Łażenie po drzewach

Jakiś czas temu wyczytałem na
newsach
, że w Świerklańcu jest fajny park linowy. Jakiś czas temu
mi mama wychwalała coś podobnego tyle, że w Wiśle. Ja kiedyś uwielbiałem łazić
po drzewach, więc chętnie czegoś takiego bym spróbował. Dzisiaj ładna pogoda,
dzień wolny, dobrze by było go jakoś miło z rodzinką spędzić. A o Świerklańcu
dużo dobrego, nie wliczając tego parku linowego, słyszałem. Zabrałem więc
rodzinkę na wycieczkę…

Na miejsce trafiliśmy właściwie bez problemu (nie licząc tego jak się
władowałem jak blondynka pod prąd przy samym wjeździe do parku). Już
w pierwszej chwili stwierdziliśmy, że tamtejszy park pałacowy jest
wielki. I do tego bardzo ładny. Pełno ludzi, ale nie aż tyle,
żeby uprzykrzało to nam tam pobyt. Znaleźliśmy też wspomniany park
linowy
.

Właściwie to nie byłoby go w ogóle widać, gdyby nie tłumek ludzi
patrzących się w górę. Gdy podeszliśmy okazało się, że rzeczywiście tam coś
jest – kilka drzew połączonych linowym torem przeszkód. Właśnie jakiś
gostek kończył tam zabawę. Było widać, że ma niezłego pietra, a przy okazji
niesamowicie godoł po śląsku. Zresztą instruktor nie był gorszy –
przyjezdni z innej części Polski mogli by uznać, że to takie przedstawienie
dla turystów.

Gdy tamten zszedł zaraz zacząłem się rozglądać za jakąś kolejką, czy
zapisami… Okazało się, że jeden chętny już jest, ale ja się też od razu
załapię. Krótkie szkolenie – jak się bezpiecznie przypinać
karabińczykami do lin asekuracyjnych i mogliśmy zaczynać. Ja pierwszy, za mną
jakiś młody chłopak.

Najpierw sznurkową drabinką na górę. Wszedłem, ale tak się przy tym
zmęczyłem, że zwątpiłem czy daleko zajdę. Na szczęście kolejne ćwiczenia już
nie były takie siłowe. Przeszedłem większość tego toru przeszkód,
poziom adrenaliny w organiźmie przy tym podskoczył to raczej niespotykanego
u mnie poziomu. Przy którymś z kolei odcinku już całkiem nieźle mi szło
– zaczynałem czuć się trochę pewniej… Do czasu. Gdy dotarłem do
najdłuższego odcinka, z wiszącymi na sznurkach oponkami zwątpiłem. Mimo to
spróbowałem, ale na drugiej oponce się poddałem. Z wysiłkiem jakoś jeszcze
wróciłem na drzewo i poprosiłem o spuszczenie mnie w dół (schodzenie było
chyba najprzyjemniejsze). Może innym razem przejdę więcej. Na dziś tej
adrenaliny i wysiłku stanowczo wystarczy. :-).

A przy okazji przypomniała mi się jeszcze piosenka:

Po linie idziesz sam
i w całym cyrku cicho tak
i krok za krokiem musisz iść
nie masz odwrotu musisz spaść

wszyscy czekają żebyś spadł
wędrujesz po to żeby spaść
balansujesz po to żeby spaść
ta cisza jest dla ciebie

[...]
(Republika, Sam na linie)

Okularków nie będzie, przenosiny w pełni

Dzisiaj wybrałem się do okulisty (przy optyku) w celu dobrania okularów.
Ten mnie zbadał, próbował dobrać odpowiednie szkła… i właściwie nic to nie
dawało. Na siłę okularów sprawiał sobie nie będę – to by mi mogło
bardziej zaszkodzić niż pomóc. To co zaobserwowałem u okulistki podczas badań
kontrolnych najprawdopodobniej było tylko złudzeniem spowodowanym
powiększającym działaniem szkieł. Dzisiaj więc zamiast recepty na okulary
odebrałem receptę na krople do oczu. Zresztą podobne to tych co już mam –
do Starazolinu, który wychwalałem już w zeszłym roku.

W związku ze zmianą pracy (do nowej już w czwartek) przenoszę różne
rzeczy. Listy dyskusyjne moich projektów (CJC, PyXMPP, Transport GG)
przeniosłem na swój własny serwerek (lists.jajcus.net), a z rozpędu zabrałem
się za przenoszenie do siebie reszty tych projektów z JabberStudio (które najwyraźniej
umiera). To ostatnie jeszcze trochę potrwa, bo to większa robota, ale pewnie
w tym tygodniu skończę – wtedy dam znać co i jak, a przede wszystkim,
gdzie.

Dzisiaj walczyłem jeszcze z dwie godziny z przenoszeniem kontaktów ze
starego telefonu komórkowego (firmowego) na mój własny, prywatny. Ta marna
namiastka IrDA/OBEX w moim Samsungu nie ułatwiała sprawy, ale stary laptop
z IRDA, Multisync, trochę Pythona, trochę ręcznego grzebania w plikach
wizytówek (bez tego, przy próbie importu czterech z moich kontaktów telefon
się po prostu rebootował) i jakoś się udało. BTW: jak ktoś ma mój stary numer,
a chciałby aktualny, to niech się do mnie zgłosi.

