Zaloguj się

Jog Jajcusia

xmpp:jajcus@jajcus.net

Mój jest ten kawałek Internetu…

…złe emocje i brudne buty proszę więc zostawić przed drzwiami.

Mój SE K550i

W komentarzu do wpisu sprzed dwóch miesięcy napisałem, że nie planuję wpisu o moim nowym telefonie komórkowym. Ale jednak coś napiszę.

Miałem już kiedyś Sony-Ericssona. Służbowego. To był chyba pierwszy model sprzedawany pod tą marką, ale całkiem przyzwoity. Miał największą funkcjonalność pośród tych, które miałem wtedy do wyboru (inne nie miały albo IrDA, albo Bluetooth, albo GPRS... itd.). Największym bajerem był wtedy aparat. W praktyce zupełnie bezużyteczny (no chyba, że do zgadywania, co mogło być przed obiektywem w momencie robienia zdjęcia). Ale to były początki aparatów w telefonach i telefon z niższej półki. Nie dla aparatu go wybierałem. Pod koniec użytkowania wyszedł kolejny problem: dżojstik przestawał działać i coraz trudniej było telefonu używać. Ale ogólnie byłem bardzo zadowolony. Telefon sprawował się bardzo dobrze i przez ponad dwa lata w moich rękach się nie rozsypał.

Gdy rzucałem tamtą robotę musiałem sobie sprawić nowy telefon. Nie miałem dużo kasy, nie chciałem się ładować w abonament, pozostało kupić coś taniego. Żona już miała Samsunga X200, chwaliła go sobie, więc i ja sobie taki sprawiłem.

Samsung X200 jest ładny, poręczny i praktyczny... ale tylko do rozmów i SMSów. Przez IrDA dało się może przesyłać pojedyncze kontakty, ale nic więcej. A nawet przy tym się telefon wykrzaczał. GPRS poprzez IrDA, czy kabel USB po prostu nie działał. Właściwie poza najbardziej podstawową funkcjonalnością nie działało nic. Nie mogę powiedzieć, że nie byłem z telefonu zadowolony. Szczególnie za tą cenę... ale czasem chciałbym coś więcej.

Mając własną firmę i jakieś zyski mogłem już sobie pozwolić na jakiś abonament. A z tym na zakup lepszego telefonu w promocyjnej cenie. Zdecydowałem się na to w listopadzie. Abonament najmniejszy (i tak tych 30zł nigdy nie wydzwonię), to promocyjne ceny nie te najmniejsze. Wybierałem więc spośród tych tańszych telefonów. Kolega miał SE K750i i sobie chwalił. Rozejrzałem się więc jak wyglądają inne telefony w podobnej cenie i uznałem, że też taki sobie kupię. W każdym razie chciałem coś co oprócz dzwonienia i SMSów będzie miała: GPRS (a Edge i więcej też mile widziane), sensowny aparat (jak na komórkę, nie musi dorównywać normalnym aparatom), pełną J2ME (coby móc sensowną przeglądarkę WWW i Jabbera odpalić), kalendarz, notatnik itp. które będzie można synchronizować z komputerem, player MP3. Chciałem telefon, który przy okazji sprawdzi się jako prosty aparat i palmtop.

Gdy przyszło do kupowania, okazało się, że nie ma K750i. Jest za to K550i, podobno jego następca. Uwierzyłem na słowo, że nie może być gorszy i wziąłem to co było. Potem w sieci poczytałem o różnicach. Generalnie są to podobne telefony, K750i bardziej sprawdzony i ma ciut lepszy aparat, ale K550i też ma swoje plusy.

Spodziewałem się, że na początku nowy telefon, z nowym interfejsem użytkownika, będzie mnie wkurzał. Ale nie. Właściwie wszystko od początku było dla mnie intuicyjne i bardzo mi się spodobało. Nie było się do czego przyczepić. Wręcz jest to pierwszy telefon, który zachowuje się tak, jakbym oczekiwał (np. kasowanie SMSów klawiszem "C", a nie przez ciągłe wciskanie "OK").

