Poszedłem dzisiaj do apteki po gumki, bo ostatnio już ciężko w domu
było… Kupiłem dwa opakowania, bo tylko małe były (po 3 sztuki). I tak sobie
myślę: Dwie paczki to mogą nam na tydzień nie starczyć. Hmmm… takie
. No właśnie, w sobotę mieliśmy rocznicę, a ja zupełnie
zużycie to chyba niezły wynik 5 lat po ślubie… 6 lat po ślubie… kurde,
15-go minęło 6 lat!
o niej zapomniałem, zapewnie sprawiając żonce przykrość. I nie wiem co żonkę
tak rozbawiło, jak się teraz do tego przyznałem… ;-)
Łażenie po drzewach
Jakiś czas temu wyczytałem na
newsach, że w Świerklańcu jest fajny park linowy
. Jakiś czas temu
mi mama wychwalała coś podobnego tyle, że w Wiśle. Ja kiedyś uwielbiałem łazić
po drzewach, więc chętnie czegoś takiego bym spróbował. Dzisiaj ładna pogoda,
dzień wolny, dobrze by było go jakoś miło z rodzinką spędzić. A o Świerklańcu
dużo dobrego, nie wliczając tego parku linowego, słyszałem. Zabrałem więc
rodzinkę na wycieczkę…
Na miejsce trafiliśmy właściwie bez problemu (nie licząc tego jak się
władowałem jak blondynka pod prąd przy samym wjeździe do parku). Już
w pierwszej chwili stwierdziliśmy, że tamtejszy park pałacowy jest
wielki. I do tego bardzo ładny. Pełno ludzi, ale nie aż tyle,
żeby uprzykrzało to nam tam pobyt. Znaleźliśmy też wspomniany park
.
linowy
Właściwie to nie byłoby go w ogóle widać, gdyby nie tłumek ludzi
patrzących się w górę. Gdy podeszliśmy okazało się, że rzeczywiście tam coś
jest – kilka drzew połączonych linowym torem przeszkód. Właśnie jakiś
gostek kończył tam zabawę. Było widać, że ma niezłego pietra, a przy okazji
niesamowicie godoł po śląsku. Zresztą instruktor nie był gorszy –
przyjezdni z innej części Polski mogli by uznać, że to takie przedstawienie
dla turystów.
Gdy tamten zszedł zaraz zacząłem się rozglądać za jakąś kolejką, czy
zapisami… Okazało się, że jeden chętny już jest, ale ja się też od razu
załapię. Krótkie szkolenie – jak się bezpiecznie przypinać
karabińczykami do lin asekuracyjnych i mogliśmy zaczynać. Ja pierwszy, za mną
jakiś młody chłopak.
Najpierw sznurkową drabinką na górę. Wszedłem, ale tak się przy tym
zmęczyłem, że zwątpiłem czy daleko zajdę. Na szczęście kolejne ćwiczenia już
nie były takie siłowe. Przeszedłem większość tego toru przeszkód
,
poziom adrenaliny w organiźmie przy tym podskoczył to raczej niespotykanego
u mnie poziomu. Przy którymś z kolei odcinku już całkiem nieźle mi szło
– zaczynałem czuć się trochę pewniej… Do czasu. Gdy dotarłem do
najdłuższego odcinka, z wiszącymi na sznurkach oponkami zwątpiłem. Mimo to
spróbowałem, ale na drugiej oponce się poddałem. Z wysiłkiem jakoś jeszcze
wróciłem na drzewo i poprosiłem o spuszczenie mnie w dół (schodzenie było
chyba najprzyjemniejsze). Może innym razem przejdę więcej. Na dziś tej
adrenaliny i wysiłku stanowczo wystarczy. :-).
A przy okazji przypomniała mi się jeszcze piosenka:
Po linie idziesz sam i w całym cyrku cicho tak i krok za krokiem musisz iść nie masz odwrotu musisz spaść wszyscy czekają żebyś spadł wędrujesz po to żeby spaść balansujesz po to żeby spaść ta cisza jest dla ciebie [...](Republika,Sam na linie)
Między młotem a kowadłem…
… czyli jak ja nie lubię roli syna teściowej… :-(
A wszystko przy okazji krysinych urodzin…
Babka…
– Krysiu, nie macaj babki. Babek się nie maca!
– Właśnie! Babek się nie maca. Babki się rżnie! Idę po nóż…
Śpiące królewny
Ciemny?
Chyba mnie teściowie uważają za totalnego ciemniaka, potrzebującego
oświecenia. Dostałem od nich pod choinkę 3 żarówki energooszczędne.
;-)
Na koniku…
Dzisiaj, jak co niedzielę, pojechałem z dziewczynami do Szałszy na konie.
Pogoda była zupełnie niezachęcająca (mgła i lejący deszcz), ale instruktor
zapewnił, że jest gdzie jeździć, bo hala (kryta ujeżdżalnia) przygotowana.
Na miejscu pogoda wyglądała jeszcze paskudniej niż przez okno, ale na hali
konie już jeździły, tylko dwa stały w stajni. Gdy najspokojniejszy, Bohun, się zwolnił,
to posadziliśmy na niego Małą i zrobiliśmy kilka kółeczek. Później żonka
wsiadła na poważniejszego
(większego i chętniejszego do biegania) konia
– Neskę i zaczęła swoją jazdę.
