Zima, zima, zima…

Wczoraj zapowiadali, że będzie padał śnieg i na drogach będą ciężkie
warunki. Więc rano wstałem wcześniej, bo dodatkowo jeszcze był czas zatankować.
Wyszedłem o 7:15 (normalnie po 7:30 starcza). Śnieżek padał, ale nie wyglądało
tragicznie. Samochód trochę przysypany, droga osiedlowa też, ale nic
strasznego. Mimo to wiedziałem, że się spóźnię (odśnieżanie samochodu
i tankowanie jednak trochę trwa). Z osiedla wyjechałem bez problemu, przez
miasto do stacji, po białych drogach, też. Na stacji niestety długo czekałem na
obsługę (gazu niestety nie można samemu sobie nalać), potem w kolejce do kasy.
Gdy wróciłem do samochodu, okazało się, że do jazdy się za bardzo nie nadaje
– tak zasypało szyby. Zadaszenie dystrybutorów nie pomogło, bo śnieg
padał w poziomie. Kolejne odśnieżanie i powolutku do pracy. Tam na
zaśnieżonym parkingu też sobie poradziłem, a ostatecznie spóźniony byłem jakieś
10 minut. Zima jak zima…

W pracy zapiernicz, bo w tym tygodniu jestem jedynym adminem. Wyszedłem pół
godzinki później niż zwykle z powodu ilości pracy i z powodu małego firmowego
spotkanka sylwestrowego. Żonka zapowiedzianym opóźnieniem nie była
zachwycona, bo liczyła, że zrobię zakupy. To zrobiłem jeszcze pod firmą.
Z zakupami mogłem już wracać…

Samochód cały w śniegu. Z 30cm na dachu i przedniej szybie, z dwa razy tyle
wokół auta. Przednich kół prawie nie było widać. Wcześniej widziałem jak inni
się mordowali ze swoimi samochodami. No cóż, trzeba było odśnieżyć i to tak,
żeby sobie nie zasypać drogi wyjazdu. Zresztą tę drogę też trzeba było sobie
przygotować. Na szczęście sypki śnieg łatwo było odgarnąć drogą.

Ciężko się jechało tymi małymi uliczkami przy parkingu. Pojechałem odrobinę
naokoło, żeby szybciej dojechać do główniejszej ulicy… Ale na
główniejszej nie było dużo lepiej. Może śnieg odrobinę bardziej ubity,
ale wciąż ciężko. Na jeszcze główniejszej podobnie, ale już się
przynajmniej nie grzęzło w śniegu. W śnieżnych koleinach się jechało nawet
nieźle, z pewnym poczuciem bezpieczeństwa, bo nawet jak trochę odrzuciło na
bok, to samochód wracał na miejsce. Gorzej jakby się chciał z kolein wyjechać.
Dojechałem na najgłówniejszą – DK-88. Tam i lepiej i gorzej.
Gorzej, bo ogólnie śniegu nie mniej niż na miejskich ulicach i nie ujeżdżony na
całej szerokości, lepiej bo mniejszy ruch i proste, wyjeżdżone koleiny.
Z ciekawostek po drodze to spotkałem grupę wariatów, co sobie spacerowali taką
koleiną (a co będą szli po kolana w śniegu poboczem, albo jakimś chodnikiem).
W ciemnych kurtkach i zdawali się nie rozumieć czemu na nich trąbie. Niby
koleina szeroka i mieli miejsce (minąłem ich prawym lusterkiem o parę cm), ale
przecież w każdej chwili mogło mi odbić samochód w bok, hamowanie nie miało
sensu, a ominąć ich bardziej byłoby ciężko, bo jak wyjechać z takich kolein?
No i ich widać prawie nie było, bo w ciemnych kurtkach… ludzie czasem nie
myślą… a potem krzyże przy drogach i płacz rodzin…

Pogoda nie służyła też mojej wycieraczce (jedna na przedniej szybie
genialny wynalazek w Uno) – gumka się trochę przesunęła, potem
wygięła i miejscami zalepiła śniegiem. Będąc jakieś 500m od domu (10 minut
w korku) miałem widoczność tylko przez 2cm pasek przedniej szyby. Nie było
sensu nic tym zrobić, bo nie stanę na środku drogi, a po zjeździe na pobocze
już bym do ruchu się nie włączył (co jakiś czas mijałem takie zakopane
samochody na awaryjnych). Jakoś dojechałem do wjazdu na osiedle…

Na tym wjeździe (200m od domu?) zaczęła się zabawa. Kopny śnieg i samochód
nie bardzo chciał w tym jechać. Czyli: do przodu parę metrów, metr do tyłu,
rozpęd, do przodu, parę metrów do tyłu itd. W pewnym miejscu i to się nie
sprawdzało, to musiałem wysiąść (przy okazji poprawiłem wycieraczkę) i odgarnąć
trochę śniegu, a potem znowu to samo. W końcu podjechałem pod blok. Mieszkam na
drugim końcu tego bloku, ale tam już wjeżdżać nie chciałem – ta uliczka
(nieciekawa i latem) wyglądała wyjątkowo niezachęcająco, a pod żywopłotem było
trochę miejsca… i góra śniegu.

