Z pamiętnika kuracjusza – czas wolny

Zabiegów mam może dużo, ale czasu wolnego jeszcze więcej.
Szczególnie teraz, gdy w planie wszystkie zabiegi mam przed południem i to
jeden za drugim. A wolny czas trzeba jakoś spędzić…

Prawie codziennie chodzę więc na netoterapie, a więc z laptopem do
biblioteki lub kafejki internetowej (gdy biblioteka zamknięta) podłączyć się
na godzinkę z Siecią. Tam zgrywam zdjęcia z komórki i wysyłam na
Flickr
, poświęcam chwilkę rozpoczętym przed wyjazdem grom Lonturn i Outer Space, trochę pogadam na Jabberze
i ściągam artykuły w Google Reader dla trybu offline. Raz byłem na
przedstawieniu teatralnym. Zajrzałem też na tutejsze potańcówki, ale
tam bawiły się głównie pary babcia + dziadek i jakoś nie widziałem dla
tam siebie miejsca. Poza tym to głównie chodzę na samotne spacery. O jednym
(o wyprawie na Chełmiec) już pisałem, ale było ich więcej.

Praktycznie codziennie włóczę się po Wzgórzu Gedymina, chyba już każdy
jego wierzchołek zdobyłem po kilka razy. Parę razy zrobiłem jakieś większe
kółeczko po Szczawnie. W czwartek 12. stwierdziłem, że aktualne współrzędne
geohashing dla tej okolicy
wypadają w Wałbrzychu, to wybrałem się tam na piechotę – prawie
6 kilometrów spacerku po nieznanej okolicy. Niektórymi dzielnicami Wałbrzycha
trochę strach było iść, ale dotarłem na miejsce. No prawie, dokładne
współrzędne wypadały gdzieś na łące, na którą musiałbym przejść przez czyjś
ogródek, albo zboże… a autobus już czekał. W każdym razie spacerek sobie
zaliczyłem. Wróciłem autobusami (pierwszy, taki jaki był, z tego Poniatowa do
centrum, drugi już do Szczawna Zdroju).

W sobotę, 14., po obiedzie chciałem się wybrać obejrzeć Książ… ale późno
już było dość (a na zwiedzanie podobno sporo czasu potrzeba) i autobus mi
uciekł, to wsiadłem do innego autobusu i znowu pojechałem do Wałbrzycha.
Zwiedziłem sobie kawałek wracając z centrum do Szczawna na piechotę. Fajny
park mają w samym centrum – prawie że dziki las na stromych górkach.

W niedzielę po śniadaniu już żaden autobus mi nie uciekł i pojechałem do
Książa. Nie tak całkiem bezinteresownie, czekały tam przecież na mnie dwie
skrytki geocache. Za szukanie pierwszego skarbu zabrałem się właściwie zaraz
po przyjeździe, na zwiedzanie zamku jeszcze i tak było za wcześnie (jeszcze
przed dziewiątą). Bardzo fajny tamtejszy park ze stromymi zboczami. I właśnie
tam, w jednej ze skał czekało na mnie pudełeczko. Dopełniłem formalności
i udałem się na zwiedzanie zamku.

Przy kasie dowiedziałem się, że na zwiedzanie z przewodnikiem musiałbym
poczekać godzinę od kupienia biletu… długo, postanowiłem więc pozwiedzać
samemu. Zamek z zewnątrz bardzo ładny, duży… ale w środku jakoś nic nie
powaliło mnie na kolana. Teraz to bardziej dwudziestowieczny hotel niż
średniowieczna warownia. Do tego we wnętrzach, poza paroma ostatnimi salami,
brakowało jakiegokolwiek opisu, więc bez przewodnika nawet nie wiedziałem co
oglądam. Ciekawsze były już zamkowe tarasy, tu bez żadnego wyjaśniania
widziałem, że ładne. Po drodze strzeliłem sobie trzy razy ze
średniowiecznej kuszy (i nawet raz udało mi się trafić w papier
z tarczą).

Po zwiedzeniu zamku Książ udałem się żółto-niebieskim szlakiem w kierunku
ruin Starego Książa, gdzie miał czekać na mnie kolejny skarb. Szlak jest
piękny, wzdłuż wąwozu, wąska ścieżka na urwisku, miejscami przejście mostkami
przy pionowych ścianach skalnych. Raczej nie dla kogoś z lękiem wysokości.
Rzeka która wyżłobiła ten krajobraz, Pełcznica, brudna, pomarańczowa,
zaśmiecona i śmierdząca. Znacznie lepiej prezentowała się z góry, gdzie tylko
było słychać jej szum.

