Pingwinaria, dzień pierwszy.

Wyjechałem z domu rano, dwadzieścia po siódmej. Podjechałem jeszcze na plac
Piastów po kolegę z Bytomia i ruszyliśmy w kierunku Krynicy. Droga była
bezproblemowa i udało się ją pokonać, spokojną jazdą (inaczej tym samochodem
się nie da), w cztery godzinki. Na miejscu jeszcze prawie nikogo poza
organizatorami nie było. Załatwiłem co było do załatwienia i
postanowiłem zwiedzić okolicę…

Na północnym stoku Góry Parkowej, zaraz obok hotelu, leży jeszcze masa
śniegu (około 1.5m), ścieżka też ośnieżona, a ja w wiosennym ubraniu (bez
kurtki, czy swetra, tylko w koszuli flanelowej). I było mi ciepło. Szczególnie
że wdrapywałem się na górę szybkim krokiem, trasą niekoniecznie spacerową
— jeszcze częściowo ośnieżonym i oblodzonym torem saneczkowym. Po drodze
spotkałem kilka wiewiórek, a także stado jeleni (właściwie to łani), które
patrzyły się na mnie jak na jakiegoś idiotę (kto inny w letnich butach i bez
kurtki brodzi w śniegu?) i nawet nie próbowały uciekać. Na górze trochę wiało
(halny), ale i tak było dość ciepło, jednak nie na tyle, żeby długo tam
siedzieć. Było tam trochę tubylców, z jednym z nich, całkiem
sympatycznych, sobie trochę pogadałem. Zainteresował się, czy mi nie zimno,
poopowiadał co interesującego mogę zobaczyć w drodze na dół, pogadaliśmy o
tych łaniach, które tu właściwie oswojone, a kiedyś było ich nawet więcej itd.
itp. Oczywiście rozmowa nie była zupełnie bezinteresowana i pan pokazał mi co
ma na swoim stoisku. Polubiłem go, więc nawet coś kupiłem (trzeba wspierać
lokalny folklor), jakiś kamyczek co ma Wodnikowi szczęście przynosić, nawet
coś utargowałem, a do tego rzemyczek gratis ;-).

Wróciłem akurat na obiad. Wbrew Pingwinaryjnej tradycji, jedzenia było
dobre i dużo (szwedzki stół, na którym niczego nie zabrakło). Potem oficjalne
otwarcie i pierwsze wykłady. Na żadnym nawet nie ziewnąłem, więc całkiem
niezłe. Potem pyszna i obfita kolacja. Po kolacji miałem dylemat, pójść na
wykład polskiego CERTu, czy na basen (czynny tylko do 20:00), na który
przysługuje mi 45 minut dziennie. Wybrałem basen, bo rzadko zdarza mi się
popływać, a jak jest taka okazja, to warto zadbać o formę.

Po basenie wróciłem do pokoju, gdzie akurat odbywało się spotkanie ŚLUGu.
Trochę poudzielałem się w dyskusji, a jednocześnie próbowałem CJC odpalić.
Odpaliłem właściwie przed wyjściem, ale się wyłączył. W kolejnych próbach też,
albo się nie mógł połączyć, albo zaraz po zestawieniu połączenie się
zawieszało i w końcu zrywało. Dostęp do Internetu okazał się fatalny. Dopiero
później, po zakończeniu spotkania zaczęło to jakoś działać, więc mogę napisać
na Joggera to co piszę.

Z dostępem do Sieci było w ogóle ciekawie… Miał być. Jak przyjechałem do
hotelu okazało się, że nie ma, będzie za miesiąc. W pokoju gniazdko
Ethernet było, to podłączyłem HUBa, ale nawet lampka link się nie
zapaliła. Szybko okazało się dlaczego, bo zobaczyłem na korytarzu dziury w
ścianach pod skrzynki, gdzie wystawały kable Ethernet, nawet zakończone
wtyczkami RJ45. Przed obiadem już dwóch panów ładowało tam HUBy i montowało
skrzynki. Po obiedzie już link się świecił, ale adresu po DHCP się nie
dostawało. Przed kolacją już DHCP działało, ale net nie bardzo. A teraz działa
wszystko :-). Ciekawe jak długo…

I znowu dałem plamę

I znowu nie stanąłem na wysokości zadania. Znowu zachowałem się nie tak
jak trzeba, znowu potem chciałem uciec i znowu usłyszałem chociaż raz
byłbyś mężczyzną!
. Jak widać to mi nie wychodzi. Wielomiesięczne próby
dojścia (bo nie powrotu) do normalności nie wiele dają…

A może ktoś zna jakiś dobry kurs jak zostać prawdziwym mężczyzną?
Cześć dotyczącą seksu mam raczej opanowaną, w stopniu conajmniej dostatecznym,
ale najwyraźniej mam duże problemy z całą resztą (co pewnie i ten wpis
potwierdza)…

Idę poczytać książkę, o bajkach i czarownicach — to pewnie też
babskie/dziecinne zajęcie…

No i spieprzyłem…

Przenosiny na LVM ukończone. Straty: prawdopodobnie kilkadziesiąt MB
plików z /opt i /home (oczywiście poza katalogiem mojej żony, który jako
strategiczny został zbackupowany). Na razie nawet nie wiem co to za pliki. Ale
sama informacja zdołała żonę wkurzyć… :-(

