Koncertowo

Wczoraj byłem w Wiatraku na koncercie Renaty Przemyk. Było bosko! Tym
razem nawet akustyk się spisał i było słychać co Renata śpiewa. Przez cały
koncert cała widownia zasłuchana i z uwielbieniem wpatrzona w piosenkarkę. Nie
dziwne, że Renata wydawała się nieco speszona. Już w połowie koncertu zaczęło
mi się robić żal, że to się niedługo skończy, a na kolejny taki będzie trzeba
długo poczekać…

Byłem już dwa razy na jej koncertach. Pierwszy, chyba ponad dziesięć lat
temu, w gliwickim kinie Amok też był niesamowity. Drugi trochę mniej, pewnie
dlatego, że był częścią bardziej masowej imprezy (Nocy Świętojańskiej
przeniesionej z rynku do Teatru Muzycznego). Gdy Renata znowu się pojawi
w okolicy, to pewnie się też wybiorę.

A dzisiaj jeszcze z żonką wybieram się na Kąpielisko Leśne na koncert
Myslovitz. Mam nadzieję, że też będzie fajnie. :-)

Koniec anonimów?

Denerwują już mnie te anonimowe komentarze do mojego Joggera (w tym
i moje), więc dopisałem malutki kawałek JavaScriptu do szablonu komentarzy.
Skrypcik to obejście błędu Joggera powodującego zapominanie nicka w formularzu
komentarzy. Nick nadal nie będzie pamiętany, ale przynajmniej będzie wstawiana
sensowna wartość domyślna (nazwa zalogowanego użytkownika). Jak ktoś będzie
chciał, to zmieni, a jak zapomni, to zawsze lepszy login niż Anonymous.

Jabberowi admini, pamiętajcie o rekordach SRV!

Na moim nowym Jabberowym koncie wszystko działa ślicznie. No, prawie
wszystko. Okazało się, że brak jest komunikacji z pojedynczymi serwerami,
a niektóre z innych serwerów lub usług odpowiadają z dużym opóźnieniem.
Większość z tych problemów okazała się mieć związek z rekordami SRV, służącymi
do lokalizacji właściwego serwera Jabbera.

Moja domena nie ma i raczej nie będzie miała rekoru A. Serwer pocztowy
jest wskazywany przez rekord MX, serwer Jabbera przez SRV, strony WWW są
w poddomenach. Rekord A dla domeny nie ma sensu, bo niby na co miałby
wskazywać, jeżeli każda usługa może być obsługiwana przez inną maszynę?
Niestety, niektóre serwery Jabbera wciąż mają problemy z poprawnym obsłużeniem
rekordów SRV. Albo od razu dobijają się do rekordu A, albo szukają
niewłaściwego SRV, np. „_jabber._tcp”, które może było dobre, ale z trzy lata
temu, przed opublikowaniem RFC ze specyfikacją XMPP. W obu przypadkach
wystarczy poprawa konfiguracji serwera (nie sądzę, żeby któraś z implementacji
jeszcze nie miała obsługi SRV).

To tyle o moim rekordzie SRV. To jednak działa także w drugą stronę.
Zauważyłem, że mam straszne opóźnienia przy łączeniu się z konferencjami na
chat.chrome.pl, a także przy wysyłaniu tam wiadomości po dłuższej przerwie.
Okazało się, że serwer po prostu czeka na odpowiedź na zapytanie
o _xmpp-server._tcp.chat.chrome.pl, potem wersję
z „_jabber._tcp”, a na końcu dopiero pobiera rekord A. Jeden drobny wpis w DNS
by starczył, żeby działało to szybciej (myślę, że niedługo to będzie
poprawione). Oczywiście, można byłoby zoptymalizować serwer, żeby od
razu pytał o wszystko co się da, a potem wybierał najlepszą odpowiedź… ale
czy wysyłanie masy niepotrzebnych pakietów na pewno jest rozwiązaniem?

