Oto jak…

… mi żona jajka wyskrobała:
jaja
(to z lewej zostało tak wyskrobane jeszcze w zeszłym roku).

Sorry za jakość, ale moja „Dimera 3500” to badziewie, a do robienia zdjęć z
tak małej odległości z lampą to już zupełnie się nie nadaje. I tak się
nakombinowałem, żeby było coś widać. Normalne zdjęcia będą po wywołaniu filmu z
Minolty (bliżej nieokreślona przyszłość).

No i dobrze, że Jogger znowu działa. Bez niego było naprawdę ciężko.

Świntuchy dwa

Znaleźliśmy z żoną miły sposób na spędzanie samotnych wieczorów – gdy Ona
jest w Bochni, a ja w Gliwicach: czytanie nieprzyzwoitych blogów – niektóre
są naprawdę niezłe (blog.pl i blog.onet.pl to jednak nie takie całkiem
bezwartościowe serwisy). Ja je wyszukuje, a jak znajdę coś ciekawego podsyłam
linka. Najwyraźniej jej też się to podoba. Kiedyś będziemy musieli sami
spróbować czegoś z tego co przeczytaliśmy. :-)

Zastanawiam się czy nie podlinkować co ciekawszych z tych blogów do mojego
Joga, ale co by sobie ludzie (którzy mnie jeszcze nie znają z tej strony) o mnie
pomyśleli. ;-)

Pajałem i bóciłem

W piątek prosto z pracy poszedłem na obiadek do restauracji Krakowianka. To
mała knajpka niedaleko firmy, z zewnątrz wyglądała nieciekawie, a w środku
całkiem sympatycznie. A rolada z kluskami była po prostu pyszna.

Po obiadku wsiadłem w samochód i pojechałem do moich dziewczyn do Bochni. W
Rudzie Śląskiej, przed wjazdem na DTŚ był pierwszy korek. Zaskoczyło mnie to, bo
tam akurat nigdy nie stałem (ale często nie jeżdżę, więc to może normalka).
Potem DTŚ – raz dwa i byłem w Katowicach. Tam trochę mi się mieszały pasy zanim
wjechałem na A4 (wcześniej ten kawałek wydawał mi się wyjątkowo prosty), na
samej autostradzie też miałem wrażenie, że strasznie z tymi pasami namieszali,
ale to chyba tylko taki dzień. Na A4 rozkopy, przed Chrzanowem jeszcze nie takie
straszne, ale dalej duże kawałki drogi z ruchem dwukierunkowym i ograniczeniem
do 70. Bardzo się nie spieszyłem, więc specjalnie się tym nie przejmowałem.
Przed Balicami zjechałem na stację na siusiu i do myjni (a co będę do żony
brudnym samochodem jechał – raz na dwa lata nawet Polonezowi należy się
mycie).

Z automatycznej myjni korzystałem po raz pierwszy. Kupiłem w kasie kartę,
podjechałem pod myjnię, poczekałem aż poprzedni samochód wyjedzie (czytając w
tym czasie kilka razy instrukcję obsługi), podjechałem do środka aż zapalił się
napis Stop. Zanim się zatrzymałem zapaliło się Do tyłu, to
cofnąłem. Znowu zapaliło się Stop, a jak się zatrzymałem to zgasło.
Uznałem że jest ok, poszedłem do budki sterującej, włożyłem kartę,
nacisnąłem Start. Napisało mi na wyświetlaczu po francusku jakieś
cośtam cośtam 3…. No to czekam… i czekam… i nic. Wołam gościa co się
kręci obok przy serwisie. Podszedł, obmacał urządzenie i stwierdził, że on się
nie zna, to mu si kolega, zaraz przyjedzie. No to czekam na kolegę… Po
dziesięciu minutach się zjawił, otworzył budkę, poprzyciskał coś tam i
nic. Podszedł do światełek (tam gdzie świeciło się Stop i Do tyłu),
walną kilka razy i za którymś błysnęło Do przodu. Więc gościu powiedział,
żebym zwolnił hamulec i się samochód popchnie. Popchnęliśmy jakieś 1-2cm i
zapaliło się Stop. Wróciliśmy do budki, ale maszyna dalej nie
rusza. Gościu jeszcze raz to otworzył, poprzyciskał ileś guzików (chciałem
zasugerować reset), aż w końcu zadziałało. Gościu jeszcze powyklinał
kogoś, że paru żarówek nie chcą kupić, a klienci nie wiedzą gdzie
podjechać
. Po paru minutach mycie się skończyło i mogłem wyjechać. Nie
powiem, żebym efektem był zachwycony, ale że samochód wyjechał czyściejszy to
nie da się ukryć.