Z przenosin czeka mnie jeszcze wyniesienie swoich fizycznych zabawek (talerz,
słuchawki, puszka na herbatę, kalendarz z gołymi babami itp.) ze starej roboty
i zaniesienie sprzętu (komputer, monitor, telefony) do nowej. Z mniej
materialnych rzeczy – posprzątanie po sobie na serwerach w starej firmie
(wszelkie konta, aliasy, skrypty itp. zabawki) i podczepienie się do nowej
(też se będę musiał jakiegoś majla założyć). System niby sobie już na nowym
kompie zainstalowałem, ale nie pamiętam w jakim jest stanie… więc może
jeszcze to mi trochę czasu zająć… a pracodawca pewnie będzie chciał już
pierwszego dnia widzieć wyniki… ;-)

Jajcuś okularnik?

Byłem dzisiaj na badaniach lekarskich przed nową pracą. Oprócz
standardowego wywiadu, mierzenia ciśnienia, osłuchiwania zostałem wysłany na
konsultacje do okulisty (praca przy komputerze). Liczyłem na tą wizytę, bo mam
wrażenie, że coś u mnie ze wzrokiem jest nie tak ostatnio. Regulacja monitora,
czy ustawienia antyaliasingu fontów nie pomagają — ciągle mam literki jakby
rozmyte i czy patrzę z bliska, czy z daleka na monitor, to cały czas źle.
I męczą mi się oczy przy tym bardzo. Kiedyś tak nie było…

No więc trafiłem do okulistki. Ta obadała mnie różnymi przyrządami, kazała
przeczytać literki z tablicy (jak zwykle umiałem przeczytać nie tylko wskazany
wiersz, ale i wszystkie pozostałe) i stwierdziła, że wszystko ok. Jednak
przerwałem jej wypisywanie kartki skarżąc się na te rozmazane literki. Zrobiła
jeszcze kilka badań, w końcu założyła mi takie śmieszne okularki i kazała coś
przeczytać. Ok, żaden problem…. potem włożyła w to, czy przekręciła
szkiełko… i tekst się zrobił nagle ostry (a niby było z nim wszystko ok)! No
to chyba nie wymyśliłem sobie problemu…

Okulistka stwierdziła, że mam astygmatyzm fizjologiczny (w Googlach
znalazłem, że to taki normalny, jak ma każdy), ale skoro szkła
pomagają, to mam iść do okulisty i sprawić sobie okulary. A na karteczce
dopisała praca w okularach. Więc dzisiaj na spacerku z Krysią
zahaczyliśmy o tutejszego optyka i zapisałem się na wizytę u okulisty na
poniedziałek. Może niedługo będę przed kompem w brylach siedział…

Bez plasterka

No to dzisiaj zdjąłem sobie opatrunek. Wygląda na to, że rana bardzo
ładnie się goi, ale jeszcze będzie trzeba na nią uważać. W szczególności, będę
musiał walczyć z moim zamiłowaniem do zdrapywania strupków
;-). Jeśli chodzi o szczegóły, to rana ma długość 10cm i widać
ślady po ośmiu (może szesnastu, bo coś mi się zdaje, że były podwójne) szwach.
Będę miał ładną bliznę do szpanowania. ;-)

Bez szwów i prawie bez bólu

Dzisiaj przyszedł czas na zdjęcie szwów. W szpitalu miałem się stawić między 9:00, a 10:00. Po ostatnich przeżyciach myślałem o tym, żeby rano wziąć tabletkę przeciwbólową, coby po drodze do szpitala nie jęczeć z bólu. Okazało się jednak, że od rana czułem się zadziwiająco dobrze. Prochów więc nie wziąłem.

Do szpitala miała mnie zawieźć żonka samochodem. Ale samochód najpierw nie chciał nam otworzyć drzwi na znak dany pilotem, a potem okazało się, że zapalić też nie ma zamiaru. Najwyraźniej akumulator się wyczerpał. Ja raczej do noszenia akumulatora (do ładowania) się nie nadaję, więc żona z mechanikiem będzie musiała jakoś to załatwić, przy okazji może naprawią koło z którego uchodzi powietrze. Tymczasem do szpitala pojechaliśmy taksówką.

Trzeba było poczekać trochę przed salą opatrunkową, co nie było takie złe, zważywszy na kręcące się tam pielęgniarki i stażystkę ;-). W końcu przyszła moja kolej i pielęgniarka (może nie z tych ślicznych, ale i tak sympatyczna) zdjęła mi szwy i zmieniła opatrunek. Nowy opatrunek mogę zdjąć za 2-3 dni. Właściwie nic przy tym nie bolało. Potem odebrałem wypis (wraz z wynikami wszelkich moich badań tam przeprowadzonych) i wróciliśmy taksówką do domu. Po wszystkim byłem trochę bardziej obolały, niż zanim wyszedłem z domu, ale to i tak nic, przy tym co się działo przez ostatnie trzy dni.

