Uważaj co czytasz, gdy dziecko patrzy

W tym tygodniu do pracy chodzę dopiero po dwunastej, żeby wcześniej się chorym dzieckiem zajmować. Leżę sobie więc w domku z laptopem i przeglądam WWW. Dokładniej, to czytam sobie
aktualny odcinek komiksu Questionable Content, a dziecko zagląda mi przez ramię… i co gorsza zadaje pytania:

– O czym to jest?

No cóż… nie będę kręcił, w końcu to nic strasznego:

– O pani która zrobiła sobie kolczyk na cipce.

– A czemu tam jest ten pan?

– Bo pani chciała, żeby ktoś ją trzymał za rękę, jak będzie bolało.

Nie jest źle. Jednak dziecko dopatrzyło się czegoś jeszcze:

– A czemu ta pani jest na końcu smutna?

Tu już wolałem ominąć szczegóły:

– Bo ta druga pani jej powiedziała, że musi bardzo uważać, żeby nie bolało.

Po tym już starałem się zmienić temat… Krysia jeszcze tylko spytała A czemu ta pani chciała kolczyk na kitce? dowodząc, że chyba nie wszystko do niej dotarło. I może dobrze. :-)

Pranie

Plecak, z którym chodzę do pracy, na wycieczki i właściwie wszędzie, gdzie
kieszenie mogą mi nie starczyć do noszenia całego bajzlu, był już trochę
brudny
. Jakiś czas temu wraz z żoną uznałem, że trzeba by go albo wyprać,
albo kupić nowy. Postanowiliśmy zacząć od pierwszej, tańszej opcji. No więc parę dni temu
żonka mi plecak wyprała…

Do prania trzeba było oczywiście plecak opróżnić, o czym żonka najwyraźniej
pamiętała, bo w rogu pokoju pojawiła się kupka z dawną zawartością plecaka:
teczka z papierami, jakieś śmieci… i jedna podpaska (wciąż nie rozumiem skąd
ona się wzięła w moim plecaku). Niby czegoś brakowało, ale poza
wyrzuceniem ewidentnych śmieci nie zajmowałem się bardziej tą stertą… aż do
dziś.

Koniec weekendu, więc trzeba było się spakować do pracy. Teczka z papierami
– zawsze w torbie była. Ale było tam coś jeszcze, jakaś elektronika
przecież. Zaglądam więc do odpowiedniej kieszonki plecaka… i jest. Zwinięta kulka
ze słuchawek do telefonu i dwóch pendrive’ów na smyczy PLD Linux.
Wszystko czyściutkie, oczywiście. %-)

Rano, po przyjściu do pracy, zaryzykowałem i podłączyłem pendrajwy do
komputera. I działają! Oba. Nawet dane są na miejscu. :-)

A więc, jeśli komuś kiedyś się jakiś usb-stick przypadkiem uświni, to
polecam pralkę automatyczną. O parametry prania i markę proszku do prania
proszę pytać żonę. ;-)

Burze w Gliwicach

[błyskawica]

Zaczęło się w czwartek wieczorem – trochę pomruczało i popadało.
Burze były chyba przez całą noc, ale obudziliśmy się dopiero o 6:20 –
dokładnie, to obudziły nas jakieś smętne kościelne śpiewy (no cóż, święto
jakieś). Wkrótce przestało być słychać śpiewy, bo nadchodziła burza. Błyski,
grzmoty, ściana wody za oknem, chwilami sypał grad. Przed naszym blokiem
łączyły się dwa potoki, dalej nie było widać…

Gdy się trochę uspokoiło zobaczyliśmy, że na główniejszej ulicy też
rzeczka płynie, jak przejeżdżał samochód, to zostawiał za sobą ścianę wody.
Później jakby wszystko spłynęło i wyschło, słońce wyszło i na pierwszy rzut oka
po burzy dużego śladu nie było… wyszliśmy więc zajrzeć do mieszkania i na
działkę teściów (mieliśmy się zaopiekować)…

Już po drodze było widać ślady wody, szczególnie w parku było widać ślady
płynących tędy potoków. U teściów wyjrzałem przez okno – tam kiedyś po
większych deszczach był zawsze widok na wielkie bajora na łąkach… Teraz
w tamtym miejscu stoją centra handlowe, pod którymi robiono porządne
odwodnienie… nie spodziewałem się zobaczyć niczego ciekawego. Jednak, przy
salonie Norauto zobaczyłem jakby małe jeziorko… postanowiliśmy, że zajrzymy
tam po drodze na działkę…