Problemem okazała się na razie jedynie synchronizacja z komputerem. Nie z powodu słabości telefonu, ale raczej oprogramowania dostępnego pod Linuksem. No cóż, na to przyjdzie mi jeszcze poczekać. Ale i tak jest o niebo lepiej niż z Samsungiem.

Prawdziwy test telefon przeszedł gdy zaniemogłem i w grudniu, z powodu ataku dyskopatii musiałem leżeć plackiem w łóżku. Na początku nie czułem się na siłach nawet skorzystać z laptopa. A telefon można obsługiwać jedną ręką. Dobrze, że wcześniej zainstalowałem sobie Bombusa (klienta Jabbera) i Operę Mini (przeglądarkę WWW. Wbudowana jest dość prymitywna) oraz zakupiłem Pakiet internetowy 50MB za 8zł netto. Dzięki temu miałem kontakt ze światem i leżenie mogłem sobie umilić rozmowami przez Jabbera i czytaniem blogów. Telefonik sprawił się świetnie jako taka namiastka komputera.

Przydał się też w szpitalu, gdzie oprócz namiastki komputera, spełniał funkcję radia. Odtwarzacza MP3 jeszcze nie przetestowałem, bo nie dorobiłem się jeszcze karty pamięci (chorując tak, że nie bardzo mogę pracować i zarabiać, staram się ograniczać mniej pilne wydatki).

Niestety, w szpitalu wyszła pewna słabość tego sprzętu, a raczej jego oprogramowania. Parę razy, gdy miałem odpalonego Jabbera i WWW, po prostu mi się zrebootował. Raz straciłem przez to już prawie gotowy wpis na Joggera (dlatego w końcu odpuściłem sobie pisanie ze szpitala). Nie zdarza się to często, ale może być przykre. Pozostaje liczyć na to, że pojawi się uaktualnienie oprogramowania, które poprawi ten błąd.

W każdym razie telefon mnie zadziwiał. To po prostu mały komputerek, w którym można mieć uruchomionych kilka aplikacji jednocześnie (u mnie radio, jabber i WWW) i wygodnie z nich wszystkich korzystać. Działa nawet proste cut&paste pozwalające przenosić URLe z jabbera do przeglądarki i w drugą stronę. Brak pełnej klawiatury QWERTY oraz myszki jest odczuwalny, ale mimo to urządzenie jest całkiem wygodne w użyciu.

Nie wspomniałem jeszcze o aparacie. Rzeczywiście jest już sensowny (w porównaniu do mojej poprzedniej komórki z aparatem), robi zdjęcia porównywalne z tymi, z naszej starej cyfrówki. Spokojnie wystarczy, gdy się chce coś pstryknąć, a nie wzięło się ze sobą porządnego aparatu. Zdjęcie z poprzedniego wpisu zostało zrobione właśnie tym telefonem. A w szpitalu użyłem go, żeby obejrzeć swoją bliznę po operacji. :-) Oczywiście chyba każdy współczesny cyfrowy kompakt zrobi dużo lepsze zdjęcia, ale przecież kupowałem tani telefon, a nie aparat. A fajnie mieć zawsze przy sobie coś, do robienia zdjęć.

No więc, jeśli ktoś mnie pyta, czy jestem zadowolony z zakupu, to szczerze mogę odpowiedzieć, że tak. Czy nie mam żadnych zastrzeżeń? No jedno, że się czasem wysypuje na aplikacjach w Javie... no ale cóż, komputery już tak miewają... Samsung się potrafił wysypać po odebraniu wizytówki przez IrDA.

16 komentarzy do wpisu „ Mój SE K550i”


To my wciąż mamy styczeń?

Wiosna_styczen_2008.jpg

8 komentarzy do wpisu „ To my wciąż mamy styczeń?”


Z pamiętnika hipochondryka

Nie byłbym hipochondrykiem, gdybym kilka dni po wyjściu ze szpitala nie odwiedził jakiegoś lekarza. ;-) No więc dzisiaj odwiedziłem urologa...

Ale zacznijmy od początku. Cztery dni po operacji, gdy wreszcie mogłem wyjść do kibelka, stwierdziłem niespodziankę: biały osad na żołędzi. No i swędziało to odrobinę od jakiegoś czasu. Najpierw myślałem, że to chwilowy efekt utrudnień w utrzymaniu higieny (miska i gąbka zamiast prysznica, kaczka i basen zamiast ubikacji). Ale i kąpiel nie pomagała. Do domu ze szpitala wróciłem więc z tą niespodzianką...

