Jak naprawiłem sobie wczoraj laptopa

Wczoraj przed wyjściem na spacer zauważyłem, że laptop coś za bardzo szumi
wiatrakami, ale że wychodziłem, to to zignorowałem. Po powrocie próbowałem pracować,
ale strasznie się mulił, a wentylatory wyją. No to zabijam Firefoksa (nie raz
się tak zamulił, po odwiedzeniu jakiejś flashowej strony). Dalej muli. Na topie
na pierwszym miejscu xfce4-battery-plugin. Pewnie się zawiesił.
Restartuję panel – bez zmian. Wyłączam XFCE. Dalej wyje i muli… No to
wyłączam komputer i włączam ponownie.

Po uruchomieniu cisza i system szybko działa. No to super, problemu nie
ma. Pracuję dalej, ale po chwili, po uruchomieniu Xów i Firefoksa znów zawył
i zamulił. Wybijam co się da i load spada, ale sam top potrafi 15% CPU zużyć.
Najwyraźniej komp nie ma mocy. Sprawdzam temperaturę, tam gdzie mogę,
wiec tylko w /proc/acpi/thermal_zone/THM/temperature. 45
stopni, a więc praktycznie zimno. A wentylator wyje. Rozglądam się dalej po
ACPI i w /proc/acpi/processor/CPU0/throttling mam: T6:
75%
. No tak, działa na 25% mocy i to przy zegarze przestawionym z 1.8GHz
na 1.2GHz.

Wygląda na to, że włączyły się wszelkie zabezpieczenia przed przegrzaniem.
Ale dlaczego, skoro komputer zimny, z tyłu dmucha też zimnym powietrzem.
W sofcie nic ostatnio nie ruszałem, więc to raczej problem sprzętowy. Nie
spodobało mi się – nie najlepszy czas na umieranie laptopa, jeśli
dopiero co władowaliśmy w niego 300zł na nową matrycę.

Jedyne na co mogłem liczyć to to, że płyta główna i procesor, łącznie
z czujnikami temperatury, są sprawne, tylko gdzieś ciepło nie jest odpowiednio
odprowadzane. Zadzwoniłem do żonki z pytaniem, czy nie może przypadkiem skądś
sprężonego powietrza załatwić. Obiecała spróbować. I przywiozła puszkę.

Czas na chwilę prawdy… otworzyłem obudowę, przedmuchałem zawartość, ze
szczególnym uwzględnieniem żeberek radiatora przy wentylatorka. Skręciłem,
uruchomiłem i cisza. Piętnaście minut później dalej cisza i wszystko działa
sprawnie. Odpaliłem burnP6, wentylatory się uruchomiły,
/proc/acpi/thermal_zone/THM/temperature sięgnęło 79, ale komputer
dalej działał pełną mocą. Wyłączyłem cpuburna i wszystko wróciło do normy,
wentylatory ucichły. A więc usterka usunięta. Ufff… :-)

Z pamiętnika hipochondryka

No to byłem dzisiaj w poradni rehabilitacyjnej. W hucie. Dzisiaj nawet tam
tak strasznie nie śmierdziało, jak dwa tygodnie temu.

Dojechałem po 16-tej, po pod domem korki straszne (na trzy miesiące zamknęli pobliską ważną ulicę),
więc moje miejsce było daleko w kolejce. Z 45 minut czekałem na swoją kolej,
a jak wszedłem do gabinetu, to pani doktor myślała już głównie o tym, jak się
szybko stamtąd urwać (zrozumiałe dla każdego kto musiał po godzinach w pracy
zostać). Mimo to wydała się całkiem sympatyczna.