Dzisiaj był pierwszy dzień, którego większej części nie przeleżałem. Zabolało mocniej tylko z dwa razy i niezbyt długo. Wybrałem się też na spacer — do parku i z powrotem. Szedłem jak paralityk,
ale wróciłem cały, tylko zmęczony i trochę obolały. O dziwo, najbardziej bolały mnie okolice prawej łopatki — pewnie od prób trzymania się prosto, albo od chodzenia krzywo.

Teraz jestem zmęczony po całym dniu, ale nic nie boli, mimo że dzisiaj żadnej tabletki nie wziąłem. Wyraźnie idzie ku lepszemu. Może w weekend będę mógł się wybrać z dziewczynami na koniki (nie, ja na konia wsiadać nie mam zamiaru)…

P.S. o, wygląda na to, że sprawdzacz pisowni z nowego Google Toolbar działa jak należy :-)

Ała

Dzisiaj był ciężki dzień. Przed snem łyknąłem profilaktycznie tabletkę
przeciwbólową, ale mimo to nad ranem się obudziłem i trochę pomęczyłem. Na
szczęście udało mi się zasnąć ponownie. Rano żonka poszła do pracy, ja
zostałem z Krysią. Za godzinę miała przyjść teściowa, ale przyszła zaraz po
wyjściu żonki. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło —
przynajmniej się Paskudą zajęła.

Rano trochę bolało, ale jak się rozruszałem to przestało. Chodzenie
i zmiany pozycji przestały być już dla mnie dużym problemem. Ale po pewnym
czasie brzuch mnie rozbolał. Podejrzewam, że problemem zaczyna być ucisk od
środka, odkąd zacząłem normalnie jeść (wyszedłem ze szpitala, czas przestać
chudnąć). Nie łykałem od razu prochów, bo nie warto przesadzać. Trochę
posiedziałem przy kompie (Jogger wreszcie ruszył), trochę połaziłem,
doczytałem do końca Bogowie, honor, Ankh-Morpork. Obejrzałem jakiś
serial w TV. Tak wytrzymałem do około 14-tej. Wtedy się poddałem i jednak
łyknąłem tą niebieską tabletkę. Inaczej nie dałbym rady nawet obiadu zjeść.

Zastanawiałem się, czy w ogóle warto jeść obiad. Ale gdy lek zaczął
działać, to już nie było szans się oprzeć pysznej zupce ani drugiemu danku.
Obolały byłem już mniej, ale zmęczony. To ciekawe, człowiek nic nie robi,
a męczy się, najwyraźniej tym, że boli.

Teraz znowu zaczyna, na szczęście nieznacznie. Tabletkę wolę wziąć przed
snem. Mam nadzieję, że reszta wieczoru i noc miną spokojnie i jutro już będzie
lepiej. Może wreszcie wyjdę na spacer. Chciałem dzisiaj, ale ból i pogoda
(dziewczyny po wieczornym spacerze wróciły kompletnie mokre) mnie zniechęciły.

P.S. Jak macie dość tego jęczenia, to dajcie znać ;-). Parę
osób wyraziło zainteresowanie moim powrotem do zdrowia, a chwilowo niewiele
więcej na ten temat jestem w stanie napisać. W ogóle nie za bardzo mam o czym
pisać, a czasu tyle, że szkoda by było nic nie napisać ;-)

Jak to było w szpitalu (cz. II)

Na początku nic nie bolało, ale leżenie, praktycznie bez możliwości
ruszenia się, wcale przyjemne nie było. Nie mogłem podnieść głowy (według
anestezjologa przez sześć godzin, według pielęgniarek przez co najmniej
dwanaście), sparaliżowany od pasa w dół nie mogłem też przewrócić się na bok.
Rękami mogłem poruszać, ale nie było to wystarczające nawet, żeby wystarczająco
wygodnie czytać książkę. Pozostało mi więc leżeć i czekać na lepsze czasy.

Miejscami było to nawet zabawne. Cały czas miałem wrażenie, że nogi mam
zgięte w kolanach, a kolana uniesione nad łóżkiem i zdawało się, że zaraz mi
się te nogi przewrócą na boki. A przecież wiedziałem (powiedziano mi
i wymacałem rękami, naocznie sprawdzić nie mogłem), że leżą one na płasko. Gdy
pomacałem je rękami miałem wrażenie, że leżą tam jakieś ciepłe, włochate
stworzenia, ale na pewno nie części mojego ciała.

W końcu znieczulenie powoli przestawało działać. Niestety na początku
poczułem miejsce operacji, jeszcze nie bardzo boleśnie. Potem czułem już
uderzenia ręką o lewe udo, potem i o prawe. Później byłem w stanie poruszyć
palcem, najpierw u lewej nogi, potem u prawej. A brzuch, w miejscu zabiegu bolał
coraz bardziej. Około trzech godzin po zakończeniu operacji (ok. 15:00),
wymiękłem. Z jednej strony coraz większy ból, z drugiej strony bezradność, gdy
nie dało się nawet zmienić pozycji. W końcu poprosiłem pielęgniarkę o podanie mi
chusteczki i środka przeciwbólowego. Poprosiłem też, przez komórkę, żonę, żeby
się zjawiła jak najszybciej. Gdy środek wstrzyknięty do kroplówki zaczął działać
pozbierałem się jakoś i gdy żonka przyszła byłem już w stanie z nią w miarę
normalnie rozmawiać. Jej obecność też poprawiła mi nastrój, więc mogłem do
wieczora przetrwać. Odwiedziła mnie też mama (wtedy żonka się szybko ulotniła)
i zajęła trochę plotkami rodzinnymi. To też mnie na jakiś czas zajęło.