Żona obejrzała i jej się nie spodobało. Uznaliśmy, że warto byłoby iść z tym do jakiegoś lekarza. W przypadku faceta wybór lekarza nie jest tak oczywisty jak w przypadku podobnych problemów u kobiety. Ostatecznie uznałem, że urolog będzie właściwy. No ale z dnia na dzień się do urologa nie zapiszę, a nam zależało na jak najszybszym rozwiązaniu problemu... Zarezerwowałem sobie termin w następnym (czyli obecnym) tygodniu, a żonka poszła po pomoc do apteki. Przyniosła mi Clotrimazolum i Urinal.

Widoczne objawy zniknęły już po paru smarowaniach. Mimo to uznaliśmy, że do lekarza się wybiorę (żonka regularnie chodzi do ginekologa, więc mnie jedna taka wizyta nie zaszkodzi), a wcześniej mały będzie miał kwarantannę (nie chciałem sprzedać żonie tej niespodzianki).

Wizytę u urologa zacząłem mówiąc, że dwa tygodnie temu miałem operację kręgosłupa. Lekarza bardzo to zainteresowało: wypytał jaką, na którym poziomie. Potem, czy mam problemy z oddawaniem moczu i czy mam wzwody. Gdy stwierdziłem, że nie mam z tym żadnych problemów, powiedział, że mam szczęście, bo po takiej operacji mógłbym mieć (nie od samej operacji, ale po tym wypadniętym dysku).

W końcu udało mi się przejść do rzeczy. Powiedziałem o białym osadzie i o kuracji jaką załatwiła mi żonka. Lekarz potwierdził to czego się domyślałem wyjaśniając, że ludzie normalnie mają tam różne bakterie i grzyby i, że normalnie bakterie zjadają grzybki. Ja tuż przed i przez parę dni po operacji dostawałem antybiotyki, które zabiły bakterie. A gdy bakterii brakło, to grzybki się rozrosły. Klotrimazol to właśnie odpowiedni środek na to i właściwie od razu takie problemy leczy. Jakby nie pomagał, to powinienem się udać do dermatologa, żeby pobrał próbkę w celu zbadania co to dokładnie za grzybki.

W końcu doktor zamknął drzwi i poprosił, żebym pokazał. Pokazałem, stwierdził że już nic tam nie ma i zanotował w karcie grzybków nie stwierdzono. Zadałem jeszcze najważniejsze pytanie: co z seksem? Doktor zaczął wyjaśniać, że raczej jest nie wskazany... że przecież nie jest najważniejszy i można jakiś czas się obyć... że podczas seksu mężczyzna wykonuje takie ruchy... Ogólnie chodziło o to, że po takiej operacji lepiej uważać. Zapewniłem go, że już nauczyliśmy się robić to jak jeże, ale chyba nie podobała mu się idea, że mnie już seks w głowie. Jeśli chodzi o grzybki, to nie widział przeciwwskazań: po pierwsze już ich właściwie nie było, po drugie, zdrowej kobiecie tak łatwo by nie zaszkodziły.

Ogólnie wizyta wypadła nie najgorzej. Tylko trochę szkoda tych 70 zł (miało być 75zł, ale nie mieli drobnych 5 zł do wydania reszty)... za neurochirurga zapłaciłem przecież 50 zł, a wizyta była dużo bardziej owocna.

11 komentarzy do wpisu „ Z pamiętnika hipochondryka”


Z pamiętnika hipochondryka

10.01 – przyjęcie do szpitala

Przyjęcie do szpitala okazało się nie takie proste. Ordynator, u którego miałem to załatwić, nagle wybiegł na blok operacyjny, a poza nim nikt o mojej sprawie w szpitalu nie wiedział. Ale jakoś się udało. Dostałem łóżko pod oknem w siedmioosobowej sali, gdzie leżało już pięciu innych pacjentów.