Pierwsze pytanie było, czy ja już mam skierowanie do Rept. Potem
oburzenie, że nie mam, przecież powinni mi dawno dać, bo miesiącami się
w kolejce czeka. No cóż, przy wyjściu ze szpitala nikt mi żadnego skierowania
nie dał, a na ostatniej wizycie doktor raczył tylko stwierdzić, że powinienem
dostać, ale on mi nie da. Za to ta pani doktór wypisała od ręki i jeszcze
powiedziała, że sama do Rept zawiezie i do kolejki wrzuci, bo tam pracuje.
Super, przynajmniej jakieś załatwianie mi odpada. Ale głupio, że znowu coś
w szpitalu zawalili…

Pani doktór nie podobało się też jak siedzę, bo się opieram tak, że nie
jestem wygięty gdzie trzeba. No cóż, ja już sam nie wiedziałem jak siedzieć,
bo co źródło, to nieco inna informacja (opierać się, nie opierać, siedzieć
prosto, być pochylonym do tyłu). Powiedziałem, że mam zamiar zainwestować
w krzesło i spytałem, czy ona mi coś zasugeruje… Zasugerowała: najtańsze
składane krzesło z Tesco – jak się dupę wciśnie pod oparcie, to
krzesełko wymusi właściwą lordozę… no ma to jakiś sens… ale mnie się
wydaje, że porządne krzesło biurowe powinno jeszcze lepiej
spełnić swoje zadanie… pani doktor miała wyrobione zdanie, więc nie
próbowałem dłużej dyskutować. W każdym razie będę wiedział jak się do tych
lepszych krzeseł przymierzać.

Od lekarki dostałem skierowanie na zabiegi: gimnastykę, laser i pole
magnetyczne. Trochę głupio, że tam fizjoterapia jest generalnie do południa,
a kinezyterapia po południu (tylko trochę się terminy zazębiają) i nie wiem,
czy nie będę musiał dwa razy jeździć. Zobaczymy. Dzisiaj mogłem się tylko
zapisać na gimnastykę. Rehabilitantka urzędująca na sali gimnastycznej okazała
się koleżanką ze szkoły, z równoległej klasy (ja jej nie poznałem, ale ona
syna swojej wychowawczyni skojarzyła). Sympatyczna dziewczyna. Przed
wyznaczeniem ćwiczeń chciała zobaczyć wypis ze szpitala, ale jedyną kopię jaką
miałem przy sobie, zostawiłem u doktorki. Mam donieść następnym razem.
A w piątek dostanę jakiś zestaw tymczasowy.

Jutro jadę tam umówić się na fizjoterapię, ciekawe jakie terminy i godziny
mi tam zaproponują. A potem… potem się zobaczy, czy to w ogóle działa.

:-(

Dołujące jest stwierdzić, że nie mam z kim rozmawiać o gnębiących mnie
sprawach, bo najbliższa mi osoba wszelkie przejawy gwałtowniejszych emocji
bierze je za atak na siebie. :-(

Jak człowiek się zdenerwuje, to czasem podnosi głos, to chyba normalne.
Ale przecież nie musi to znaczyć, że jest zły na rozmówcę. Nie można być już
złym na siebie, na pracę, na swój nędzny los (cokolwiek za bzdurę się przez to rozumie
w danym momencie)? I właściwie kto mógłby pomóc te nerwy uspokoić?

The Straight Girl’s Guide to Sleeping with Chicks

Chcieliście
recenzji?
To będziecie ją mieć. I nie musicie się obawiać spojlera – w końcu
i ja nie
wiem jak się książka kończy
. ;-)

Może zacznę od tego, skąd w ogóle się u mnie ta książka wzięła. Kiedyś
(rok, czy dwa lata temu) na jakimś blogu przeczytałem o tym jak jakiś facet
kupił The Straight Girl’s Guide to Sleeping with Chicks swojej
dziewczynie, czy żonie, w prezencie i, że dziewczyna się z tego bardzo
ucieszyła. Pomyślałem, że moja żonka też by się ucieszyła, ale raczej, jakby
to było po polsku. Na tym się wtedy skończyło.

