Wieczorem sam w domu…

Przez moją sklerozę żona poszła się upić. )-; A ja zostałem w
domu dziecka (śpiącego na szczęście) pilnować.

Może ten czas spożytkuję na porządki w kodzie PyXMPP.
Do pomocy zatrudniłem pylinta, który mi
pokazuje wszelkie moje grzechy w kodowaniu. Teraz plik
TODO.pylint liczy 1158 linii (905 ostrzeżeń, 68 błędów) mimo,
że i tak pomocnika trochę uciszyłem. Ale lista się kurczy co oznacza,
że jest chyba coraz lepiej. Najczęstrzym moim grzechem jest brak
docstrings, a więc dokumentacji kodu. A w przypadku biblioteki to spore
przewinienie… Jak dobrze pójdzie, to dzisiaj przynajmniej ten największy z
modułów — pyxmpp.stream — uporządkuję.

Krysia woli mamusię, ale grzyby rosną

Wczoraj wieczorem dołączyłem do żony kąpiącej Krysię. Ostatnio
żona wszystko robiła z powodu mojego chorowania, a chciałem
się na coś przydać. Żona wyszła na trochę i ja zostałem. W
końcu uznałem, że kąpiel dziecka nie polega tylko na patrzeniu
jak dziecko siedzi w wodzie i się bawi. Postanowiłem ją umyć,
najpierw umyłem jej plecka. Ona wtedy w ryk na cały domek.
Żona przyleciała, a Krysia się jej żali: Tatuś umył! i
płucze sobie rączki. No to żona jej obmywa te rączki. Ja
mówię, że umyłem plecka, o rączkach nic nie wiem. To Krysia
z płaczem „Tatuś umył plecka!” no i mamusia musiała plecki też
po tym strasznym wydarzeniu umyć… Ja tym czasem się
zmyłem…

Po kąpieli zająłem się wycieraniem i ubieraniem Krysi. To już
należy to moich zwykłych obowiązków. Jednak Krysia przy tym
powtarzała Mamusia wytsie!,
Mamusia ubiezie dzidzi piziamkę, na szczęście tym razem
bez płaczu.

Krysia woli mamusię nie tylko od tatusia, ale też bardziej niż
dziadków. Niestety, szczególnie rano. W zeszłym roku rano
robiliśmy operację podrzutek — dziecko było
wystawiane za drzwi i szło do dziadków, a rodzice mogli
jeszcze zostać trochę sami w łóżku. Niestety w tym roku nie ma
tak dobrze :-(.

Dzisiaj Krysia była trochę łaskawsza dla Tatusia. Gdy żona z
teściem poszli pić, dziecko zostało ze mną na placu zabaw i
nawet dobrze się bawiło. Tak dobrze, że mimo przypominania
jej, że jest w samych majteczkach nie upomniała się na czas o
nocniczek i zostawiła kałużę na chodniku prowadzącym do domku.
Na szczęście (dla mnie) większością brudnej roboty z tym
związanej zajęła się babcia.

Ostatnio nie byłem w formie by chodzić na plażę, czy do
miasta
na lody, czy gofry, więc więcej łaziłem po
lesie. A zaczyna to mieć coraz większy sens. Po kolejnych
deszczach zaczęło się coś pokazywać. Wczoraj przyniosłem
trochę kurek, kilka maślaków (cała masa ich pojawiła się na
ośrodku, zaraz na przeciwko naszego domku, ale te sobie ktoś
inny zaklepał), kozaka i podgrzybka złotawego.
Wszystkie raczej młode, chociaż kozak zeżarty przez robaki.

Dzisiaj zebrałem jeszcze kilka maślaczków, a później z żoną i
Krysią (sama zebrała ze dwie sztuki) nazbieraliśmy masę (jak
na jedno małe miejsce) kurek i parę podgrzybków złotawych.
Wygląda na to, że grzyby zaczną się na dobre akurat gdy
wyjedziemy.

I znów się pochorowałem…

(ten wpis to przestroga dla mnie na przyszłość, innym radzę go
zignorować)

Tym razem niejako na własne życzenie. Wczoraj w ośrodku na
obiad była grochówka (pyszna) i pierogi z kapustą i grzybami
(w tym przypadku beznadziejne), a na kolację… bigos
(pyszny). Normalnie z żoną nie jemy kolacji na ośrodku,
ale teściowa zrezygnowała z bigosu w trosce o swoją wątrobę,
więc mnie przypadła jej porcja. Zjadłem ile tylko byłem w
stanie — uwielbiam bigos… niestety. Żona twierdzi, że
takie jedzenie zawsze mi szkodzi i pewnie ma rację, ale ja bym
wolał, żeby szkodziło mi coś, czego nie lubię, jak już musi mi
coś szkodzić.