Pierwszego szpitalnego stresu napędziła mi komórka, której nie mogłem znaleźć, gdy wróciłem do sali po przebraniu się na izbie przyjęć. No to spanikowany poleciałem na dół (cały czas kulejąc i poruszając się z trudem), by jej poszukać w moich rzeczach. Narobiłem zamieszania, ale tam jej nie znalazłem. W końcu się okazało, że jednak przyniosłem ją na górę w torbie, tylko, że zawieruszyła się w ukrytej kieszonce...

Potem właściwie nikt się mną za bardzo nie interesował, to leżałem sobie na łóżku, ewentualnie pokuśtykałem po korytarzu. O szesnastej przyszła pielęgniarka zmierzyć temperaturę, znaczy się zapisać temperaturę zmierzoną przez pacjentów... znaczy się zapisać co pacjenci powiedzą (– jaka temperatura? – normalna. – normalna to znaczy? – niech siostra pisza: 36.6. Zapomniałem wziąć z domu termometru, to podałem 36.0 ;-) Niektórym pacjentom mierzono ciśnienie, to już nie na słowo.

Później dostałem pojemnik na siuśki i zostałem poinstruowany, żeby po kolacji już nic nie jeść. O siódmej rano miałem pojemniczek napełnić i wtedy też miała być pobrana krew.

Wieczorem przyszła jeszcze jedna pielęgniarka, z koszyczkiem dobroci. Znaczy się, z tabletkami i zastrzykami przeciwbólowymi. Pytała się co sobie życzę, jakoś nie miałem ochoty na kłucie, to poprosiłem o tabletkę (chociaż tego żołądek mógł mieć już dość). Koledzy nie byli mi w stanie powiedzieć o której pobudka... wydało mi się to dziwne, bo w szpitalu wojskowym pacjenci byli brutalnie budzeni co dzień o 5:30. Założyłem więc, że się wyśpię.

11.01 – badania i ustalenie terminu zabiegu

Z tym wyspaniem to nie do końca wyszło. Współlokatorzy chrapali, a jeden łaził i żarł w nocy. A przed szóstą już normalnie wstawali i kawę sobie robili. Chwilę po szóstej przyszła pielęgniarka mierzyć temperaturę. Niewiele później pobierać mi krew (miało być po siódmej). Pojemniczek był jeszcze pusty, bo ja dzielnie chciałem trzymać do zadanej godziny... Okazało się, że siostra nocna postanowiła sama to załatwić, bo tego dnia miało być dużo roboty.

O której jest obchód też mi nikt nie był w stanie powiedzieć (w wojskowych to była konkretna godzina, pacjenci wiedzieli kiedy powinni wszyscy być w łóżkach). Zresztą tu się to nazywało wizyta. No i w końcu była, lekarz zajrzał, zamienił parę słów z pacjentami (ja się dowiedziałem, że będzie zabieg, muszą ustalić grafik), zapisał mi przeciwbólowe tabletki (bo okazało się, że inne pielęgniarki nie dają wyboru, a raczej dają tylko to, co lekarz zapisze) i poszedł. Jakiś czas później przyszedł po mnie pielęgniarz, czy sanitariusz i zabrał na badanie EKG. Potem jeszcze przyszła pielęgniarka i powiedziała, że zabieg mam w poniedziałek i kiedyś przyjdzie do mnie anestezjolog, więc mam być w okolicy. Okazało się, że kiedyś oznacza dziś, jutro, albo i w niedzielę, o nieznanej porze. Znaczy się, czeski film.

Wcześniej lekarz mi mówił, że w czwartek zgłoszę się na oddział, w piątek będą badania, a na weekend wyjdę na przepustkę. Z poniedziałkowym zabiegiem i bliżej nieokreślonym terminem wizyty anestezjologa, to mi jakoś nie współgrało. Zaczepiłem jakiegoś lekarza i dowiedziałem się, że raczej powinienem na weekend zostać. To zostałem.

12-13.01 – przed zabiegiem

Niewiele się działo. Leżałem, czasem spacerowałem po korytarzu (kuśtykając oczywiście), słuchałem sobie radia przez komórkę, przeglądałem joggery i jabberowałem (też przez komórkę). Takie zabijanie czasu.