W akcie rozpaczy zadzwoniłem do żony. Stanęło na tym, że rzuciła mi
dupoślizg (lepsze do kopania niż ręce i nogi) i klucze do garażu wujka.
Liczyliśmy na łopatę w garażu, jednak z odpowiednich narzędzi znalazłem tam
jedynie kawałek deski… Tym kawałkiem deski zaczynałem odśnieżać drogę przed
samochodem i upatrzone miejsce pod żywopłotem. Po jakimś czasie pojawiła się
żonka z Paskudą i kolejnymi narzędziami do zjeżdżania. Żonka pomogła mi
w odgarnianiu śniegu, takim dużym plastikowym talerzem. W końcu
zaparkowałem pod tym żywopłotem. Jednak uznaliśmy, że zostało za mało miejsca
dla desperatów, którzy chcieli by wjechać dalej, albo wyjechać z garaży. Jednak
za którymś podejściem udało się ustawić samochód w miarę sensownie. Uff… ciężko było.
Potem chwilka zabawy z dzieckiem na górce (jak już wyszła na dwór, to niech ma coś z tego)
i można było wrócić do domku. Ostatecznie na obiad dotarłem właściwie w porze kolacyjnej.
Ale warto było, bo rybka była pyszna.

A jutro sylwester… jesteśmy zaproszeni na imprezę w Zabrzu… ciekawe jak
tam dojedziemy. Jeśli dalej będzie tak padać, to ciężko będzie wyjechać.
Jedyna nadzieja w desperatach, którzy będą chcieli ze swoich garaży wyjechać
– wtedy i wyjazd dla mojego autka przy okazji mi odśnieżą.

No i szkoda, że nie miałem ze sobą aparatu. Ciekawe ilustracje do wpisu
mógłbym wrzucić.

Spam

Dostałem spam. Z zagarnicy, chcą mi wcisnąć jakiś raport o stanie rynku IP
w Polsce, za kilkaset euro. Przyszło na adres wyciągnięnty z whois, czy
jakiejś podobnej bazy (adres w dziwacznej formie – automat parsujący
chyba jest daleki od ideału). I nie pomogła restrykcyjna konfiguracja
Postfixa. I nie pomógł SpamAssasin zainstalowany na moim koncie… Bo to
przyszło na papierze, zwykłą (czy może już niezwykłą) pocztą. Sekretarka
przyniosła, że to do mnie, nic z tego nie rozumie (bełkot jak zwykle
w spamach, do tego po angielsku) i nie wie, czy ma wprowadzać w EDokumenty,
czy nie…

Chwilę później i jednocześnie chwilę przed naszym wyjściem, kolega odbiera
telefon… „Czy można Panu zająć chwileczkę…” Niedługo naprawdę będzie
strach otworzyć lodówkę.

Głupi Psuja

Rano dojeżdżając do pracy stwierdziłem, że świeci mi się kontrolka zbyt
wysokiej temperatury silnika. Najwyraźniej zaświeciła się już na miejscu.
A wentylator się nie włączył. Znaczy się coś jest popsute. Zacząłem kombinować,
trzy raz wracałem się do samochodu. Włączyłem ogrzewanie kabiny i dmuchawę,
żeby go trochę ochłodzić, ale leciało zimne powietrze. Potem uznałem, że
trzeba by sprawdzić poziom płynu chłodniczego. Przez ścianki zbiorniczka nic nie widziałem,
więc wpadłem na genialny pomysł, żeby odkręcić kurek i zajrzeć do środka. Odkręciłem
tylko trochę i z sykiem prysnęło na boki. Szybko dokręciłem, ale trochę płynu
uciekło. Na gorący silnik, więc i dymu trochę naprodukowałem…

W firmie wspomniałem kolegom o problemie z samochodem. Przy okazji
dowiedziałem się, że to nie jedyny problem, bo jedno tylne światło mi nie
działa. Potem zająłem się pracą. O dziwo, dzisiaj nawet nie było źle. Gdy
wyszedłem po drugie śniadanie, standardowo po owocka, to rzuciły się na
mnie ciemne winogrona. Jabłek i bananów miałem chwilowo dość. Wziąłem małą
kiść i mało mnie nie powaliło, gdy usłyszałem cenę, z piekła rodem: 6.66zł
(zwykle kupowałem owoców za 2-3zł). No cóż, raz zaszaleć można. O samochodzie
i o tym, że miałem wziąć pieniądze z bankomatu, zapomniałem.

