PLD RescueCD i PXE

Po pierwsze trzeba mieć serwer DHCP (ten z pakietu dhcp,
zresztą chyba nie mamy innego w PLD) i TFTP. Uwaga serwer z paczki
tftpd nie chciał działać z syslinuxem, więc należy
zainstalować tftpd-hpa. Oprócz tego trzeba mieć bootloadera
umiejącego ładować system przez sieć. W moim przypadku był to
syslinux. No i potrzebna jest płytka RescueCD, z obrazem systemu do
uruchomienia. Trzeba użyć oficjalnego obrazu (datowanego
2004-07-18) dostępnego ze strony RescueCD. Nowsza wersja
(beta z 2005-06-19) się co prawda bootuje, ale nie można się
do niej zalogować.

Montujemy płytkę RescueCD i kopiujemy z niej pliki vmlinuz i rescue.sqf do
/var/lib/tftp. Dla pełniejszej funkcjonalności można tez skopiować
boot.msg, help.msg i memtest. Część plików jest w katalogu
głównym płytki, część w boot/isolinux. Z katalogu /usr/lib/syslinux
kopiujemy plik pxelinux.0 (część syslinux służąca do bootowania przez sieć), też do
/var/lib/tftp. Pozostaje przygotować plik konfiguracyjny dla pxelinux. W tym celu
tworzymy katalog /var/lib/tftp/pxelinux.cfg, a w nim plik default (nazwą
pliku może też być np. adres MAC maszyny którą będziemy bootować, szczegóły w dokumentacji
syslinuxa). Plik ten tworzony jest na podstawie isolinux.cfg
z RescueCD. U mnie wygląda on tak (i to powinno działać z tą wersją RescueCD u każdego):

serial 0
prompt 1
timeout 99
default pxe
label pxe
 kernel vmlinuz
 append initrd=/rescue.sqf init=/linuxrc root=/dev/ram0  ramdisk_size=54000  console=tty0 console=ttyS0,9600n81
 ipappend 1
label mem
  kernel memtest

Ta konfiguracja jest oczywiście przygotowana do użycia z konsolą szeregową. Jak ktoś chce standardową konsolę VGA,
to powinien wywalić serial 0 i console=tty0 console=ttyS0,9600n81.

Gdy już mamy przygotowane pliki dla startowanej maszyny, musimy je jej wskazać. Robi się to przy pomocy
serwera DHCP, jednocześnie przydzielając adres IP. W moim przypadku załatwiał to poniższy wpis w /etc/dhcpd.conf,
w odpowiedniej deklaracji podsieci:

host pxeinstall {
	hardware ethernet 00:40:63:c3:99:a9;
	fixed-address 10.253.0.99;
	filename "pxelinux.0";
}

Adresy MAC i IP należy oczywiście dostosować do swoich potrzeb. Nazwa pliku jest względna do
katalogu /var/lib/ftp i może być właściwie dowolna. Większość wspomnianych wyżej
ścieżek w /var/lib/tftp jest konfigurowalna. Wyjątkiem jest katalog
pxelinux.cfg.

To właściwie tyle konfiguracji. Należy jeszcze się upewnić, że serwery TFTP i DHCP działają
i używają właściwej konfiguracji (dhcpd trzeba zrestartować), włączyć na maszynie do
wystartowania bootowanie przez PXE i uruchomić ją. Po chwili powinna dostać adres IP, pobrać parę
plików po TFTP i uruchomić system.

Selwelek ruszył

Rano moje dziewczyny wyjechały na wakacje, więc ja zostałem słomianym wdowcem. Wdowieństwo
zacząłem od sprzątania — skoro mam robić bajzel, to muszę mieć gdzie. Gdy mniej-więcej
posprzątałem mieszkanie, to zjadłem śniadanie i poszedłem po zakupy. Jeszcze mi paru drobiazgów
brakowało do dokończenia selwelka. Gorąco było
— w mieście byłem właściwie w samo południe. Kupiłem co chciałem, a nawet coś więcej
i wróciłem do domu, robić bajzel.

