Pogoda w rosterze…

  • [away] Uff, jak gorąco!
  • [xa] @home - uff jak gorąco
  • [away] pzebrzydle lato, dajcie mi zime, albo chociaz deszczowa jesien
  • [away] prażę się
  • [online] ... 303.15 K indoors ... uff ... hot ...

Tylko jeden się wybija:

  • [xa] Siedzę na balkonie, na słoneczku. W domu jakoś chłodno.

A ja w pewnej chwili stwierdziłem, że mam ochotę sobie puścić chłodną muzykę…
Puściłem cacy cacy fleischmaschine Świetlików. To jest chłodne?

Chyba jestem niedopasowany do potrzeb rynku…

Okazało się, że jest gdzieś robota (jednorazowa, krótkoterminowa) dla admina.
Ktoś polecił mnie i dzisiaj dostałem majla od zleceniodawcy. A w nim trzy
pytania:

  • are you familiar with Debian?
  • are you familiar with Gentoo?
  • are you a perl guru?

Moja odpowiedź, to oczywiście trzy razy nie. No cóż… może innym
razem… ;-)

Żegnajcie Tabbrowser Extensions i Adblock

Żona się skarżyła, że na laptopie jej się Firefox na niektórych stronach
(w szczególności na stronach MBanku)
wysypuje. Już wcześniej miała problemy z obrazkami na Allegro, które to
problemy rozwiązywało wyłączenie Tabbrowser Extensions. Okazało się, że po
wyłączeniu TBE Firefox już się nie wykłada. Fajnie… Tyle, że po pierwsze
— przeglądarka nie powinna się wysypywać (SIGSEGV) z powodu błędnego
rozszerzenia (XUL/JavaScript/CSS), a po drugie standardowa obsługa zakładek
w Firefoksie IMHO i IMWHO nie nadaje się do użytku…

Problem nie występował na naszym dużym komputerze. Ale tutaj dawno
nie uaktualnialiśmy Tabbrowser Extensions. Uaktualnień trochę się bałem, bo
kolejne wersje to snapshoty, o których autor pisze, że u niego działa, a jak
u kogoś nie, to go nie obchodzi. Póki działa ok, ale nigdy nie wiadomo kiedy
się spieprzy. Dla pewności, czy to nowa wersja TBE psuła Firefoksa zrobiłem
upgrade… i u mnie też zaczęło się wysypywać. Postanowiłem więc poszukać
alternatywy. Tab
Mix
wyglądało zachęcająco, więc zainstalowałem. Zaraz po instalacji
rozszerzenia (i oczywiście po restarcie przeglądarki, wrrrr…) Firefox
zaczął się zachowywać w miarę normalnie (w porównaniu do Firefoksa bez żadnych
zakładkowych ulepszeń). Większość rzeczy działała tak, jak je sobie wcześniej
w TBE konfigurowałem. Po zmianie kilku opcji (w przejrzystym okienku, a nie
potworze z milionami ustawień, jak w TBE) właściwie mam wszystko co potrzeba.
Jeszcze sobie tylko Session
Saver
a zainstalowałem i mam wszystko do czego było mi Tabbrowser
Extensions potrzebne. Przy okazji zobaczyłem jaki Firefox może być szybki.
Nie sądziłem, że tamto paskudztwo mogło aż tak spowalniać przeglądarkę.

Jak już zakładki działały, to dla pewności sprawdziłem stronę MBanku.
I znowu się wysypało… No to wyłączyłem wszystkie stare rozszerzenia…
przestało się wywalać. Metodą eliminacji znalazłem winnego (bo wina
jest oczywiście po stronie samego Firefoksa) — Adblock. Wersja ta sama
co na addons.mozilla.org, więc upgrade odpada. Najwyraźniej Adblock plus
jakiekolwiek sensowne zarządzanie zakładkami powoduje problemy (usuwanie
obrazków z okienka, które właśnie zostało zamienione na zakładkę?). Adblock
tak bardzo do szczęścia potrzebny mi nie jest (największe syfy Flashblock
blokuje), więc się go pozbyłem. Wygląda na to, że teraz Firefox działa jak
należy… ciekawe jak długo…

Wnioski są takie: Firefox to paskudny gniot (ale to chyba wszyscy
wiedzą), ale można sobie z nim poradzić. Dla mnie to wystarczy.