Informacje jak skonfigurować serwer do prawidłowej obsługi rekordów SRV
można znaleźć we wpisie
u smoka i komentarzach do niego
. O tym, jak taki rekord SRV powinien
wyglądać, też informacji w sieci nie brakuje. Ja tylko opiszę najprostszy
przypadek:

Jeśli Twój serwer jabbera, obsługujący domenę domena.org
(JIDy postaci: użytkownik@domena.org, działa na maszynie
serwer.domena.org o adresie 1.2.3.4, to potrzebujesz
następujących wpisów w DNS (pierwszy zapewne już masz):

serwer.domena.org.     IN  A   1.2.3.4
_xmpp-server._tcp.domena.org.            IN  SRV 0 0 5269 serwer.domena.org.
_xmpp-client._tcp.domena.org.            IN  SRV 0 0 5222 serwer.domena.org.

Znaczenia cyferek nie będę tu opisywał, kto będzie chciał, ten znajdzie.
Podobne wpisy ‚_xmpp-server’ powinny być dla każdej domeny obsługiwanej przez
serwer, która ma być dostępna z zewnątrz. Poprawność wpisów należy oczywiście
sprawdzić, np. w ten sposób:

$ host -t SRV _xmpp-server._tcp.jajcus.net
_xmpp-server._tcp.jajcus.net SRV 10 0 5269 tropek.jajcus.net.
$ host -t SRV _xmpp-client._tcp.jajcus.net
_xmpp-client._tcp.jajcus.net SRV 10 0 5222 tropek.jajcus.net.
$ host -t SRV _xmpp-server._tcp.gg.jajcus.net
_xmpp-server._tcp.gg.jajcus.net SRV 10 0 5269 tropek.jajcus.net.

Migracja

Wynoszę się z firmy, w której stoi mój dotychczasowy serwer Jabbera. Chcąc
się od niej całkiem uniezależnić zmuszony byłem zmienić i JIDa. Od kilku dni więc
szykowałem swój nowy serwerek, a od wczoraj zacząłem uzupełniać CJC o funkcje ułatwiające migrację.

Nowe ficzery to polecenia:

/export_roster
Eksportuje roster do pliku XML.
/import_roster
Importuje roster z pliku XML – dodaje do rostera wpisy z pliku,
których w rosterze jeszcze nie było i wysyła prośby o subskrypcję dla wpisów
które w pliku mają subskrypcję to lub both.
/multi_message
Wysyła wiadomość jednocześnie do wielu użytkowników z rostera,
wybranych filtrem podobnym do tego używanego przez /list

Dzisiaj wypróbowałem nowe funkcje w warunkach bojowych. Wyeksportowałem
roster na starym koncie, wysłałem wiadomość o zmianie JIDa do wszystkich
kontaktów z subskrypcją from lub both i zaimportowałem roster na
nowym koncie. W ciągu pierwszej minuty od tej operacji dostałem około 50 próśb
o autoryzację – nigdy wcześniej nie widziałem tylu otwartych
zakładek w CJC %-).

W samą migrację nie chciałem mieszać transportów i botów, więc wcześniej
zrobiłem z tym porządki – wywaliłem transport ICQ, przeniosłem ręcznie
te kilka kontaktów na GG, zmieniłem JIDa w Joggerze. Tylko jeden bot się
odezwał na to moje /multi_message, ale chyba nic nie
narozrabiałem. W ogóle cała ta migracja przeszła coś naspodziewanie gładko…
zobaczymy co będzie dalej.

Jak jeszcze będzie mi się chciało, to zrobię sobie jeszcze małego bocika,
który będzie zalogowany na stare konto i będzie mi forwardował wiadomości na
nowe. Jak nie, to będę co jakiś czas logował się ręcznie i patrzył co się tam
dzieje. Dorobienie obsługi wielu kont do CJC, to byłoby stanowczo za dużo
roboty.

Dziennikarska fantazja…

Zawsze zadziwiała mnie fantazja niektórych dziennikarzy. Jeśli czegoś nie
wiedzą, to sobie wymyślą. Czasem całkiem sprytnie.

