31 grudnia 2005
17:27:54
|
kategorie:
zdjęcia,
No to teraz będą obrazki...
Tak wyglądają, u nas pod blokiem, samochody, które wczoraj nigdzie nie
jeździły:
A tak wygląda nasze autko (na szczęście wczoraj już było odkopywane):
Gdybym wczoraj nie jechał, to miałbym zabawę jak ten pan:
... z dwadzieścia minut później:
Tak wyglądał wyjazd z naszego osiedla na ważną ulicę:
...tak jakaś uliczka uliczka:
Dzieci bawią się w śniegu teraz:
... a inni robią zapasy na później: ;-)
Część zdjęć obrobiona GIMPem, część nie. A ten ImageShack okazał się
pierońsko niewygodny w użyciu, w szczególności w połączeniu z Firefoksem,
Gnome Terminalem i VIMem. Chyba własny hosting na Tropku lepszy... tyle że
dłuuugo by się to potem ludziom wczytywało...
30 grudnia 2005
20:58:31
|
kategorie:
praca,
samochód,
życie,
Wczoraj zapowiadali, że będzie padał śnieg i na drogach będą ciężkie
warunki. Więc rano wstałem wcześniej, bo dodatkowo jeszcze był czas zatankować.
Wyszedłem o 7:15 (normalnie po 7:30 starcza). Śnieżek padał, ale nie wyglądało
tragicznie. Samochód trochę przysypany, droga osiedlowa też, ale nic
strasznego. Mimo to wiedziałem, że się spóźnię (odśnieżanie samochodu
i tankowanie jednak trochę trwa). Z osiedla wyjechałem bez problemu, przez
miasto do stacji, po białych drogach, też. Na stacji niestety długo czekałem na
obsługę (gazu niestety nie można samemu sobie nalać), potem w kolejce do kasy.
Gdy wróciłem do samochodu, okazało się, że do jazdy się za bardzo nie nadaje
– tak zasypało szyby. Zadaszenie dystrybutorów nie pomogło, bo śnieg
padał w poziomie
. Kolejne odśnieżanie i powolutku do pracy. Tam na
zaśnieżonym parkingu też sobie poradziłem, a ostatecznie spóźniony byłem jakieś
10 minut. Zima jak zima...
W pracy zapiernicz, bo w tym tygodniu jestem jedynym adminem. Wyszedłem pół
godzinki później niż zwykle z powodu ilości pracy i z powodu małego firmowego
spotkanka sylwestrowego
. Żonka zapowiedzianym opóźnieniem nie była
zachwycona, bo liczyła, że zrobię zakupy. To zrobiłem jeszcze pod firmą.
Z zakupami mogłem już wracać...
Samochód cały w śniegu. Z 30cm na dachu i przedniej szybie, z dwa razy tyle
wokół auta. Przednich kół prawie nie było widać. Wcześniej widziałem jak inni
się mordowali ze swoimi samochodami. No cóż, trzeba było odśnieżyć i to tak,
żeby sobie nie zasypać drogi wyjazdu. Zresztą tę drogę też trzeba było sobie
przygotować. Na szczęście sypki śnieg łatwo było odgarnąć drogą.
Ciężko się jechało tymi małymi uliczkami przy parkingu. Pojechałem odrobinę
naokoło, żeby szybciej dojechać do główniejszej
ulicy... Ale na
główniejszej
nie było dużo lepiej. Może śnieg odrobinę bardziej ubity,
ale wciąż ciężko. Na jeszcze główniejszej
podobnie, ale już się
przynajmniej nie grzęzło w śniegu. W śnieżnych koleinach się jechało nawet
nieźle, z pewnym poczuciem bezpieczeństwa, bo nawet jak trochę odrzuciło na
bok, to samochód wracał na miejsce. Gorzej jakby się chciał z kolein wyjechać.
Dojechałem na najgłówniejszą
– DK-88. Tam i lepiej i gorzej.
Gorzej, bo ogólnie śniegu nie mniej niż na miejskich ulicach i nie ujeżdżony na
całej szerokości, lepiej bo mniejszy ruch i proste, wyjeżdżone koleiny.
Z ciekawostek po drodze to spotkałem grupę wariatów, co sobie spacerowali taką
koleiną (a co będą szli po kolana w śniegu poboczem, albo jakimś chodnikiem).
W ciemnych kurtkach i zdawali się nie rozumieć czemu na nich trąbie. Niby
koleina szeroka i mieli miejsce (minąłem ich prawym lusterkiem o parę cm), ale
przecież w każdej chwili mogło mi odbić samochód w bok, hamowanie nie miało
sensu, a ominąć ich bardziej byłoby ciężko, bo jak wyjechać z takich kolein?