Ruiny zamku Stary Książ jak to ruiny, może nie bardzo okazałe, ale mają
pewien urok. A niedaleko skrytka ze skarbem. To już trzecia odnaleziona
podczas mojego pobytu w Szczawnie. :-) Do uzdrowiska wróciłem na
piechotę, dalej żółto-niebieskim szlakiem. Ominął mnie obiad, ale tutejszego
obiadu nawet nie szkoda. Zjadłem sobie lepiej Pod Wieżą.

Okazało się, że w czasie, gdy ja sobie tu wypoczywam, pojawiły się nowe
skrytki geocache w okolicy. :-) No to załadowałem sobie kolejne
cele do komórki i we wtorek wybrałem się do ruin zamku Nowy Dwór. Najpierw
musiałem wymyślić jak się tam dostać. Niby to ciągle Wałbrzych, ale daleko od
Szczawna… zadupie jakieś. A na mojej mapie nie są pokazane linie autobusowe.
Kupiłem więc w Empiku plan miasta… przyjrzałem się zadupiu raz
jeszcze… i okazało się, że tam jest Dworzec Główny, a do takiego obiektu
znaleźć połączenie autobusowe już łatwo. :-) Z dworca już
poprowadził mnie żółty szlak, zresztą, to już było całkiem blisko.

Ruiny mnie trochę zaskoczyły. Pozytywnie. Spodziewałem się czegoś znacznie
mniejszego. A tu, co minąłem jeden mur, to moim oczom ukazywał się kolejny.
I w jednym z nich było ukryte pudełko. Czwarty skarb znaleziony
:-) W zamian za kredki zostawiłem joggerowy długopis, więc jak
ktoś chce, to wie gdzie szukać…

To we w miarą bliskiej okolicy została mi jedna skrytka, na Trójgarbie.
Tam wybrałem się w czwartek. Prawie siedem kilometrów w jedną stronę.
Większość przez pola i łąki, do schroniska Bacówka pod Trójgarbem,
dalej świerkowym lasem na górę. W schronisku śmieszny pan przywitał mnie
pytaniem spragniony? i dalej o to, czego bym chciał się napić… bo po
napoje inne niż piwo (zresztą wybór i tak nie wielki) musiał zejść do piwnicy
bo kradną. W ogóle turystów tam niewielu (ja nie spotkałem żadnego, ale
podobno pan jedno piwo już tego dnia sprzedał), a ja zostałem uznany za
jakiegoś pasjonata. Szlak całkiem przyjemny i nawet niezbyt stromy. Pod koniec
towarzyszyło mi osobiste stadko… much. Na górze stał jakiś szałas, pełen
śmieci (ech, ci pseudoturyści), jakieś resztki fundamentów nie wiadomo po
czym i niewiele więcej. Ze względu na drzewa raczej nie było widoków do
podziwiania. Po podejrzeniu wskazówek w sieci (niech żyje EDGE i Opera Mini)
szybko odnalazłem skrzynkę. I byłem pierwszy! Mam nawet na to certyfikat.
:-) Ze skarbów wybrałem sobie krokomierz. Ze szczytu do Bacówki
wracałem nieco innym szlakiem, dalej do Szczawna miałem iść tym samym co w tę
stronę… ale po drodze przeoczyłem jakiś zakręt i wróciłem inną drogą. GPS
przydał się do orientacji w terenie.

Na razie tyle wycieczek. W najbliższym czasie wybieram się jeszcze na
Borową. Skrytki geocache żadnej tam nie ma, ale to najwyższy szczyt Gór
Wałbrzyskich, więc jak tu jestem, to wypada zaliczyć. Dzisiaj podobno
współkuracjusze organizują jakiegoś grilla na Słonecznej Polanie, zajrzę tam.
Poza tym, w parku ma być jakiś koncert – Świętojańska Noc
Operetkowa
, czy jakoś tak. To też chciałem obejrzeć. Będę więc pewnie
kursował między jednym i drugim, żeby ostatecznie znowu skończyć na
samotnej włóczędze po Wzgórzu Gedymina…

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Z pamiętnika kuracjusza – czas wolny

Co o tym sądzisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s