Ja w tym czasie pilnowałem Krysi, która zresztą całkiem dobrze się sama
bawiła w słomie, a poza tym pomogłem założyć czapsy na pewne zgrabne nóżki
i kilka razy trzymałem dziewczynom konia (gdy się przesiadały, albo miały
dość). Bałem się, że z Krysią zmarzniemy, gdy Ika będzie jeździć, ale na hali było
ciepło i całkiem przyjemnie. Gdy tak stałem z Bohunem, gdy żona kończyła, to
stwierdziłem, że może bym w końcu i ja na konia wsiadł. Przez ostatnie parę
miesięcy się wstrzymywałem, bo miałem przepuklinę, a po operacji lekarz przez
trzy miesiące (czyli gdzieś tak do Mikołaja) zabronił mi uprawiania sportu.
Zdecydowany byłem tym bardziej, że dziewczynom, które jechały z Iką, szło
raczej nienajlepiej i na ich tle duża kompromitacja mi dziś nie groziła.
Oczywiście okazało się, że, mimo oglądania jeździectwa od pół roku, nie
bardzo wiedziałem co z tym koniem zrobić – jak wsiąść, jak usiąść, jak
trzymać wodze. Ale nawet jakoś udało mi się Bohuna (znanego z perfekcyjnych
umiejętności stania w miejscu) wystartować
i stępem okrążać halę, nie
pozwalając koniowi na skróty. Ale stępem to nic ciekawego, trzeba było kłusem
spróbować. Do tego już konik nie był taki chętny, więc żonka musiała dać mu
przykład i biegała koło nas wokół hali. ;-) Z bacikiem w ręce, bo
sam przykład to mogłoby być za mało.
Na początku kłusa obiłem sobie tyłek, ale w końcu zaczęło mi nawet to
anglezowanie wychodzić. A i żona nie musiała biegać, bo Bohun zaczął mnie
słuchać. Może dlatego, że już miałem bacik w ręce (ale raczej go nie
używałem). Tak sobie jeździłem, to kłusem, to, dla odpoczynku, stępem. Koń,
który podobno jest wyjątkowo leniwy i raczej początkujących jeźdźców nie
słucha, był całkiem posłuszny. Poza paroma wyjątkami: zatrzymywał się, gdy inny
koń go doganiał i gdy pojawiał się instruktor (to drugie tym dziwniejsze, że
zwykle bywało na odwrót). No i pod koniec jazdy zaczął mieć humory. Ale i ja
już się przy tym kłusie nie upierałem.
W sumie pojeździłem jakieś 45 minut (norma dla początkujących to pół
godziny). Ku mojemu zaskoczeniu zszedłem o własnych siłach, niespecjalnie obolały
i całkiem sprawny. Czyżby moja fatalna forma nie była taka fatalna? Po jeździe miałem
konia odprowadzić do stajni i rozsiodłać. I znowu się okazało, iż mimo, że
naoglądałem się tego sporo, to nie bardzo wiedziałem co z tym koniem tam zrobić
;-). Koleżanka odrobinę pomogła i nie było źle.
Będę musiał zacząć regularnie jeździć. To może być całkiem zabawne, a jakiś
sport, dla odmiany od kilkunastogodzinnego siedzenia przy komputerze, na pewno
mi się przyda.
No to jeździ ika, jeździ smoku,
zacząłem jeździć ja… Kto następny? ;-)
Kobieca logika
Trzymam żonkę na kolanach…
– Ale masz kościstą pupę!
– Mam przytyć?
– Nie musisz. 😉
– Za gruba jestem?
– Nie!
– To czemu mówisz, że mam kościstą pupę?
Po koncercie…
Dzisiaj wybrałem się z żonką na koncert, na Łzy
, w Wiatraku.
Wyszalałem się nieźle. Mimo, że popularny zespół, to zagrali kawał niezłego
rocka. Było super, ale rzeczywiście, troszkę
za głośno.
A teraz trochę pomarudzę…
Niestety, żonka się tak dobrze nie bawiła. Właściwie, w ogóle się nie
bawiła, mimo, że tak na to liczyłem… No cóż… wygląda na to, że jestem skazany
na jeżdżenie na koncerty samemu. :-( W sumie prawie zawsze tak było.
Ma to też swoje zalety, ale trochę smutno zawsze jest, szczególnie gdy się
widzi bawiące się razem pary, czy chociaż grupki przyjaciół… Jednak na dobrym
koncercie zwykle przychodzi taki moment, gdy mijają smutki, zostaję tylko ja i muzyka.
I wbrew wszystkiemu znakomicie się bawię… tyle, że koncert zwykle szybko się
kończy… Podobnie było tym razem.
Ale żonka jest kochana. Nawet dzielnie zniosła dzisiaj moje marudzenie. Dziękuję!
Po powrocie do domu humor prawie mi się poprawił… a tu jeszcze kolejna
nowina… wrrr… nie dość że łapie mnie jesienna depresja i żadnych, powodów
do zmartwień nie potrzebuję, to jeszcze kaczki dorwały się do władzy…
Swoją drogą, jeśli ta jesienna depresja
mi nie odpuści, to nienajlepiej
się Jesień Linuksowa zapowiada…
…
– Ja chcę sie położyć na mamusi!
– Zajęte! 😉
– Tatuś, wychodź z mamusi!