Oprócz bólu po zabiegu ciągle dokuczało mi burczenie w brzuchu. Kolejne
podłączane mi kroplówki może i dostarczały organizmowi najważniejszych
składników odżywczych, ale moich kiszek nie zadowalały. Zaczynałem fantazjować
o kotlecie schabowym itp…

Płyny podawane mi przez kroplówkę w końcu zakończyły podróż przez mój
organizm, a iść do kibelka przecież nie mogłem. Poznałem więc mojego ptaszka
z tamtejszą kaczką. Drób szpitalny przez jakiś czas jeszcze mi tam służył,
a jakbym się opierał, to by mnie zacewnikowali (niezbyt miła perspektywa).

W końcu przyszedł wieczór i nadzieja na sen. Pielęgniarka zaproponowała, że
może podać coś przeciwbólowego, oczywiście skorzystałem z propozycji. Tym razem
dostałem zastrzyk w dupę. To zabolało. Przez jakiś czas o bólu w brzuchu mogłem
zapomnieć, bo to nic przy tym jak bolał mnie tyłek. Gdy zasypiałem, jedno
i drugie bolało podobnie.

W nocy kilka razy się obudziłem, po 3:00 przez dłuższy czas nie mogłem
zasnąć. Drugi pan z przepukliną jęczał o Jezu!, o cholera! itp.,
ja cicho leżałem, nieznacznie przewracając się z boku na bok. Jeszcze trochę
pospałem, a przed 6:00 obudziła nas pielęgniarka podając termometry. Żołnierz
został poproszony do zabiegowego (na lewatywkę zapewne), co mnie, wstyd
przyznać, rozbawiło nieco (radochę miałem już jak mu dzień wcześniej jeść
zabronili) — tego dnia on miał mieć zabieg. O ósmej śniadanie dostał tylko
poparzony i weteran. Potem był poranny obchód i na zupkę pozwolili też
drugiemu panu z przepukliną. Zdziwiło mnie to nieco, bo wydawał się bardziej
obolały, a więc jakby w gorszym stanie. Ja się dowiedziałem, że mnie będzie
wolno po 16-tej. Za to obaj dostaliśmy jeszcze trochę płynów z kroplówki.
W brzuchu dalej burczało, ale trudno. O wstawaniu z łóżka dalej nie było mowy.

Czytając książkę i słuchając skrzeczącego radyjka Japan Technology,
które za 8zł od ruskiego kupiła mi żonka do szpitala, dotrwałem do obiadu,
którego oczywiście nie dostałem. Za to dowiedziałem się, że o 16-tej to owszem,
będę mógł, ale pić, nie jeść. Nie była to dobra wiadomość, ale tyle wytrzymałem,
to wytrzymam jeszcze trochę. O 15:55 nalałem sobie wody do szklaneczki, a pięć
minut później delektowałem się chwilą i smakiem wody. Jak się nie ma co się
lubi, to się lubi co się ma. Przynajmniej w łóżku mogłem się już w miarę
swobodnie ruszać.

Ponownie odwiedziła mnie żonka. Przyniosła wydruki z Joggera, w tym dwie
kartki dowcipów. Dowcipów nie zaryzykowałem czytać. Wcześniej dwa razy się
zaśmiałem (właściwie ledwo spróbowałem) i starczy — w tym stanie trudno
wyobrazić sobie coś gorszego niż śmiech, już mniej boleśnie jest delikatnie
zakasłać.

Kolacje dostali wszyscy w sali (łącznie z żołnierzem który tego dnia miał
operację) oprócz mnie. Ja nie dostałem nawet herbatki, która mi się należała.
Zapewne przez przeoczenie, ale nie chciało mi się już o nią walczyć. Byle tylko
przetrwać kolejny dzień.

Podczas wieczornego obchodu lekarz spytał, czy będziemy chcieli coś
przeciwbólowego na noc. Pamiętając poprzedni wieczór, stwierdziłem, że ja chcę
najwyżej coś na sen. Jednak gdy przyszła z lekarstwami pielęgniarka, okazało się
że zarówno środek nasenny jak i przeciwbólowy ma w tabletkach. Wziąłem więc oba
— niebieską i czerwoną tabletkę. Jak po tym zasnąłem, to obudziła mnie
dopiero pielęgniarka podająca termometry o 6:00. I wciąż byłem bardzo zaspany.
I właściwie nic mnie nie bolało, przynajmniej gdy się nie ruszałem.

To był ważny poranek, bo podobno, skoro wieczorem mogłem już pić, to teraz
należał mi się posiłek. Jednak śniadanie podawane było przed porannym obchodem,
a więc oficjalnej decyzji jeszcze nie było. Gdy lekarz przyszedł, to nie dość,
że pozwolił jeść (oczywiście na początek bardzo lekko…), to i wstać z łóżka.
Hurra! Wolność! Mogłem wreszcie pójść do kibelka i normalnie się wysikać.
Siostra zabrała mi pustą kaczkę z samego rana, więc miałem z czym tam iść.