Zanim dojechałem na miejsce zdążyło się ściemnić. Przed Wieliczką i w
Wieliczce oczywiście korek, ale tego można było się spodziewać. Dalej jechało
się całkiem miło. Aż do Bochni gdzie pobłądziłem. Najpierw skręciłem nie w tą
stronę i wyjechałem z powrotem na Kraków. Za drugim razem, na tym samym
skrzyżowaniu znowu pojechałem nie w tą stronę (prosto zamiast w prawo), ale to
już udało mi się naprawić bez wyjeżdżania poza miasto. Gdy dojechałem pod hotel
okazało się, że w pokoju nikogo nie ma, a komórka żony nie odpowiada. Na
szczęście teść odebrał – byli w restauracji. Żona wyszła mi naprzeciw. Dosiadłem
się do stolika, nawet coś dla mnie zostało. A Krysia jak zobaczyła że tatuś
przyjechał zaczęła szaleć – wszystko chciała mi od razu opowiedzieć. Że
windom, że śweci. że pani itp.

Po wykąpaniu dziecka i położeniu jej spać poszliśmy z żoną na miasto. Trochę
się pokręciliśmy po okolicy, ale nigdzie nie zaglądaliśmy. Zaskoczyło nas że z
wielu lokalów słychać było całkiem sensowną muzykę – w dwóch były koncerty na
żywo (w jednym z nich wyglądało to trochę śmiesznie – kapela byłaby dwa razy
większa, to nie byłoby miejsca dla klientów), ale nigdzie nie wchodziliśmy, bo
nie chcieliśmy dziecku papierochami śmierdzieć, sami tego zapachu zresztą
też nie lubimy. Po rundce dookoła centrum wróciliśmy do pokoju. Niestety warunki
do nacieszenia się żoną dość ograniczone – dziecko śpi w łóżeczku obok, a
teściowe za ścianą. Trzeba było być bardzo cicho…

W środku nocy obudziło mnie bulgotanie w brzuchu. Dwa czy trzy razy chodziłem
do kibelka, łącznie spędziłem tam w bólach chyba z godzinę. W końcu położyłem
się na swojej karimacie między łóżkiem i łóżeczkiem i zasnąłem. Żona po tej nocy
była cały dzień niewyspana. Ja też się potem dobrze nie czułem.

Rano poszliśmy z Krysią do księgarni pokazać jej królika (bardzo jej się
spodobał) i do zoologicznego zobaczyć inne zwierzątka, ale rybki, szczurki i
myszki nie zrobiły już takiego wrażenia. Obiad zjadłem w tamtejszej pizzerii
„Bella” – tak jak zawsze zjadłem tam tanio i dobrze. Wypad na huśtawki się nie
udał, bo zaczęło padać. Schowaliśmy się do sklepu i żona kupiła sobie nowe buty.
Z powodu pogody nie pojechaliśmy też do Centrum Aktywnego Wypoczynku w
Borku.

Kolejną noc przespałem już normalnie, no pomijając eksmisję z łóżka na
karimatę, gdy rano Krysia się obudziła i zajęła miejsce przy mamie.

Dzisiaj rano na zmianę się chmurzyło i świeciło słońce. Postanowiliśmy jednak
do tego Borka jechać, żeby pokazać Krysi koniki. Oczywiście wtedy zaczęło padać.
Mimo pogody pojechaliśmy. Wyjechaliśmy nie tym wyjazdem z Bochni, ale jakoś na
miejsce udało nam się trafić. Było zamknięte (w folderze reklamowym nie podano
godzin otwarcia, więc błędnie założyliśmy że jest otwarte cały dzień).
Wróciliśmy już właściwą prostą drogą.

Po wycieczce objazdowej wyszliśmy całą rodzinką na spacer po mieście.
Krysia dobrze się z dziadkami bawiła, to zostawiliśmy ich i wróciliśmy do pokoju
w Hotelu (w końcu tydzień nie będziemy się widzieć). Gościu w recepcji trochę
dziwną miał minę jak po jakiś dwudziestu minutach wychodziliśmy nieco zmienieni
na twarzach i spytałem go gdzie mają jakąś cukiernię. Cukiernię znaleźliśmy
i kupiliśmy sobie lody – trzeba było trochę ochłonąć.

