Wcześniej lekarz mi mówił, że w czwartek zgłoszę się na oddział, w piątek
będą badania, a na weekend wyjdę na przepustkę. Z poniedziałkowym zabiegiem
i bliżej nieokreślonym terminem wizyty anestezjologa, to mi jakoś nie
współgrało. Zaczepiłem jakiegoś lekarza i dowiedziałem się, że raczej
powinienem na weekend zostać. To zostałem.

12-13.01 – przed zabiegiem

Niewiele się działo. Leżałem, czasem spacerowałem po korytarzu (kuśtykając
oczywiście), słuchałem sobie radia przez komórkę, przeglądałem joggery i
jabberowałem (też przez komórkę). Takie zabijanie czasu.

Anestezjolog pojawiła się chyba w sobotę (a może w niedzielę) wieczorem.
Najpierw okazało się, że brakuje wyniku badania mojej grupy krwi… no niezły
tam mają bajzel… Na szczęście miałem przy sobie wypis po ostatniej operacji
i tam grupa krwi była udokumentowana. Pani doktor to wystarczyło. Zbadała mi
ciśnienie, wyszło duże (170 na cośtam), co raczej było u mnie niespotykane.
Pewnie z nerwów. Osłuchała mnie, zajrzała w gardło i ostatecznie
zakwalifikowała do operacji. Bardzo miła i całkiem ładna.

W dzień przed operacją, przy wieczornym mierzeniu temperatury, wyszło mi
37.0. Trochę się przestraszyłem, że mogę być zrzucony z zabiegu, ale to
chyba tylko z nerwów i nikt nie robił z tego problemu.

Niedzielny obiad zjadłem normalnie, ale na kolację dostałem już
tylko czopek na przeczyszczenie. Przeczyściło mnie już trochę w sobotę
(zapewne też przez nerwy), ale i czopek zrobił swoje. Na noc dostałem
relanium.

14.01 – dzień operacji

Mimo relanium sen miałem przerywany, ale w miarę się wyspałem. Poranny
pomiar temperatury dał już normalny wynik, więc ten powód do zmartwień.

Pielęgniarka założyła mi wenflon, dała zastrzyk w pośladek (piekący) i
poprosiła mnie o włożenie specjalnej koszuli (taki biały, kusy fartuszek
wiązany z tyłu). Gdy wstałem się przebrać inne zabrały się za zmianę mojej
pościeli. Chciałem z tym chwilkę poczekać, bo mnie tyłek bolał po zastrzyku,
ale mnie poganiały. Ubierając się stwierdziłem, że mi słabo. Zgadywałem, że to
ten zastrzyk zaczynał działać. Pielęgniarki twierdziły, że raczej nie tak
szybko, ale skoro mi słabo, to powinienem szybko się położyć i się już z łóżka
nie ruszać. Gdy się położyłem cała sala zaczęła się kręcić. To już na pewno
ten zastrzyk. Zorientowałem się, że sukienkę założyłem tył na przód,
ale przez jakiś czas nie czułem się na siłach to poprawić. W końcu poprawiłem.

Teoretycznie zabiegi powinny się zaczynać gdzieś przed ósmą. Trzy osoby
były tego dnia do operowania i nie wiele wskazywało na to, że ja pojadę
szybko. Kogoś zdążyli zabrać na blok, ale potem wszyscy lekarze wybyli, na
jakieś zebranie. I znowu nikt nic nie wie… Ale, chyba jakoś trochę po
dziewiątej, przyszły pielęgniarki i powiedziały zabieramy pana!

Wiozły mnie na łóżku przez pół szpitala. Blok operacyjny na oddziale był
zamknięty (remont, czy coś) i neurochirurdzy operowali gdzie indziej. Pod
drzwiami docelowego bloku operacyjnego kazano mi się przesiąść na inne łóżko i
zdjąć koszulę (właściwie po co miałem się w to ubierać? jechałem przecież
przykryty kołdrą). Inne, zamaskowane siostry zawiozły mnie do przedsionka sali
operacyjnej. Stamtąd kolejna zmiana (czułem się jak pałeczka w sztafecie)
zawiozła mnie pod stół operacyjny.