P.S. Mam wrażenie, że z tego wpisu też straszny gniot mi wyszedł… 😉

Dałem się pociąć…

Parę miesięcy temu pojawiła mi się pewna wypukłość koło ucha. Nie bolała, ale
denerwowała. Parę tygodni temu poszedłem z tym (między innymi) do dermatologa.
Lekarka uznała, że to tylko chirurgicznie usunąć można i dała mi skierowanie
do chirurga. W zeszły tygodniu poszedłem do tego chirurga —
państwowo i wyobraźcie sobie, że zapisano mnie na godzinę a jak
przyszedłem nic nie musiałem czekac w kolejce. Chirurg obejrzał, pomacał
i stwierdził: Kaszaczek. Do usunięcia. Powiedział to tak, jakby miało
mnie to zaskoczyć, abo co. A przecież w celu tego usunięcia tam przyszedłem.
Powiedział, że w poniedziałek mam się zgłosić na zabieg i tyle było wizyty.

Dzisiaj się więc zgłosiłem. Pani kazała mi się położyć na stole,
wycelowała we mnie lampę i przemyła kaszaczka. Przyszedł chirurg, nie
żałował sobie alkoholu, nawet stwierdził bez gorzały dzisiejsza medycyna
nie funkcjonuje
. Na szczęście nie stosował tego doustnie, ale do
przemywania miejsca operacji. Jeszcze strofował asystentkę, że za słabo
polewa. W końcu wyciął co było do wycięcia i zaszył. Nic nie czułem poza
ukłuciem igły ze znieczuleniem i potem lekkimi pociągnięciami
i przyciśnięciami. Za to bardzo dobrze słyszałem np. pieniącą się wodę
utlenioną — w końcu cięli mnie zaraz obok ucha.

W środę mam się zgłosić do zmiany opatrunku (opatrunek ==
zwykły plaster, w tym przypadku), a w przyszły poniedziałek do zdjęcia szwów.
Miałem się też zaopatrzyć w środki przeciwbólowe, bo w końcu mam dziurę
w policzku i może boleć. Rzeczywiście, tak godzinę po zabiegu, trochę bolało.
Łyknąłem dwa Ibupromy i jak na razie jest dobrze. W porównaniu do usuwania ósemki taka
operacja to sama przyjemność. ;-)

Niestety poza wizytą u chirurga nie jest dzisiaj tak miło. Okazało się
znowu, że jestem paskudnym mężem i znowu zostałem skutecznie zdołowany.
:-( Aby się trochę pozbierać poszedłem na miasto… powłóczyłem
się po centrum, w kawiarence zjadłem sobie deser Sułtański z gałką lodów
czekoladowych, poszwędałem się na peronach na dworcu, kupiłem tabliczkę
czekolady (60% kakao, mniam) i zacząłem dalej się włóczyć w kierunku domu. Jak
byłem prawie na miejscu, to deszcz mnie zagonił do najbliższej bramy. Brama
prowadziła do knajpy. Knajpa (4art przy Wieczorka w Gliwicach) okazała się
całkiem sympatyczna. Z głośników leciał blues. Kupiłem więc sobie kolę
z cytrynką (albo mam wrażenie, albo barman nie potraktował mnie całkiem
poważeni) i usiadłem. Sączyłem sobie tę kolę, przegryzałem resztkami czekolady
i słuchałem bluesa. Chyba lubię bluesa…

W końcu wróciłem do domu, już trochę uspokojony (oaza spokoju, jeśli
wiecie o co mi chodzi ;-)), a życie musi potoczyć się
dalej…

Masakra…

Narzędzia: śrubokręt, młotek, brzeszczot, siekiera i słomka.

  1. Wydłubujemy mu oczy śrubokrętem.
  2. W jedną tak zrobioną dziurę wbijamy słomkę i wydmuchujemy przez nią płynną
    zawartość.
  3. Robimy nacięcie brzeszczotem, mniej-więcej w środku obiektu.
  4. W nacięcie wkładamy ostrze siekiery, a drugą jej stronę uderzamy
    młotkiem.
  5. Gotowe! Teraz już można wyjadać smakowity miąższ.

To oczywiście wypróbowana metoda otwierania orzecha kokosowego.
:-) Właściwie, to zmodyfikowana wypróbowana metoda — słomki
użyłem po raz pierwszy, ale dzięki temu szybciej udało mi się zakończyć
operację.

I jeśli ktoś zna jakiś znacznie prostszy sposób, to nie jestem pewien czy
chcę go znać… teraz to taka fajna zabawa… ;-)

Przeprowadzka, windrukarki i Jellonek…

Mieliśmy teraz w firmie kilka ciężkich dni. Totalne przemeblowanie
i przeprowadzki. W poniedziałek wyrzucono nas, administratorów, z naszego
starego pokoju do zapchanej różnymi manelami (kartony, stare mebla itp.) sali
konferencyjnej, w której zresztą od paru dni koczowali już programiści.
Opuszczone pokoje były w tym czasie malowane.

