Chyba znowu będą mnie kroić…

Po powrocie z pracy w łazience zaobserwowałem coś interesującego. Mam wyraźny
wzgórek łonowy ;-)… ej, coś tu nie gra… tylko z jednej
strony… raczej mi się to nie podoba. Poprosiłem żonę o opinię. Obadała
i stwierdziła do lekarza!. No to zadzwoniłem, umówiłem się, wziąłem
prysznic i pojechałem.

Lekarzowi powiedziałem, że zrobiła mi się taka buła nad lewym
jądrem
. Wypytał, od kiedy to mam, czy mnie to boli itd. W końcu przyszedł
czas na zdjęcie majtek i pokazanie problemu. Lekarz obmacał bułę i ze
zdziwieniem stwierdził to wygląda na przepuklinę. Później spytał co to
za praca po której mi się to pojawiło. Normalna, praca informatyka.
Dzisiaj już zupełnie. Siedziałem osiem godzin na tyłku i bawiłem się nowym
serwerem. Co prawda, trzeba było coś w serwerowni poprzestawiać, ale do tego
oddelegowałem kolegów (fajnie czasem być kierownikiem działu
;-)). W każdym razie lekarz stwierdził przepuklinę i dał mi
skierowanie do chirurga. Zobaczymy co powie chirurg…

Dałem się pociąć…

Parę miesięcy temu pojawiła mi się pewna wypukłość koło ucha. Nie bolała, ale
denerwowała. Parę tygodni temu poszedłem z tym (między innymi) do dermatologa.
Lekarka uznała, że to tylko chirurgicznie usunąć można i dała mi skierowanie
do chirurga. W zeszły tygodniu poszedłem do tego chirurga —
państwowo i wyobraźcie sobie, że zapisano mnie na godzinę a jak
przyszedłem nic nie musiałem czekac w kolejce. Chirurg obejrzał, pomacał
i stwierdził: Kaszaczek. Do usunięcia. Powiedział to tak, jakby miało
mnie to zaskoczyć, abo co. A przecież w celu tego usunięcia tam przyszedłem.
Powiedział, że w poniedziałek mam się zgłosić na zabieg i tyle było wizyty.

Dzisiaj się więc zgłosiłem. Pani kazała mi się położyć na stole,
wycelowała we mnie lampę i przemyła kaszaczka. Przyszedł chirurg, nie
żałował sobie alkoholu, nawet stwierdził bez gorzały dzisiejsza medycyna
nie funkcjonuje
. Na szczęście nie stosował tego doustnie, ale do
przemywania miejsca operacji. Jeszcze strofował asystentkę, że za słabo
polewa. W końcu wyciął co było do wycięcia i zaszył. Nic nie czułem poza
ukłuciem igły ze znieczuleniem i potem lekkimi pociągnięciami
i przyciśnięciami. Za to bardzo dobrze słyszałem np. pieniącą się wodę
utlenioną — w końcu cięli mnie zaraz obok ucha.

W środę mam się zgłosić do zmiany opatrunku (opatrunek ==
zwykły plaster, w tym przypadku), a w przyszły poniedziałek do zdjęcia szwów.
Miałem się też zaopatrzyć w środki przeciwbólowe, bo w końcu mam dziurę
w policzku i może boleć. Rzeczywiście, tak godzinę po zabiegu, trochę bolało.
Łyknąłem dwa Ibupromy i jak na razie jest dobrze. W porównaniu do usuwania ósemki taka
operacja to sama przyjemność. ;-)

Niestety poza wizytą u chirurga nie jest dzisiaj tak miło. Okazało się
znowu, że jestem paskudnym mężem i znowu zostałem skutecznie zdołowany.
:-( Aby się trochę pozbierać poszedłem na miasto… powłóczyłem
się po centrum, w kawiarence zjadłem sobie deser Sułtański z gałką lodów
czekoladowych, poszwędałem się na peronach na dworcu, kupiłem tabliczkę
czekolady (60% kakao, mniam) i zacząłem dalej się włóczyć w kierunku domu. Jak
byłem prawie na miejscu, to deszcz mnie zagonił do najbliższej bramy. Brama
prowadziła do knajpy. Knajpa (4art przy Wieczorka w Gliwicach) okazała się
całkiem sympatyczna. Z głośników leciał blues. Kupiłem więc sobie kolę
z cytrynką (albo mam wrażenie, albo barman nie potraktował mnie całkiem
poważeni) i usiadłem. Sączyłem sobie tę kolę, przegryzałem resztkami czekolady
i słuchałem bluesa. Chyba lubię bluesa…

W końcu wróciłem do domu, już trochę uspokojony (oaza spokoju, jeśli
wiecie o co mi chodzi ;-)), a życie musi potoczyć się
dalej…

Upijam się Mirindą, na smutno…

Dzisiaj wyjechaliśmy na imprezę integracyjną z okazji 10-lecia firmy.
Dwanaście par i dwóch samotnych adminów (moja żona została w domu z
dzieckiem)… a ja myślałem że mogę się źle czuć na Pingwinariach, gdzie na
stu facetów było tylko jakieś dziesięć dziewczyn (ale za to wszystkie moje
;-)). No to ostatnie to oczywiście żart.