Nie było tak źle. Doszedłem, zrobiłem co miałem zrobić, a nawet jeszcze
sobie trochę po oddziale pospacerowałem. Wolno, krzywo, ale do przodu. W końcu
spróbowałem załatwić sobie to, należące się mi jedzenie. Nie było to takie
proste, bo na śniadanie była zupa mleczna (dla mnie w jakiejś wersji bardzo
lekkostrawnej), a ja takich rzeczy nie jadam. Dzień wcześniej żona zrobiła
wywiad i dowiedziała się, że mi zrobią co będę chciał, nie jestem skazany na tę
nieszczęsną mleczną. Jednak ja się dowiedziałem, że owszem, zrobiliby, ale nie
mają ani żadnego kleiku, ani biszkoptów, ani nic takiego i, że muszę poczekać do
obiadu. Na szczęście żonka mi przyniosła wcześniej paczkę biszkoptów.
Dowiedziałem się więc, że mogę sobie zjeść dwa biszkopty z herbatą. No,
normalnie wyżerka, że hej ;-). Z przyjemnością to sobie zjadłem,
potem, co godzinkę kolejne. Zawsze to jakaś ulga dla zniecierpliwionych kiszek.

Na obiad dostałem zupkę, zdaje się, że kalafiorową z grysikiem. Nawet dobra
była. Później jeszcze, potajemnie, podżerałem sobie suchej bułki, co mi żona
przyniosła. Na kolację (o 17:00) dostałem bułkę z masłem. Do tego czasu
chodzenie już mi trochę obrzydło — rano to była sama radość, ale podczas
kolejnych wyjść do kibelka już czułem jakie to bolesne i męczące. A najgorsze
było wstawanie z łóżka i kładzenie się z powrotem. Jednak, gdy przyszła żonka,
postanowiłem się przewietrzyć. Najpierw myślałem o tym, żeby mnie wózkiem na
dziedziniec szpitala zawiozła, ale jak już wstałem, to uznałem, że mogę się
przejść. No i udało się. Trochę posiedzieliśmy na ławeczce i wróciliśmy na górę.
Potem przyszła mama, więc żonka się zwinęła. Trochę pogadałem z mamą, trochę
z tatą przez telefon (mama przekazała, że tato dodzwonić się nie mógł). Gdy
sobie poszła, poczytałem jeszcze trochę i tak właściwie zakończył się kolejny
dzień. Znowu wziąłem dwa cukiereczki i pospałem do rana, tylko z jedną
przerwą w nocy (kolega z łóżka obok strasznie chrapał, aż mu w łóżko kilka razy
szafką nie walnąłem).

Rano lekarz spytał mnie, czy będę grzeczny jak mnie puści do domu. Co
do siebie nie miałem wątpliwości, raczej bałem się, czy grzeczna będzie Krysia,
jednak stwierdziłem, że chętnie wyjdę ze szpitala. A więc mnie puścili. Nie
spieszyło mi się aż tak bardzo, więc poczekałem do popołudnia, gdy żonka mogła
spokojnie po pracy mnie zabrać. Poczytałem jeszcze trochę, poleżałem w spokoju
(tego mi chwilami teraz brakuje), spakowałem się. Drugi pan z przepukliną też
tego samego dnia wyszedł. Poparzony i żołnierz zostali jeszcze.

Teraz już siedzę w domku, jak widać częściowo przed komputerem. Jednak
większość czasu wciąż w łóżku. Kolejna książka mi się niedługo skończy.

Leżenie w domu ma swoje zalety — Internet, Jogger, niestety nie całkiem
działający, i bardziej prymitywne rozrywki, jak telewizor. Są jednak też wady
— wysokie, wąskie i twarde szpitalne łóżko ma swoje zalety, a w domu
kładzenie się jest trudniejsze i bardziej bolesne. A najgorszy jest strach, że
kochane dziecię zaraz się rzuci tatusiowi na brzuch okazując swoje uczucia.
Chwilami moje nerwy ledwo to wytrzymywały, aż żonka melisą musiała mnie ratować
;-).

Jak dobrze pójdzie i będzie pogoda, to może jutro wybiorę się na spacer na
zewnątrz. Na razie jeszcze poodpoczywam sobie w domku. Teraz dziewczyny
pojechały na koniki, więc jest trochę spokoju, z którego należy skorzystać…

Jak to było w szpitalu (cz. I)

Na izbie przyjęć w Szpitalu Wojskowym miałem się zjawić w poniedziałek
o 10:45, jednak przyszliśmy tam jakieś 20 minut wcześniej. Mimo to pielęgniarki
za chwilę zaczęły procedurę — wprowadziły dane do komputera i wypisały
papiery, na maszynie. Ja miałem się przebrać w pomieszczeniu obok. Na końcu
jedna z pielęgniarek zaprowadziła mnie na oddział chirurgiczny.

Tam poproszono mnie do dyżurki, a w środku cała masa młodych i ślicznych
dziewcząt — pielęgniarek i stażystek. Tu mi się podoba stwierdziłem
i załatwiłem co było do załatwienia (jakieś papierki). Zaraz potem zabrano mnie
do pokoju zabiegowego, gdzie pobrano mi z pół litra (;-)) krwi na
badania. Potem poszedłem już do swojej sali. Mogłem sobie wybrać jedno
z czterech wolnych łóżek, bo na razie zajęte było tylko jedno.