Anestezjolog pojawiła się chyba w sobotę (a może w niedzielę) wieczorem. Najpierw okazało się, że brakuje wyniku badania mojej grupy krwi... no niezły tam mają bajzel... Na szczęście miałem przy sobie wypis po ostatniej operacji i tam grupa krwi była udokumentowana. Pani doktor to wystarczyło. Zbadała mi ciśnienie, wyszło duże (170 na cośtam), co raczej było u mnie niespotykane. Pewnie z nerwów. Osłuchała mnie, zajrzała w gardło i ostatecznie zakwalifikowała do operacji. Bardzo miła i całkiem ładna.

W dzień przed operacją, przy wieczornym mierzeniu temperatury, wyszło mi 37.0. Trochę się przestraszyłem, że mogę być zrzucony z zabiegu, ale to chyba tylko z nerwów i nikt nie robił z tego problemu.

Niedzielny obiad zjadłem normalnie, ale na kolację dostałem już tylko czopek na przeczyszczenie. Przeczyściło mnie już trochę w sobotę (zapewne też przez nerwy), ale i czopek zrobił swoje. Na noc dostałem relanium.

14.01 – dzień operacji

Mimo relanium sen miałem przerywany, ale w miarę się wyspałem. Poranny pomiar temperatury dał już normalny wynik, więc ten powód do zmartwień.

Pielęgniarka założyła mi wenflon, dała zastrzyk w pośladek (piekący) i poprosiła mnie o włożenie specjalnej koszuli (taki biały, kusy fartuszek wiązany z tyłu). Gdy wstałem się przebrać inne zabrały się za zmianę mojej pościeli. Chciałem z tym chwilkę poczekać, bo mnie tyłek bolał po zastrzyku, ale mnie poganiały. Ubierając się stwierdziłem, że mi słabo. Zgadywałem, że to ten zastrzyk zaczynał działać. Pielęgniarki twierdziły, że raczej nie tak szybko, ale skoro mi słabo, to powinienem szybko się położyć i się już z łóżka nie ruszać. Gdy się położyłem cała sala zaczęła się kręcić. To już na pewno ten zastrzyk. Zorientowałem się, że sukienkę założyłem tył na przód, ale przez jakiś czas nie czułem się na siłach to poprawić. W końcu poprawiłem.

Teoretycznie zabiegi powinny się zaczynać gdzieś przed ósmą. Trzy osoby były tego dnia do operowania i nie wiele wskazywało na to, że ja pojadę szybko. Kogoś zdążyli zabrać na blok, ale potem wszyscy lekarze wybyli, na jakieś zebranie. I znowu nikt nic nie wie... Ale, chyba jakoś trochę po dziewiątej, przyszły pielęgniarki i powiedziały zabieramy pana!

Wiozły mnie na łóżku przez pół szpitala. Blok operacyjny na oddziale był zamknięty (remont, czy coś) i neurochirurdzy operowali gdzie indziej. Pod drzwiami docelowego bloku operacyjnego kazano mi się przesiąść na inne łóżko i zdjąć koszulę (właściwie po co miałem się w to ubierać? jechałem przecież przykryty kołdrą). Inne, zamaskowane siostry zawiozły mnie do przedsionka sali operacyjnej. Stamtąd kolejna zmiana (czułem się jak pałeczka w sztafecie) zawiozła mnie pod stół operacyjny.

Podłączono mi kroplówkę, na piersi przypięto elektrody. Na jedną rękę automatyczny ciśnieniomierz, na drugą... ręczny ciśnieniomierz, bo ten automatyczny podobno przekłamuje. Poza tym, jakaś maszynka im się zepsuła i się kobiety zastanawiały, czy z izby przyjęć nie pożyczyć (wyszło mi, że o maszynkę do golenia chodzi)... słysząc to, co im nie działa, czy czego im brakuje zasugerowałem (w żartach), że zaraz im stamtąd zwieję... Odpowiedź sugerowała, że wtedy dopiero miałbym się czego bać (ich). ;-)

Neurochirurga wciąż nie było na sali. Poinformowałem panie, że mijałem ordynatora jadąc korytarzem i, że mówił, że zaraz przyjdzie. Jedna z pań stwierdziła, że w takim razie zaczną bez niego. Zostałem poinstruowany, że zaraz mi się zakręci w głowie, a potem się obudzę z rurką w gardle. Będzie mi ona przeszkadzała w oddychaniu, ma przeszkadzać, a ja mam się nie wyrywać. Usłyszałem instrukcje jednej do drugiej: 400... nie, niech będzie 440, pani przyłożyła mi maseczkę tlenową do twarzy, powtórzyła, że zakręci mi się w głowie. A ja nic dziwnego nie czułem, ani nie kręciło mi się w głowie...