O drugiej pożegnałem się z rodzinką i poszliśmy na obiad – oni do hotelowej
restauracji, ja do Karczmy Rycerskiej potem wsiadłem w samochód i
pojechałem. Tym razem nawet w Wieliczce prawie nie było korka. W miarę szybko
dojechałem do Katowic. Tam nie skręciłem na DTŚ, tylko pojechałem dalej zobaczyć
ile tej autostrady minister Pol nam wybudował. Autostrada dojechałem
mniej-więcej tam gdzie ostatnio (jakieś 3 lata temu) gdy tamtędy jechałem.
Różnica była taka, że dalej było widać powstającą dalszą część A4. Pojechałem
więc przez Rudę Śląską kierując się drogowskazami na [A4] Wrocław.
Wyjechałem na trasę mikołowską i dalej prościutko do domu. Po drodze
przekroczyłem budowę autostrady jeszcze z 2-3 razy. Kiedyś może uda się im ją
skończyć.

O 16:40 byłem już w domu. Żonie zameldowałem (przez Jabbera oczywiście), że
dojechałem cały i zdrowy, a teraz meczę ludzi swoimi wypocinami.

Zostałem sam

Żona i córka wyjechały na dwa tygodnie do Bochni wypoczywać. Nie będzie miał
kto pilnować, żebym za długo przed kompem nie siedział. Nie będzie miał kto mi
pysznych obiadków gotować. Nie będzie miał kto fundować mi wieczornej łóżkowej
gimnastyki. Moje zdrowie jest więc zagrożone, ale dwa tygodnie powinienem jakoś
przeżyć. Szczególnie, że na weekend do nich się wybieram.

Ten czas postaram się spędzić jakoś pożytecznie. Może przynajmniej część
moich projektów ruszy z miejsca. Mam nadzieję że wcześniej nie znajdę jakiejś
super gierki ani innego pożeracza czasu, ani że w firmie za dużo roboty mi nie
przywalą.

Na razie rozpoczynam destrukcję mieszkania, od kuchni – idę sobie
przygotować jakąś namiastkę obiadu.

Czy to się wreszcie skończy?

Paskudny ten tydzień. Na poniedziałku się nie skończyło. :-(

Powodem wolnego działania łącza po zmianie płyty w routerze okazały się
straty pakietów na jednej sieciówce. Dokładnie to był jeden z czterech portów na
czteroportowej karcie D-Link. We wtorek przełożyliśmy kabelek do interfejsu na
płycie głównej (VIA Rhine) i straty ustały. Było nawet lepiej niż na starej
płycie. Super… ale nie długo. Tego dnia też przyszła zamówiona karta
synchroniczna na PCI, ale instalację tego zostawiliśmy sobie na srodę. We
wtorek spatchowałem tylko dla nich kernel PLD. Po pracy okazało się że sieć na
tym VIA Rhine i pomaga tylko reset switchów, a żeby było śmieszniej po resecie
jednego z tych switchy musimy robić ifdown/ifup na serwerze do niego
podpiętym, bo dla odmiany tam sieć zawisa. W końcu jakoś działało dalej.

W środę już z samego rana poszliśmy na serwerownię podłączać nową kartę.
Trzeba było wyjąć serwer z szafy, zainstalować kartę, włożyć serwer spowrotem
(jego miejsce w szafie jest na wysokości około 2m) i wszystko popodłączać.
Klienci zapewne byli zachwyceni, bo trwało to ponad pół godziny a i na tym
przerwy się nie skończyły. Po podłączeniu i uruchomieniu zapatchowanego
kernela wszystko wyglądało dobrze… dopóki nie załadowałem sterownika do
karty. Próba zakończyła się twardym zwisem maszyny, nawet Magic-SysRq nie
pomógł. Po paru próbach z różnymi konfiguracjami postanowiliśmy zadzwonić do
producenta. Dostałem numer telefonu do gościa od tej karty a zarazem autora
sterowników. Niestety nie był w stanie powiedzieć nic konkretnego, jedynie
zasugerował zainstalowanie gołego kernela (no cóż ten z PLD jest rzeczywiście
przeładowany patchami). Cóż było robić. Odpaliłem router bez tego sterownika
(a więc dalej bez POLPAK-a), wróciłem do biura i zacząłem szykować kernel.
Instalację zostawiłem sobie na dzisiaj (czwartek).