Ledwo się rozpakowałem, a już wołano mnie znowu do zabiegowego, tym
razem na badanie, przeprowadzone przez jedną ze stażystek. Znałem tę twarz,
dziewczyna ta jeździła często na zajęcia tym samym autobusem co ja do pracy.
Zawsze pilnie studiowała notatki i literaturę fachową, więc czułem się
bezpiecznie. ;-) Obadała mnie tak ogólnie (osłuchała, zajrzała do
gardła itd.), zrobiła standardowy wywiad (okazałem się ciekawym przypadkiem,
drugim w ciągu trzech miesięcy, bo nie piję ani nie palę) i zbadała tę moją
przepuklinę.

Jak tylko jedna dziewczyna skończyła badanie, to druga wyciągnęła mnie
z zabiegowego na EKG. Ciekawie to wyglądało, bo zebrała kilku chorych z oddziału
i taka wycieczka przemaszerowała pod pracownię EKG, w części szpitala
funkcjonującej jako przychodnia (a więc kręcili się tam normalni ludzie
z zewnątrz i wycieczka w pidżamach). Po badaniu EKG wróciłem do sali, a po
jakimś czasie kolejna wycieczka, tym razem na parter, na RTG. Tam trzeba było
trochę poczekać, bo właśnie uczono jakieś praktykantki jak się prześwietlenia
robi i pierwsi pacjenci byli obsługiwani prawie godzinę. Ale skoro miałbym
siedzieć lub leżeć na łóżku w swojej sali, to równie dobrze mogłem posiedzieć na
korytarzu w przychodni. Moje zdjęcie było gotowe w ciągu pięciu minut —
czegoś się dziewczyny do tego czasu nauczyły.

Po wszystkich badaniach, około 13:00 przyszedł czas na obiad. Dostałem
zupkę, bardzo dobrą zresztą, co mnie lekko zaskoczyło po tym co słyszałem
o szpitalnym żarciu. Potem było już właściwie tylko leniuchowanie, trochę
poczytałem Chmielewskiej (okazało się, że tę książkę już kiedyś czytałem, ale to
miało małe znaczenie, bo w stresie przed zabiegiem trudno się było skupić na
lekturze). W pokoju było już czterech lokatorów: ja, pan, tak na oko, po
czterdziestce, też z przepukliną, gościu z poparzoną nogą i żołnierz z żylakiem
w intymnym miejscu (co komu dolegało to ustaliliśmy później, podczas naszego
pobytu w szpitali). Około 16:00, żołnierz i poparzony dostali kolację, a ja
i drugi pan z przepukliną prezenty (jak to pielęgniarka nazwała) —
czopki przeczyszczające. Znaczy się koniec wczasów, jeść nie dają
:-(. Jeszcze dostałem herbaty — pić mogłem do 24:00.

Po kolacji odwiedziła mnie żonka. Bałem się, czy po tym czopku nie
będę musiał jej w kibelku przyjmować, ale nie było tego problemu. Pogadaliśmy,
przyniosła soczek, którego nie użyłem, oraz nitkę z igłą — żebym mógł
sobie zaszyć dziurę którą wykryłem wcześniej w kroku swojej pidżamy.
Pojawił się też piąty lokator, najwyraźniej dobrze znany w szpitalu. Schorowany
starszy pan miał jakieś bóle po wcześniejszej operacji i podłączono go pod
kroplówkę z lekami przeciwbólowymi i rozkurczającymi.

Wieczorem odwiedził nas (tych z przepukliną) anestezjolog. Szeptem wypytał
czy wiemy, że czeka nas następnego dnia zabieg (no w sumie, po to tam
przyszliśmy) i czy nie życzymy sobie, aby dalsza rozmowa była na osobności (mnie
było wszystko jedno, drugiemu panu też). Potem wypytał ogólnie o zdrowie, czy
się nie leczę itd. W końcu się dowiedziałem, że mogę wybrać sobie znieczulenie:
ogólne, albo oponowe. Właściwie byłem już zdecydowany na oponowe, nawet nie
brałem pod uwagę możliwości wyboru. Po ogólnym podobno dłużej się dochodzi do
siebie. No i te rurki w gardle… ugh. Anestezjolog też stwierdził, że w moim
wieku najlepszym wyborem wydaje się znieczulenie oponowe, ale że jest jeden
problem: przez sześć godzin od zabiegu nie wolno podnosić głowy. A samo
znieczulenie to tylko delikatne ukłucie. Ta… słyszałem o tym delikatnym
ukłuciu… ale skoro lepsze, to lepsze.

Tego samego wieczoru był też jakiś obchód, ale polegał właściwie na
sprawdzeniu obecności, lekarz zdrowiem pacjentów się specjalnie nie
zainteresował. Później wpadła jeszcze pielęgniarka z pytaniem, czy nie chcemy
czegoś na sen. Nikt nie chciał. Poszliśmy spać. Ja się w nocy z dwa razy
budziłem, ale było ok.