Bajzel był naprawdę niezły, ale po paru godzinach udało mi się złożyć serwerek do końca.
Podłączyłem i nawet ruszył. Pojawił się problem: jak zainstalować na tym system nie mając
ani stacji dyskietek ani CDROMu. Przekładać dysku mi się nie chciało. Właściwie, to nie chciało mi
się nawet przepinać (tymczasowo) monitora i klawiatury, ale jednak ta maszynka za kilkaset złotych
to nie Sun Fire za ponad dziesięć tysięcy i nie ma ułatwiaczy typu Sevice Processor, czy BIOS na
konsoli szeregowej. Postanowiłem przez sieć zabootować system z którego zainstaluje sobie PLD. Do
setupu BIOSu musiałem więc wejść chociażby po to, aby włączyć bootowanie z sieci. Niestety, musiałem
monitor podłączać jeszcze kilka razy potem, żeby zobaczyć co się dzieje, jak nie chciało się
bootować.

Pogooglałem za PXE PLD i dowiedziałem się, że RescueCD obsługuje PXE. I nic więcej,
żadnej informacji jak to RescueCD z tego PXE wystartować. Poszukałem trochę ogólniej i znalazłem
jakieś HOWTO do instalacji Debiana przez PXE. Zaczynając od tego artykułu, używając obrazów RescueCD
i LiveCD, metodą prób i błędów i z lekką pomocą autora RescueCD, w końcu udało mi się zabootować
system i rozpocząć instalację. Dalej było z górki, więc opiszę dokładniej (w kolejnym wpisie) tylko
jak wygląda bootowanie RescueCD przez sieć.

Robótka

Jakiś czas temu zaproponowano mi pracę dla pewnego Holendra.
Pierwszy
mail od zleceniodawcy
nie nastawiał optymistycznie. Jednak dostałem to
zlecenie, wraz z widokami na następne. Chodzi o przygotowanie Linuksowego systemu
dla pewnego urządzenia. Nieśmiało zasugerowałem, żeby to zrobić na PLD (w końcu
to znam najlepiej, a i PLD ma parę zalet, które w takim zastosowaniu mogą mieć
znaczenie), a Holender na to poszedł. PLD mnie nie zawiodło, a ja, jak na
razie, nie zawiodłem zleceniodawcy. Podstawowy system bootuje się, nie tylko w QEMU, ale
i na docelowym sprzęcie (z karty Compact Flash). Pierwsze zadanie zostało
zaliczone, dostałem już dwa kolejne…

Układ jest bardzo wygodny. W uproszczeniu: zleceniodawca mówi co chce, ja
ile mi to zajmie godzin roboczych. W ten sposób jest zadanie wycenione
(ustalona stawka godzinowa). Jeśli wynik zadowala zleceniodawcę, to ja dostaję
zaliczkę (połowa ustalonej kwoty), zaczynam robotę, a gdy skończę, to dostaję
resztę. Jak napracuję się mniej niż zakładałem, to strata Holendra, jeśli
więcej to moja. I właściwie dokładnie tak to działał w przypadku
dwóch pierwszych zadań (postawienia systemu i doinstalowanie aplikacji).
Trochę bardziej komplikuje się to w przypadku trzeciego zadania —
konfiguracji serwerów Holendra…

No właśnie. Dostałem do administracji dwie maszyny. Z Debianem, którego nie znam
(no, do przedwczoraj nie znałem), skonfigurowane przez kogoś innego i z jakimiś
dziwnymi aplikacjami do skonfigurowania (GForge, OpenExchange). Tu nie jestem
w stanie stwierdzić ile mam roboty, póki się w to nie wgryzę. A wgryzanie się
robię aktywnie, od razu naprawiając co mi się nie podoba i próbując robić co
mam do zrobienia. Ale chyba jakoś się z wyceną dogadamy…

Mam trochę mieszane uczucia co do tej roboty. Cały czas przecież pracuje na
pełny etat tam gdzie pracuję. Więc na robotę dla Holendra muszę poświęcić moje
popołudnia, wieczory (kiepski ze mnie geek, do rana nie siedzę) i weekendy.
Odbywa się to kosztem rodziny, moich opensourcowych projektów i innych rzeczy.
Dwanaście godzin pracy dziennie to dla mnie trochę dużo i daje w kość. Ale gdy
pieniądze wpływają na konto, to jest fajnie. I też pewną frajdę sprawia mi
praca dla kogoś, kogo na oczy nie widziałem i pewnie nie zobaczę, kto jednak
docenia moją pracę (w firmie, gdzie pracuję na stałe, coraz rzadziej to się
zdarza) i do tego przyzwoicie (jak na nasze warunki) płaci. Podoba mi się też
to, że robota te nie jest związana z jakimiś długoterminowymi zobowiązaniami.
Mam coś do zrobienia, zrobię to w tydzień, czy dwa, a kolejnej roboty mogę po
prostu nie wziąć.