Na tym środowe atrakcje się nie skończyły. Około 17-tej znowu siała sieć na
Rhine i trzeba było restartować switcha. Potem pojawiły się duże straty –
okazało się że tabela conntrack się przepełniła (wcześniej był kernel 2.2, a
więc nie było tego problemu). Poprawiłem ip_conntrack_max i było jakby lepiej.
Jednak wieczorem gdy chciałem sprawdzić jak daleko jest tej tabeli do
ponownego przepełnienia (wc -l /proc/net/ip_conntrack) znowu sieć zawisła. I
tym razem restart switchów nie pomógł. Po reboocie (zdalnym, serial-console
rulez) sieć w ogóle nie wstała. Tylko pojawił się komunikat o jakimś problemie
z routingiem przerwań i wynikającym z tego konfliktem. Próbowałem jakoś
skonfigurować routing z pominięciem tego routera (teoretycznie możliwe
rozwiązanie dla większości naszych klientów), ale nic z tego nie wyszło, więc
spróbowałem jeszcze jednego restartu. Tym razem sieć wstała, ale zauważyłem że
komunikat o problemie z przerwaniami też się przy starcie kernela pojawił.
Widać dupiata płyta główna.

Dzisiaj jak już dojechałem do pracy, co stało się 15 minut później niż
zwykle, bo autobus nie dojechał, zabraliśmy się znowu za ten nieszczęsny
router. Najpierw obejrzeliśmy jeszcze raz ten komunikat o przerwaniach i
spróbowaliśmy coś z tym zrobić w ustawieniach BIOS. Potem zainstalowałem nowy
kernel (ten własny, nie z PLD) i załadowałem sterowniki do karty. Załadowały
się, bez zwisu. Potem skonfigurowałem dostęp do POLPAKu – miodzio, znacznie
przyjemniejsza sprawa niż z tą nieszczęsną Sangomą. I zebra nie zdechła po
odpaleniu łącza i interfejs zachowuje się normalnie. Takiej właśnie karty mi
było trzeba… Nie nacieszyłem się jednak długo bo wszystko wisło. Na twardo.
Mieszaliśmy z ustawieniami przerwań itp., ale nigdy nie podziałało dłużej niż
godzinę. Znowu dzwoniłem do autora sterowników, ale nie miał lepszych pomysłów
niż te na które sami wpadliśmy – może to konflikt przerwań, spróbujcie bez
tej karty z którą współdzieli przerwanie
. Ale nie możemy wyciągnąć tej
karty, bo to czteroportówka, która sama zabiera wszystkie cztery przerwania
PCI. Przełączyliśmy jeden kabelek gdzie indziej, tak że przynajmniej jedno z
tych przerwań było nieużywane i mogło zostać tylko dla karty synchronicznej.
Jednak sytuacja bez zmian – nadal się wiesza. W końcu wywaliliśmy ten
sterownik i ponownie wyłączyliśmy POLPAK. Nie wyciągaliśmy karty, żeby nie
powodować kolejnej (tym razem dłuższej) przerwy w działaniu routera. Będąc na
serwerowni oczywiście pamiętaliśmy o wieszającej się VIA Rhine – przepięliśmy
z niej kabelek na 3Coma, który też tam był, może będzie lepiej.

Tej karty synchronicznej mamy już dosyć, jutro ją wyciągamy i spróbujemy
zwrócić. Dzisiaj zamówiłem dedykowany router 3Coma. Jakiś bardzo prosty z
portem V.35 i Ethernet – tak żeby tylko pośredniczył pomiędzy POLPAK-iem, a
naszym routerkiem. Jutro czeka mnie więc wyciąganie karty i instalacja
routera. Ale jak ten nowy router będzie nawalał, to najwyżej POLPAK nie będzie
działa, a na nasze główne łącze nie powinno to mieć problemu. Oby się te
problemy wreszcie skończyły!

A teraz coś bardziej optymistycznego. Wczoraj Krysia opanowała używanie
myszki. Odpaliłem jej TuxPainta (nie pierwszy raz), a ona sama stawiała
pingwinki w mniej-więcej przemyślanym miejscu. Jak tak dalej pójdzie, to zanim
skończy trzy latka (teraz ma niecałe dwa) to będzie chciała poznać hasło roota
:-).