We wtorek niewiele poadministrowałem, ani nie pobyczyłem się przed
komputerem. Trzeba było znosić meble, przestawiać je, skręcać sobie krzesło
itp. Dowiedziałem się też, że mam wyznaczyć jednego podwładnego do pomalowania
kaloryfera. Zleciliśmy to zadanie, jak zwykle, serwisantowi za piwo.
Jednak serwisant został przegoniony pod hasłem każdy zajmuje się swoim
pokojem
. Więc kaloryfer musiał poczekać do środy.

W środę już praktycznie w ogóle do komputera nie siadłem. Robiliśmy w nowym
pokoju instalację — korytka kablowe dookoła pokoju i spod ściany do
biurek. Było odgórne polecenie, że żadnych kabli nie ma być widać (przypominam:
mowa o pokoju administratorów), to prawie ich nie widać. Switch (bo oczywiście
są tam tylko trzy gniazdka Ethernet normalnie z serwerowni pociągnięte)
i główna listwa zasilająca są w widocznym miejscu na ścianie, więc siłą
rzeczy część kabli jest na widoku.

Dzisiaj dokończyliśmy instalację i się wprowadziliśmy do nowego biura.
Swoje manele zbierałem po różnych pokojach. W szczególności szukać musiałem
swojej herbatki, naczyń i przypraw (każde wylądowało gdzie indziej). W wyniku
zamieszania zyskaliśmy jeden aparat telefoniczny, a straciliśmy drukarkę…

Strata drukarki naprawdę boli. Nie drukuję często, ale czasem trzeba. A to
była jedyna nie-win-drukarka w firmie. Gdy była podłączona do mojego kompa, to
wszyscy linuksiarze w firmie na niej drukowali, a i część użytkowników Windows
(lepiej działała u mnie przez sambę, niż inne serwowane z Windowsów). Teraz ta
drukarka wylądowała u księgowej, nie ma szans jej stamtąd wyciągnąć, ani nawet
żeby była z tamdąd udostępniona w sieci. Ewentualnie będzie trzeba spróbować
powalczyć z którymś z badziewi. Super kombajn znanej marki Develop (podobno
nawet autoryzowany serwis nie wie co to za cudo) niby umie PCLa, ale na każdego
posłanego PCLa reaguje wypluwając setki kartek zadrukowanych śmieciami. Za to
przyjmuje takie zlecenie prawie każdym protokołem, czy to SMB, czy IPP, czy
jeszcze co innego. Jest jeszcze kombajnik Xeroxa (jakieś najtańsze badziewie na
rynku), ale do niego nawet LinuxPrinting.org nie nastawia
optymistycznie. No cóż… skończy się pewnie znowu na podsyłaniu PDFów majlem do sekretariatu…

A teraz coś z innej beczki. Wczoraj, gdy wymęczony po pracy siadłem sobie
wreszcie do komputera, bez ochoty na robienie czegokolwiek poważnego, dopadł
mnie Jellonek. Jakaś dziubdziusia z WP. Dałem autoryzację i zapomniałem.
Przez pół godziny dziubdziusia się dobijała, zanim zajrzałem w odpowiednie
okienko. Dziwne — wyjątkowo wytrwały jellonek. Dziubdzisia okazała się
też bardzo sympatyczna (i nie tylko dlatego, że chciała mnie do kina zaprosić
;-)) i zadziwiająco (jak na jellonka) inteligentna — sama
sobie hasło jellonek wygooglała. Wyjaśniłem jej czemu zaczepianie obcych
jest złe i, że się wcale nie gniewam, a przy okazji bardzo miło sobie
porozmawialiśmy. Byłem zaskoczony jakie fajne znajomości można w ten sposób
zawrzeć…

…aż się okazało, że to żona
podpuszczona przez ajota sobie ze mnie
jaja robi. Wrrr… siedziała obok przy swoim laptopie, chichrała się, a ja się
nie połapałem… tak się dałem zrobić… ech…

Integracji ciąg dalszy…

Jak wiadomo, na każdy wyjazd człowiek musi czegoś zapomnieć. Czego ja
zapomniałem dowiedziałem się podczas porannej toalety. Najpierw, że nie
wziąłem dezodorantu (przed wyjściem z domu wyjąłem go jeszcze tylko na
chwilkę
z kosmetyczki i tak najwyraźniej został), potem, gdy już miałem
piankę na twarzy, że brakuje też maszynki do golenia. W recepcji dowiedziałem
się gdzie jest sklep i kupiłem brakujące artykuły (takie jakie akurat były w
tym wiejskim sklepiku). Nie, bez pianki na twarzy ;-)

Zdążyłem dotrzeć na śniadanie w miarę na czas, kolega z pokoju się
trochę spóźnił, bo wcześniej wyszedł na spacer i trochę za daleko w las
poszedł. Przy śniadaniu zaraz obgadano moją koszulkę z pingwinem — szef
był w podobnej, tyle, że z logo Microsoft Windows.