A więc na dzisiejszej imprezie siedziałem sobie sam (kolega się szybko
zmył) i popijałem Mirindę patrząc jak się inni bawią (muzyka u góry jeszcze
gra). Wskakiwałem na parkiet tylko przy jakichś szybszych kawałkach, które
jednocześnie dały się słuchać (niestety DJ raczył nas też utworami które tego
warunku nie spełniały). Nigdy więcej na takie imprezy bez własnej kobiety!

Z drugiej strony, jednak wbrew wszystkiemu humor mi nadal dopisuje i chyba
na razie jestem zadowolony… Zobaczymy jakie atrakcje będą jutro i w
niedzielę…

Przekonałem się też, że moja alergia nie ustąpiła. Nie wziąłem normalnie
wieczorem leków, to o pierwszej w nocy już kichałem i smarkałem. Psiknąłem
sobie i łyknąłem co trzeba było psiknąć i łyknąć i jest lepiej.
:-)

No i znowu płaczę

No i znowu płaczę. Tym razem jednak to nie chora psychika, ale fizjologia.
Cholerne pyłki niewiadomoczego. W tym roku zaczęło się nawet dość łagodnie
— dwa tygodnie temu lekki katar, ale upierdliwy, bo spływający do
gardła. Zacząłem wtedy łykać jakieś tabletki (kupione bez recepty, więc mało
i drogo) i nawet jakby pomagały. Jednak przestały pomagać. Od paru dni boli
mnie gardło (zwykle taki jest skutek tych spływających glutów), a ostatnio
jeszcze smarkam, kicham i łzawię. Zacząłem sobie już nawet tymi sterydami do
nosa psikać, ale to trochę potrwa zanim to zacznie działać. Jutro spróbuję się
wybrać do lekarza. Nic genialnego raczej nie wymyśli, ale przynajmniej tańsze
lekarstwa zapisze i może coś na te gardło (nie będę dwa tygodnie tego Sebidinu
ssał).

No i jak tu teraz cieszyć się wiosną? Na szczęście mnie to w miarę szybko
przechodzi (liczę, że i tym razem tak będzie), znacznie gorzej miewa żonka
w czerwcu…

Zasmarkane Święta

Z okazji świąt w pracy miałem mieć wolne od piątku do poniedziałku
włącznie. Sporo czasu, między innymi na ruszenie swoich projektów do przodu.
Jednak już w piątek rano wstałem tak zasmarkany, że było wiadomo, że święta
przechoruję. W przychodni mieli wolne, a do przypadkowego lekarza się nie
wybierałem, więc zostały domowe metody: wapno, witamina C i leżenie w łóżku.
Właściwie nie w łóżku, ale na ganganie (dmuchanym materacu), a jak się gangan
spuścił, to na podłodze (no dobra, na karimatach i kocach).

Chorowanie chorowaniem, ale Wigilia wigilią — w piątkową uroczystą
kolację zjedliśmy u teściów. Jakoś to przetrzymałem. Następnego dnia
pojechaliśmy na obiad do mojej mamy. Ale już niedzielny obiad u ojca sobie
darowałem — dziewczyny pojechały same. Przez te trzy dni nie zrobiłem
właściwie nic konstruktywnego — wylegiwałem się licząc, że choroba sama
ustąpi (latem jeden dzień leżenia pomógł). Przez to szybko mi się jeden
prezent skończył — Na glinianych nogach Pratchetta przeczytałem w
półtora dnia.

Jak już mowa o prezentach, to dostałem jeden z nich wyjątkowo geekowy:
domenę jajcus.net. W piątek niewiele się nią nacieszyłem,
bo, poza chorobą, nie mogłem zmienić DNSów (błąd w systemie do obsługi
domenki). Niby domena działała, ale światu się nią jeszcze nie chwaliłem, bo
dowcipnisie wystawili tam słynne zdjęcie z kaczuszką. ;-) Wczoraj
błąd został usunięty i domenka działa jak należy, nawet mój nowy e-mail
działa.

Strony WWW jeszcze nie zrobiłem. Wcześniej powinienem zrobić tę co
obiecałem, czyli stronę dla PyXMPP. Dokumentację HTML mam już wygenerowaną,
automatykę do wspomagania tworzenia modelu UML też. Nawet już się zabrałem za
pisanie strony… ale nagle sobie przypomniałem jaki to ciężko chory jestem.
;-)

Wracając do tematu, to wczoraj byłem u lekarza. Okazało się, że to znowu
infekcja w zatokach. Dostałem L4 i końską dawkę antybiotyku. Wygląda na to, że
działa. Nawet nie przyjmuję do wiadomości, że mogłoby nie działać —
jutro chcę wreszcie móc zbliżyć się do żonki bez obawy że ją zarażę, bo tej
bezpiecznej odległości mam już dosyć. Było to jednak konieczne, bo
jakby żona i córka się pochorowały, to chyba byłby koniec świata.