Podłączono mi kroplówkę, na piersi przypięto elektrody. Na jedną rękę
automatyczny ciśnieniomierz, na drugą… ręczny ciśnieniomierz, bo ten
automatyczny podobno przekłamuje. Poza tym, jakaś maszynka im się zepsuła
i się kobiety zastanawiały, czy z izby przyjęć nie pożyczyć (wyszło mi, że o
maszynkę do golenia chodzi)… słysząc to, co im nie działa, czy czego im
brakuje zasugerowałem (w żartach), że zaraz im stamtąd zwieję… Odpowiedź
sugerowała, że wtedy dopiero miałbym się czego bać (ich). ;-)

Neurochirurga wciąż nie było na sali. Poinformowałem panie, że mijałem
ordynatora jadąc korytarzem i, że mówił, że zaraz przyjdzie. Jedna z pań
stwierdziła, że w takim razie zaczną bez niego. Zostałem poinstruowany, że
zaraz mi się zakręci w głowie, a potem się obudzę z rurką w gardle. Będzie mi
ona przeszkadzała w oddychaniu, ma przeszkadzać, a ja mam się nie wyrywać.
Usłyszałem instrukcje jednej do drugiej: 400… nie, niech będzie 440,
pani przyłożyła mi maseczkę tlenową do twarzy, powtórzyła, że zakręci mi się w
głowie. A ja nic dziwnego nie czułem, ani nie kręciło mi się w głowie…

Ktoś mnie spytał jak się nazywam. Odpowiedziałem. Spytałem, czy już po,
dowiedziałem się, że tak. Okazało się, że leżę już znowu na sali na oddziale,
na swoim miejscu pod oknem. Podpięty do kroplówki, która się właśnie kończyła.
Nie do końca się orientowałem w tym co się dzieje, ale postanowiłem zadzwonić
do żony, że operacja się udała. Dzwoniłem dwa razy, a w słuchawce cisza. To
zadzwoniłem do taty. To się udało, poprosiłem o przekazanie nowiny żonce.

W międzyczasie zorientowałem się, że w sali przybyło dwóch nowych
pacjentów. Dostawili jedno łóżko, w sumie na sali było osiem osób.

Jakiś czas później posłałem mamie SMSa, że już po. I sprawdziłem, czy
rzeczywiście dzwoniłem do żony i taty (sam nie byłem tego pewien). W ogóle
ciężko sobie coś z tego dnia przypomnieć… W każdym razie żonka
przyjechała… ale już o czym z nią mówiłem, to nie pamiętam. Czy tato się
pojawił tego dnia, też nie jestem pewien… Zresztą, potem się dowiedziałem,
że jemu też wysłałem SMSa, że już po, jakiś czas po telefonie… tego
zupełnie nie pamiętałem.

Wiem, że podczas wizyty żonki złapały mnie mdłości. Nie było czym rzygać,
więc odruchy wymiotne w większości były bezowocne, ale trochę jakiejś wody z
siebie wypuściłem. Poza tym strasznie mnie suszyło. Pielęgniarka pozwoliła mi
zwilżać sobie usta i pić malutkimi łyczkami. No to jak mdłości przeszły, to
trochę się napiłem. Jeść tego dnia nie mogłem i raczej nie miałem ochoty.

Chyba na wieczornej wizycie (albo to już było następnego dnia) jeden
lekarz (ale nie ordynator, który mnie operował) powiedział mi, że wycięli mi
bardzo dużo, bo sprawa była poważna i miałem dysk całkiem wypadnięty, do
kanału kręgowego
, czy jakoś tak.

Po operacji

Po operacji nie czułem już potrzeby brania środków przeciwbólowych.
Najpierw myślałem, że dostałem coś rutynowo po zabiegu, ale podobno nie.

Jednego wieczora pielęgniarka tak mnie dopytywała, czy na pewno niczego
nie chcę, że dałem się skusić na kroplówkę, ale nie sądzę żeby była potrzebna.
Rano dostałem, chyba z rozpędu, te tabletki, które miałem zapisane przed
operacją. Potem, na wizycie, lekarz stwierdził, żeby mi tego już nie dawać,
tylko coś w razie bólu, doraźnie.

Kolejnego wieczoru, gdy inna pielęgniarka rozdawała dobroci,
stwierdziłem a co mi tam, może lepiej wziąć coś, jakby miało zaboleć w
nocy
. Tabletki nie chciałem, coby dalej żołądka nie męczyć, ale opcji
kroplówki do wyboru tym razem nie dostałem. Dostałem za to zastrzyk z Ketonalu
w dupę i przypomniałem sobie co to ból. ;-) Już więcej nic
przeciwbólowego nie brałem (no, może poza jedną tabletką pyralginy, na ból
głowy, która i tak nie zadziałała).