Po śniadaniu wsadzono nas do autobusu i pojechaliśmy na wycieczkę.
Najpierw godzina jazdy do ruin zamku ogrodzieńskiego na Podzamczu. Tam
zwiedzanie zamku, potem pół godziny autobusem na Pustynię, Błędowską
oczywiście. Później kolejne dwie ruiny zamków, jeden w odbudowie, jakiś
klasztor i pustelnia (ale mi to atrakcja). Do hotelu na obiad dotarliśmy po
17-tej (według wcześniejszego planu miało być o 14-tej). Wszyscy mieli dosyć,
a podobno jutro czekają nas podobne atrakcje… Zresztą, jedną z dzisiejszych
atrakcji był przewodnik. Straszny gaduła, a gdy odjeżdżaliśmy z Pustyni, to
jeszcze nam w autobusie śpiewał — Hej sokoły.

Obiadu też nie podali nam od razu, a jak już podawali to powoli, chyba
brali nas na przetrzymanie. W tym czasie na dole zaczynało się jakieś wesele.
Weselnicy chyba nawet zjedli nam lody, bo miały być po obiedzie, a nie było.
Na terenie hotelu upchnięto dzisiaj trzy imprezy. Jedno wesele, chyba większe
niż możliwości hotelu, bo tańce odbywały się także w pomieszczeniu przed
recepcją, a stoły z żarciem stały nawet na korytarzach. Poza weselem dwie
grupy przy ogniskach (w tym nasza). Ognisko full-wypas z żarciem,
piciem i DJem. Taki DJ to potrafi człowieka do ogniska zniechęcić… ciągle
tylko jakiś polski hip-hop itp. badziewie. Poza tym cały czas czułem, że nie
całkiem tam pasuję, bo wszyscy się raczej w parach zintegrowali. Więc zjadłem
co było dobrego (mam nadzieję, że bigosu tym razem ciężko nie odchoruję) i
zacząłem się włóczyć po okolicy. Raz mnie z lasu wyciągnęło hasło
zapraszamy na karkówkę, potem obszedłem tutejszy staw — Amerikan.
Fajnie się tak chodzi nocą po lesie.

W końcu łażenia miałem dość, a przy tym ognisku wysiedzieć nie byłem w
stanie (z wyżej opisanych powodów). Więc wróciłem sobie do pokoiku, włączyłem
laptopa, komórkę z GPRS i koncert 1.2.3… w TV do zagłuszania dźwięków zza
okna. No i tak sobie Jabberuję i Joggeruję — zintegrowałem się z firmą,
że hej! ;-) Ale może jeszcze na to ognisko zajrzę…

Upijam się Mirindą, na smutno…

Dzisiaj wyjechaliśmy na imprezę integracyjną z okazji 10-lecia firmy.
Dwanaście par i dwóch samotnych adminów (moja żona została w domu z
dzieckiem)… a ja myślałem że mogę się źle czuć na Pingwinariach, gdzie na
stu facetów było tylko jakieś dziesięć dziewczyn (ale za to wszystkie moje
;-)). No to ostatnie to oczywiście żart.

A więc na dzisiejszej imprezie siedziałem sobie sam (kolega się szybko
zmył) i popijałem Mirindę patrząc jak się inni bawią (muzyka u góry jeszcze
gra). Wskakiwałem na parkiet tylko przy jakichś szybszych kawałkach, które
jednocześnie dały się słuchać (niestety DJ raczył nas też utworami które tego
warunku nie spełniały). Nigdy więcej na takie imprezy bez własnej kobiety!

Z drugiej strony, jednak wbrew wszystkiemu humor mi nadal dopisuje i chyba
na razie jestem zadowolony… Zobaczymy jakie atrakcje będą jutro i w
niedzielę…

Przekonałem się też, że moja alergia nie ustąpiła. Nie wziąłem normalnie
wieczorem leków, to o pierwszej w nocy już kichałem i smarkałem. Psiknąłem
sobie i łyknąłem co trzeba było psiknąć i łyknąć i jest lepiej.
:-)