Nie jest dobrze…

Żonka dzisiaj była u dentystki. Wyrwano jej ósemkę, kiereszując przy tym
jej szczękę nie mniej niż mnie przy usuwaniu operacyjnym w zeszłym roku. Teraz
obolała i nieszczęśliwa siedzi u rodziców. A mnie jej nastrój udzielił się już
po dwóch SMSach od niej, mimo że jeszcze wtedy nie wiedziałem co się stało. I
chyba zaczynam znowu mieć doła :-(.

Rano autko nie było jeszcze gotowe. Przed chwilą zadzwoniłem do mechanika i
podobno już jest naprawione. Jak spytałem ile to będzie kosztować?
usłyszałem, że „100zł nie przekroczy”. Niby fajnie, ale ja mam w portfelu 5zł,
więc muszę jeszcze iść do bankomatu…

Na razie puściłem sobie głośno Beth Quist i zjadłem
obiad (mniam mniam!). Taka muzyka wydaje mi się w sam raz — nie
specjalnie wesoła (na słuchanie takiej nie mam teraz ochoty), ani nie
specjalnie smutna (to by dołowało jeszcze bardziej), a działająca na emocje. I
chyba pomaga… :-)

Plugin świra

Właśnie napisałem plugin Joggera dla swojego CJC. Oczywiście
jeszcze można wiele w nim zrobić, ale już powinno dać się wysyłać
wiadomości. A nawet nie tylko. Dla każdej wiadomości można wybrać poziom,
a przed wysłaniem jest walidowana wybranym DTD (domyślnie XHTML Strict).
A więc koniec wpisów psujących joggera! :-) Oczywiście edycja
odbywa się w edytorze wybranym przez użytkownika (domyślnie
$EDITOR lub vi, jak to w UNIXach). To będzie
pierwsza wiadomość wysłana z tego plugina na prawdziwego joggera, więc ciekawe
czy i jak dojdzie.

W przedostatnim wpisie pisałem o planowanym przejściu na
ejabberd. W kolejnym krótko napisałem, że się udało. Krótko,
bo było za wcześnie aby mówić o wielkim sukcesie no i dlatego, że nie miałem
plugina w CJC. Z dokładną oceną chciałem trochę poczekać i już chyba nadszedł
odpowiedni czas.

A więc z nowego serwerka jestem bardzo zadowolony. Większość użytkowników
chyba nawet nie zauważyła zmiany. Niektórzy wręcz założyli, że skoro dalej
wszystko działa, to znaczy, że wróciłem do starego. Po prostu działa.
Rozczarował mnie nieco interfejs administratora — zarówno z WWW jak i z
tkabbera. Okazało się, że nie da się przez to zakładać użytkowników. Trzeba z
shella za pomocą ejabberdctl albo pozwolić userom samym się
rejestrować, a tego nie chcę.

A co do tytułu wpisu… Dzisiaj byłem u psychiatry. Dostałem receptę. To już
chyba jestem oficjalnie świrem ;-). Prawdopodobnie ta wizyta to
tylko pieniądze wyrzucone w błoto, ale spróbować zawsze warto.

To już jest koniec…

Niestety. Jutro wieczorem wyjeżdżamy i wracamy do domu.
Ja przez swoje chorowanie miałem zmarnowane część z tych
trzech tygodni tutaj, więc tym bardziej żal już wyjeżdżać.

Jak już pisałem grzyby się zaczęły pojawiać. Wszyscy tutaj w
domku nazbierali sporo maślaczków, czy trochę kurek, a mnie
się udało wczoraj znaleźć nawet parę kozaków, o dziwo
wszystkie to stare kapcie. Dwa były tak zeżarte, że nawet nie
było co zbierać. Dzisiaj grzybobranie sobie praktycznie
odpuściłem. Zajrzałem tylko na 10 minut między brzózki, gdzie
wczorej te kozaki zebrałem i udało się znaleźć jednego młodego
kozaczka. Niestety był tak samo robaczywy jak tamte stare,
tyle że przez ślimaki prawie nie ruszony. Później, idąc po
prostu ścieżką przez las znalazłem prawdziwka. Myślałem, że to
mały muchomorek, ale sprawdziłem z bliska i okazało się że
jednak prawdziweczek. Ledwo co od ziemi odrósł, a już w
połowie zeżarty przez ślimaki, a do tego trochę robaczywy (to
drugie to właściwie norma w przypadku prawdziwków). Jeszcze
jutro spróbuję trochę grzybków pozbierać…

Wczoraj i dziś nadrabiałem zaległości w wędkowaniu. Nic nie
złowiłem, ale trochę sobie z kijem na plaży posiedziałem. I
fajnie było. Może innym razem coś się złapie. Jednak w tym
roku wiele sobie nie połowiłem — zaledwie kilka razy
udało mi się z wędką na plażę wyrwać.