Ktoś mnie spytał jak się nazywam. Odpowiedziałem. Spytałem, czy już po, dowiedziałem się, że tak. Okazało się, że leżę już znowu na sali na oddziale, na swoim miejscu pod oknem. Podpięty do kroplówki, która się właśnie kończyła. Nie do końca się orientowałem w tym co się dzieje, ale postanowiłem zadzwonić do żony, że operacja się udała. Dzwoniłem dwa razy, a w słuchawce cisza. To zadzwoniłem do taty. To się udało, poprosiłem o przekazanie nowiny żonce.

W międzyczasie zorientowałem się, że w sali przybyło dwóch nowych pacjentów. Dostawili jedno łóżko, w sumie na sali było osiem osób.

Jakiś czas później posłałem mamie SMSa, że już po. I sprawdziłem, czy rzeczywiście dzwoniłem do żony i taty (sam nie byłem tego pewien). W ogóle ciężko sobie coś z tego dnia przypomnieć... W każdym razie żonka przyjechała... ale już o czym z nią mówiłem, to nie pamiętam. Czy tato się pojawił tego dnia, też nie jestem pewien... Zresztą, potem się dowiedziałem, że jemu też wysłałem SMSa, że już po, jakiś czas po telefonie... tego zupełnie nie pamiętałem.

Wiem, że podczas wizyty żonki złapały mnie mdłości. Nie było czym rzygać, więc odruchy wymiotne w większości były bezowocne, ale trochę jakiejś wody z siebie wypuściłem. Poza tym strasznie mnie suszyło. Pielęgniarka pozwoliła mi zwilżać sobie usta i pić malutkimi łyczkami. No to jak mdłości przeszły, to trochę się napiłem. Jeść tego dnia nie mogłem i raczej nie miałem ochoty.

Chyba na wieczornej wizycie (albo to już było następnego dnia) jeden lekarz (ale nie ordynator, który mnie operował) powiedział mi, że wycięli mi bardzo dużo, bo sprawa była poważna i miałem dysk całkiem wypadnięty, do kanału kręgowego, czy jakoś tak.

Po operacji

Po operacji nie czułem już potrzeby brania środków przeciwbólowych. Najpierw myślałem, że dostałem coś rutynowo po zabiegu, ale podobno nie.

Jednego wieczora pielęgniarka tak mnie dopytywała, czy na pewno niczego nie chcę, że dałem się skusić na kroplówkę, ale nie sądzę żeby była potrzebna. Rano dostałem, chyba z rozpędu, te tabletki, które miałem zapisane przed operacją. Potem, na wizycie, lekarz stwierdził, żeby mi tego już nie dawać, tylko coś w razie bólu, doraźnie.

Kolejnego wieczoru, gdy inna pielęgniarka rozdawała dobroci, stwierdziłem a co mi tam, może lepiej wziąć coś, jakby miało zaboleć w nocy. Tabletki nie chciałem, coby dalej żołądka nie męczyć, ale opcji kroplówki do wyboru tym razem nie dostałem. Dostałem za to zastrzyk z Ketonalu w dupę i przypomniałem sobie co to ból. ;-) Już więcej nic przeciwbólowego nie brałem (no, może poza jedną tabletką pyralginy, na ból głowy, która i tak nie zadziałała).

Przez pierwsze trzy dni nie mogłem się ruszać z łóżka. Fajnie, że koledzy zawsze pomogli, jak trzeba było mi coś podać itp. Leżeć mogłem tylko na boku, a przewracać musiałem się przez brzuch. Na początku to była ciężka gimnastyka, potem nabrałem wprawy. Od leżenia na boku bolało ramię i biodro (i to właśnie były główne dolegliwości bólowe po operacji), więc co jakiś czas trzeba było się przewracać.