O poranku (przed 6:00) obudziła nas pielęgniarka. Ja i drugi pan
z przepukliną zostaliśmy zaproszeni do zabiegowego, na lewatywkę. No cóż,
atrakcji ciąg dalszy… Z zabiegowego prosto do kibelka, gdzie jeszcze parę razy
wracałem. O ósmej pooglądałem sobie jak trzech współlokatorów zjada śniadanko,
a potem zostałem zaproszony znowu do zabiegowego, na przygotowanie do
zabiegu
. Zamontowano mi rurkę w żyle na ręce, gdzie od razu wstrzyknięto
potężną strzykawę antybiotyku. Potem siostra wygoliła mi lewe jajko i okolice,
wraz z kawałkiem brzucha i uda. Śmiesznie było leżeć z fiutem na wierzchu
w pokoju pełnym kobiet. Internista nawet nie chciał mnie konsultować,
widać młody jestem i z definicji zdrowy, a raczej szansa, że stażystka czegoś
niedopatrzyła, niewielka.

Mój zabieg był planowany na około 11:00. Cały ranek więc spędziłem
w nerwach. W końcu (jeszcze przed jedenastą) przyszła na mnie kolej. Siostry
podjechały łóżkiem transportowym, jedna stwierdziła idziemy się
wysikać
. Więc poszedłem. Nerwy zrobiły swoje i, mimo czopka i lewatywy, na
sikaniu się nie skończyło. Gdy wróciłem, dostałem kolejne polecenie: rozebrać
się do zupy i na łóżko
. Ok, rozebrałem się, wlazłem na łóżko, zostałem
przykryty i pojechałem na blok operacyjny. Sufit po drodze bardzo brzydki.

Na bloku operacyjnym pełno ludzi, ale trudno kogoś rozpoznać, bo wszyscy
w maskach. Zidentyfikowałem tam tylko tę znajomą stażystkę. Po chwili
w poczekalni podwieziono mnie pod stół operacyjny, na który miałem się
przesiąść. Jakaś pani spytała, czy pierwsza operacja, czy się boję. Ja że
właściwie tak, wcześniej operacyjnie miałem tylko ósemkę usuwaną i że ten zabieg
właściwie mniej mnie przeraża niż tamto grzebanie w gębie. Wywiązała się z tego
dyskusja o wizytach u stomatologa i dowiedziałem się, że kobiety z którymi
rozmawiałem (ach te maski, nie wiadomo kto to był, jedna to chyba ta stażystka)
zawsze proszą o znieczulenie u dentysty. Ej, to może ja taki mięczak nie jestem
;-).

Z całego zabiegu najbardziej bałem się tego wkłucia w kręgosłup. Po
podłączeniu mnie do kroplówki (elektrolity — przekąska przed
obiadem
) przyszedł w końcu na to czas. Okazało się, że przed wprowadzeniem
właściwej igły do znieczulenia oponowego (od pasa w dół) najpierw robią
znieczulenie miejscowe stomatologiczne. Fajnie. Miałem usiąść i pochylić
się do przodu. Ktoś przytrzymywał mi głowę i poczułem ukłucia w plecy,
rzeczywiście niewielkie. Gdy wydawało mi się, że poczułem drugie spytałem się,
czy to ten pierwszy zastrzyk czy ten drugi. Nie, to dopiero ten pierwszy,
drugiego pan nie poczuje.
I rzeczywiście nic nie poczułem, a zaraz kazali mi
się położyć. Potem ktoś spytał czy robi mi się ciepło w nogi. Robiło się. Ciepło
i całkiem przyjemnie (chyba dostałem też coś uspokajającego). Potem kazano mi
podnieść prawą nogę. Ha ha ha. Jaką nogę? ;-) Polecenie było
niewykonalne, znaczy się, znieczulenie zadziałało.

Podłączyli mi jeszcze elektrody na klatce piersiowej i czujnik na palcu
lewej ręki. Na prawej ręce automat do mierzenia ciśnienia — coś ja
normalny przyrząd do mierzenia ciśnienia, tylko automatycznie sterowany, co się
sam co pięć minut pompował i robił pomiar. Nad brzuchem zamontowali mi taki
parawan, że nie widziałem co będą tam robić, zresztą, wcale nie miałem
zamiaru tego oglądać.

Miło więc sobie leżałem, co jakiś czas automat mi się pompował na prawej
ręce, a chirurg z pomocnikami coś mi tam grzebał w brzuchu zdaje się, że
pracował razem z tą stażystką tłumacząc jej wszystko co było tam robione.
W pewnym momencie wypadła mu penceta, na ziemię (wszyscy zgodnie
potwierdzili, że do doktor, a nie pielęgniarka), innym razem stwierdził
fajnie gra ta Budka Suflera. Rzeczywiście, radio ładnie grało, ale to
akurat było Kombi, więc go poprawiłem. Wszyscy się uśmiali.

