Zaloguj się

Jog Jajcusia

xmpp:jajcus@jajcus.net

Picasa Web Albums to jakaś pomyłka

A ja, dla odmiany, pomarudzę na Google. Ich usługa, która niewątpliwie najbardziej mnie wkurza, to Picasa Web Albums. Wkurza tym bardziej że jest popularna. Coraz częściej jak znajduję w sieci albo od kogoś dostanę jakiś link do zdjęć, to prowadzi mnie on właśnie na strony Picasa, a co za tym idzie:

  • Często link, który z założenia ma prowadzić do konkretnego zdjęcia, prowadzi do początku galerii. Jeśli ktoś liczy na komentarz do konkretnego zdjęcia, a w galerii ma ich to się prawdopodobnie przeliczy.
  • Często bywało, że autor był przekonany, że opublikował zdjęcie na blogu, a w rzeczywistości widział je tylko on – czytelnicy bloga nie widzieli nic. Zdarzało się, że zdjęcia pojawiały się i znikały bez sensownego wyjaśnienia.
  • Albumów w Picasa Web nie da się wygodnie przeglądać wykorzystując odpowiednie funkcje przeglądarki: nic nie jest normalnym linkiem i nie można sobie np. otworzyć wybranych zdjęć w nowych zakładkach środkowym przyciskiem myszy.

Wszystko to wynika głównie z faktu, że to, z czym bardzo dobrze sobie radzą zwykłe statyczne strony WWW – prezentacja zdjęć – próbuje się zaimplementować od nowa w postaci aplikacji AJAX. Ale to co dobre jest dla klienta poczty, czy nawet do zarządzania zbiorem zdjęć, niekoniecznie będzie najlepszym rozwiązaniem dla galerii zdjęć. Szczególnie, jeśli się nie pomyśli czego od tego może oczekiwać użytkownik z zewnątrz.

Skąd więc ta popularność Picasa Web Albums? Myślę że z powodu dość udanej aplikacji Google Picasa i darmowości serwisu, ale czy tylko tym powinniśmy się kierować chcąc wybrać platformę do udostępniania naszych zdjęć?

Sam długo trzymałem się udostępniania zdjęć z własnego serwera. Dobrze nie musieć na nikim polegać w tym względzie. Ostatnio jednak zacząłem korzystać z Flickr – taki dedykowany i sprawdzony serwis to jednak wygoda. Chętnie też przeglądam cudze zdjęcia w tym serwisie – nie jest to bolesne przeżycie, bo chociażby środkowy przycisk myszy działa. :-)

Flickr też używa AJAX, ale tam, gdzie użytkownik oczekuje funkcjonalności aplikacji użytkowej, a nie strony WWW – a więc głównie do zarządzania zdjęciami. No i dodatkowo do drobnych usprawnień w interfejsie użytkownika, jak przewinięcie miniaturek, czy szybkie oznaczenie zdjęcia jako ulubionego.

Dodatkowym aututem jest dobra integracja z różnym oprogramowaniem. Na przykład, niezwykle wygodnie wysyła się do Flickr zdjęcia z używanego przeze mnie programu F-Spot. Ciekawe, czy z Google Picasa też się da...

Właściwie, to tylko jedno mnie do Flickr zniechęcało... plany kupna serwisu (wraz z całym Yahoo) przez Microsoft. Na szczęście wygląda na to, że na razie to niebezpieczeństwo minęło. ;-)

Jest jeszcze jeden drobiazg, może w większości przypadków nieistotny i generalnie i mnie nie powinien przeszkadzać, ale jednak zniechęca: regulamin usługi Picasa Web Albums zabrania, między innymi, publikacji wszelkiej nagości, czy treści które mogą być uznane za dwuznaczne. A więc jakbym się zdecydował opublikować zdjęcie żony opalającej się topless (nie, nie mam takich planów ;-), to ryzykowałbym usunięcie konta. Podobnie mama która chciałaby pokazać jak karmi dzidziusia (nawet bardzo skromnie). Właściwie to i zupełnie niewinne z naszego punktu widzenia zdjęcie, nie zawierające żadnej nagości może być przecież uznane za dwuznaczne i od razu potraktowane na równi z pornografią dziecięcą i propagowaniem faszyzmu. No i wielu użytkowników Google AdSense się przekonało, że korporacji tej nie wiele trzeba do stwierdzenia łamania regulaminu, a konsekwencje bywają drastyczne i praktycznie nieodwołalne.