Integrowałem się z drobiem szpitalnym, do mycia dostawałem miskę. Ale marzyłem o wizycie w łazience. Gdy potrzeba mocno przyciskała, poprosiłem o basen, ale ostatecznie nie udało mi się z niego skorzystać. Nie łatwo srać do basenu leżąc na boku...

Po operacji czułem się całkiem nieźle i, jak pisałem, na ból kręgosłupa i nogi nie narzekałem. Ale jednak było to obciążenie dla organizmu, to się objawiało zmęczeniem, szczególnie drugiego dnia po operacji. Byłem po prostu potwornie zmęczony.

Gdy na wizycie pojawił się ordynator, powiedział tylko, że dysk miałem w takim stanie, że by mi nawet święcona woda nie pomogła. Jak rozumiem oznaczało to, że operacja była konieczna i bardzo dobrze, że się szybko zdecydowałem.

Trzeciego dnia po operacji przyszła rehabilitantka, żeby mnie sadzać. Pokazała jak mam siadać na łóżku i jak się z powrotem kłaść. Właściwie to już to znałem – przy moich bólach zdążyłem to już opanować. Miałem sobie tak parę razy dziennie ćwiczyć, a następnego dnia miałem być stawiany i zacząć chodzić.

Czwartego dnia nie mogłem się więc doczekać wizyty rehabilitantki. Gdy się pojawiła przywiozła mi balkonik, taki śmieszny, toporny chodzik. Kazała usiąść, potem powiedziała jak stać i kazała się przejść z tym chodzikiem. Szło to opornie, ale szło. Wyszliśmy kawałek na korytarz i z powrotem do sali. Ćwiczenie zaliczone, ale ja stwierdziłem, że się nie kładę, tylko idę do kibelka... gdy wracałem, to byłem chyba najszczęśliwszym człowiekiem na oddziale. ;-)

Przez te pierwsze kilka dni (trzy, czy cztery) po operacji dostawałem jeszcze antybiotyk w kroplówce, profilaktycznie podobno.

Wciągu kolejnych dni odzyskiwałem sprawność. Coraz lepiej szło mi chodzenie i w końcu mogłem odstawić chodzik. Tak od soboty zaczynałem myśleć tylko o tym, żeby wyjść. Ale oczywiście nie było wiadomo jak i kiedy...

W niedzielę (20.01) dorwałem ordynatora, i dowiedziałem się, że zdejmą mi szwy i wypuszczą. No i w poniedziałek zdjęli... połowę szwów. We wtorek znowu o sobie przypomniałem, No to zdejmujemy resztę i wypisujemy. Niesłusznie założyłem, że to oznacza tego samego dnia. Ale w końcu, w środę (przedwczoraj) mnie wypuścili. :-) Musiałem jeszcze trochę pokombinować, żeby ubranie odzyskać (bajzlu tam trochę mają), ale się udało. Tato zawiózł mnie do domku, gdzie już żonka czekała.

Współpacjenci

Gdy tylko pierwszy raz pojawiłem się na sali, to rzucił mi się w oczy jeden pacjent. Duży, łysy, z brodą i wielkimi tatuażami. Do tego w pidżamie, co wyglądała jak więzienne mundurki na amerykańskich filmach... strach się bać... Nie dziwne, że to on rządził pilotem od telewizora ;-) A tak serio mówiąc, to poza pierwszym wrażeniem raczej wydał się przyzwoitym i łagodnym człowiekiem.

Miał pecha, bo jak już był przygotowywany do operacji, okazało się, że jakiś cewników brakuje i musieli zabieg odwołać. A on poszedł na przepustkę, na czas nie określony...

I on chyba jeden, poza mną, mówił po polsku, a nie po śląsku. Reszta towarzystwa godała, a do tego jak słuchali radia, to Radia Piekary... gdzie nawet wiadomości bywały po śląsku. Oczywiście praktycznie wszystko rozumiałem. Ale część słów była dla mnie obca. W każdym razie, ze względu na używaną gwarę, panował specyficzny klimat.