Po 45 minutach, czy godzinie (nawet nie wiem) operacja się skończyła,
przerzucili mnie ze stołu spowrotem na łóżko na kółkach i pojechałem. Ktos po
drodze, z uśmiechem, spytał, czy fajne było do Kombi, potem dostałem
opieprz za podnoszenie głowy, ale jak tu nie podnosić, gdy śliczna stażystka
pcha łóżko ;-) (oj, jakby mnie potem głowa bolała tak jak mogła od
tego zaboleć, to miałbym za swoje!). Po wyjeździe z bloku operacyjnego łóżko
przejęły pielęgniarki, które zawiozły mnie do sali. Tam trzeba było mnie wrzucić
na łóżko (nogi nie działały, więc sam bym się nie przeniósł). Siostry ustaliły
formacje stwierdzeniem panienka bierze pana na siebie, potem jednak
przypomniały, że pan nie jest wolny. No i zostałem leżeć bez nóg
na swoim łóżku…

c.d.n.

Wypuścili mnie

Dzisiaj wreszcie wróciłem ze szpitala do domku. Jak widać żyję. L4 do
końca miesiąca, żadnego wysiłku fizycznego przez 4-5 tygodni, duży
wysiłek/sport dopiero za trzy miesiące. Na razie cieszę się że mogę jeść
i chodzić. A jak było w szpitalu, to pewnie opowiem później, teraz trochę
odpocznę…

Krojenie coraz bliżej…

Pisałem już o moim
trzecim jajku
. Wtedy poszło w miarę gładko, następnego dnia po wizycie
u lekarza rodzinnego, poszedłem do chirurga, bez wcześniejszej rejestracji,
tylko poczekałem 1.5h na swoją kolej. Chirurg zalecił szczepienie przeciwko WZW
i kazał się zgłosić po drugiej dawce tego szczepienia. Pierwszą wziąłem jeszcze
tego samego dnia. Przy kolejnej wizycie miał mi opowiedzieć dokładnie jaki to
zabieg itd.

Drugi raz zaszczepiłem się w zeszły czwartek, zaraz po szczepieniu
poszedłem do przychodni się umówić z chirurgiem. Dowiedziałem się, że przyjmuje
on w poniedziałki od 15-tej, czyli tak jak za pierwszym razem i że mogę
jeszcze wcześniej zadzwonić
.

W poniedziałek rano, w pracy, pamiętałem jeszcze o telefonie, ale nie
chciałem dzwonić z samego rana, bo jeszcze mogliby nic nie wiedzieć. Potem
miałem dużo roboty i wyleciało mi to z głowy. O 14-tej o chirurgu przypomniał
terminarz w komórce, więc urwałem się wcześniej (normalnie kończę o 16-tej),
aby jeszcze w domu wziąć prysznic i przed 15-tą być na miejscu. Byłem około
14:40… i dowiedziałem, się że tego dnia mają już komplet. No cóż, można
uznać, że moja wina — nie zadzwoniłem, a przecież mogłem.

Pani jednak powiedziała, że zarejestruje mnie na wtorek. Gdy powiedziałem,
że już i tak się z roboty zwalniałem i nie mogę tak codziennie. Powiedziała, że
mogę przyjść po pracy, np. przed 17-tą. Kilkukrotnie się upewniłem, bo wydawało
się to zbyt piękne i zbyt proste. Ale skoro jestem zapisany i doktor mnie o tej
godzinie przyjmie, to super. Znaczy się, nie muszę się kolejny raz urywać
wcześniej z roboty.

We wtorek więc, po pracy przychodzę do przychodni, a tam pustki. Pani
w okienku pyta Pan do chirurga?. Widać że jest trochę zakłopotana. Chirurga nie było,
tzn. był do 14-tej. Paniom w recepcji powiedział o tym dopiero w poniedziałek wieczorem. Super…
Kolejny termin w piątek (znaczy się dzisiaj), mam tylko wcześniej zadzwonić.

No to dzisiaj rano dzwonię tam. Pani mnie rejestruje, mam przyjść 14-16. Podejrzewałem, że
mogła by przejść późniejsza godzina, ale wolałem nie ryzykować. Urwałem się z pracy o 14:30
i chwilę po trzeciej byłem w przychodni. Chirurg był, można to było poznać po olbrzymiej kolejce.
Pani w recepcji nie odesłała mnie tym razem z kwitkiem. Ustaliłem swoją pozycję
w kolejce i poszedłem do domu. Umyłem się i wziąłem książkę (Autostopem
przez galaktykę
) i ciasteczka, aby jakoś w tej poczekalni przetrwać i wróciłem do przychodni.

Po dwóch godzinach czekania lekarz mnie przyjął. Obmacał mi jajka
(najwyraźniej miał problemy ze stwierdzeniem która to ta lewa strona) i wypisał
skierowanie do szpitala. I na to musiałem tyle czekać? Mam sobie wybrać
szpital, pójść tam i zapisać się na jakiś termin. Jeszcze wyciągnąłem od niego
conieco o tym zabiegu: znieczulenie dostanę w postaci zastrzyku w kręgosłup,
a po operacji jakieś 5 dni będę leżał w szpitalu, potem jeszcze tydzień, czy
dwa (właściwie nie pamiętam ile dokładnie) odpoczynku w domu. Przez trzy
miesiące będę musiał się oszczędzać, a potem już mogę na narty. No to
najbliższe trzy-cztery miesiące, a szczególnie ten tydzień w szpitalu, nie
zapowiadają się najciekawiej. No cóż, jakoś to będzie.

A jutro wybieramy się na grzyby. Jeśli mnie przypadkiem w przyszłym
tygodniu potną, to to może być ostatnia taka okazja w tym roku.