No i ich widać prawie nie było, bo w ciemnych kurtkach... ludzie czasem nie
myślą... a potem krzyże przy drogach i płacz rodzin...
Pogoda nie służyła też mojej wycieraczce (jedna na przedniej szybie
genialny
wynalazek w Uno) – gumka się trochę przesunęła, potem
wygięła i miejscami zalepiła śniegiem. Będąc jakieś 500m od domu (10 minut
w korku) miałem widoczność tylko przez 2cm pasek przedniej szyby. Nie było
sensu nic tym zrobić, bo nie stanę na środku drogi, a po zjeździe na pobocze
już bym do ruchu się nie włączył (co jakiś czas mijałem takie zakopane
samochody na awaryjnych). Jakoś dojechałem do wjazdu na osiedle...
Na tym wjeździe (200m od domu?) zaczęła się zabawa. Kopny śnieg i samochód
nie bardzo chciał w tym jechać. Czyli: do przodu parę metrów, metr do tyłu,
rozpęd, do przodu, parę metrów do tyłu itd. W pewnym miejscu i to się nie
sprawdzało, to musiałem wysiąść (przy okazji poprawiłem wycieraczkę) i odgarnąć
trochę śniegu, a potem znowu to samo. W końcu podjechałem pod blok. Mieszkam na
drugim końcu tego bloku, ale tam już wjeżdżać nie chciałem – ta uliczka
(nieciekawa i latem) wyglądała wyjątkowo niezachęcająco, a pod żywopłotem było
trochę miejsca... i góra śniegu.
W akcie rozpaczy zadzwoniłem do żony. Stanęło na tym, że rzuciła mi
dupoślizg
(lepsze do kopania niż ręce i nogi) i klucze do garażu wujka.
Liczyliśmy na łopatę w garażu, jednak z odpowiednich narzędzi znalazłem tam
jedynie kawałek deski... Tym kawałkiem deski zaczynałem odśnieżać drogę przed
samochodem i upatrzone miejsce pod żywopłotem. Po jakimś czasie pojawiła się
żonka z Paskudą i kolejnymi narzędziami do zjeżdżania. Żonka pomogła mi
w odgarnianiu śniegu, takim dużym plastikowym talerzem
. W końcu
zaparkowałem pod tym żywopłotem. Jednak uznaliśmy, że zostało za mało miejsca
dla desperatów, którzy chcieli by wjechać dalej, albo wyjechać z garaży. Jednak
za którymś podejściem udało się ustawić samochód w miarę sensownie. Uff... ciężko było.
Potem chwilka zabawy z dzieckiem na górce (jak już wyszła na dwór, to niech ma coś z tego)
i można było wrócić do domku. Ostatecznie na obiad dotarłem właściwie w porze kolacyjnej.
Ale warto było, bo rybka była pyszna.
A jutro sylwester... jesteśmy zaproszeni na imprezę w Zabrzu... ciekawe jak
tam dojedziemy. Jeśli dalej będzie tak padać, to ciężko będzie wyjechać.
Jedyna nadzieja w desperatach, którzy będą chcieli ze swoich garaży wyjechać
– wtedy i wyjazd dla mojego autka przy okazji mi odśnieżą.
No i szkoda, że nie miałem ze sobą aparatu. Ciekawe ilustracje do wpisu
mógłbym wrzucić.
26 grudnia 2005
20:15:44
|
kategorie:
cjc,
pyxmpp,
Ufff... wydałem CJC 1.0.0 i PyXMPP 1.0.0. Nie znoszę wydawać
nowych wersji! Nie dość, że wypada najpierw wszystko doprowadzić do porządku,
to jeszcze trzeba się wysilić na jakieś announcement
do JabberStudio
itp. A jeszcze JabberStudio jest spieprzone i np. nie przyjmuje wersji
1.0.0
, więc nowe pliki oznaczone są jako wersja 0.1
.
pyxmpp-1.0.0.tar.gz jest w serwisie umieszczony dwa razy —
myślałem, że się po prostu pomyliłem i jak go wpiszę od nowa (edycja
poprzedniego wpisu nie pomagała), to zadziała. Nie zadziałało, a już wydanego
pliku skasować nie można... super. I jeszcze mnie czeka jakieś ogłoszenie na
listy... wrrr... Wręcz się kodować odechciewa.
