Dzisiaj zostałem gwałcicielem

Byliśmy dzisiaj u mojego ojca na imieninach. Było całkiem miło, ale na
końcu, dla odmiany, daliśmy się sprowokować mojemu bratu i wdaliśmy się
w dyskusję. Już byłem wyzywany od kapitalistycznych wyzyskiwaczy, już
wielokrotnie słyszałem o sprawiedliwości społecznej której u nas brak.
Dowiedziałem się, że jego organizacja chce w Gdańsku zorganizować referendum
o samoopodatkowanie się mieszkańców na darmową komunikację miejską… Ale to
wszystko nic… Dzisiaj dowiedziałem się, że jestem gwałcicielem. Właściwie to
jak każdy facet w naszej kulturze (a więc i mój braciszek), ale szczególnie
dlatego, że śmiałem sobie zażartować z feministek (żona zaczęła, to ona też
jest gwałcicielem, bo że męską szowinistyczną świnią to już wiemy)…

Naprawdę nie wiem, czy śmiać się z poglądów braciszka, czy płakać. Na
razie jednak mnie to bawi. Szkoda tylko, że te poglądy zyskują posłuch
u innych.

Narozrabiałem

Dzisiaj znowu dostałem hucuła – Sękacza. Ciężko było go rozruszać,
szczególnie w grząskim błotku, ale gdy w końcu udało mi się pojechać kłusem
i dołączyć do zastępu, to nawet prawie nadążał. Ale ciężko mu to szło. W końcu
postanowiłem nadganiać trochę galopem. O dziwo, nawet się udawało. Niestety,
nie wziąłem pod uwagę tego, że za mną żonka jedzie na niezbyt ujeżdżonym
koniu… i zrobiła bam.
:-(

Na szczęście nic złego się jej nie stało. Jednak ja i tak się tym
przejąłem… a konik to wykorzystał. Już nawet za bardzo do kłusa nie udawało
mi się go zmusić. Przypadkowi gapie (którzy przyjechali na jakieś wesele, czy chrzciny,
w klubowej knajpie), widząc jak się meczymy wołali do mnie: Niech
pan nie męczy już tego kucyka, on ledwo zipie!
. Problem w tym, że ten
kucyk nawet się pode mną nie spocił… za to ja byłem cały mokry.

W sumie, fajnie było, gdyby nie to, że żonka sobie nie pojeździła.

Młoda fałszerka

Wpada Krysia do pokoju i oznajmia rodzicom:

– Zrobiłam takie coś jakbym była duża i nauczyła się jeździć
samochodem. Taki dokument!

– Prawo jazdy? – domyślił się tatuś

– Tak, prawo jazdy! – ucieszyło się dziecię, któremu
najwyraźniej brakowało tej nazwy.

… i poszła dalej się bawić.

Później jeszcze usłyszeliśmy coś takiego:

– Zrobiłam jeszcze tak, jakbym miała dużo lat…

Ostatecznie Prawo Jazdy ma format A5, zrobione jest z kartki z bloku A4
z doklejonymi kawałkami naklejek oraz kolorowego papieru i, co ważne (Krysia
kilkukrotnie nas o tym informowała), ma przód tam gdzie psi (naklejkę
z uśmiechniętą mordką).

Jesień Linuksowa tuż tuż…

Jesień Linuksowa już za trzy tygodnie.
105 osób zapisanych, ale na razie tylko 54 potwierdzonych. Na liście tylko jedna
kobieta. :-( Dobrze, że żona nie z tych co się czują bardzo źle w roli rodzynka.
A’propos żona… są w tym Lewinie Kłodzkim jakieś konie? ;-)

Tym razem szykuje się bezstresowy odpoczynek – mój wykład przegrał w wyborach, pewnie dlatego, że
zapomniałem umieścić słowa hacking w tytule. ;-) Może to i lepiej.

Ktoś jeszcze się wybiera?

Sałatka pikantna

Po powrocie z urlopu wybraliśmy się na jakieś zakupy, w końcu coś jeść
w domu trzeba. Żonka wypatrzyła sałatkę pikantną z ogórków. Oczywiście sałatka
zaraz wpadła do koszyka, bo zwykle tylko łagodne były. Żonka, co prawda, zbyt
pikantnych nie lubi, ale widać była gotowa się dla męża poświęcić…

To było przedwczoraj. Od tamtego czasu zdążyliśmy sałatką otworzyć
i stwierdzić, że wcale nie jest taka pikantna. Dzisiaj przy śniadaniu znowu
trochę pomarudziliśmy na ten temat, a ja z ciekawości zerknąłem na etykietę…
Sałatka piknikowa o smaku łagodnym. A oboje się wkurzamy
na userów, że nie czytają co się do nich pisze… ;-)

Wakacyjnie

No to się wakacjujemy, od półtora tygodnia. Najpierw pojechałem do
da.killi na zlot
linux@chat.chrome.pl, gdzie siedziałem, od piątkowego popołudnia do
niedzielnego przedpołudnia, głównie grając w golfa. Oczywiście musiało być
też trochę giczo (jakby tacy linuksiarze wytrzymali tylko łażąc z kijami po
trawie), więc zabrałem dwa laptopy, które potem udostępniały sieć (z
GPRS, przez irdę do drugiego laptopa, a dalej przez 802.11b) innym
użytkownikom sieci.