Zaczynam też się zastanawiać, czy robota wolnego strzelca na większą
skalę nie podobałaby mi się bardziej niż etat w jednej firmie. Konkretne
zlecenia, za które dostawałbym konkretne pieniądze (takie na jakie zapracuję),
a nie siedzenie przepisowych ośmiu godzin przy biurku, czasem nie wiadomo po
co, żeby zarobić tak sobie, czasem nie wiadomo za co. No i nie musiałbym
słuchać poleceń szefa, ani szefowej (to ostatnie najbardziej kuszące). Ale
stała posada w jednym miejscu ma swoje zalety. Przede wszystkim robotę,
nawet jeśli durną, zapewnia szefostwo. Sam mógłbym sobie nie poradzić, w końcu
nie zawsze zleceniodawcy będą mi spadać z nieba jak ten Holender. No
i nie wiem, czy szukanie zleceniodawców i wszelkie związane z robotą
formalności nie dałyby mi bardziej w kość, niż obecna robota…

Wrrr….

Wracam z pracy, zabieram się za odgrzewanie obiadu, a tu już telefon.
Jakiemuś ważnemu klientowi coś nie działa i trzeba to sprawdzić. Odpowiadam,
że za jakieś pół godziny sprawdzę. W końcu obiadek gotowy. Jem sobie, przy
laptopiku oczywiście, delektując się chwilą spokoju. Jednak nie długo. Dorwał
mnie ktoś na Jabberze i pisze, że ten BTS
z PLD
(nad robieniem którego zarwałem kiedyś kilka nocy) w ogóle nie
działa
. Że jest do dupy, że
Bugzilla byłaby lepsza i po co w ogóle było coś innego tam pisać jak jest
gotowe rozwiązanie. Wrr….

Bugzilla była w PLD lata temu i nikt tego nie używał, bo toporne i
zupełnie niedopasowane do czegoś takiego jak dystrybucja. Potem pojawił się
jakiś nasz własny, prymitywny BTS. Ale nikt się nim nie zajmował, nie
uaktualniał, aż wkońcu zaczął on zarzynać maszynę na której chodził i został
wyłączony. Przez wiele tygodni w ogóle nie było gdzie zgłaszać błędów w PLD.
Co jakiś czas pojawiała się na ten temat dyskusja, z której nic nie wynikało
(poza tym, że wielu developerów nie chce Bugzilli). W końcu nie wytrzymałem i
mimo, że nie mam dość wolnego czasu, postanowiłem coś zrobić. Wziąłem
Flyspraya, poprzerabiałem, żeby pasowało do dystrybucji i było nieco bardziej
zgodne ze standardami. Uruchomiłem tak, aby działały podstawowe funkcje, a kod
wrzuciłem do SVN. Tyle byłem w stanie zrobić i to było dużo więcej niż
ktokolwiek zrobił w tej sprawie. Przekonałem się przy okazji, że kod Flyspraya
jest straszny, że słusznie PHP nie lubię. Wiedziałem, że to co zrobiłem jest
pełne niedoróbek, i że ja ich raczej nie poprawię. Ale uznałem że to lepsze
niż nic. I nawet ludzie zaczęli z tego korzystać — pojawiły się nowe
zgłoszenia błędów, niestety mało kto je próbował zamykać.