Numer wersji 1.0.0 nie oznacza wcale, że to nagle jakieś super stabilne
oprogramowanie. Po prostu uznałem, że nie będę latami ciągnął numeracji
ułamkowej
. Poprzednie wersje (0.5) zostały wydane ponad rok temu, mają
straszne braki i nie działają z nowym Pythonem i libxml2. Ale ludzi wciąż to
ściągali, bo nowszego oficjalnego
wydania nie było. No to już jest.
Pewnie od jutra (dzisiaj nie, bo dzisiaj miałbym jeszcze czas coś poprawić)
sypną się bugreporty... pewnie pełno jest paskudnych błędów, które tylko
u mnie jakimś trafem się nie objawiły. Poprawi się w wersji 1.0.1... tylko
kiedy będę miał czas ją wydać? Na Wielkanoc? ;-)
Ech... coś niezbyt optymistycznie mi to ogłoszenie wyszło...
25 grudnia 2005
15:27:06
|
kategorie:
rodzinka,
zdjęcia,
Znajdź młodszą królewnę, ewentualnie zwierzaczka
na poniższym
obrazku. ;-)
To oczywiście rezultat testowania jednego z prezentów znalezionych pod
choinką. Swoją drogą, klocki Lego też są super!... ;-)
24 grudnia 2005
22:06:25
|
kategorie:
rodzinka,
życie,
Chyba mnie teściowie uważają za totalnego ciemniaka, potrzebującego
oświecenia. Dostałem od nich pod choinkę 3 żarówki energooszczędne.
;-)
15 grudnia 2005
20:10:08
|
kategorie:
konie,
praca,
wypoczynek,
Wczoraj i przedwczoraj realizowałem głównie punkt pierwszy mojego planu
urlopowego. Poza tym przed południem zajmowałem się dzieckiem, a wieczorem
dłubałem coś dla Holendra. Więc nie było o czym pisać.
Dzisiaj natomiast, wróciłem do punktu drugiego. Tym razem wybrałem się na
konie (tak, już nie tylko Ika będzie
przynudzać). Na miejscu instruktor stwierdził Pan jest jeżdżący, więc można
Panu dać Dakara. Bo Pani się boi.
. Ja na konia wsiadałem po raz trzeci
(właściwie to miała być druga pełnowymiarowa jazda), a Pani nie dość, że jeździ
ode mnie dużo dłużej, to i sporo lepiej. Ja się jednak nie broniłem, żonka
o Dakarze mówiła dużo dobrego. Głównie to, że chodzi bardzo chętnie i sam rwie
się do galopu. Ja się nie rwę, ale uznałem, że jakoś konia zatrzymam...
najwyżej zlecę.
Instruktor pomógł mi osiodłać konia, wpuścił na ujeżdżalnie i pozwolił
jeździć. Na początku z 10 minut stępem, co nie było proste, bo Dakar każdy mój
ruch w siodle traktował jako sygnał do kłusu, więc parę razy musiałem go
wstrzymywać. W końcu przyszedł i czas na kłus. Koń ruszył chętnie... i jak się
rozpędził, to dopiero poczułem jak fajnie jest jeździć konno. Poprzedni kłus na
Bohunie to nie było to. Dzisiaj też czułem, że jazda kłusem za Bohunem, to dla
Dakara powolny spacerek. Kilka razy Dakar ruszył galopem szczególnie, gdy
galopowały inne konie. Nie pozwalałem jednak długo cieszyć się mu tą
przyjemnością. Dla mnie to chyba jednak trochę za wcześnie. Chociaż... jakoś
nie czułem, żebym miał w tym galopie spadać.
W sumie jeździłem jakieś 1.5h (płaciłem za godzinę). Skończyłem gdy już
siedzenie mocno protestowało, a koń ze mną robił już co chciał. I nawet bardzo
obolały po tym nie jestem, co więcej po jeździe mnie energia rozpierała, aż
chciałem żonie te okna umyć ;-). Może rzeczywiście się nauczę
jeździć konno...
A teraz coś z zupełnie innej beczki – Holender wysłał do mnie dwie
paczki ze sprzętem. Jedna podobno jeszcze w Holandii, a druga już wczoraj była
na miejscu, tyle że mnie nie zastała, informacji żadnej nikt mi nie zostawił.
Dzisiaj niby znowu krąży (pewnie też mnie nie zastali). Próbowałem dodzwonić
się do firmy kurierskiej, ale tylko posłuchałem sobie muzyczki. Może jutro
przed południem się uda i jakoś tę przesyłkę upoluję.
Update: paczka dotarła, jeszcze dzisiaj, przed 21:00. :-)