Właśnie przeczytałem sobie
całkiem
ciekawy artykuł w Rzeczpospolitej
. Artykuł bardzo optymistyczny, podane
liczby wręcz zaskakujące… ale ja nie o tym.

Pod artykułem jest komentarz przybliżający czytelnikom Linuksa. A w nim możemy przeczytać:

Sam Linux i część oprogramowania użytkowego działającego pod jego kontrolą są
bezpłatne. Oferowane są też płatne programy, ale tanie tzw. dystrybucje
Linuksa.

Pingwinaria 2006

Wyjechałem w czwartek rano, przed 9:00. Pogoda prześliczna, bardzo
przyjemnie się jechało. Po drodze wpadłem jeszcze z misją specjalną do
Bochni – żona prosiła, żeby spróbować kupić spodnie, takie same jak ona
tam kupiła z trzy lata temu. Sklepik nawet nadal był na miejscu, ale takich
spodni to od trzech lat tam nie widzieli… Misja zakończyła się więc klęską.
W Bochni zjadłem jeszcze małe drugie śniadanko i pojechałem dalej. Na miejsce
dotarłem akurat na obiad, cała droga zajęła mi jakieś cztery i pół godziny.

Gdy zgłosiłem się w recepcji hotelu, to okazało się, że nie ma dla mnie tam
miejsca – pani odesłała mnie na drugą stronę ulicy (ciekawe czemu
w Damisie już mnie nie chcieli…). Tam był dużo mniejszy, ale też całkiem
sympatyczny hotelik. Tyle że bez gniazdek z Internetem. Właściwie to jedyna
rzecz do której można było się przyczepić w organizacji całej imprezy, bo dostęp
do Internetu był obiecany. Uruchomili niby później jakieś WiFi, ale to już nie
to samo, szczególnie, że działało bardzo kiepsko. Na szczęście było podczas
Pingwinariów tyle atrakcji, że kiepski dostęp do Sieci bardzo nie doskwierał.
Pokój dzieliłem z Tristanem, Bartkiem i jeszcze kimś (od razu przepraszam
wszystkich których do końca nie kojarzę/nie pamiętam — pamięć do ludzi zawsze
mi szwankowała :-().

Po obiedzie (jak w zeszłym roku karmili nas tam porządnie. aż za porządnie
;-)) i odebraniu gadżetów (bardzo praktyczne w tym roku: torba na
ramię, multitool i piersiówka) wyciągnąłem psz i jeszcze kogoś (patrz disclaimer powyżej)
na mały spacerek, na Górę Parkową. Najpierw próbowaliśmy ścieżką spod samego
hotelu, ale po zapadnięciu się po kolana w śniego na samym wstępie
postanowiliśmy trzymać się ścieżki dla emerytów. Pogoda dalej dopisywała,
więc spacerek był miły, a na górze można było podziwiać widoki. Jednak zaraz
trzeba było wracać – nadchodził czas oficjalnego otwarcia Pingwinariów
i pierwszych wykładów.

Pierwszy wykład był o tym, jak sobie można dorobić, do zamkniętego programu,
przydatną funkcjonalność, za którą normalnie trzeba sporo zapłacić. Drugi,
o praktycznie bezużytecznym (IMHO, jak inne podobne inicjatywy), ale
rzeczywiście interesującym projekcie Looking Glass. Po wykładach było znowu
wielkie żarcie (kolacja) i Tradycyjne, coroczne spotkanie założycielskie
RWO
– znaczy się, honey
opowiedział co ciekawego RWO zrobiło ostatnio, co mu dolega i jak widzi jego
przyszłość. Potem było trochę dyskusji na korytarzach i w pokojach i można było
iść spać – pierwszej nocy nawet nie tak późno.