Niedawno, już nie pamiętam z jakiego powodu, znowu sobie o tej książce
przypomniałem.Sprawdziłem więc szybko w sieci, czy ktoś nie wydał tego po
polsku. Nie. No to zacząłem szukać, czy nie ma jakiś innych książek tej
autorki wydanych po polsku. Nie ma. No to, czy w ogóle są jakieś o podobnej
tematyce. Nie ma. A na Amazon.com przecież to nie jedyna tego typu książka
– tam jest pełno różnych poradników erotycznych uwzględniających
coś więcej niż standardowy monogamiczny związek mężczyzny i kobiety… I tak
przeglądając ofertę Amazon.com i recenzje do The Straight Girl’s…
uznałem, że chcę to przeczytać. Sprawdziłem, czy w innych sklepach nie miał
bym tego taniej, albo jakiegoś normalnego e-booka za grosza, ale wyszło
na to, że oferta Amazona wydaje się najrozsądniejsza. No to kupiłem.

Jak tylko dotarło zabrałem się za czytanie i następnego dnia przeczytałem
234 strony (a w między czasie trochę uczciwie popracowałem). To chyba niezły
wynik, szczególnie, że książka jest w obcym języku. A więc czyta się dobrze.
Możliwe, że jeszcze lepiej osobom bezpośrednio zainteresowanym. Bo to przecież
poradnik dla kobiet.

Pierwsze parę stron – początek wstępu – mnie trochę
rozczarowało. Opowieść o dziecięcej zabawie wydała mi się trochę naciągana,
wręcz w stylu taniej sensacji. Ale dalej było już znacznie lepiej. We wstępie
autorka, Jen Sincero, wyjaśnia skąd wziął jej się pomysł na tę książkę,
a także, skąd to Straight w tytule. Potem zaczyna się właściwy
poradnik.

Pierwszy rozdział jest skierowany do dziewczyn co chciały by, a boją
się
i ma na celu pomóc w rozwianiu niektórych wątpliwości. Drugi
poświęcony jest kobiecemu ciału i jego poznawaniu (głównie przez masturbację) – trzeba w końcu poznać sprzęt jakim się
będzie operować. Następny o tym gdzie i jak dziewczyna może znaleźć/poderwać
inną dziewczynę do wspólnych zabaw. Rozdział czwarty rozpoczyna się od
informacji typu czym paskudnym można się zarazić i jak się przed tym
zabezpieczać, ale po tym obowiązkowym wstępie zaczyna się opis tego, jak
kobieta może kobiecie zrobić dobrze. Minetka dostała dla siebie cały kolejny
rozdział, a w szóstym rozdziale opisane są różne zabawki którymi dziewczyny
mogą sobie urozmaicić wspólne zabawy.

Rozdział siódmy poświęcony jest trójkątom. W końcu dla kobiet które lubią
i facetów, i kobiety, to może być całkiem interesująca opcja. Jednak autorka
nie ukrywa, że to bywa skomplikowane i niebezpieczne, szczególnie ze względów
uczuciowych. Ostatni rozdział to generalnie No dobra, przespałam się
z dziewczyną i co dalej?
, bo opcji jest trochę: zapomnieć i wrócić do
facetów, przerzucić się całkowicie na kobiałki, czy nawet porzucić stare życie
zamieszkać z nową kochanką.

Cała książka przepełniona jest dobrym humorem. Czy to w tytułach
rozdziałów jak Oh My God, She Wants Me to Eat Her Pussy!,
we wstawkach jak vocabulary builder z pomysłami typu
paddling the ping canoe, po samą treść pełną zabawnych fragmentów, jak:

It’s not like your first time with a guy when you fumbled around, dropping
balls right and left, while you desperately tried to read the mind of the
on-eyed pokeman (Is it happy? Is it sad? Oh, God, why is it shrinking?).