W niedzielę dołączyłem do rodzinki w
Pogorzelicy. Tu sobie wypoczywamy, trochę plażując (pogoda o dziwo nadal
dopisuje, chociaż mogłoby być troszkę słoneczniej), trochę spacerując i na inne
sposoby marnując czas. Oczywiście laptop jest podłączony (jeden, drugi leży
grzecznie w samochodzie), ale udaje nam się korzystać z niego minimalnie
– na tyle skutecznie, że dopiero teraz coś na Joggera nastukałem.

Wczoraj był wyjątkowy wieczór – postanowiłem zabrać żonkę na tańce.
Oczywiście głównym problemem było dziecko, które trzeba było położyć spać
jednocześnie samemu się nie kładąc (a przynajmniej nie zasypiając) –
wcześniej zasypiała dopiero gdy rodzice spali, a przynajmniej dobrze udawali.
Tym razem nie próbowaliśmy sztuczek, lecz powiedzieliśmy Krysi, że idziemy
zaszaleć i uprzedziliśmy dziadków za ścianą o naszych planach. Gdy
szykowaliśmy się do wyjścia dziecko nas zaskoczyło ponagleniami: Idźcie już
na to miasto
. To poszliśmy.

Zabrałem żonkę do ciekawie zapowiadającej się knajpy na świeżym powietrzu
– do Sahary. Od 22:00 miał tam grać jakiś zespół (The Black, o ile
dobrze pamiętam) i miały być tańce. Wiedziałem, że na początku będzie drętwo,
ale bałem się, że później żonki nigdzie nie wyciągnę. Zaraz przy wejściu
zaproszono nas do wolnego stolika, pani zapaliła nam świeczkę, żonka zamówiła
drinka, ja soczek… W końcu pojawił się zespół i zagrał… ale nie koniecznie
to, co moja żonka lubi. To plus drętwa atmosfera na początku chyba całkowicie
odebrały jej ochotę do zabawy, niepotrzebnie próbowałem ją na siłę zachęcać…
Impreza się rozkręciła, ale myśmy wyszli nie potańczywszy. Bałem się, że
okazja w postaci wolnego wieczoru się zmarnowała, jednak humorek żonce szybko
wrócił, przespacerowaliśmy się plażą przy księżycu (żona mi tu podpowiada, że
zajebistym) i trafiliśmy do knajpki na plaży, gdzie dzieciarnia (teraz mi się
wydaje, że to głównie byli tutejsi pracownicy sezonowi, zdaje się, że
widziałem tam kelnerkę z naszego ośrodka) bawiła się przy karaoke (wykonanie
zbliżone do tego na Pingwinariach, sprzęt prawie identyczny, o ile nie
gorszy). Tutaj żonka całkiem odżyła i ostatecznie dobrze się zabawiliśmy.
:-)

Dzisiaj przed południem znowu udało nam się pozbyć dziecka –
dziadkowie zabrali ją na wycieczkę do Niechorza, więc zaliczyliśmy romantyczny
spacer po plaży. Chcieliśmy przy okazji znaleźć plażę dla golasów (stroje
kąpielowe są strasznie niepraktyczne), ale nic takiego nie stwierdziliśmy
(możliwe, że z powodu pogody). A po południu znowu na koniki (więcej na temat
koników u Iki), tym razem ja się dałem
wsadzić na grzbiet Blondela. Nawet fajnie było, jeszcze się umiem na koniu
utrzymać. :-)

Urlop! :-D

Dzisiaj o 16:00 wyszedłem z pracy i do szesnastego sierpnia nie mam
zamiaru tam wracać. Wreszcie urlop, normalny, ponaddwutygodniowy,
wakacyjny urlop. Ostatnio taki urlop miałem dwa lata temu, ale mam
nadzieję, że tym razem będzie znacznie bardziej udany
(tamten niestety okazał się klapą).

Jutro wstaję jak codzień, o 7:00, ale zamiast iść do pracy jadę do da.killi na zlot linux@chat.chrome.pl.
Stamtąd w niedzielę do Pogorzelicy, gdzie już będzie na mnie czekać rodzinka
(i teściowie…). Mam nadzieję sobie tam dobrze powypoczywać, ale laptopa
oczywiście biorę. ;-)