Tylko mnie kochaj

Właśnie obejrzeliśmy Tylko mnie kochaj. Nie wcześniej, bo zawsze
odrzucała mnie okładka płytki, z tymi sztywniakami. W filmie też pierwsze co
się rzucało w oczy, to sztywność postaci. Poza tym masa scen znanych
z innych filmów (facet gotujący z telewizorem, ludzie mijający się
w windach itp.). Wiele scen można było przewidzieć… I w ogóle ten film
jest… super :-)

Bardzo przyjemna komedia romantyczna. Niby strasznie szablonowa… ale to
chyba tak właśnie miało być. Nie drażniło to, jak szablonowość amerykańskich
filmów, raczej w pewien sposób cieszyło. A i fabuła całkiem sympatyczna… no
może w dwóch miejscach główny bohater zachował się aż za głupio… ale cóż,
pewnie nie wymyśliłbym nic lepszego. :-)

Jak homofobi zniszczyli geniusza

Dziwię się, że tej historii nie znałem wcześniej. O samym Alanie Turingu trudno
było nie słyszeć – maszyna Turinga i test Turinga, to terminy znane
każdemu informatykowi. Biografią tego naukowca nigdy się specjalnie nie
interesowałem, aż do dzisiaj, gdy przeczytałem wzmiankę o nim w
artykule o badaniach naukowych dotyczących seksualności owiec
.

Odkrycie zaskoczyło mnie na tyle, że od razu zajrzałem na Wikipedię, czy
tam ta historia też jest odnotowana. Jest.

Alan Turing, jeden z największych (jeśli nie największy) geniuszy
w historii Informatyki, był gejem. W tamtych czasach było to uznawane za
przestępstwo. Naukowca osądzono, skazano i postawiono przed wyborem: albo
podda się terapii, albo wyląduje w więzieniu. Niezależnie od tego, jako
skazany wyrokiem sądu, nie mógł już pracować jako kryptolog w rządowej
agencji.

Turing wybrał terapię. Polegała ona na przyjmowaniu estrogenów w celu
zmniejszenia libido. Nie trudno się domyślić działania estrogenów na organizm
mężczyzny: został impotentem i rozwinęły mu sie piersi. Niedługo później zmarł
zatruty cyjankiem – najprawdopodobniej popełnił samobójstwo, gdyż nie
mógł sobie poradzić z życiem po wyroku. Geniusz, który bardzo przyczynił się
do rozwoju Informatyki, został poniżony i popełnił samobójstwo przez głupie
uprzedzenia… W dwudziestym wieku… A ja myślałem, że palenie czarownic na
stosie to taka odległa historia…

Nowa zabawka żony i inne duperele

Żona przytargała do domu nową zabawkę, jakiś antyk marki Łucznik.
Nawet w sieci jakąś instrukcję do tego udało się znaleźć. A teraz żonka wyżywa
się na moich skarpetka… Czy ma ktoś tak ślicznie pocerowane skarpetki,
maszynowo, białą i czerwoną nitką? ;-)

Poza tym: dzisiaj Mulasty czwarty raz w tym tygodniu był u mechanika
(najpierw wymiana akumulatora, potem diagnoza niejeżdżenia na gaz, potem
wymiana przełącznika gaz/benzyna, a dzisiaj jeszcze coś przy termostacie
powietrza
(nie wiedziałem nawet, że coś takiego jest w samochodzie).
W międzyczasie dostał mu się jeszcze bagażnik dachowy, który dzisiaj został
wypróbowany na choince. Żona jadąc po zabawkę stwierdziła, że autko jakby
zmartwychwstało.

Wracając do choinki… choinkę, jak zwykle, kupiłem większą niż rozsądek
by nakazywał, a dziewczyny, jak zwykle, ślicznie ją udekorowały. Jakiś czas
po postawieniu choinki miałem okazję się przekonać, że czasem nawet mam
refleks. Siedzę sobie przy komputerze, aż coś podejrzanego się dzieje…
wyciągnąłem rękę… i zdołałem złapać choinkę, zanim całkiem się wywróciła.
Tylko jedna bombka się zbiła i to, na szczęście, nie ta z pingwinem.

Porządki w Nerd Quizie

Wyrzuciłem z joggerowej drużyny Nerd
Quiz
wszystkich, którzy od dawna nie grali. Tak, żeby pozostała „żywa”
rywalizacja. W praktyce oznacza to, że zostali tylko ci, co zagrali w tym
miesiącu. Oczywiście każdy Joggerowicz, który ma ochotę grać jest w drużynie
mile widziany. Także ci, którzy właśnie wylecieli. Wystarczy odezwać się do
mnie, albo innego członka drużyny.

Gliwickie precle

Wpis chciałem napisać wczoraj, po powrocie z zakupów, ale jakoś nie
wyszło. Ostatnie różne Joggerowe wspominki sprzed 25 lat znowu mi o tym
przypomniały.

Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś je nazywał Gliwickimi Preclami, czy
traktował jako lokalną tradycję, ale dla mnie tym właśnie są. Kraków ma
obwarzanki krakowskie tyle, że można je kupić w każdym większym
mieście. A takich precli jak u nas, sprzedawanych z ulicy, nie widziałem chyba
w żadnym innym mieście. A tu były od zawsze.

Gdy byłem dzieckiem i gdy mama zabierała mnie do miasta (czyt. do centrum)
na zakupy, jeszcze tramwajem nr 2, z Pszczyńskiej, to obowiązkowo musiała
kupić precla pod arkadami na rynku. Tramwaju nr 2 już nie ma, ani śladu po
jego torach, nie ma już neonowego Parysa strzelającego z neonowego łuku do
neonowych literek, nie ma już tańczących neonowych Gracji z parasolkami (to
były dla mnie wtedy symbole gliwickiego centrum)… ale precle zostały, tak jak
Neptun na rynku.

Przez lata, wracając ze studiów, prawie codziennie kupowałem sobie precla,
pod tymi samymi arkadami, na rynku. Teraz, gdy idę przez centrum, to też sobie
nie żałuję. A jak jesteśmy tam z córką, to czasem jej kupujemy ten smakołyk, tak
jak mnie kupowała moja mama.

Gliwickie precle były też powodem niejednej dyskusji… bo są dwie
wytwórnie i dwa podstawowe rodzaje precli. I które są lepsze, gumiaste
(obecnie sprzedawana w plastikowych żółtych budkach), czy te drugie
(sprzedawane z tradycyjnych drewniano-szklanych wózków)? Dla mnie –
gumiaste. Trochę szczęka przy nich boli, ale ich konsystencja i smak,
to jest właśnie to. Ale już żonka, nie wiedzieć czemu, woli te drugie…

Oprócz tego, że można wybierać spośród gumiastych i
niegumiastych, to są one jeszcze posypane różnymi dodatkami do
wyboru: mak, sezam, sól. A Ty, jakiego precla wybierzesz?

Chwalipięta

Udało mi się wejść do pierwszej trzydziestki w klasyfikacji 50-dniowej Nerd Quizu :-D. 23.
pozycja, dużo więcej już raczej nie będzie (najlepszy wymiatacz ma współczynnik
0.9795, nie do osiągnięcia dla mnie), ale i tak się cieszę.

W drużynie Joggera bez zmian, ciągle na pierwszej pozycji… to pewnie
dlatego, że poza mną mało kto gra. Ale to dobrze, patrząc na wyniki drużynowe
mogę się dowartościowywać. ;-)