W końcu nadeszła wyczekiwana 16:00. Zdążyłem sobie przypomnieć
o bankomacie, więc zadzwoniłem do żonki, spytać się ile pieniędzy wziąć. Żonka
przypomniała mi o samochodzie. Wziąłem pieniądze, wróciłem do auta i zajrzałem
pod maskę… Płynu chłodniczego nie było właściwie nic. Wymieniłem jeszcze żarówkę
w tylnej lampie (ciekawe, czy przy tym też coś zepsułem) i zacząłem dzwonić do żony,
do ojca, do znajomych, do mechanika, co z tym chłodzeniem zrobić. Wersje były różne:
nalać wody, spuścić wszytko potem nalać płynu lub wody, dolać płynu.
Najbardziej przekonywała mnie wersja mechanika, który polecił dolać jakiegoś Petrygo
(podobno kompatybilne z tym co mi wlał) i tak, ostrożnie dojechać do niego. Poszedłem więc
na stację po płyn…

Stacja to był Shell, a więc swojskiego Petrygo tam nie było. Ceny tego co
było nie zachęcały, szczególnie, że mogło to po drodze wypłynąć. Do mechanika
się nie dodzwoniłem, więc samodzielnie postanowiłem kupić najtańszą opcję
– wodę destylowaną. Po odejściu paru kroków od stacji, wróciłem się
jeszcze po żaróweczki, żeby mieć zapas po dzisiejszej wymianie.

Wróciłem do samochodu. Ciężko było coś nalać i stwierdzić ile się nalało, bo ciemno.
Więc wpadłem na kolejny genialny pomysł. Że chwilkę, to mogę sobie
reflektorami poświecić (a wiedziałem, że akumulator mi trochę szwankuje). Dolałem wody,
wsiadam, odpalam… odpalam… nic. Akumulator ma dość. Właściwie mogło mu już
zaszkodzić świecenie przy sprawdzaniu żarówki, albo oświetlenie wnętrza, gdy
grzebałem pod maską. Nie ważne, w każdym razie byłem znowu uziemiony.

Na taki wypadek już się kiedyś przygotowałem i kupiłem kable do
pożyczania prądu. Tyle, że nie było od kogo pożyczać. W końcu
zadzwoniłem do kumpla, co mieszka w Zabrzu, ale spory kawałek od firmy. Po 15
minutach przyjechał i udało się uruchomić samochód. Dojechałem do Gliwic.
Zostawiłem samochód u mechanika, którego zresztą już nie było, ale syn
(oponiarz) obiecał zaopiekować się gratem. Jutro będzie trzeba pogadać
z mechanikiem co i jak i dowiedzieć się czy/kiedy/co może być z tym zrobione.

W końcu dotarłem do domku. Przygotowana była patelnia z boczkiem na jajka
sadzone, ziemniaczki oraz zupka. Uznałem, że najbezpieczniejsza będzie zupka,
gdybym miał coś smażyć, to znowu bym coś spieprzył… Gdy zupka się grzała,
zabrałem się za zmywanie naczyń. Już i tak żonce podpadłem, wypadałoby zrobić coś miłego.
Żonka przyszła, gdy jadłem zupę. Zaraz obejrzała umyte naczynia… Rozwaliłem
Krysi talerzyk… Co za dzień. :-(

Jak to było w szpitalu (cz. II)

Na początku nic nie bolało, ale leżenie, praktycznie bez możliwości
ruszenia się, wcale przyjemne nie było. Nie mogłem podnieść głowy (według
anestezjologa przez sześć godzin, według pielęgniarek przez co najmniej
dwanaście), sparaliżowany od pasa w dół nie mogłem też przewrócić się na bok.
Rękami mogłem poruszać, ale nie było to wystarczające nawet, żeby wystarczająco
wygodnie czytać książkę. Pozostało mi więc leżeć i czekać na lepsze czasy.

Miejscami było to nawet zabawne. Cały czas miałem wrażenie, że nogi mam
zgięte w kolanach, a kolana uniesione nad łóżkiem i zdawało się, że zaraz mi
się te nogi przewrócą na boki. A przecież wiedziałem (powiedziano mi
i wymacałem rękami, naocznie sprawdzić nie mogłem), że leżą one na płasko. Gdy
pomacałem je rękami miałem wrażenie, że leżą tam jakieś ciepłe, włochate
stworzenia, ale na pewno nie części mojego ciała.

W końcu znieczulenie powoli przestawało działać. Niestety na początku
poczułem miejsce operacji, jeszcze nie bardzo boleśnie. Potem czułem już
uderzenia ręką o lewe udo, potem i o prawe. Później byłem w stanie poruszyć
palcem, najpierw u lewej nogi, potem u prawej. A brzuch, w miejscu zabiegu bolał
coraz bardziej. Około trzech godzin po zakończeniu operacji (ok. 15:00),
wymiękłem. Z jednej strony coraz większy ból, z drugiej strony bezradność, gdy
nie dało się nawet zmienić pozycji. W końcu poprosiłem pielęgniarkę o podanie mi
chusteczki i środka przeciwbólowego. Poprosiłem też, przez komórkę, żonę, żeby
się zjawiła jak najszybciej. Gdy środek wstrzyknięty do kroplówki zaczął działać
pozbierałem się jakoś i gdy żonka przyszła byłem już w stanie z nią w miarę
normalnie rozmawiać. Jej obecność też poprawiła mi nastrój, więc mogłem do
wieczora przetrwać. Odwiedziła mnie też mama (wtedy żonka się szybko ulotniła)
i zajęła trochę plotkami rodzinnymi. To też mnie na jakiś czas zajęło.