Walentynki oraz postępy w projektach

Dzisiaj Walentynki. Cokolwiek już na joggerze na ten temat nie napisano, to
ja uważam że dobrze. Chociażby dlatego, że jest wielu takich jak ja, co nie
umieją wręczać kwiatów bez okazji, a przecież dziewczynom się to od czasu
do czasu należy. Ja kupiłem trzy duże róże żonie, trzy małe różyczki córeczce
(poza tym, że kochana, to jakby nie dostała to niezłą awanture byśmy tu mieli
:-)). Od żonki dostałem elektroniczną kartkę (z pingwinami,
a jakże) oraz melodyjkę na komórkę (może i głupie, ale miłe). Żabcia też
nie zawiodła i przysłała „sympatycznego” SMS-a, co Iwonkę bardzo
wkurzyło (coś wspominała o przyrządzaniu żabich udek).

W pracy udało się uruchomić ten nowy 64-bitowy (2*Opteron) serwer (między
innymi pod naszego Jabberka) i jest troszeczkę luzu. Mogłem więc troszkę czasu
(„domowego”) poświęcić na moje Jabberowe projekty. Transport GG
znów nie miał wiele szczęścia (mimo że muszę wreszcie zrobić
nowe wydanie), za to popracowałem nad PyXMPP i JJIGW (bramką do IRCa). W CJC
też coś zrobiłem, ale nie wiele. JJIGW jest coraz bardziej używalny i może
w ten weekend zrobię nowe wydania całej trójki. Tymczasem jak ktoś chce
potestować to może się pobawić bramką do IRCNetu zainstalowaną przy moim
serwerze: ircnet.jabber.bnet.pl. N.p. żeby wejść na kanał
#7thguard wystarczy swojemu klientowi Jabberowemu wejść do pokoju
#7thguard na serwerze konferencyjnym ircnet.jabber.bnet.pl.
Oczywiście bramka obsługuje (na razie częściowo) protokół MUC i trzeba mieć
odpowiednio nowoczesnego klienta, żeby się nią w pełni nacieszyć.

Niedługo będzie wypadało zrobić obsługę MUC w CJC, ale wcześniej
musiałbym zrobić do końca Disco, dodać obsługę formularzy itp. Mam nadzieję że
kiedyś mi się uda.

Wracając do pracy… Czytając Bugtraq natrafiłem na maila o tym jaki
szybki był, w porównaniu do komercyjnych antywirusów, ClamAV
w reakcji na atak MyDoom. Postanowiłem spróbować u siebie. Wcześniej
tego nie robiłem bojąc się że zajedzie to mój serwer. Zamiast tego używałem
własnego skryptu virusprotect, który tylko zmieniał niebezpieczne
rozszerzenia załączników. Podczas próby okazało się, że amavisd-ne
wraz z clamd obciążają serwer znacznie mniej niż mój prymitywny
skrypt, a przecież potrafią dużo więcej.

Miałem dylemat z konfiguracją powiadomień o znalezieniu wirusa
przez amavisd. Ostatnio chyba wszyscy się przekonywali że
powiadamianie „nadawcy” jest złe. Amavisd ma niby
możliwośc określenia które wirusy fałszują adresy, ale kto by pilnował
aktualności tej listy? Nie chciałem też, żeby poczta znikała na moim serwerze
bez śladu. Dlatego włączyłem powiadamianie niedoszłego odbiorcy wirusa. Takie
powiadomienie to i tak lepsze niż wirus. Może kiedyś wymyślę coś
lepszego.

Na wakacjach

No to jestem na urlopie, w Pogorzelicy. Przyjechaliśmy pociągiem w
zeszłą niedzielę rano (do samej Pogorzelicy musiał teść nas podwieźć
samochodem). Na miejscu czekał na nas pokój w domku z już rozpakowanymi
częściowo bagażami (z teściów jest czasem pożytek 🙂 ). Po śniadaniu
(albo po obiedzie, dawno to było…) poszliśmy zobaczyć morze. Było na
miejscu. Postanowiliśmy przedstawić je dzidzi i postawiliśmy Krysię
bosymi stópkami na mokrym piasku. Nie spodobało jej się (pierwszy raz
stała boso gdziekolwiek poza domem). Potem postawiliśmy na suchym piasku
kawałek od morza. Pobiegła w kierunku wody i tym razem bardzo się jej
spodobało. Biegała tak przez jakiś czas, zamoczyła sobie przy tym
(chyba pierwszy raz od zewnątrz) pieluszkę… i nie dało się jej
stamtąd zabrać. Więc chyba morze się jej spodobało 🙂

Przez następne dni to włóczyliśmy się po okolicy, to wychodziliśmy
nad morze itp. Pogoda nie specjalnie sprzyjała plażowaniu – prawie cały
czas pochmurnie i zimno, ale deszczu niewiele, więc nawet grzybów nie
ma. Za to wieczorami chodzę na ryby – na plażę. Wzbudzam tam ogólne
zainteresowanie (jedyna osoba z wędką na plaży), ale raz udało mi się
nawet złowiæ rybę – 60cm węgorza – starczyło na pyszną kolację.