Drugi dzień zaczął się tremą – pierwszy wykład należał do mnie. Jakoś
jednak zdołałem śniadanko zjeść i na miejsce dotrzeć. Trochę postaliśmy pod
drzwiami, bo były problemy z kluczem, ale, że 45 minut to i tak było dla mnie aż
za dużo, to się tym zbytnio nie przejąłem. Na wykład przyszło całkiem sporo
ludzi, gdy kończyłem, nie było ich wcale mniej. Niczym też we mnie nie rzucano,
więc chyba wypadło całkiem nieźle.

Potem były wykłady o OCamlu (kiedyś się tym bawiłem, ale nie przypadł mi do gustu)
i o Plone (Zopem się dużo bawię, samym Plone mniej). Może nie dowiedziałem się
niczego nowego, czy specjalnie przydatnego, ale wykłady ciekawe. Potem
oczywiście znowu żarcie.

Po obiedzie zabrałem Smoka i pojechaliśmy
pod Jaworzynę. Ja pojeździć na nartach, Smoku łyknąć świeżego powietrza. Pogoda od rana była nienajlepsza,
co jakiś czas trochę popadywało, ale postanowiłem zaryzykować. Szczególnie, że
przywiozłem sobie nawet z Gliwic własne buty. Wypożyczyłem więc sprzęt i wjechaliśmy kolejką na górę.

Tam warunki śniegowe świetne, widywałem gorsze w środku sezonu. Moja forma
też nie najgorsza — bez problemu pokonałem jedną trasę bez zatrzymywania po
drodze. Zjechałem sobie tam dwa razy, potem zmieniłem trasę. Niestety, zaczęło padać.
Dwa razy wjechałem wyciągiem z zaciśniętymi zębami, licząc na to, że pogoda się
poprawi, ale w końcu się poddałem i w strugach deszczu zjechałem na dół.
A tam… niebo niebieskie, słoneczko wyszło i w ogóle znowu ślicznie… Jednak
ja byłem na tyle przemoczony, że nie miałem ochoty próbować kolejnego wjazdu.
Oddałem sprzęt i poczekałem na Smoka. W tym roku sobie wiele nie pojeździłem.
:-(

Przez poobiednią wyprawę ominął mnie wykład o Eclipse i większość wykładu
o Google. Nie zależało mi na żadnym z nich, ale okazało się, że tego o Google
warto byłoby sobie posłuchać. Dobrze, że jest nagranie. Po Google był wykład
o Gentoo, jednak i to mnie specjalnie nie interesowało, a czułem niedosyt
wysiłku fizycznego… więc wybrałem się jeszcze na basen.

Po basenie kolacja, potem trochę pobawiłem się Internetem (cała sztuka
polegała na tym, żeby go tam jakoś złapać) i poszedłem na tradycyjne
Karaoke, a więc pijackie wycia w wykonaniu Linuksiarzy. Trochę powyłem
razem z nimi, ale w końcu i tego miałem dosyć. Potem krążyłem po hotelu (przyłączając
się do różnych zajęć w grupach), na chwile, po 1:00 w nocy, wyszedłem
na miasto, potem znowu krążyłem. W sumie do łóżka trafiłem koło 3:00.

Na sobotnie śniadanie udało mi się, mimo wszystko, wstać. Byłem na
wszystkich przedobiednich wykładach – o integracji aplikacji przy pomocy
Open Adaptora i J-EAI (znowu ktoś obchodził jakieś ograniczenia Symfonii),
o środowisku RTAI-Linux (trochę akademickie było, ale nawet ciekawe)
i o produktach Novella (są sponsorzy to i marketingu trochę musi być).

Pogoda dalej nie dopisywała i po piątkowych przygodach na narty już nie
miałem ochoty. Po obiedzie więc, pokręciłem się po hotelach, pobawiłem
Internetem, pogadałem z ludźmi.. i tak do pierwszego wykładu, tym razem HP.
Zaczynało się nawet zabawnie, ale właściwie sprowadziło się do tego, jakie to
fajne serwery ma HP (z mojego doświadczenia wynika coś innego) i do tego Linux
na tym chodzi i można kilkoma kliknięciami zainstalować. Potem było o telefonii IP
– potraktowałem to jako wykład obowiązkowy, w końcu to będzie moja nowa robota.
Na końcu wykład, czy raczej prezentacja, na którą najbardziej czekałem –
o tworzeniu muzyki pod Linuksem. Prezentacja zakończyła się koncertem na trzy instrumenty
– gitarę, flet i skrzypce. Na skrzypcach grała sama Pani Prezes.