Oprócz bólu po zabiegu ciągle dokuczało mi burczenie w brzuchu. Kolejne
podłączane mi kroplówki może i dostarczały organizmowi najważniejszych
składników odżywczych, ale moich kiszek nie zadowalały. Zaczynałem fantazjować
o kotlecie schabowym itp…

Płyny podawane mi przez kroplówkę w końcu zakończyły podróż przez mój
organizm, a iść do kibelka przecież nie mogłem. Poznałem więc mojego ptaszka
z tamtejszą kaczką. Drób szpitalny przez jakiś czas jeszcze mi tam służył,
a jakbym się opierał, to by mnie zacewnikowali (niezbyt miła perspektywa).

W końcu przyszedł wieczór i nadzieja na sen. Pielęgniarka zaproponowała, że
może podać coś przeciwbólowego, oczywiście skorzystałem z propozycji. Tym razem
dostałem zastrzyk w dupę. To zabolało. Przez jakiś czas o bólu w brzuchu mogłem
zapomnieć, bo to nic przy tym jak bolał mnie tyłek. Gdy zasypiałem, jedno
i drugie bolało podobnie.

W nocy kilka razy się obudziłem, po 3:00 przez dłuższy czas nie mogłem
zasnąć. Drugi pan z przepukliną jęczał o Jezu!, o cholera! itp.,
ja cicho leżałem, nieznacznie przewracając się z boku na bok. Jeszcze trochę
pospałem, a przed 6:00 obudziła nas pielęgniarka podając termometry. Żołnierz
został poproszony do zabiegowego (na lewatywkę zapewne), co mnie, wstyd
przyznać, rozbawiło nieco (radochę miałem już jak mu dzień wcześniej jeść
zabronili) — tego dnia on miał mieć zabieg. O ósmej śniadanie dostał tylko
poparzony i weteran. Potem był poranny obchód i na zupkę pozwolili też
drugiemu panu z przepukliną. Zdziwiło mnie to nieco, bo wydawał się bardziej
obolały, a więc jakby w gorszym stanie. Ja się dowiedziałem, że mnie będzie
wolno po 16-tej. Za to obaj dostaliśmy jeszcze trochę płynów z kroplówki.
W brzuchu dalej burczało, ale trudno. O wstawaniu z łóżka dalej nie było mowy.

Czytając książkę i słuchając skrzeczącego radyjka Japan Technology,
które za 8zł od ruskiego kupiła mi żonka do szpitala, dotrwałem do obiadu,
którego oczywiście nie dostałem. Za to dowiedziałem się, że o 16-tej to owszem,
będę mógł, ale pić, nie jeść. Nie była to dobra wiadomość, ale tyle wytrzymałem,
to wytrzymam jeszcze trochę. O 15:55 nalałem sobie wody do szklaneczki, a pięć
minut później delektowałem się chwilą i smakiem wody. Jak się nie ma co się
lubi, to się lubi co się ma. Przynajmniej w łóżku mogłem się już w miarę
swobodnie ruszać.

Ponownie odwiedziła mnie żonka. Przyniosła wydruki z Joggera, w tym dwie
kartki dowcipów. Dowcipów nie zaryzykowałem czytać. Wcześniej dwa razy się
zaśmiałem (właściwie ledwo spróbowałem) i starczy — w tym stanie trudno
wyobrazić sobie coś gorszego niż śmiech, już mniej boleśnie jest delikatnie
zakasłać.

Kolacje dostali wszyscy w sali (łącznie z żołnierzem który tego dnia miał
operację) oprócz mnie. Ja nie dostałem nawet herbatki, która mi się należała.
Zapewne przez przeoczenie, ale nie chciało mi się już o nią walczyć. Byle tylko
przetrwać kolejny dzień.

Podczas wieczornego obchodu lekarz spytał, czy będziemy chcieli coś
przeciwbólowego na noc. Pamiętając poprzedni wieczór, stwierdziłem, że ja chcę
najwyżej coś na sen. Jednak gdy przyszła z lekarstwami pielęgniarka, okazało się
że zarówno środek nasenny jak i przeciwbólowy ma w tabletkach. Wziąłem więc oba
— niebieską i czerwoną tabletkę. Jak po tym zasnąłem, to obudziła mnie
dopiero pielęgniarka podająca termometry o 6:00. I wciąż byłem bardzo zaspany.
I właściwie nic mnie nie bolało, przynajmniej gdy się nie ruszałem.

To był ważny poranek, bo podobno, skoro wieczorem mogłem już pić, to teraz
należał mi się posiłek. Jednak śniadanie podawane było przed porannym obchodem,
a więc oficjalnej decyzji jeszcze nie było. Gdy lekarz przyszedł, to nie dość,
że pozwolił jeść (oczywiście na początek bardzo lekko…), to i wstać z łóżka.
Hurra! Wolność! Mogłem wreszcie pójść do kibelka i normalnie się wysikać.
Siostra zabrała mi pustą kaczkę z samego rana, więc miałem z czym tam iść.