Przez pierwsze trzy dni nie mogłem się ruszać z łóżka. Fajnie, że koledzy
zawsze pomogli, jak trzeba było mi coś podać itp. Leżeć mogłem tylko na boku,
a przewracać musiałem się przez brzuch. Na początku to była ciężka gimnastyka,
potem nabrałem wprawy. Od leżenia na boku bolało ramię i biodro (i to właśnie
były główne dolegliwości bólowe po operacji), więc co jakiś czas trzeba było
się przewracać.

Integrowałem się z drobiem szpitalnym, do mycia dostawałem miskę. Ale
marzyłem o wizycie w łazience. Gdy potrzeba mocno przyciskała, poprosiłem
o basen, ale ostatecznie nie udało mi się z niego skorzystać. Nie łatwo srać
do basenu leżąc na boku…

Po operacji czułem się całkiem nieźle i, jak pisałem, na ból kręgosłupa i
nogi nie narzekałem. Ale jednak było to obciążenie dla organizmu, to się
objawiało zmęczeniem, szczególnie drugiego dnia po operacji. Byłem po prostu
potwornie zmęczony.

Gdy na wizycie pojawił się ordynator, powiedział tylko, że dysk miałem w
takim stanie, że by mi nawet święcona woda nie pomogła. Jak rozumiem
oznaczało to, że operacja była konieczna i bardzo dobrze, że się szybko
zdecydowałem.

Trzeciego dnia po operacji przyszła rehabilitantka, żeby mnie sadzać.
Pokazała jak mam siadać na łóżku i jak się z powrotem kłaść. Właściwie to już
to znałem – przy moich bólach zdążyłem to już opanować. Miałem sobie tak
parę razy dziennie ćwiczyć, a następnego dnia miałem być stawiany i zacząć
chodzić.

Czwartego dnia nie mogłem się więc doczekać wizyty rehabilitantki. Gdy się
pojawiła przywiozła mi balkonik, taki śmieszny, toporny chodzik. Kazała
usiąść, potem powiedziała jak stać i kazała się przejść z tym chodzikiem. Szło
to opornie, ale szło. Wyszliśmy kawałek na korytarz i z powrotem do sali.
Ćwiczenie zaliczone, ale ja stwierdziłem, że się nie kładę, tylko idę do
kibelka… gdy wracałem, to byłem chyba najszczęśliwszym człowiekiem na
oddziale. ;-)

Przez te pierwsze kilka dni (trzy, czy cztery) po operacji dostawałem
jeszcze antybiotyk w kroplówce, profilaktycznie podobno.

Wciągu kolejnych dni odzyskiwałem sprawność. Coraz lepiej szło mi
chodzenie i w końcu mogłem odstawić chodzik. Tak od soboty zaczynałem myśleć
tylko o tym, żeby wyjść. Ale oczywiście nie było wiadomo jak i kiedy…

W niedzielę (20.01) dorwałem ordynatora, i dowiedziałem się, że zdejmą
mi szwy i wypuszczą
. No i w poniedziałek zdjęli… połowę szwów. We wtorek
znowu o sobie przypomniałem, No to zdejmujemy resztę i wypisujemy.
Niesłusznie założyłem, że to oznacza tego samego dnia. Ale w końcu, w środę
(przedwczoraj) mnie wypuścili. :-) Musiałem jeszcze trochę
pokombinować, żeby ubranie odzyskać (bajzlu tam trochę mają), ale się udało.
Tato zawiózł mnie do domku, gdzie już żonka czekała.

Współpacjenci

Gdy tylko pierwszy raz pojawiłem się na sali, to rzucił mi się w oczy
jeden pacjent. Duży, łysy, z brodą i wielkimi tatuażami. Do tego w pidżamie,
co wyglądała jak więzienne mundurki na amerykańskich filmach… strach się
bać… Nie dziwne, że to on rządził pilotem od telewizora ;-)
A tak serio mówiąc, to poza pierwszym wrażeniem raczej wydał się przyzwoitym
i łagodnym człowiekiem.

Miał pecha, bo jak już był przygotowywany do operacji, okazało się, że
jakiś cewników brakuje i musieli zabieg odwołać. A on poszedł na przepustkę,
na czas nie określony…

I on chyba jeden, poza mną, mówił po polsku, a nie po śląsku. Reszta
towarzystwa godała, a do tego jak słuchali radia, to Radia Piekary… gdzie
nawet wiadomości bywały po śląsku. Oczywiście praktycznie wszystko rozumiałem.
Ale część słów była dla mnie obca. W każdym razie, ze względu na używaną
gwarę, panował specyficzny klimat.