Rzeczywiście, było tam jeziorko. Centrum Norauto stało na wysepce,
a wokół pełno wody. Z wody leciały bąbelki… Kawałek dalej drugie,
śmierdzące, bajorko. Wydawało ono dziwne sycząco gwiżdżące odgłosy… okazało
się, że to studzienki kanalizacyjne pod spodem wsysają tę wodę… Podeszliśmy
jeszcze do rzeki, zobaczyć jaki tam poziom wody… niższy niż tych bajorek,
ale sporo wyższy niż zwykle. I widać było, że wcześniej wody było jeszcze
z pół metra więcej. Kolektor kanalizacji burzowej był prawie całkiem zanurzony
– nie dziwne, że odwodnienie dawnych łąk nie dawało rady…

Udaliśmy się na działkę. Szliśmy od strony rzeki i widzieliśmy, że te
najniżej położone działki są całe zanurzone w wodzie. Od tej strony nie było
nawet jak wejść na teren ogrodu. Poszliśmy naokoło… okazało się, że
większość działek jest pod wodą. Było nawet widać miejsca, gdzie wybiły
studzienki kanalizacyjne (co wyjaśniało zapach). W końcu podeszliśmy do
teściowej działki, od góry. Okazało się, że cała stoi w wodzie, ale jako jedna
z ostatnich (właściciele działek położonych wyżej mieli więcej szczęścia). No
to więcej ogórków już w tym roku nie będzie. :-)

Do domu poszliśmy wałem przy Góry Chełmskiej. Przed pierwszym blokiem
facet suszył samochód. Najwyraźniej trzymał go w garażu pod blokiem. Dalsze
kilka bloków stało w wodzie, piwnice raczej kompletnie zalane. Kobiety
próbowały robić jakiś porządek, a półnadzy faceci w oknach przyglądali się
zalanym podwórkom, garażom i komórkom. Tam nie powinno być żadnych zabudowań
mieszkalnych… ale cóż, kiedyś jakiś idiota postanowił jednak coś zbudować.
A stary wał (pewnie przeciwpowodziowy) teraz tylko pogarsza sprawę zatrzymując
wodę w tej niecce.

Przez resztę dnia było gorąco, parno, a chwilami nawet słonecznie.
Wybraliśmy się na Jarmark Średniowieczny do Chudowa, ale w tym tłumie
w takiej duchocie nie dało się długo wytrzymać. Wieczorem chcieliśmy wybrać
się do kina… ale wróciła burza. Postanowiliśmy więc spróbować porobić
burzowe fotki szczególnie, że aktualnie mamy do tego całkiem niezłe warunki
– Krysia na wakacjach, a jej pokój pusty, bo dopiero co był malowany.
Nawet zasłon nie ma – spokojnie można było rozstawić statyw i otworzyć
okno z widokiem na burzę.

Jednak, tego wieczora nie udało się nic ciekawego złapać. Jakoś nie
chciało błyskać we właściwym miejscu. Do tego bateria w aparacie była prawie
rozładowana. Burza przeszła a myśmy poszli spać. Przed snem żona jeszcze
poprosiła, żeby ją obudzić, jakby znowu błyskało…

Śniły mi się tornada i wyjazd do Gruzji… w końcu obudziła mnie burza.
Budzę Iwonkę mówiąc, że się błyska. A niech się błyska, padła
odpowiedź. Widać żonce się dobrze spało i ochota na fotografowanie przeszła…
Ja uznałem, że najwyżej sam się pobawię… i jak wtedy nie błysło i nie
huknęło! Żonka była pierwsza przy aparacie. :-)

My średnio przytomni, a burza waliła prawie zaraz za oknem. Wszystko razem
sprawiało, że nie do końca wiedzieliśmy co się dzieje. Ika wciskała spust
migawki, ja jej coś przeszkadzałem… ale chyba się złapało… tak… całe
prześwietlone – biały prostokąt tylko. Trzeba było zmienić parametry
ekspozycji. Nam zaspanym ciężko było coś konkretnego ustalić, a do tego trzeba
było na jakiś czas zamknąć okno, bo padało do pokoju, ale w końcu wyklikałem:
czas 1s i ekspozycja -4EV. Z nocno-deszczowego widoku za oknem łapały się
tylko światła, błyskawica powinna też się złapać… ale burza już sobie
poszła, na drugą stronę. No cóż, poszliśmy znowu spać.