Nie było tak źle. Doszedłem, zrobiłem co miałem zrobić, a nawet jeszcze
sobie trochę po oddziale pospacerowałem. Wolno, krzywo, ale do przodu. W końcu
spróbowałem załatwić sobie to, należące się mi jedzenie. Nie było to takie
proste, bo na śniadanie była zupa mleczna (dla mnie w jakiejś wersji bardzo
lekkostrawnej), a ja takich rzeczy nie jadam. Dzień wcześniej żona zrobiła
wywiad i dowiedziała się, że mi zrobią co będę chciał, nie jestem skazany na tę
nieszczęsną mleczną. Jednak ja się dowiedziałem, że owszem, zrobiliby, ale nie
mają ani żadnego kleiku, ani biszkoptów, ani nic takiego i, że muszę poczekać do
obiadu. Na szczęście żonka mi przyniosła wcześniej paczkę biszkoptów.
Dowiedziałem się więc, że mogę sobie zjeść dwa biszkopty z herbatą. No,
normalnie wyżerka, że hej ;-). Z przyjemnością to sobie zjadłem,
potem, co godzinkę kolejne. Zawsze to jakaś ulga dla zniecierpliwionych kiszek.

Na obiad dostałem zupkę, zdaje się, że kalafiorową z grysikiem. Nawet dobra
była. Później jeszcze, potajemnie, podżerałem sobie suchej bułki, co mi żona
przyniosła. Na kolację (o 17:00) dostałem bułkę z masłem. Do tego czasu
chodzenie już mi trochę obrzydło — rano to była sama radość, ale podczas
kolejnych wyjść do kibelka już czułem jakie to bolesne i męczące. A najgorsze
było wstawanie z łóżka i kładzenie się z powrotem. Jednak, gdy przyszła żonka,
postanowiłem się przewietrzyć. Najpierw myślałem o tym, żeby mnie wózkiem na
dziedziniec szpitala zawiozła, ale jak już wstałem, to uznałem, że mogę się
przejść. No i udało się. Trochę posiedzieliśmy na ławeczce i wróciliśmy na górę.
Potem przyszła mama, więc żonka się zwinęła. Trochę pogadałem z mamą, trochę
z tatą przez telefon (mama przekazała, że tato dodzwonić się nie mógł). Gdy
sobie poszła, poczytałem jeszcze trochę i tak właściwie zakończył się kolejny
dzień. Znowu wziąłem dwa cukiereczki i pospałem do rana, tylko z jedną
przerwą w nocy (kolega z łóżka obok strasznie chrapał, aż mu w łóżko kilka razy
szafką nie walnąłem).

Rano lekarz spytał mnie, czy będę grzeczny jak mnie puści do domu. Co
do siebie nie miałem wątpliwości, raczej bałem się, czy grzeczna będzie Krysia,
jednak stwierdziłem, że chętnie wyjdę ze szpitala. A więc mnie puścili. Nie
spieszyło mi się aż tak bardzo, więc poczekałem do popołudnia, gdy żonka mogła
spokojnie po pracy mnie zabrać. Poczytałem jeszcze trochę, poleżałem w spokoju
(tego mi chwilami teraz brakuje), spakowałem się. Drugi pan z przepukliną też
tego samego dnia wyszedł. Poparzony i żołnierz zostali jeszcze.

Teraz już siedzę w domku, jak widać częściowo przed komputerem. Jednak
większość czasu wciąż w łóżku. Kolejna książka mi się niedługo skończy.

Leżenie w domu ma swoje zalety — Internet, Jogger, niestety nie całkiem
działający, i bardziej prymitywne rozrywki, jak telewizor. Są jednak też wady
— wysokie, wąskie i twarde szpitalne łóżko ma swoje zalety, a w domu
kładzenie się jest trudniejsze i bardziej bolesne. A najgorszy jest strach, że
kochane dziecię zaraz się rzuci tatusiowi na brzuch okazując swoje uczucia.
Chwilami moje nerwy ledwo to wytrzymywały, aż żonka melisą musiała mnie ratować
;-).

Jak dobrze pójdzie i będzie pogoda, to może jutro wybiorę się na spacer na
zewnątrz. Na razie jeszcze poodpoczywam sobie w domku. Teraz dziewczyny
pojechały na koniki, więc jest trochę spokoju, z którego należy skorzystać…

Jak to było w szpitalu (cz. I)

Na izbie przyjęć w Szpitalu Wojskowym miałem się zjawić w poniedziałek
o 10:45, jednak przyszliśmy tam jakieś 20 minut wcześniej. Mimo to pielęgniarki
za chwilę zaczęły procedurę — wprowadziły dane do komputera i wypisały
papiery, na maszynie. Ja miałem się przebrać w pomieszczeniu obok. Na końcu
jedna z pielęgniarek zaprowadziła mnie na oddział chirurgiczny.

Tam poproszono mnie do dyżurki, a w środku cała masa młodych i ślicznych
dziewcząt — pielęgniarek i stażystek. Tu mi się podoba stwierdziłem
i załatwiłem co było do załatwienia (jakieś papierki). Zaraz potem zabrano mnie
do pokoju zabiegowego, gdzie pobrano mi z pół litra (;-)) krwi na
badania. Potem poszedłem już do swojej sali. Mogłem sobie wybrać jedno
z czterech wolnych łóżek, bo na razie zajęte było tylko jedno.