Po kolacji jakoś nie mogłem znaleźć dla siebie miejsca, więc wyszedłem
na miasto. Liczyłem na to, że znajdę jakieś miejsce, gdzie będzie sobie
można usiąść, posłuchać dobrej muzyki, a może nawet poszaleć. Poza tym,
chciałem sobie trochę pospacerować. Najpierw wszedłem na jakąś górkę
z ośrodkami. Strasznie tam cicho było w nocy. Na górze śliczny widok na
rozświetloną Krynicę i nawet jakąś muzykę z dołu było słychać. Na dole okazało
się, że muzyka leci z głośników wystawionych przez restauracją. Nie zaglądałem
jednak na razie do środka, tylko poszedłem dalej.

Na scence na placu zdrojowym jakaś młodzież rozstawiała się
z instrumentami. Zainteresowało mnie to, jednak okazało się, że będą śpiewać
jakieś religijne pieśni. Postanowiłem się więc przespacerować gdzie indziej
– na Górę Parkową. Nie wszedłem wysoko, gdy doszły mnie dźwięki
śpiewającej procesji wychodzącej z kościoła. Wyglądało to też malowniczo
– tłum ludzi ze świecami, w ciemności. Ja jednak poszedłem dalej. Fajnie
się tak idzie na górę, gdy nawet ścieżki pod nogami za bardzo nie widać… Na
górze cisza i piękne rozgwieżdżone niebo. Chwilę tam się pokręciłem i wróciłem
na dół.

Poszedłem do tej restauracji, gdzie grała muzyka. Okazało się, że to tylko
tak na wabia. W środku nic ciekawego, nawet tej muzyki co ją słychać na
zewnątrz. Kawałek dalej zajrzałem do jakiegoś klubu, ale byczek na bramce dał
mi grzecznie do zrozumienia, że nie mam tam czego szukać. Chyba rzeczywiście,
bo jakaś smarkateria tam była. Wstąpiłem więc tylko do całodobowego sklepu
i kupiłem trójpak – dwie paczki chipsów i kolę. Tak zaopatrzony
wróciłem do hotelu.

Do hotelu się dosłownie wtoczyłem, przy wejściu dobrze bawiła się grupka
Pingwiniarzystów, którzy zaraz zaczęli zaglądać co to ja mam w tej torbie
i czym to mogę być taki nawalony… mnie najwyraźniej wystarczy wsadzić nos do
dwóch knajp ;-). Dołączyłem do tej imprezki i dalej razem bawiliśmy
się jak przystało na jakiś licealistów, a nie dorosłych ludzi, budząc
przerażenie u obsługi. Ale dobrze, za młodu to ja byłem grzeczny chłopczyk,
czas nadrabiać zaległości. ;-) Spać poszedłem chwilę przed 4:00.

W niedziele, jakimś cudem, też udało mi się na śniadanie wstać. Po śniadaniu
się spakowałem i poszedłem na ostatni wykład – prezentację i pogadankę
o podpisach elektronicznych (bardzo interesujące). Po wykładzie właściwie to
już tylko wsiadłem w samochód i pojechałem do domu. Po drodze, przez Limanową,
mogłem jeszcze trochę popodziwiać śliczne widoki, nawet pochmurna pogoda
(poprawiła się dopiero, gdy połowę drogi miałem za sobą) bardzo w tym nie
przeszkadzała.

Z całych Pingwinariów jestem bardzo zadowolny. Szkoda tylko, że tak krótko
i że żonki ze sobą nie zabrałem. Może następnym razem się uda.