A teraz czytam, że to co zrobiłem jest do niczego. I to jeszcze w momencie,
gdy chcę po prostu odpocząć po ciężkim tygodniu pracy, a nie jakiś pluskw
szukać. Człowiekowi się wszystkiego w takiej chwili odechciewa, ale z drugiej
strony jedyny sposób, żeby odeprzeć zarzut to przynajmniej znaleźć błąd będący
źródłem tej opinii i go poprawić (potem można rzucić projekt w cholerę, skoro
jest do niczego i wszyscy mają to w dupie). Okazało się, że błąd występował
gdy ktoś zgłaszał buga bez podania wersji błędnego pakietu. Zamiast
odpowiedniego komunikatu generowany był nieprawidłowy kod XHTML. Mozilla
wyświetlała odpowiednią informację, że XML nie jest well-formed, a Konqueror,
podobno, nie wyświetlał nic. Poprawiłem, co miałem robić? A tak… odpocząć po
ciężkim tygodniu… eh… Następnym razem jak będzie coś podobnego do
zrobienia, to chyba ja się do tego nie zgłoszę, szkoda nerwów.

Nowy serwerek…

Do firmy przyszedł zamówiony nowy serwerek — IBM
x226
oraz dwa dyski (UltraSCSI320, 15Kobr.). Streamer, zamówiony
razem z serwerem, na razie nie dotarł. Serwer ma służyć do trzymania naszych
najważniejszych baz i sam z siebie raczej nie udostępniać żadnych usług dla
ludzi z zewnątrz. Chciałbym, żeby to była maszyna pewna, dlatego markowy
serwer i dwa dyski na RAID.

W pierwszej chwili po włączeniu zaskoczył mnie sprzętowy RAID
(AIC7902 z HostRAID). Nie zamawiając serwer
myślałem o software’owym, a w specyfikacji serwera nie zauważyłem wzmianki o
sprzętowym. Założyłem więc RAID1 narzędziami z BIOSu kontrolera i zabrałem się
za instalkę PLD. Pojawiły się dwa problemy: 1. obsługa tego RAIDA 2. obsługa
sieciówki (Broadcom, 1Gbit). Drugi problem (brak obsługi serwerowej sieciówki
w instalatorze) już parę razy przerabiałem i rozwiązałem standardowo —
do serwera wsadziłem pierwszą lepszą kartę jaką znalazłem w firmie (tym razem
jakieś ne2k-pci).

Poważnym problemem okazał się ten RAID. Pogooglałem i dowiedziałem się, że
są do tego sterowniki pod Linuksa, ale tylko binarne pod kilka konkretnych
kerneli kilku konkretnych dystrybucji (fe!). Zresztą, na płytkach dołączonych
do serwera też je znalazłem. Adaptec przyznał nawet, że nie
będzie otwartych sterowników do tego („bo nie”, czyli powody prawne itp.).
Może napiszę to wyraźnie, jakby ktoś miał wątpliwości: HostRAID w
AIC7902 to syf!

Na
szczęście AIC7902 jako zwykły kontroler SCSI jest bez
problemy obsługiwany przez kernel z PLD. Wyłączyłem więc
RAIDa w BIOSie i pod RescueCD założyłem programowego (w
instalatorze nie umiałem znaleźć do tego odpowiednich opcji, a poza tym
instalator miał problemy z załadowaniem sterowników do tego
Adapteca). Na tym RAIDzie założyłem potem LVM, a w nim kilka
logicznych wolumenów — mam dość problemów z partycjami założonymi
podczas instalacji zupełnie potem nie pasującymi do potrzeb systemu
produkcyjnego.

Chwilę grozy przeżyłem, gdy zobaczyłem (przy pomocy hdparm
-t
), że te nowe dyski wyciągają jedynie 34MB/s. To mój dwuletni dysk
SCSI jaki mam w domu wyciąga 50MB/s. Ale uznałem, że to tylko jakiś problem z
kernelem w RescueCD, później okazało się, że słusznie. System
zainstalowałem w chroot poldkiem. geninitrd ładnie stworzył
initrd, ze wszystkim co potrzeba do RAIDa, LVM i systemu plików na
/ i system udało się uruchomić prawie za pierwszym podejściem
(tylko w grubie trzeba było konfigurację poprawić).

Bałem się jeszcze o sieciówkę, że będzie problem jak z tym RAIDem, ale
okazało się że otwarte sterowniki na GPL są na płytce dołączonej do serwera, a
także w CVS PLD, więc po prostu je sobie zbudowałem,
zainstalowałem i zadziałały.