Ledwo się rozpakowałem, a już wołano mnie znowu do zabiegowego, tym
razem na badanie, przeprowadzone przez jedną ze stażystek. Znałem tę twarz,
dziewczyna ta jeździła często na zajęcia tym samym autobusem co ja do pracy.
Zawsze pilnie studiowała notatki i literaturę fachową, więc czułem się
bezpiecznie. ;-) Obadała mnie tak ogólnie (osłuchała, zajrzała do
gardła itd.), zrobiła standardowy wywiad (okazałem się ciekawym przypadkiem,
drugim w ciągu trzech miesięcy, bo nie piję ani nie palę) i zbadała tę moją
przepuklinę.

Jak tylko jedna dziewczyna skończyła badanie, to druga wyciągnęła mnie
z zabiegowego na EKG. Ciekawie to wyglądało, bo zebrała kilku chorych z oddziału
i taka wycieczka przemaszerowała pod pracownię EKG, w części szpitala
funkcjonującej jako przychodnia (a więc kręcili się tam normalni ludzie
z zewnątrz i wycieczka w pidżamach). Po badaniu EKG wróciłem do sali, a po
jakimś czasie kolejna wycieczka, tym razem na parter, na RTG. Tam trzeba było
trochę poczekać, bo właśnie uczono jakieś praktykantki jak się prześwietlenia
robi i pierwsi pacjenci byli obsługiwani prawie godzinę. Ale skoro miałbym
siedzieć lub leżeć na łóżku w swojej sali, to równie dobrze mogłem posiedzieć na
korytarzu w przychodni. Moje zdjęcie było gotowe w ciągu pięciu minut —
czegoś się dziewczyny do tego czasu nauczyły.

Po wszystkich badaniach, około 13:00 przyszedł czas na obiad. Dostałem
zupkę, bardzo dobrą zresztą, co mnie lekko zaskoczyło po tym co słyszałem
o szpitalnym żarciu. Potem było już właściwie tylko leniuchowanie, trochę
poczytałem Chmielewskiej (okazało się, że tę książkę już kiedyś czytałem, ale to
miało małe znaczenie, bo w stresie przed zabiegiem trudno się było skupić na
lekturze). W pokoju było już czterech lokatorów: ja, pan, tak na oko, po
czterdziestce, też z przepukliną, gościu z poparzoną nogą i żołnierz z żylakiem
w intymnym miejscu (co komu dolegało to ustaliliśmy później, podczas naszego
pobytu w szpitali). Około 16:00, żołnierz i poparzony dostali kolację, a ja
i drugi pan z przepukliną prezenty (jak to pielęgniarka nazwała) —
czopki przeczyszczające. Znaczy się koniec wczasów, jeść nie dają
:-(. Jeszcze dostałem herbaty — pić mogłem do 24:00.

Po kolacji odwiedziła mnie żonka. Bałem się, czy po tym czopku nie
będę musiał jej w kibelku przyjmować, ale nie było tego problemu. Pogadaliśmy,
przyniosła soczek, którego nie użyłem, oraz nitkę z igłą — żebym mógł
sobie zaszyć dziurę którą wykryłem wcześniej w kroku swojej pidżamy.
Pojawił się też piąty lokator, najwyraźniej dobrze znany w szpitalu. Schorowany
starszy pan miał jakieś bóle po wcześniejszej operacji i podłączono go pod
kroplówkę z lekami przeciwbólowymi i rozkurczającymi.

Wieczorem odwiedził nas (tych z przepukliną) anestezjolog. Szeptem wypytał
czy wiemy, że czeka nas następnego dnia zabieg (no w sumie, po to tam
przyszliśmy) i czy nie życzymy sobie, aby dalsza rozmowa była na osobności (mnie
było wszystko jedno, drugiemu panu też). Potem wypytał ogólnie o zdrowie, czy
się nie leczę itd. W końcu się dowiedziałem, że mogę wybrać sobie znieczulenie:
ogólne, albo oponowe. Właściwie byłem już zdecydowany na oponowe, nawet nie
brałem pod uwagę możliwości wyboru. Po ogólnym podobno dłużej się dochodzi do
siebie. No i te rurki w gardle… ugh. Anestezjolog też stwierdził, że w moim
wieku najlepszym wyborem wydaje się znieczulenie oponowe, ale że jest jeden
problem: przez sześć godzin od zabiegu nie wolno podnosić głowy. A samo
znieczulenie to tylko delikatne ukłucie. Ta… słyszałem o tym delikatnym
ukłuciu… ale skoro lepsze, to lepsze.

Tego samego wieczoru był też jakiś obchód, ale polegał właściwie na
sprawdzeniu obecności, lekarz zdrowiem pacjentów się specjalnie nie
zainteresował. Później wpadła jeszcze pielęgniarka z pytaniem, czy nie chcemy
czegoś na sen. Nikt nie chciał. Poszliśmy spać. Ja się w nocy z dwa razy
budziłem, ale było ok.