One (dead) Man Show

Wracając z Pingwinariów nie mogłem w samochodzie normalnie posłuchać muzyki w radiu — co chwilę musiałem wciskać „szukaj kolejnej stacji”, żeby zejść z jedynego słusznego tematu. Toż to bardziej męczące niż reklamy. Cztery dni mnie w domu nie było, więc jak wróciłem postanowiłem obejrzeć Teleexpres, żeby zobaczyć co się w świecie działo… Dotrwałem do 12-tej minuty i wyłączyłem — nic nie wskazywało na to, że przekażą jakąś istotną wiadomość, no chyba że jedną w stylu, że kaczki znowu chcą rozwiązać parlament…
Po Teleekspresie już nie miałem zamiaru radia ani telewizora włączać. Z wyjątkiem dobranocki dla dziecka (o dziwo, była). Mimo to ogólna paranoja nie dała nam spokoju. Sporo po 21:00, gdy położyliśmy spać wykąpane dziecko, rozwyła się syrena… Gdyby Papież umarł o pierwszej w nocy, też by wszystkich pobudzili??? W przyszłym roku i wszystkich następnych też nas to czeka?

Zmiany, zmiany, zmiany…

Zaczęło się

tak niepozornie
… Jednak od tamtego czasu trochę dla tego gościa
zrobiłem… I w sobotę przyleciał do Gliwic z Amsterdamu, specjalnie, żeby
omówić sprawę ewentualnego zatrudnienia mnie na pełen etat… Dzisiaj
aktualnemu pracodawcy złożyłem wypowiedzenie.

Od chyba ośmiu lat pracuję jako administrator w jednej firmie. Robota
administratora zasadniczo mi odpowiada, ale potrafi dać w kość. Szczególnie
dyżurna komórka jest stresująca, nawet jeśli rzadko dzwoni. Poza tym,
sama firma też mi dała w kość. Nie na tyle, żeby już dawno z niej uciec,
gdziekolwiek indziej, ale wystarczająco, by nie mieć wielu wątpliwości gdy
pojawia się lepsza oferta. Jednak wątpliwości były – najbardziej szkoda
tej całej infrastruktury którą stworzyłem, właściwie od zera –
konfiguracja serwerów, architektura sieci, oprogramowanie/oskryptowanie które
to wszystko napędza…

Bez wątpienia w dotychczasowej pracy wiele się nauczyłem. Zarobki spokojnie
wystarczają na życie na całkiem sensownym poziomie. Mając dostęp do firmowej
infrastruktury mogłem rozwijać swoje pasje, mogłem też wspomóc inne projekty
– np. PLD builderem AMD64 i systemem zgłaszania błędów. Wciąż tam mam
swój JID…

Koledzy obiecali, że zaopiekują się serwerem Jabbera. Infrastruktura PLD
może i też mogłaby zostać, ale, że nikt blisko związany z PLD w firmie nie
zostaje, to pewnie jednak będzie to trzeba gdzieś przenieść. Swoją pocztę
i swoje WWW wyniosłem już dawno. Przeniesienie list dyskusyjnych moich
projektów to tylko kwestia czasu.

Szef moje wypowiedzenie przyjął spokojnie. Najbardziej zaskoczony był
kolega, który nie spodziewał się tak szybkiego awansu. Koleżanki się
zapłaczą… ;-)

Nową pracę zacznę jak mi się skończy okres wypowiedzenia, czyli na początku
lipca, albo wcześniej, jeśli koledzy wcześniej uznają, że poradzą już sobie
sami. Prawdopodobnie doczekam jeszcze pierwszej instalacji światłowodowej
w firmie :-).

W nowej pracy też będę trochę adminował, ale nie to ma być moim głównym
zadaniem. Trudno właściwie powiedzieć kim dokładnie będę. Chyba po prostu
developerem w szerokim tego słowa znaczeniu. W tym programistą, chociaż
tego chciałem uniknąć. Do tego analitykiem, projektantem i czymśtam jeszcze, po
trochu.