Z drugiej strony, temat jest potraktowany bardzo poważnie. Autorka pisze
w oparciu o swoje doświadczenia, ale i wielu innych kobiet, z którymi w tym
celu przeprowadziła swojego rodzaju wywiad. Wybrane wypowiedzi tych kobiet są
cytowane w całej książce. Jen Sincero postarała się opisać sprawy jak
najobiektywniej i uwzględniając wszystkie istotne opcje. Na równi potraktowane
i opisane są jednorazowe przygody, czy poważne związki, podrywanie panienki
w barze, czy szukanie partnerki wśród przyjaciół. Na końcu rozdziału piątego,
pewnie ku zaskoczeniu wielu czytelników, stwierdza, że ona właściwie
minetki nie lubi – ani dawać, ani brać. Nie przeszkodziło jej to
w szczegółowym opisaniu tego aktu i odpowiednich technik.

Myślę, że kobiety, chcące spróbować seksu z innymi kobietami, nie będą
zawiedzione po przeczytaniu tej książki. Zresztą dziewczyny, które niczego nie
chcą próbować, a tylko są zainteresowane taką tematyką, a także spora grupa
facetów też. W każdym razie mnie się podobało.

Buuu… książka zepsuta

Gdy już prawie doczytałem do końca książkę, która wczoraj przyszła z Amazon.com,
to okazało się, że książka jest zepsuta. Brakuje jej stron 235 – 266.
Zamiast tego mam dwa raze stront 203 – 235. Wcięło kawałek ostatniego
rozdziału, cały appendix a i część appendix b.
:-(

Teraz ciekawe co mi w takiej sytuacji ta, prawdopodobnie największa na
świecie, księgarnia zaproponuje…

ISO, ONZ, kto następny?

Dzisiejszy przegląd prasy nie nastawia optymistycznie… ISO przyjęło
Office Open XML za standard
. ONZ uznało, że Specjalny
Sprawozdawca ds. Wolności Słowa ma interweniować, gdy ktoś ośmieli się
krytykować czyjeś poglądy religijne
(np. prawo do zabijania apostatów, czy
kamieniowania cudzołożnic)… Jaka kolejna międzynarodowa organizacja się
skompromituje pod wpływem silnego lobby przeciwnego jej założeniom?

Kalendarzowo

Ja mam pamięć dobrą, ale krótką – jak to mój tata mówi. Potrafię
zapomnieć o wszystkim, jak mi się w porę nie przypomni. Pół biedy jak zapomnę,
że właśnie posłodziłem herbatę i wrzucę kolejne trzy łyżeczki (serio, zdarza
mi się), gorzej jak się np. z kimś umówię, a potem nawalę.

Dlatego zawsze ciągnęło mnie trochę do elektronicznych przypominaczy.
Jednak zwykle i tak nie znajdowałem dla siebie nic odpowiedniego. Nie może to
być coś, do czego miałbym ciągle zaglądać (dlatego odpadają papierowe
terminarze), najfajniej by było, jakby nie trzeba było nawet tam nic wpisywać
(ale tego to już się raczej nie przeskoczy)… Dobrze, żeby wpisać można było
wszystko, i przypominać o ważnych sprawach mogłoby to mi zawsze i wszędzie (no
chyba, że śpię – budzić mnie nie może)…

Próbowałem paru kalendarzy komputerowych. Kombajnów typu Evolution nawet
nie tykałem – do poczty mam mutta, a nie kalendarz! W ogóle chciałem
uniknąć GUI – uruchomienie Xów nie powinno być wymagane dla
przypomnienia o ważnej sprawie. Z drugiej strony… jak już te Xy mam odpalone
(zwykle mam), to fajnie jakby przypomnienie było w jakimś okienku… Konsolowe
programiki tego typu miały jeszcze jeden feler – jakiś własny format
danych niekompatybilny z niczym. Właściwie obsługa czegoś takiego niewiele się
różniła od obsługi crontaba – do sensownego używania trzebai by sobie to
nieźle oskryptować. A ja przecież chciałem coś, co by mi samo
przypominało, a nie wymagało programowania…