O poranku (przed 6:00) obudziła nas pielęgniarka. Ja i drugi pan
z przepukliną zostaliśmy zaproszeni do zabiegowego, na lewatywkę. No cóż,
atrakcji ciąg dalszy… Z zabiegowego prosto do kibelka, gdzie jeszcze parę razy
wracałem. O ósmej pooglądałem sobie jak trzech współlokatorów zjada śniadanko,
a potem zostałem zaproszony znowu do zabiegowego, na przygotowanie do
zabiegu
. Zamontowano mi rurkę w żyle na ręce, gdzie od razu wstrzyknięto
potężną strzykawę antybiotyku. Potem siostra wygoliła mi lewe jajko i okolice,
wraz z kawałkiem brzucha i uda. Śmiesznie było leżeć z fiutem na wierzchu
w pokoju pełnym kobiet. Internista nawet nie chciał mnie konsultować,
widać młody jestem i z definicji zdrowy, a raczej szansa, że stażystka czegoś
niedopatrzyła, niewielka.

Mój zabieg był planowany na około 11:00. Cały ranek więc spędziłem
w nerwach. W końcu (jeszcze przed jedenastą) przyszła na mnie kolej. Siostry
podjechały łóżkiem transportowym, jedna stwierdziła idziemy się
wysikać
. Więc poszedłem. Nerwy zrobiły swoje i, mimo czopka i lewatywy, na
sikaniu się nie skończyło. Gdy wróciłem, dostałem kolejne polecenie: rozebrać
się do zupy i na łóżko
. Ok, rozebrałem się, wlazłem na łóżko, zostałem
przykryty i pojechałem na blok operacyjny. Sufit po drodze bardzo brzydki.

Na bloku operacyjnym pełno ludzi, ale trudno kogoś rozpoznać, bo wszyscy
w maskach. Zidentyfikowałem tam tylko tę znajomą stażystkę. Po chwili
w poczekalni podwieziono mnie pod stół operacyjny, na który miałem się
przesiąść. Jakaś pani spytała, czy pierwsza operacja, czy się boję. Ja że
właściwie tak, wcześniej operacyjnie miałem tylko ósemkę usuwaną i że ten zabieg
właściwie mniej mnie przeraża niż tamto grzebanie w gębie. Wywiązała się z tego
dyskusja o wizytach u stomatologa i dowiedziałem się, że kobiety z którymi
rozmawiałem (ach te maski, nie wiadomo kto to był, jedna to chyba ta stażystka)
zawsze proszą o znieczulenie u dentysty. Ej, to może ja taki mięczak nie jestem
;-).

Z całego zabiegu najbardziej bałem się tego wkłucia w kręgosłup. Po
podłączeniu mnie do kroplówki (elektrolity — przekąska przed
obiadem
) przyszedł w końcu na to czas. Okazało się, że przed wprowadzeniem
właściwej igły do znieczulenia oponowego (od pasa w dół) najpierw robią
znieczulenie miejscowe stomatologiczne. Fajnie. Miałem usiąść i pochylić
się do przodu. Ktoś przytrzymywał mi głowę i poczułem ukłucia w plecy,
rzeczywiście niewielkie. Gdy wydawało mi się, że poczułem drugie spytałem się,
czy to ten pierwszy zastrzyk czy ten drugi. Nie, to dopiero ten pierwszy,
drugiego pan nie poczuje.
I rzeczywiście nic nie poczułem, a zaraz kazali mi
się położyć. Potem ktoś spytał czy robi mi się ciepło w nogi. Robiło się. Ciepło
i całkiem przyjemnie (chyba dostałem też coś uspokajającego). Potem kazano mi
podnieść prawą nogę. Ha ha ha. Jaką nogę? ;-) Polecenie było
niewykonalne, znaczy się, znieczulenie zadziałało.

Podłączyli mi jeszcze elektrody na klatce piersiowej i czujnik na palcu
lewej ręki. Na prawej ręce automat do mierzenia ciśnienia — coś ja
normalny przyrząd do mierzenia ciśnienia, tylko automatycznie sterowany, co się
sam co pięć minut pompował i robił pomiar. Nad brzuchem zamontowali mi taki
parawan, że nie widziałem co będą tam robić, zresztą, wcale nie miałem
zamiaru tego oglądać.

Miło więc sobie leżałem, co jakiś czas automat mi się pompował na prawej
ręce, a chirurg z pomocnikami coś mi tam grzebał w brzuchu zdaje się, że
pracował razem z tą stażystką tłumacząc jej wszystko co było tam robione.
W pewnym momencie wypadła mu penceta, na ziemię (wszyscy zgodnie
potwierdzili, że do doktor, a nie pielęgniarka), innym razem stwierdził
fajnie gra ta Budka Suflera. Rzeczywiście, radio ładnie grało, ale to
akurat było Kombi, więc go poprawiłem. Wszyscy się uśmiali.

Po 45 minutach, czy godzinie (nawet nie wiem) operacja się skończyła,
przerzucili mnie ze stołu spowrotem na łóżko na kółkach i pojechałem. Ktos po
drodze, z uśmiechem, spytał, czy fajne było do Kombi, potem dostałem
opieprz za podnoszenie głowy, ale jak tu nie podnosić, gdy śliczna stażystka
pcha łóżko ;-) (oj, jakby mnie potem głowa bolała tak jak mogła od
tego zaboleć, to miałbym za swoje!). Po wyjeździe z bloku operacyjnego łóżko
przejęły pielęgniarki, które zawiozły mnie do sali. Tam trzeba było mnie wrzucić
na łóżko (nogi nie działały, więc sam bym się nie przeniósł). Siostry ustaliły
formacje stwierdzeniem panienka bierze pana na siebie, potem jednak
przypomniały, że pan nie jest wolny. No i zostałem leżeć bez nóg
na swoim łóżku…

c.d.n.