W nocy obudziła mnie potrzeba wyjścia do kibelka. Jak
wyszedłem, to siedziałem tam z pół godziny, w tym 15 minut
ciurkiem ze mnie leciało. Potem wróciłem do łóżka i nawet
zasnąłem. Do rana kilka razy się budziłem, ale nie było tak
źle. Gorzej rano, gdy wstawałem. Okazało się, że wszystko mnie
boli (oprócz brzucha: głowa, mięśnie, skóra) i niespecjalnie
mogę, czy mam ochotę się ruszać. Ale zjadłem dwie bułeczki
i postanowiłem z żonką i córką wyjść na spacer. Nie był to
najlepszy pomysł. Okazało się, że normalne tempo spacerowe
mojej żony z wózkiem, to stanowczo dla mnie za szybko i w
ogóle marzyłem o miejscu leżącym. Trawnik sołtysa okazał się
nie dość wygodny, a pozatym zacząłem też tęsknić za kibelkiem,
więc wróciłem do domku. Po drodze zanieczyściłem kawałek, lasu
bo jednak domek był za daleko. Do obiadu przeleżałem.

Przy obiedzie byłem paskudny (jak jestem chory, to bywam
nieznośny. Pocieszające jest jedynie to, że podobno większość
facetów tak ma), ale mimo to kochana żona zadbała o to, żebym
jednak coś zjadł. Potem moje dziewczyny poszły na plażę, a
ja leżałem w domku, marzłem (mimo swetra) i miałem nadzieję,
że to co zjadłem zaraz nie ucieknie… Nawet nie
uciekło.

Zajrzałem na tą plażę, bo ile można leżeć w pokoju. Zimno mi
było w polarze i długich spodniach, ale na plaży, gdzie
potwornie wiało, już jakby mniej. Chwilę tam posiedziałem,
potem rodzinka się zbierała, a ja z nimi. Dziecko jeszcze
zostało się bawić na mieście, a ja zabrałem rzeczy i
wróciłem do domku — bliżej kibelka czułem się
bezpieczniej, a i spacerek zdążył mnie zmęczyć. Dziewczyny
wróciły trochę później i żona mi opowiedziała jak się Krysia
bawiła. Potem pojechały ciuchajką do Niechorza. Ja wolałem nie
ryzykować i oszczędzić im jednego marudy na miejscu.

Zabolało

Czemu facet musi być twardzielem, macho który nie okazuje uczuć (może w ogóle
nie powinien ich mieć)? Może dlatego, żeby kobiety mogły się jego uczuciami
bawić bezkarnie. Bo taka, niewinna, zabawa (wciąż mam nadzieję, że
zabawa) może zaboleć. Czasem bardzo. A jak trafi na mięczaka-mazgaja, to kończy
się to żałośnie (niestety bywam żałosny i nic nie umiem na to poradzić)…

Dla ukochanej żony zrobiłbym (i staram się robić) bardzo wiele. To dla niej
walczę ze swoimi słabościami i dla niej staram się wykorzystać jak najlepiej to
co mam, czy umiem. Czy to źle, że nie jestem zazdrosny, że staram się być
szczery (nawet nie umiem kłamać), że jej ufam prawie bezgranicznie i że
oczekiwałbym tego samego — przynajmniej częściowo — z jej strony?

I jeszcze jedno: Tak, podobają mi się inne kobiety. Ale to między innymi piękne
kobiety (włączając moją*) sprawiają, że świat staje się piękny, że
chce się żyć (zresztą, udany program, czy połów też). A jak się cieszyć życiem,
to najlepiej z ukochaną osobą. A gdy tej osoby nie ma, albo okazuje się że wątpi
w nasze uczucia, albo mimo naszych starań czuje się nieszczęśliwa i to przez
nas
, to czar pryska. Bo jak cieszyć się życiem, jak nie ma z kim? Jak żyć,
jak nie ma dla kogo?


* Śmieszne, ale wśród wszystkich pięknych dziewczyn wokół to żonę
uważam za najpiękniejszą. Szczerze. Bez naciągania. A ile ma ona innych zalet…
No chyba jednak szczęściaż ze mnie.

nie jest tak dobrze jakby się chciało, żeby było…

Tak jak można się było spodziewać, dzień po wydaniu jggtans-2.0.0 zaczęły wyłazić błędy i to grube. Spieprzony totalnie okazało się pobieranie listy z serwera (ale na niektórych serwerach jest już popatchowane), tłumaczenia też nie działały jak powinny. Lada dzień powinno się pojawić 2.0.1, w którym przynajmniej tych parę błędów będzie mniej.

Szef się boi, że nam komputery z firmy zwiną i kazał mi przygotować zabezpieczenie. Skoro trzeba, to zrobiłem i z sprzątania które planowałem nici. A bałagan który zrobiła Krysia i którym nikt się specjalnie nie przejmował, gdyż sprzątanie miało taki sens jak odśnieżanie podczas śnieżycy, teraz gdy jestem sam w domu nieco denerwuje. Kto by pomyślał mnie bałagan przeszkadza 🙂 .

Żona w raz z moim laptopikiem i linuksikiem w Bochni walczyła z internetem w tamtejszym hotelu. Niestety dzisiaj przegrali i byli zmuszeni do odwrotu. Jutro kontratak. Nawet nie wiem czy nawalił hotel, ichniejszy „informatyk”, czy mój laptopik albo kabelek.