Jakiś czas później znowu obudziła nas nadchodząca burza. Pioruny waliły
gdzieś daleko, ale najwyraźniej się zbliżały. Wstaliśmy więc i podeszliśmy do
aparatu i okna. Parametry pozostały takie, jak ustawiłem poprzednio i tylko
żonka trzymała przycisk spustu migawki… klik, klik, klik…

[błyskawica]
[błyskawica]
[błyskawica]

W sumie przez noc zrobiliśmy jakiś tysiąc zdjęć… ale w końcu się udało!
Może nie są to jakieś nadzwyczajne efekty. Trochę ciemno (przy tej ostatniej
burzy błyskało trochę słabiej), trochę pozasłaniały niskie chmurki, ale coś
jest. :-)

[błyskawica]

Burze mają jeszcze wrócić… może jeszcze coś się trafi.

Romantyzm geeków…

Leżymy sobie w łóżeczku… zaczynam dobierać się do żonki…

– O, stanął ci! – zauważyła żonka…

– A czemu nie miałby stanąć?

– A wiesz… z okazji naszej rocznicy… – żonce najwyraźniej jakiś nieprzyzwoity pomysł przyszedł do głowy – …moglibyśmy
sobie kupić… taki routerek WiFi?

– To a’propos tej sterczącej antenki?

– Skąd wiesz?!

… i jakoś ta chwilowa zmiana tematu nie zepsuła nam nastroju… wręcz
przeciwnie, seks był znakomity :-)

Ta gierka

Od jakiegoś czasu co nasze dziecko (przypominam: pięcioletnie) przychodzi
do domu, to od razu się pyta Tato, mogę pograć w tą gierkę?. Ostatnio
grzecznie się przy tym bawi (bez płaczu i wzywaniu rodziców, że coś poszło nie
tak), a i jest przy tym chwila spokoju dla rodziców, więc pozwalamy jej grać.
Szczególnie, że gierka jest raczej ambitna…

No właśnie… kiedyś, co Krysia zobaczyła jak tata w coś gra, to zaraz
chciała grać w to samo… a potem był płacz, bo nie umie. Ostatnio
przypomniałem sobie Simutrans, dziecku
się spodobały domki i samochodziki i obawiałem się, że znowu będzie ryk. Więc
przez jakiś czas nie pozwalałem jej grać, najwyżej pozwalałem patrzeć mi przez
ramie jak gram (i przegrywam)… W końcu jednak dałem się jej przekonać.
Pokazałem jej jak się buduje drogi, przystanki, ustala rozkład jazdy.
Pozwoliłem klikać z obawą oczekując momentu, gdy zbankrutuje. O dziwo porażkę
przyjęła dobrze i po prostu następnym razem zaczynała od nowa.

Co jakiś czas jej pomagałem. Często dziwiłem się co tam wyprawia, ale
ostatnio zaczynają mnie zaskakiwać efekty. Raz stwierdziła puściłam 40
ciężarówek
. Najpierw myślę po cholerę tyle… a niech się cieszy, że
jeżdżą, i tak zaraz zbankrutuje
. Potem a czy ona umie do 40
policzyć?
. Chyba umiała, bo ciężarówek była cała ulica i kolejne
wyjeżdżały. Prawdę mówiąc nie sądziłem, że w ogóle opanuje kopiowanie
pojazdów (raz jej to pokazałem)… Jednak kompletny opad szczęki zaliczyłem,
gdy zobaczyłem ile pieniędzy na tym zarabia. Wcisnąłem na chwilę fast
forward
i już miała prawię milion na koncie… Dzisiaj po piętnastu
minutach gry stwierdziła miałam już pieniądze na czerwono, to wcisnęłam
przyspieszenie
… i miała 200.000 na czarno. Znaczy się, zupełnie
bez mojej pomocy zrobiła w grze dochodowy interes. A przecież ile razy mnie
się to nie udało. A ja umiem liczyć, umiem czytać, znam angielski… Gra jest
pełna różnych szczegółów, w których trzeba się przynajmniej minimalnie
orientować (np. skąd dojeżdżają pracownicy do fabryk i kto jest dostawcą
surowców), a niespełna sześcioletnia Krysia sobie w tym radzi. Zrozumiała i
opanowała też zapisywanie (pod nazwą „krysia1”, „krysia2”) i odczytywanie
stanu gry… No, wciąż nie mieści mi się to w głowie! :-)

Mam nadzieję, że córka nie dorwie się do hasła roota…
;-)

Satelita

Zaczyna się Teleexpress. Córka wychwyciła jakiś kawałek informacji:

– A czemu chcą zabić tą satelitę?