Mimo, że płacę mam ustaloną w Euro, to pracować mam tutaj, na miejscu.
Dostanę jakieś malutkie biuro, z biurkiem i komputerem i jakoś będę miał sobie
radzić. Jak szefa dwa razy do roku zobaczę na oczy, to będzie dobrze. Zresztą,
po roku mogę już tej pracy nie mieć, jeśli to przedsięwzięcie nie wypali (co
zapewne będzie w dużej mierze zależało ode mnie). Jednak mam zamiar spróbować
– warunki są, jak dla mnie, jak najbardziej zachęcające.

Klamka zapadła… zobaczymy co będzie dalej…

Backup głupku!

Już jakiś czas stwierdziłem, że dysk w moim drewnianym
serwerku Tropku
jest stanowczo za wolny i trzebaby coś z tym zrobić.
Jednocześnie przyszedł czas, żeby wymienić 18GB dysk SCSI (Ultra160, 10000RPM)
w desktopie na coś większego. Na urodziny zebrało mi się trochę gotówki, to
zacząłem zakupy. Kupiłem nowy dysk do desktopu (praktycznie taki sam jak
stary, IBM z tej samej serii, ale 36GB i ze złączem SCA), ustrojstwo do
podłączenia tego dysku, kontroler SCSI do Tropka i pamięć do Tropka (wymiana
dysku, gdy pamięci było tylko 256MB, mogłaby być nie w pełni uzasadniona).
Pamięć kupiłem niewłaściwą, więc wstrzymałem się z dalszymi zakupami do czasu
rozwiązania tego problemu.

Mając dysk (wyciągnięty z desktopa po zamianie na 36GB) i kontroler nie
mogłem tego od razu zamontować w Tropku, bo Tropek ma tylko jedno złącze PCI,
w którym siedzi sieciówka, przez którą nam do domku spływa ten cały Internet…
Mój szatański plan był taki: sieciówkę wymienić na taką na USB, dodatkowo
zaopatrzyć się w adapter USB<->IDE i podłączyć ten powolny dysk IDE na zewnątrz
serwerka. Co się ma te 40GB marnować…

W zeszłym tygodniu udało mi się wreszcie dostać właściwą pamięć do tropka.
Zamontowałem, działa, więc postanowiłem powrócić do wymiany dysku. Zamówiłem na
Allegro kartę sieciową USB i ten adapter USB<->IDE. Przyszły w poniedziałek.
Kartę sieciową podłączyłem od razu — to nie wymagało specjalnych przygotowań.
Zadziałała całkiem ładnie. Zachęcony tym, postanowiłem jak najszybciej
zamontować i dysk. We wtorek przymocowałem do szafki eleganckie
mocowanie do dysku, a wczoraj miałem dokończyć robotę.

Nie była to banalna operacja. Pierwsza sprawa – trzeba było do
stanowiska pracy Tropka doprowadzić zasilanie dla zewnętrznego dysku. Do
tego musiałem korki wyłączyć (to trzebabyło zrobić w czasie, gdy żonka nie chce
nic w TV oglądać, ani na komputerze robić) i trochę przy kabelku podłubać (nie
chciałem tam pakować normalnej listwy zasilającej, to miałem za swoje). Potem
pozostało tylko zamontowac nowy dysk i przegrać istotne rzeczy ze
starego.

Do kopiowania dysku postanowiłem użyć PLD Rescue CD. Wciąż miałem jedno
przygotowane do bootowania przez sieć. Niestety z zabootowaniem tego miałem
sporo problemów. Winnym okazało się zmienione MTU na maszynie serwującej obraz
po TFTP. Po zabootowaniu załadowałem sterowniki kontrolera i dysków SCSI
i usb-storage i zacząłem kopiować partycje: cat /dev/sdb3
> /dev/sda2
. Marnie szło, to zamieniłem to na bardziej przyjazne:
pipemeter < /dev/sdb3 > /dev/sda2.