Chwila grozy

Poszedłem dzisiaj do banku (właściwie do bankomatu) po pieniądze. Wychodzę
zza rogu i widzę… wycelowaną we mnie lufę karabinu. Na chwilę serce
podskoczyło mi do gardła…

…to nic takiego, to tylko ochroniarz. Oni od tego są, żeby wyglądać
groźnie… ale celowanie do przypadkowych przechodniów, to już chyba przesada.
Nie mają oni żadnych wytycznych mówiących jak trzymać karabin, gdy się nie
strzela?

Selwelek ruszył

Rano moje dziewczyny wyjechały na wakacje, więc ja zostałem słomianym wdowcem. Wdowieństwo
zacząłem od sprzątania — skoro mam robić bajzel, to muszę mieć gdzie. Gdy mniej-więcej
posprzątałem mieszkanie, to zjadłem śniadanie i poszedłem po zakupy. Jeszcze mi paru drobiazgów
brakowało do dokończenia selwelka. Gorąco było
— w mieście byłem właściwie w samo południe. Kupiłem co chciałem, a nawet coś więcej
i wróciłem do domu, robić bajzel.

Bajzel był naprawdę niezły, ale po paru godzinach udało mi się złożyć serwerek do końca.
Podłączyłem i nawet ruszył. Pojawił się problem: jak zainstalować na tym system nie mając
ani stacji dyskietek ani CDROMu. Przekładać dysku mi się nie chciało. Właściwie, to nie chciało mi
się nawet przepinać (tymczasowo) monitora i klawiatury, ale jednak ta maszynka za kilkaset złotych
to nie Sun Fire za ponad dziesięć tysięcy i nie ma ułatwiaczy typu Sevice Processor, czy BIOS na
konsoli szeregowej. Postanowiłem przez sieć zabootować system z którego zainstaluje sobie PLD. Do
setupu BIOSu musiałem więc wejść chociażby po to, aby włączyć bootowanie z sieci. Niestety, musiałem
monitor podłączać jeszcze kilka razy potem, żeby zobaczyć co się dzieje, jak nie chciało się
bootować.

Pogooglałem za PXE PLD i dowiedziałem się, że RescueCD obsługuje PXE. I nic więcej,
żadnej informacji jak to RescueCD z tego PXE wystartować. Poszukałem trochę ogólniej i znalazłem
jakieś HOWTO do instalacji Debiana przez PXE. Zaczynając od tego artykułu, używając obrazów RescueCD
i LiveCD, metodą prób i błędów i z lekką pomocą autora RescueCD, w końcu udało mi się zabootować
system i rozpocząć instalację. Dalej było z górki, więc opiszę dokładniej (w kolejnym wpisie) tylko
jak wygląda bootowanie RescueCD przez sieć.

Naukowe flirtowanie

Trafiłem dzisiaj na ciekawy artykuł. SIRC Guide to
Flirting
. Artykuł, jak sam tytuł wskazuje, o flirtowaniu, napisany
przez brytyjskich naukowców. Strasznie długie, ale dość interesujące (dotarłem
do końca :-)). Miejscami powala szczegółowością (odległości
w stopach, czasy w sekundach, czy ułamkach sekund), miejscami wydaje się
banalne, ale zawiera wiele ciekawych spostrzeżeń dotyczących kontaktów
międzyludzkich. Miejscami jest nawet zabawne. Dobry tekst, jak ktoś chce
podszlifować język i to angielski, a nie amerykański.

Uzależnienie od bloga?

Kilka osób przyznało
się do uzależnienia od bloga mojej żony
. Hmmm… coś w tym jest —
takie rzeczy się zdarzają. Sam jestem chyba uzależniony od jednego bloga:
Hi, My Name Is Steve, and I
Am a Sex Addict
.

I nie chodzi o świństwa. Mimo, że jestem stary świntuch, to nieprzyzwoite
opowiadanka mnie z czasem nudzą. A tam zaglądam, od wielu tygodni, codziennie,
cierpiąc w weekendy z powodu braku nowych wpisów. Frajdę sprawia mi śledzenie
losów tej pary, przeżywam w pewien sposób ich radości i niepowodzenia, a także
pozwala mi to lepiej zastanowić się nad własnym życiem i związkiem. To chyba
coś jak oglądanie reality show, czy oper mydlanych (za jednymi i drugimi
raczej nie przepadam), ale czasem można sobie pozwolić na takie
niskie rozrywki. ;-)

Jest też sporo innych blogów na które zaglądam, ale poza Joggami, które
dzięki technicznym ułatwieniom śledzę na bieżąco, odwiedzam je raczej
sporadycznie — jak mi się przypomni. O, właśnie — dawno nie
zaglądałem na blog Bruce’a
Eckela
… i słusznie, nic tam nowego nie ma :-(.