– Chcą go zestrzelić, żeby nie spadł. No bo może spaść na ziemię i
wtedy mógłby zrobić komuś krzywdę.

– Bo ona jest wielka ta satelita?

[…]

Postanowiłem wyjaśnić dziecku co to są satelity:

– To są takie urządzenia co latają dookoła ziemi.

– Jakie urządzenia?

– No, satelity to takie urządzenia co latają wokół ziemi. Ten akurat
robi zdjęcia.

– Robi zdjęcia całemu światu?

– Tak.

– To tak powstają kartki na globusy? – stwierdziła Krysia
ciesząc się, że w końcu rozwikłała tę zagadkę. :)

– No, niezupełnie…

Wigilia jak nigdy

Obudziłem się przed szóstą rano. Żonka wstała chwilę po ósmej. Zrobiła mi
śniadanko itp, a sama poszła do pracy. Ja zostałem z Krysią, bo dzisiaj
przedszkole nieczynne.

Krysia obudziła się jakoś grubo po dziewiątej. Poinformowałem ją, że podobno
ma sobie sama zrobić śniadanko (lambasiki, masło i nóż czekały gotowe do
posmarowania). Najpierw stwierdziła, że nie chce. Potem, że mi zrobi
śniadanko. Bardzo miło z jej strony, ale ja już zjadłem. W końcu sama sobie
zrobiła: z masełkiem i serkiem z marcheweczką (czyli z łososiem).

Obejrzeliśmy parę odcinków I co wy na to? na National Geographic.
Najwyraźniej ją to zainteresowała, nawet stwierdziła, że to bardzo mądry
film
. Zapewne niewiele z tego rozumiała, ale niech właściwe
zainteresowania rozwija. :-) W końcu trzeba było telewizor
wyłączyć, bo ile może dziecko oglądać…

Zająłem się trochę standardowym chorobowym zabijaniem czasu przy pomocy
laptopika, a trochę przygotowywaniem niespodzianki dla żonki (marnej namiastki
prezentu, którego nie byłem jej w stanie kupić). Krysia się zainteresowała tym
co robię, to musiałem ją nieco wtajemniczyć. Z zastrzeżeniem, żeby mamie nic
nie mówiła. Ogólnie córeczka bawiła się bardzo grzecznie i gotowa była się
tatusiem opiekować.

Oczywiście, jak tylko mama przyszła, to jej dziecię oznajmiło, że ma nie
patrzeć na tatusia, bo on robi niespodziankę
. Na szczęście dalszych
szczegółów nie ujawniła.

Dostałem obiadek, moje aniołki popakowały prezenty i wrzuciły pod choinkę,
a potem poszły do dziadków, na wigilijną kolację. Wrócą po bajce. Ja
dzielnie prezentów nie ruszam (ta, jasne… na samą myśl, jak się po nie
schylam, boli mnie bardziej).

Więc jak na razie spędzam sobie wigilię w łóżku z laptopem, przed
telewizorem. Ruszałem się tyle co do kibelka i na spacer do lasu (parę
razy do pokoju z choinką i z powrotem, żeby mi całkiem mięśnie nie zanikły).
A najgorsza perspektywa na dziś, to wizyta mojej mamy. Niestety w końcu trzeba
było ją poinformować, że obolały w łóżku leżę (i przez to nie mogę jej
odwiedzić)…

Ogólnie jest nawet całkiem sympatycznie. Przynajmniej część świątecznego
cyrku mnie ominie. :-) Szkoda tylko, że będę musiał ograniczyć
niezdrowe żarcie: ani za bardzo nie jestem w stanie zjeść tyle co zwykle na
święta, ani nie byłby to dobry pomysł, gdy tak ciągle leżę.