Okazało się, że w tym RescueCD chyba coś skopane były sterowniki
usb-storage i po przekopiowaniu kilkudziesięciu MB dysk znikał
z systemu. Podłączyłem więc dysk do desktopa i tam skopiowałem zawartość tej
jedynej „normalnej” partycji, czyli /boot. Potem przez SSH poszło
na Tropka. Bez problemu i się nawet zamontowało. Ale samo /boot
systemu nie czyni… Pozostałe systemy plików były w LVM, na partycji
/dev/sdb3. No więc robię lvscan i nie ma.
vgscan… nie ma. file -s /dev/sdb3
data. Zamiast phisical volume LVM są jakieś śmieci. Super…

W tym momencie przypomniałem sobie o backupie. Przecież do backupów sobie
kupiłem nagrywarkę DVD i skonfigurowałem Baculę. I nawet jakiś backup Tropka
miałem… ostatni z początku lutego. Zawsze lepiej niż nic. Ale czemu nie
wpadłem na to, żeby zrobić świeży backup przed eksperymentowaniem
z dyskami???

Z backupu najpierw odzyskałem metadane LVM. Przy pomocy
pvcreate i vgcfgrestore udało mi się je
odtworzyć. Znowu zobaczyłem wszystkie wolumeny, większość z nich dała się też
bez problemu zamontować. Poza jednym… root. No to e2fsck
kupa. e2fsck -B 8193… kupa… przypomniałem sobie, że tam miałem
akurat XFS, a nie EXT3… No to xfs_repair… przeszło. Montuję… i mam
jeden katalog lost+found z masą niezidentyfikowanych katalogów i plików.
Jeden z katalogów udało się zidentyfikować jako /etc, inny jako nasze obrazki
do Joggerów. No to najważniejsze są, reszta w miarę aktualna w backupie.

Skopiowałem to /lost+found gdzie indziej, założyłem filesystem od nowa (tym
razem EXT3), odzyskałem zawartość z tego lutowego backupu, pojedyncze pliki
uaktualniłem ręcznie, lub przekopiowałem z lost+found i właściwie serwerek
można było uruchomić. Było jeszcze parę drobnych komplikacji ale w końcu Tropek
ruszył na swoim miejscu. Mogliśmy iść spać…

…ale nie mogliśmy zasnąć. Nowy dysk okazał się stanowczo za
głośny. Żonka zdecydowała, że trzeba go na noc wyłączyć i rano nie włączać,
żeby nie stresować teściowej. Byłem więc dzisiaj do wieczora bez poczty. Może
i dobrze, bo w pracy też się nieźle pokaszaniło (tym razem nie moja sprawka),
więc mi roboty nie brakowało.

Po pracy ruszyłem do Praktikera poszukać jakiś materiałów do wyciszenia
maszyny. Kupiłem jakieś samoprzylepne filcowe ślizgi do mebli, jakieś
gumowe (tak myślałem, okazało się, że z twardego plastiku) nóżki, trochę
śrubek i podkładek. W domu zacząłem kombinować. Rozwierciłem dziury, sanki
przykręciłem do obudowy poprzez filc. Podobnie dysk do sanek. Do tego zrobiłem
dziurę w klapie, żeby się domykała, mimo odstającego złącza SCSI. Dziurę od
zewnątrz też obudowałem filcem. Chyba jest trochę lepiej. Przekonamy się jak
wyłączymy desktopa i pójdziemy spać…

Po postawieniu tropka na miejsce zabrałem się za naprawianie tego, co
jeszcze było zepsute. Okazało się, że praktycznie wszystkie nasze ostatnie
obrazki z Joggerów zostały zniszczone. To co znalazłem w lost+found to
śmiecie. Poza tym wielkich strat nie widzę… Dobrze że żona ostatnio w dobrym
humorze…

Update: Nie sugerujcie się zbytnio tym desktop… to tylko zastosowana tutaj nazwa kodowa dla naszej maszynki, która do postawienia na biurko się średnio nadaje ;-). Komputer ten znany jest także jako duży, albo nic.