Oczywiście praktycznie wszystkie rozwiązania oparte o komputer miały pewną
wadę: mogły mi o czymś przypomnieć tylko wtedy, gdy akurat byłbym przy
komputerze. Czasem nawet wymagały, żeby je specjalnie uruchomił. Dlatego
doceniłem aplikację kalendarza w telefonie. Wtedy to był jakiś pierwszy
Sony-Ericsson. To była pierwsza przypominajka, którą w miarę regularnie
używałem. Jakieś wizyty u dentysty itp. tam wpisywałem. Potem, w dużo
prostszym Samsungu X200 też. Już wtedy uznałem, że fajnie byłoby komórkowy
terminarz synchronizować z komputerowym, ale szybko się przekonałem, że raczej
nic mi z tego nie wyjdzie. Po pierwsze wciąż brakowało mi odpowiedniego
kalendarza w komputerze, a po drugie wymiana jakichkolwiek danych między tym
Samsungiem a Linuksem była praktycznie niemożliwa (odniosłem umiarkowany
sukces jedynie w przypadku książki adresowej).

Używając sobie po trochy komórkowego kalendarza wciąż kombinowałem
z kalendarzami w komputerze. Gdy usłyszałem, że Google Calendar potrafi wysyłać
SMSy, to postanowiłem to wypróbować. Nie bardzo mi się podobało, że swoje
plany, czy wręcz rozkład dnia, miałbym publikować w sieci, ale coś za coś.
Wyglądało na to, że w tej aplikacji Google mógłbym łatwo wprowadzać swoje
terminy, a przypomnienia przychodziłyby mi na komórkę. Przy okazji dostałbym
parę łebdwazerowatych bajerów, jak publikacja kalendarzy, czy rozsyłanie
terminów do znajomych. Przez jakiś czas się tym bawiłem, powpisywałem różne
terminy… czasem dziwne rzeczy z tego wychodziły (aplikacja nie działała
idealnie). A najgorsze było to, że Google potrafiło mi wysyłać SMSy w środku
nocy, co było dość nieprzyjemne, gdy zapomniałem wyłączyć telefon… No
i aplikacja webowa, to nie to, co tygryski lubią najbardziej.

Jakiś czas później trafiłem na ogłoszenie o nowym wydaniu Sunbirda.
Pomyślałem sobie, że to może wreszcie będzie jakaś użyteczna aplikacja
kalendarzowa pod Linuksa. Trudno, że GUI. Przynajmniej używa jakiś otwartych
standardów… i nawet jest wtyczka do Google Calendar. Zainstalowałem sobie
więc tego słonecznego ptaszka i zasubskrybowałem swój googlowy kalendarz.
Rzeczywiście dało się tego używać. Żeby nie publikować wszystkich swoich spraw
w Google zrobiłem sobie dodatkowy lokalny kalendarz. Potem
z lokalnego zrobiłem sieciowy (opublikowany przez WebDAV na moim
serwerku), bo przecież nie z jednego komputera korzystam. Pobawiłem się
trochę… i jakoś nie zacząłem regularnie z tego korzystać. Jak coś było na
tyle ważne, że potrzebowałem przypomnienia, to i tak wpisywałem w komórkę. Dla
innych spraw nie chciało mi się kalendarza odpalać.

W końcu kupiłem sobie nową komórkę. Już wybierałem pod kątem obsługi jakiś
standardów wymiany informacji. Zakładałem, że taką nowoczesną komórkę,
obsługującą standardy łatwo ze swoim Sunbirdem zsynchronizuje. Rzeczywistość
okazała się niestety nie taka piękna. Do sychronizacji takich urządzeń pod
Linuksem jest właściwie tylko OpenSync (inne aplikacje zwykle korzystają z tej
biblioteki), a ja nieźle musiałem się nagimnastykować, żeby tym jakiekolwiek
dane między komputerem a telefonem wymienić. A przy synchronizacji kalendarza
znikały z terminów informacje o przypomnieniu, czyli to, co dla mnie
najważniejsze. Zgłosiłem swoje problemy na odpowiednią listę mailową i nic.
Nie wygląda, żeby w tej kwestii miało się coś zmienić.