Jutro spróbuję zainstalować wszelkie narzędzia do tego serwerka (coś co mi
powie np., że któryś z zasilaczy padł, poda temperaturę, czy co tam IBM do
takich serwerków daje) i zacznę stawiać na nim to co ma tam chodzić. To
ostatnie to będzie kuuupa roboty na najbliższe tygodnie, no ale w końcu od
czego jesteśmy?

Staczam się… ;-)

Chyba się staczam… ostatnio zarywam noce kodując w… PHP. ;-)

Wszystko dlatego, że postanowiłem u siebie postawić
system śledzenia błędów dla PLD. Stary był brzydki i
niezbyt wygodny, a przez ostatnie tygodnie nie działał w ogóle — zbytnio
obciążał maszynę na której był postawiony, a poprawiać go nie było komu.

Dyskusja na temat alternatywy powracała już kilka razy na listy zwykle bez
efektu. Jednak pewną tendencję w dyskusjach można było zauważyć — nowy
system powinien być opary o jakieś gotowe rozwiązanie, najlepiej żeby to była
Bugzilla, Mantis lub Flyspray. Bugzilla mi się nie podoba (stanowczo za dużo
kontrolek w formularzach), poza tym wydaje się na tyle skomplikowana, że jej
dostosowanie do naszych potrzeb mogłoby okazać się trudne i długotrwałem.
Mantisa nie znam, a Flyspray, znany
z Buggera po prostu mi się podoba,
a skoro ja użyczam sprzętu i chcę sie tym zająć, to moje zdanie może być
decydujące. :-)

Tak po prostu postawić Flyspray’a to byłoby za mało. On powstał dla
zupełnie innych projektów niż PLD. Np. pole system operacyjny nie ma
u nas sensu, zamiast tego ważniejsza jest architektura. Poza tym w błędzie
najistotniejszy jest pakiet którego dotyczy i jego wersja. Nie chciałem dla
każdego pakietu robić osobnego projektu (osobne projekty są dla poszczególnych
linii dystrybucji (Ra, Ac, Th) i innych projektów związanych z PLD (ten BTS,
LiveCD, RescueCD)), więc wykorzystałem obecne już pole kategoria.
Trzeba było przy tym mocno zmienić interfejs, gdyż pole wyboru pakietu
zawierające listę wszystkich pakietów (tysiące!) to byłoby nieużywalne.
Podobnie z wersjami, które w oryginalnym Flyspray są określane per-projekt,
a u nas muszą być per-pakiet. To wszystko udało się właściwie zrobić.
Udało mi się też przenieść bazę pluskiew ze starego systemu.

Poza zmianami przystosowawczymi wprowadziłem też inne ulepszenia.
Np. język interfejsu jest konfigurowalny per-użytkownik, a domyślnie brany
z ustawień przeglądarki. Poza tym włączyłem serwowanie stron jak
application/xhtml+xml dla przeglądarek które to akceptują. To
zresztą uziemiło system na jakiś czas, bo się okazało, że XHTML to strony
generowane przez Flyspraya mają tylko w DOCTYPE. No na głównej stronie nie
było źle, nie walidowała się jedynie z powodu pustego <optgroup/>.
Niestety większość pozostałych stron nie była nawet well-formed XML
przez co przestała się w ogóle wyświetlać. Wczoraj udało mi się większość
z tego poprawić, więc już się wyświetla w przeglądarkach obsługujących XML,
ale raczej Valid XHTML Strict to w większości nie jest.

No i dzisiaj wreszcie udało mi się uruchomić narzędzie, które w poprawianiu
tego XHTMLa może mi pomóc:
HTML Validator dla Mozilli
. Polecam! Niestety to rozszerzenie w postaci
gotowej do zainstalowania dostępne jest jest jedynie dla Windowsów.
W Linuksowym Firefoksie instaluje się bez zająknięcia, ale po prostu nie
działa. Okazało się, że w środku siedzi binarka nstidy.dll,
nstidy.so trzeba sobie samemu skompilować (źródła rozszerzenia są
dostępne). Do kompilacji teoretycznie potrzebne są źródła Mozilli, ale nie
uśmiechało mi się ich instalowanie i kompilowanie, więc jakoś poradziłem sobie
bez tego — w końcu hacker jestem! ;-)