Był tam dziadek, z guzem mózgu (i płuc, z rakiem właściwie), którego zdecydowano się nie operować – operacja trwałaby wiele godzin i pacjent prawdopodobnie by się po niej nie obudził. Leżał z on z nami przez jakiś czas, dostawał leki na rozpuszczenie tego guza. W końcu załatwiono mu naświetlanie w Gliwicach od końca miesiąca i wyszedł do domu.

Było dwóch panów czekających na operację kręgosłupa, ale z na tyle skomplikowaną sytuacją (jeden miał rozrusznik serca, drugi już sporo tytanu w kręgosłupie), że lekarze długo nie mogli się zdecydować czy, kiedy i jak operować. Gdy wychodziłem jeszcze nie znali terminu zabiegu, ale jednego już zapewniono, że już niedługo.

Tego dnia co ja był operowany jeden pan, który był na tym oddziale już po raz drugi. Po poprzedniej operacji niestety musiał wrócić, bo wyszły jakieś komplikacje i jego stan się pogorszył. Przez to, że to druga operacja, to musiał leżeć dużo dłużej niż ja. Ale mimo to to bardzo wesoły człowiek, ciągle świntuszył i zaczepiał wszelki żeński personel oddziału. Wszystko w na tyle sympatyczny sposób, że był najwyraźniej jednym z ulubionych pacjentów.

Gdy ja byłem operowany przyjechał o dwa lata młodszy pacjent, z dwoma wypadniętymi dyskami. Był operowany trzy dni po mnie. Operacja trwała nieco dłużej niż moja i, niestety, efekt nie był tak wspaniały. Kolega po operacji długo zwijał się z bólu i musiał dostawać mocne leki, które działały najwyżej parę godzin. Dopiero w ostatni wtorek dostał coś co mu skuteczniej pomagało, ale czeka go kolejny rezonans magnetyczny. Oby nie musiał być znowu operowany...

Widząc jak on cierpi i słysząc historię innych kolegów przekonałem się, że mnie ta choroba potraktowała jeszcze całkiem łagodnie. W końcu mnie nigdy nogi nie zablokowało, nie miałem problemów z sikaniem, nie traciłem przytomności, ani nie potrzebowałem narkotycznych leków... I miejmy nadzieję, że w przyszłości też mnie nic takiego nie czeka.

Podsumowanie

Mimo, że w szpitalu panował lekki chaos, a miejscami było widać finansowe braki (chociażby stan łóżek i materaców), to z pobytu jestem bardzo zadowolony. Opieka fachowa i miła, jedzenie dobre, towarzystwo sympatyczne, warunki zadowalające. Cieszę się, że zdecydowałem się na zabieg, bo poprawę było widać praktycznie od razu. Pełen powrót do zdrowia potrwa jeszcze parę miesięcy, ale przynajmniej już żadnych prochów łykać nie muszę i z każdym dniem jest coraz lepiej, a nie coraz gorzej.

21 komentarzy do wpisu „ Z pamiętnika hipochondryka”


Z pamiętnika hipochondryka

Od czwartku leżę w szpitalu. W południe zjadłem ostatni posiłek przed zabiegiem. Jutro operacja. Pozostaje mi czekanie...

Na opiekę tu nie mogę narzekać. Śniadania i kolacje może skromne, ale obiady solidne, wiec nawet szpitalne żarcie co najmniej wystarczające.

Mam nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze i jutro o tej porze będzie już dawno po wszystkim.

37 komentarzy do wpisu „Z pamiętnika hipochondryka ”


O krojeniu coś więcej

Niektórych pewnie interesuje co to właściwie jest za zabieg, na który się decyduję. Sam chciałem jeszcze poczytać na ten temat i znalazłem parę artykułów zawierających mniej-więcej to, co mi wczoraj neurochirurg powiedział. Artykuły raczej po angielsku, po polsku nic takiego o mikrodyskektomi nie znalazłem. Z artykułów które przejrzałem najciekawszy wydaje się Lumbar Microdiscectomy z serwisu eSpine, który zawiera prawie dokładnie to, co wczoraj przedstawił mi lekarz. Polecam wszystkim zainteresowanym. Są tam też obrazki ;-)

16 komentarzy do wpisu „ O krojeniu coś więcej”