Nie poddałem się jednak. Skoro telefon ma funkcje synchronizacji, to musi
się dać to wykorzystać. Jest funkcja synchronizacji online, może to się nada?
Najpierw sprawdziłem Google Calendar, przecież taka aplikacja, takiej poważnej
firmy musi mieć taką funkcjonalność… gdzie tam. Wygląda na to, że Google
SyncML zignorowało. No to
rozejrzałem się za jakimiś publicznymi serwerami SyncML. Spośród paru
kandydatów najbardziej przekonało mnie ScheduleWorld. Po poprzednich
doświadczeniach miałem spore wątpliwości czy to zadziała, ale spróbowałem…
i zadziałało.

Teraz na komputerze mam Sunbirda, w nim swój sieciowy kalendarz
i wtyczkę (rozszerzenie) ScheduleWorld. Jak dodam na komputerze termin i wcisnę
sync, to po uruchomieniu synchronizacji w telefonie i tam się ten
kontakt pojawi. Tak samo w drugą stronę – kontakt dodany w telefonie
pojawi się na komputerze. Zachowane są przy tym informacje o przypomnieniach.
Był jeden problem – zdarzenie wpisane w komputerze na całą dobę
w telefonie było widoczne jak dwudniowe (od 00:00 jednego dnia, do 00:00
drugiego dnia). Okazało się jednak, że wystarczy zaznaczyć jedną opcję
w ScheduleWorld i problem zostaje rozwiązany. Jest tam też sporo innych
przełączników, umożliwiających ominięcie potencjalnych problemów z innymi
urządzeniami.

Do pełni szczęścia brakowało mi jeszcze jednej funkcji – jakieś
minimum funkcjonalności bez potrzeby odpalania Xów. No to napisałem sobie
Pythonowy skrypt, przy użyciu biblioteki icalendar, który wyciąga dzisiejsze
i jutrzejsze terminy z mojego kalendarza (niech żyją otwarte formaty plików!).
Lista ta jest wyświetlana przy logowaniu. Wydaje mi się to rozsądnym sposobem
przypominania mi o rzeczach, dla których alarm z telefonu byłby przesadą.

No to wydaje mi się, że już mam użyteczny zestaw, z którego będę w stanie
regularnie korzystać. Jedyna słabość, to publiczny serwer, który pośredniczy
w synchronizacji z komórką… no cóż, czasem można poświęcić odrobinę
prywatności dla wygody. I chyba nie mam zbyt dużych powodów, żeby
ScheduleWorld nie ufać.

Teraz pytanie: czy rzeczywiście będę z tego wszystkiego korzystał, czy
dalej tylko raz na ruski rok coś sobie w komórkę wklepię?

Taka wiosna, to ja rozumiem! :-)

Początek wiosny
wyglądał nie najlepiej
, ale już na przykład dzisiaj krajobraz za oknem był
całkiem zachęcający. Wyciągnąłem więc swoje patyki (kije do nordic walking)
i wybrałem się na spacer, do Lasu Dąbrowa.

Po drodze słoneczko miło grzało, ptaszki ćwierkały (chyba, miałem
słuchawki na uszach ;-)), motylki latały, kwiatki w okół kwitły,
a ja się nieco zgrzałem (byłem ubrany sporo lżej niż ostatnio bywało). Na
polach spotkałem dwie czajki i kilka traktorów…

Na skraju lasu przywitały mnie kwitnące zawilce i ziarnopłony. Tylko
z tych drugich mi coś wyszło:

ziarnoplon-1.jpg

Nieco dalej było też sporo miodunek:

miodunka-1.jpg

Poza tym las jak las:

las-1.jpg

…a w lesie trochę wody:

bagienko-1.jpg

Był też akcent wielkanocny: wielki zając wybiegł mi spod nóg. Kawałek
dalej jakaś sarenka, czy coś (szare, z rogami, dużo większe od zająca).
Niestety, tego nie było szans komórkowym aparatem złapać.

W sumie spacerek zajął mi prawie trzy godziny i przyniósł sporo frajdy.