Do zapamiętania na przyszłość:

  • Przed jakimkolwiek zapisywaniem danych, po zmianach w filesystemie, czy
    tablicy partycji, robić fsck! I dobrze przemyśleć informacje
    jakie ono wypluje.
  • To, że resize2fs wywalił się z błędem glibc detected
    double free or cośtam
    nie znaczy że właśnie rozwalił mi filesystem (sam
    sobie później rozwaliłem wychodząc z takiego założenia).
  • Nawet gdy się zrobiło duży zapas miejsca na partycji pod zmniejszony
    filesystem, lepiej sprawdzić czy on się tam rzeczywiście mieści.
  • pvresize jest not implemented yet, więc nie
    ma sensu kasować starych partycji, żeby powiększyć istniejące PV — po
    prostu trzeba z tych partycji zrobić osobne PV i dodać do odpowiedniego
    VG.
  • Backupować zawsze więcej niż wydaje się istotne — żona może być zła
    także za nieistotne pliki.

A może by tak LVM?

Ostatnio często się zdarzało, że nie mogłem w domu jakiegoś pakietu
doinstalować, bo na /usr brakowało miejsca, gdy na
/home i /var jeszcze było. Nie chciałem linkować,
ani bindować (mount --bind) katalogów, więc było kombinowanie co
by tu skasować, żeby co innego zainstalować. Nie wiele już do tego kasowania
zostało.

Od jakiegoś czas w firmie na serwerach stosuję LVM — dzięki temu na
początku przydzielam systemom plików tyle miejsca ile w danej chwili jest
potrzebne, plus niewielki zapas, a więcej mogę dodać wtedy, gdy będzie taka
potrzeba. Pomyślałem, że w domu też mógłbym to zastosować. Jednak
przeniesienie istniejących filesystemów na LVM to nie taka prosta sprawa,
wiąże się z przerzucaniem danych między partycjami, usuwaniem i dodawaniem
partycji, a także zmianą rozmiaru jednej z nich. W takim przypadku zawsze jest
ryzyko utraty danych…

Wczoraj zrobiliśmy nasze regularne (twardzi jesteśmy: raz na rok) bakupy
najistotniejszych danych, jednak mimo to żona by mnie zamordowała, gdyby
wyparował jej katalog domowy. Dlatego właśnie leci jego zawartość na
wolną partycję na serwerze u mnie w pracy. Oczywiście w locie kompresowana
i szyfrowana. Średnio około 400kB/s. Oby mi ISP kurka nie przykręcił za to
— to jest sieć osiedlowa, gdzie raczej nie są przewidziane takie
transfery dla pojedynczego użytkownika ;-).

Po obiedzie rozpoczynam operację (8-punktowy plan mam już przygotowany),
ciekawe co z tego wyniknie…

Jabber? Nie dla idiotów!

Okazuje się, że już twórcy pierwszych implementacji Jabbera zdawali sobie
sprawę z uciążliwości różnych idiotów w sieciach IM i starali się temu
odpowiednio zaradzić. Dzisiaj Jabber Council opublikowało specyfikację tego
protokołu: JEP-148: Instant
Messaging Intelligence Quotient (IM IQ)
. Szkoda, że się nie przyjął,
oszczędził by nam wielu niepotrzebnych rozmów i pozycji w rosterach…

Rzucam to wszystko…

Zastanowiłem się nad tym co napisał zgoda w komentarzach do
ostatniego wpisu
i chyba muszę się z tym zgodzić. Ci wielcy gracze
to nic dobrego, zaraz wszystko zepsują. Teraz Sun zaczyna — psując
wspaniałą ideę tekstowej komunikacji przez jakieś VoIP, videokonferencje itp.
wynalazki w swojej implementacji. Potem będzie Microsoft, skoro jest RFC, to
będą musieli zrobić swoją implementację. W każdym Windows będzie klient
Jabbera, którego nawet moja matka obsłuży. Zdaje się, że Apple już coś takiego
zrobiło (na szczęście u nas Maki nie są zbyt popularne). No i po co to nam? Nie
po to robię trudnego do zainstalowania, brzydkiego klienta CJC, żeby gadać
z ludźmi, co u siebie mają śliczne cukierkowe okienka i, co gorsza, cieszą się
z narzędzia, którego używają! Nie po to robiłem transport GG, żeby przestał
być potrzebny jak ludzie z GG uciekną.

Ostatecznie stwierdzam, że dam sobie z tym spokój. Dość ślęczenia nad
PyXMPP i CJC, wystarczająco czasu na to zmarnowałem. Transport GG też okazał się niewypałem,
zamiast pozwalać ludziom z GG gadać z Jabberowcami, jak już muszą, to
spowodował przejście iluś użytkowników GG na Jabbera — straszne. Tego bloga też zamykam,
przeniosę się gdzieś, gdzie nie ma takich niepotrzebnych bajerów jak dodawanie
notek z jakiegoś komunikatora, czy powiadomienia, co rozpraszają człowieka przy normalnej pracy.

Więcej o tym, czemu XMPP ssie i czemu nie chcę mieć z tym już nic wspólnego
opowiem na Pingwinariach, zamiast wykładu o tym głupim publish-subscribe
— myślę że ludzie będą mi za to wdzięczni.