Poza BTSem podłubałem trochę w automatyce builderów (małe zlecenie do
Havnera). To już była czysta przyjemność, bo automatyka jest w Pythonie.
:-) Niestety okazało się, że przy okazji coś po psułem
i w niedzielę w nocy, zamiast iść spać musiałem poprawiać…

Nie tak całkiem leniuchuję…

Postanowiłem przenieść listy dyskusyjne moich projektów z Enemies of
Carlotta
na mailmana. To pierwsze nie bardzo się
rozwija, a i możliwości ma skromne, a z mailmanem i tak się muszę męczyć przy
innych listach (przy okazji się przekonałem, że od strony administratora jest
nieco przyjemniejszy). No i nawet listy działają. Udało się to nawet pogodzić
z moją SQLową bazą użytkowników synchronizowaną na zapasowym MX. Jednak
stwierdzam, że mailman to gniot, szczególnie ten z paczki PLD
(której jednak nie chciało mi się poprawiać). A już zupełnie obsługa
wirtualnych domen dla postfixa (tak jak on to robi, to te domeny są średnio
wirtualne, bo listy zaśmiecają przestrzeń nazw systemowych użytkowników).
Ale przejście się chyba opłacało. Listy jak już ruszyły to działają, a archiwa
wyglądają lepiej.

Jakiś czas temu jeden z Release Managerów PLD prosił mnie, abym
dorobił ACLe na branche do automatyki builderów. Wczoraj więc się za to
zabrałem: cvs up, poprawka, login na src-builder (najważniejszy z
builderów), cvs up i sprawdzam jak to działa… W tym czasie inny
developer PLD mnie informuje, że jak robię te poprawki na HEAD, to to się na
nic nie zda, bo to co jest na HEAD i tak się na buildery nie nadaje, bo ów
developer coś tam samemu psocił. No fajnie, ale przecież właśnie to na głównym
builderze zainstalowałem…

Na szczęście psuja zostawił taga na ostatniej działającej wersji
automatyki. Z taga zrobiłem brancha, przeniosłem tam swoje poprawki i z tego
brancha zrobiłem cvs up na builderze. Jeszcze parę poprawek do
mojej poprawki i ACLe na branche działają :-). Mogłem wreszcie
pójść spać (0:30).

W przedpoprzednim wpisie, tam gdzie wspominałem o RFC 3920, 3921, 3922 i
3923, wspominałem, że dodam odwołania do tych RFC do dokumentacji PyXMPP.
Jednak dopiero przed chwilą mi się to udało, przez te zabawy z automatyką
builderów i listami dyskusyjnymi. Ale za to dopisałem też odwołania do
wszelkich innych implementowanych RFC i JEPów. Będzie łatwiej znaleźć
odpowiedni dokument jak będzie trzeba coś sprawdzić.

A jutro jadę na Jesień Linuksową
:-).

ejabberd…

O dziwo wszystko (tak mi się wydaje) na tym ejabberd działa. Stanowczo za gładko to poszło… Zobaczymy co będzie jutro, czy jacyś użytkownicy będą się skarzyć.

Jedynie z SSL miałem problemy — najpierw w ogóle nie działało, bo spieprzyłem paczkę z Erlangiem dla PLD (oczywiście już poprawiona), a potem się rozłączało zaraz przy próbie połączenia — potrzebny był patch na Erlanga, do którego namiary były w bug-trackerze ejabberd.

Mozilla FireFox

Postanowiłem wypróbować tę przeglądarkę. I pierwsze wrażenie jest
nienajlepsze. Dotychczas używałem epiphany, która wygląda jak powinna (nie
jest okienko zapchane jakimiś śmieciami w stylu jakiegoś sidebara czy
przycisków na pół ekranu), jest szybka i wygodna. Jednak Epiphany ma też swoje
wady – założenia Gnomowe „maksymalnie prosty interfejs” powodują
że menu i okno konfiguracji są stanowczo za ubogie dla mnie. Rozszerzeń też nie
wiele. Wcześniej używałem Galeona, ale w ostatnich wersjach zgnomił się jescze
bardziej niż epiphany. Liczyłem na to, że FireFox będzie OK…

Pierwsze co się rzuca w oczy to powolność FireFoksa. Nie chodzi o engine
renderujący stronę, bo to jest OK, ale interfejs użytkownika. To nie jest
normalne, gdy na komputerze z procesorem Athlon 1GHz widzę jak mi się okienka
rysują. Ale ostatecznie – można się do tego przyzwyczaić.