Flickr nie bawi się tak w policje obyczajową. Właściwie wszystko można sobie tam umieszczać. Nie oznacza to jednak pełnej samowolki – nie należy narażać niezainteresowanych i nieletnich na kontakt z nieodpowiednimi treściami, więc serwis wymaga od użytkowników, żeby odpowiednio oznaczali swoje prace. I to działa – grzeczne, rodzinne zdjęcia współistnieją z tymi bardziej odważnymi i jakoś nikt nie musi być tym urażony.

27 komentarzy do wpisu „ Picasa Web Albums to jakaś pomyłka”


Burze w Gliwicach

[błyskawica]

Zaczęło się w czwartek wieczorem – trochę pomruczało i popadało. Burze były chyba przez całą noc, ale obudziliśmy się dopiero o 6:20 – dokładnie, to obudziły nas jakieś smętne kościelne śpiewy (no cóż, święto jakieś). Wkrótce przestało być słychać śpiewy, bo nadchodziła burza. Błyski, grzmoty, ściana wody za oknem, chwilami sypał grad. Przed naszym blokiem łączyły się dwa potoki, dalej nie było widać...

Gdy się trochę uspokoiło zobaczyliśmy, że na główniejszej ulicy też rzeczka płynie, jak przejeżdżał samochód, to zostawiał za sobą ścianę wody. Później jakby wszystko spłynęło i wyschło, słońce wyszło i na pierwszy rzut oka po burzy dużego śladu nie było... wyszliśmy więc zajrzeć do mieszkania i na działkę teściów (mieliśmy się zaopiekować)...

Już po drodze było widać ślady wody, szczególnie w parku było widać ślady płynących tędy potoków. U teściów wyjrzałem przez okno – tam kiedyś po większych deszczach był zawsze widok na wielkie bajora na łąkach... Teraz w tamtym miejscu stoją centra handlowe, pod którymi robiono porządne odwodnienie... nie spodziewałem się zobaczyć niczego ciekawego. Jednak, przy salonie Norauto zobaczyłem jakby małe jeziorko... postanowiliśmy, że zajrzymy tam po drodze na działkę...

Rzeczywiście, było tam jeziorko. Centrum Norauto stało na wysepce, a wokół pełno wody. Z wody leciały bąbelki... Kawałek dalej drugie, śmierdzące, bajorko. Wydawało ono dziwne sycząco gwiżdżące odgłosy... okazało się, że to studzienki kanalizacyjne pod spodem wsysają tę wodę... Podeszliśmy jeszcze do rzeki, zobaczyć jaki tam poziom wody... niższy niż tych bajorek, ale sporo wyższy niż zwykle. I widać było, że wcześniej wody było jeszcze z pół metra więcej. Kolektor kanalizacji burzowej był prawie całkiem zanurzony – nie dziwne, że odwodnienie dawnych łąk nie dawało rady...

Udaliśmy się na działkę. Szliśmy od strony rzeki i widzieliśmy, że te najniżej położone działki są całe zanurzone w wodzie. Od tej strony nie było nawet jak wejść na teren ogrodu. Poszliśmy naokoło... okazało się, że większość działek jest pod wodą. Było nawet widać miejsca, gdzie wybiły studzienki kanalizacyjne (co wyjaśniało zapach). W końcu podeszliśmy do teściowej działki, od góry. Okazało się, że cała stoi w wodzie, ale jako jedna z ostatnich (właściciele działek położonych wyżej mieli więcej szczęścia). No to więcej ogórków już w tym roku nie będzie. :-)

Do domu poszliśmy wałem przy Góry Chełmskiej. Przed pierwszym blokiem facet suszył samochód. Najwyraźniej trzymał go w garażu pod blokiem. Dalsze kilka bloków stało w wodzie, piwnice raczej kompletnie zalane. Kobiety próbowały robić jakiś porządek, a półnadzy faceci w oknach przyglądali się zalanym podwórkom, garażom i komórkom. Tam nie powinno być żadnych zabudowań mieszkalnych... ale cóż, kiedyś jakiś idiota postanowił jednak coś zbudować. A stary wał (pewnie przeciwpowodziowy) teraz tylko pogarsza sprawę zatrzymując wodę w tej niecce.