Dzisiaj wybrałem się do kawiarenki internetowej, żeby sprawdzić
pocztę, napisać na Joggera itp. Może prawdziwy urlop to byłby taki
zupełnie bez Internetu, ale przecież i tak ponad tydzień wytrzymałem 🙂 Teraz tylko żona płacze, że mi dobrze, a ona też by chciała. 🙂 Na jej pocieszenie mam tylko to, że nie jest tak przyjemnie jak w domu. Przed Windows oczywiście nie siedzę (tego bym chyba nie zniósł), ale ten Knoppix też mnie wkurza. A może to to KDE które tu domyślnie się uruchamia. Kto wpadł na pomysł ustawienia LC_ALL=C??? A ja się zastanawiam, czemu ustawienia LC_CTYPE nie działają… Czemu w xtermie mam zielone literki na białym tle??? No i jak tu zmusić Konsole do wyświetlania polskich literek? Jednak dobrze że coś takiego jest i że obsługa kawiarenki była na tyle miła, że pozwoliła mi to odpalić.

Na koniec ma pozdrowienia znad morze dla wszystkich czytelników – ode mnie, żony (maszczuha/ika) i córeczki (Krysia/”obrzydliwa paskuda”).

PS. Nie mam tu ispella z polskim słownikiem, więc mogły zdarzyć się koszmarne błędy 😦

Przemogłem się…

… i zacząłem pisać manuala do CJC. Co prawda CJC jeszcze nie
skończone, ale przynajmniej teraz jest jeszcze mało do dokumentowania. Chyba
wszyscy programiści się ze mną zgodzą, że to najgorsza część roboty (chyba tylko
dokumentacja kodu jest gorsza, dlatego PyXMPP dłużej będzie się bez
dokumentacji). Dobrze, że przynajmniej DocBook jest taki fajny.

Piszę po angielskawemu i ktoś to kiedyś będzie musiał na angielski
przetłumaczyć. Polskie tłumaczenie też by się przydało, ale ja tego pisać nie
będę.

W sobotę jedziemy z rodzinką (żona, córka, teściowie) na wczasy. Zaszalałem
i już parę tygodni temu zarezerwowałem przedział sypialny w pociągu, bo
wielogodzinnej jazdy samochodem z dzidziusiem sobie nie wyobrażam.

Wczoraj spotkaliśmy znajomych żony na placu zabaw z dzieckiem. Mieli takie
fajne nosidło ze stelażem do noszenia dziecka. Wsadziłem w to Krysię, wsadziłem
na plecy – i nic – nie czuć tych 10kg. Zaraz pomyśleliśmy, że przydałoby nam się
to na wczasach, przecież wózkiem po plaży nie będziemy jeździć. Tylko czy to się
na pewno sprawdzi? I gdzie to kupić? Na Allegro mają nawet takie za 83zł, ale
żonie nie udało się ze sprzedawcą skontaktować, nie wiadomo czy do czwartku by
doszło no i za 83zł to może być badziewie. Ja na chwilę urwałem się z pracy,
żeby zobaczyć co w sklepie można kupić – jest tam nosidło Chicco za 240zł.
Trochę dużo jeśli miało by się nie sprawdzić, więc jeszcze się wahamy.

Zabcia – ciąg dalszy

Dzisiaj dostałem kolejnego SMSa od Zabci. Dla przyzwoitości (i podtrzymania napięcia ewentualnych czytelników) tym razem to zakodowałem:

Cemlwqm qb zavr n ebmybmr hqxn an cbjvgnavr, gnx mrolf zbty wrmlpmxvrz
fcebobjnp wnxn wrfgrz jvytbgan v tbenpn…

Dostałem jeszcze jednego SMSa podpisanego <Zabcia> w którym nadawca
ustosunkowuje się bezpośrednio do mojego poprzedniego wpisu tutaj.
Prawdopodobnie to tylko imitacja prawdziwej Zabci w postaci któregoś czytelnika joggera. Mimo wszystko przepraszam za
tego „płaza” – chyba trochę przesadziłem.

Żona nie może przeboleć, że do niej nikt takich świństw nie pisze…
;-)