Druga sprawa wyszła przy próbie instalacji rozszerzeń. Wchodzę na
odpowiednią stronę, klikam na link, potwierdzam chęć instalacji i… większość
z rozszerzeń się nie instaluje z powodu braku dostępu do katalogu chrome. Czy
to znaczy że nie mogą się one po prostu w moim katalogu domowym zainstalować?
Czy muszę odpalać przeglądarkę z roota???? Jasne, można też zainstalować pliki
ręcznie, ale przecież miało być tak prosto…

Po paru minutach przeglądania rozszerzeń na texturizer.net postanowiłem
zajrzeć na joggera. Wtedy lisek się powiesił. Niezły to kawałek oprogramowania,
który można w ciągu 10 minut powiesić…

Istnieje możliwość że FireFox sam z siebie jest OK, tylko chłopcy robiąc
paczki dla PLD coś spieprzyli, ale nie sądzę żeby wszystkie opisane powyżej
problemy to była ich sprawka. W każdym razie jeszcze trochę się tym pobawię…

Zimowa wycieczka na serwerownię

Wracam sobie spokojenie z pracy tramwajem, a tu mi dzwonią że coś wysiadło.
Więc w domku zaraz siadam do kompa i sprawdzam co się dzieje. Nie wygląda to
dobrze, ale zanim dokładnie zbadam wolę zjeść obiadek. Po obiadku okazało się
że router leży i muszę jechać spowrotem do Zabrza :-(.

Kierowca ze mnie beznadziejny, na drogach warunki nieciekawe, samochód
na letnich (właściwie to podobno „uniwersalnych”) oponach. Ale
myślę sobie – pojadę ostrożnie, to nic mi się nie stanie. No i dojechałem
właściwie bez problemu. Trochę długo to trwało, bo jechałem sporo wolniej niż
zwykle, a w Gliwicach były korki. Na miejscu stwierdziłem, że to były
najgorsze warunki w jakich zdarzyło mi się jechać samochodem.

Na serwerowni spędziłem równo godzinę. Oprócz trzech rebootów routera, aż
w końcu ruszył (walnięta płyta główna, zamówiłem nową ale nikt się tym nie
przejął) skonfigurowałem porządnie konsole szeregowe przez conservera
(olewając skrypt startowy PLD i zmieniając uprawnienia do niektórych
plików/katalogów, bo nie lubię jak takie rzeczy mi z uid=0
chodzą). W każdym razie po tej godzince przyszedł czas na powrót do domu.

Już niedaleko serwerowni na jednym zakręcie trochę mnie wyrzuciło
i obróciło. Ale pusto tam było, jechałem bardzo powoli i może rzeczywiście
trochę za gwałtownie skręciłem, więc się tym nie przejąłem. Wjechałem na naszą
„autostradę” (Gliwiczanie wiedzą o co chodzi) i jechałem dalej
powtarzając sobie w myślach „żadnych gwałtownych ruchów, żadnego
niepotrzebnego przyspieszania czy zwalniania i będzie dobrze”. A więc
jadę sobie spokojnie prostą, pustą drogą aż nagle samochód postanowił skręcić
(dziura?) no i mnie obróciło i tylko widziałem jak zbliżam się do bariery po
lewej stronie drogi. Fajnie, że akurat nic nie jechało, bo by samochód
był pewnie skasowany. Dojechałem do barierki (lekko stukając w nią
zderzakiem), wtedy dopiero dojechał samochód z naprzeciwka i spokojnie mnie
ominął (zdążył zwolnić). Jakoś wróciłem na swój pas, ktoś jadący
w „moim” kierunku mnie obtrąbił (pewnie pomyślał że
zawracam) i pojechałem dalej. Tym razem ze średnią prędkością 30km/h.
Dojechałem cały i całym samochodem, ale chyba więcej się w taką pogodę nie
wybiorę.