Był tam dziadek, z guzem mózgu (i płuc, z rakiem właściwie), którego
zdecydowano się nie operować – operacja trwałaby wiele godzin i pacjent
prawdopodobnie by się po niej nie obudził. Leżał z on z nami przez jakiś czas,
dostawał leki na rozpuszczenie tego guza. W końcu załatwiono mu
naświetlanie w Gliwicach od końca miesiąca i wyszedł do domu.

Było dwóch panów czekających na operację kręgosłupa, ale z na tyle
skomplikowaną sytuacją (jeden miał rozrusznik serca, drugi już sporo tytanu w
kręgosłupie), że lekarze długo nie mogli się zdecydować czy, kiedy i jak
operować. Gdy wychodziłem jeszcze nie znali terminu zabiegu, ale jednego już
zapewniono, że już niedługo.

Tego dnia co ja był operowany jeden pan, który był na tym oddziale już po
raz drugi. Po poprzedniej operacji niestety musiał wrócić, bo wyszły jakieś
komplikacje i jego stan się pogorszył. Przez to, że to druga operacja, to
musiał leżeć dużo dłużej niż ja. Ale mimo to to bardzo wesoły człowiek, ciągle
świntuszył i zaczepiał wszelki żeński personel oddziału. Wszystko w na tyle
sympatyczny sposób, że był najwyraźniej jednym z ulubionych pacjentów.

Gdy ja byłem operowany przyjechał o dwa lata młodszy pacjent, z dwoma
wypadniętymi dyskami. Był operowany trzy dni po mnie. Operacja trwała nieco
dłużej niż moja i, niestety, efekt nie był tak wspaniały. Kolega po operacji
długo zwijał się z bólu i musiał dostawać mocne leki, które działały najwyżej
parę godzin. Dopiero w ostatni wtorek dostał coś co mu skuteczniej pomagało,
ale czeka go kolejny rezonans magnetyczny. Oby nie musiał być znowu
operowany…

Widząc jak on cierpi i słysząc historię innych kolegów przekonałem się, że
mnie ta choroba potraktowała jeszcze całkiem łagodnie. W końcu mnie nigdy nogi
nie zablokowało, nie miałem problemów z sikaniem, nie traciłem przytomności,
ani nie potrzebowałem narkotycznych leków… I miejmy nadzieję, że w
przyszłości też mnie nic takiego nie czeka.

Podsumowanie

Mimo, że w szpitalu panował lekki chaos, a miejscami było widać finansowe
braki (chociażby stan łóżek i materaców), to z pobytu jestem bardzo
zadowolony. Opieka fachowa i miła, jedzenie dobre, towarzystwo sympatyczne,
warunki zadowalające. Cieszę się, że zdecydowałem się na zabieg, bo poprawę
było widać praktycznie od razu. Pełen powrót do zdrowia potrwa jeszcze parę
miesięcy, ale przynajmniej już żadnych prochów łykać nie muszę i z każdym
dniem jest coraz lepiej, a nie coraz gorzej.

Z pamiętnika hipochondryka

Od czwartku leżę w szpitalu. W południe zjadłem ostatni posiłek przed zabiegiem. Jutro operacja. Pozostaje mi czekanie…

Na opiekę tu nie mogę narzekać. Śniadania i kolacje może skromne, ale obiady solidne, wiec nawet szpitalne żarcie co najmniej wystarczające.

Mam nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze i jutro o tej porze będzie już dawno po wszystkim.

O krojeniu coś więcej

Niektórych pewnie interesuje co to właściwie jest za zabieg, na który się
decyduję. Sam chciałem jeszcze poczytać na ten temat i znalazłem parę
artykułów zawierających mniej-więcej to, co mi wczoraj
neurochirurg powiedział. Artykuły raczej po angielsku, po polsku nic takiego o
mikrodyskektomi nie znalazłem. Z artykułów które przejrzałem najciekawszy
wydaje się Lumbar
Microdiscectomy
z serwisu eSpine, który zawiera prawie dokładnie to, co
wczoraj przedstawił mi lekarz. Polecam wszystkim zainteresowanym. Są tam też
obrazki ;-)