Przez resztę dnia było gorąco, parno, a chwilami nawet słonecznie. Wybraliśmy się na Jarmark Średniowieczny do Chudowa, ale w tym tłumie w takiej duchocie nie dało się długo wytrzymać. Wieczorem chcieliśmy wybrać się do kina... ale wróciła burza. Postanowiliśmy więc spróbować porobić burzowe fotki szczególnie, że aktualnie mamy do tego całkiem niezłe warunki – Krysia na wakacjach, a jej pokój pusty, bo dopiero co był malowany. Nawet zasłon nie ma – spokojnie można było rozstawić statyw i otworzyć okno z widokiem na burzę.

Jednak, tego wieczora nie udało się nic ciekawego złapać. Jakoś nie chciało błyskać we właściwym miejscu. Do tego bateria w aparacie była prawie rozładowana. Burza przeszła a myśmy poszli spać. Przed snem żona jeszcze poprosiła, żeby ją obudzić, jakby znowu błyskało...

Śniły mi się tornada i wyjazd do Gruzji... w końcu obudziła mnie burza. Budzę Iwonkę mówiąc, że się błyska. A niech się błyska, padła odpowiedź. Widać żonce się dobrze spało i ochota na fotografowanie przeszła... Ja uznałem, że najwyżej sam się pobawię... i jak wtedy nie błysło i nie huknęło! Żonka była pierwsza przy aparacie. :-)

My średnio przytomni, a burza waliła prawie zaraz za oknem. Wszystko razem sprawiało, że nie do końca wiedzieliśmy co się dzieje. Ika wciskała spust migawki, ja jej coś przeszkadzałem... ale chyba się złapało... tak... całe prześwietlone – biały prostokąt tylko. Trzeba było zmienić parametry ekspozycji. Nam zaspanym ciężko było coś konkretnego ustalić, a do tego trzeba było na jakiś czas zamknąć okno, bo padało do pokoju, ale w końcu wyklikałem: czas 1s i ekspozycja -4EV. Z nocno-deszczowego widoku za oknem łapały się tylko światła, błyskawica powinna też się złapać... ale burza już sobie poszła, na drugą stronę. No cóż, poszliśmy znowu spać.

Jakiś czas później znowu obudziła nas nadchodząca burza. Pioruny waliły gdzieś daleko, ale najwyraźniej się zbliżały. Wstaliśmy więc i podeszliśmy do aparatu i okna. Parametry pozostały takie, jak ustawiłem poprzednio i tylko żonka trzymała przycisk spustu migawki... klik, klik, klik...

[błyskawica] [błyskawica] [błyskawica]

W sumie przez noc zrobiliśmy jakiś tysiąc zdjęć... ale w końcu się udało! Może nie są to jakieś nadzwyczajne efekty. Trochę ciemno (przy tej ostatniej burzy błyskało trochę słabiej), trochę pozasłaniały niskie chmurki, ale coś jest. :-)

[błyskawica]

Burze mają jeszcze wrócić... może jeszcze coś się trafi.

22 komentarze do wpisu „ Burze w Gliwicach”


Z pamiętnika kuracjusza – czas wolny

Zabiegów mam może dużo, ale czasu wolnego jeszcze więcej. Szczególnie teraz, gdy w planie wszystkie zabiegi mam przed południem i to jeden za drugim. A wolny czas trzeba jakoś spędzić...

Prawie codziennie chodzę więc na netoterapie, a więc z laptopem do biblioteki lub kafejki internetowej (gdy biblioteka zamknięta) podłączyć się na godzinkę z Siecią. Tam zgrywam zdjęcia z komórki i wysyłam na Flickr, poświęcam chwilkę rozpoczętym przed wyjazdem grom Lonturn i Outer Space, trochę pogadam na Jabberze i ściągam artykuły w Google Reader dla trybu offline. Raz byłem na przedstawieniu teatralnym. Zajrzałem też na tutejsze potańcówki, ale tam bawiły się głównie pary babcia + dziadek i jakoś nie widziałem dla tam siebie miejsca. Poza tym to głównie chodzę na samotne spacery. O jednym (o wyprawie na Chełmiec) już pisałem, ale było ich więcej.

Praktycznie codziennie włóczę się po Wzgórzu Gedymina, chyba już każdy jego wierzchołek zdobyłem po kilka razy. Parę razy zrobiłem jakieś większe kółeczko po Szczawnie. W czwartek 12. stwierdziłem, że aktualne współrzędne geohashing dla tej okolicy wypadają w Wałbrzychu, to wybrałem się tam na piechotę – prawie 6 kilometrów spacerku po nieznanej okolicy. Niektórymi dzielnicami Wałbrzycha trochę strach było iść, ale dotarłem na miejsce. No prawie, dokładne współrzędne wypadały gdzieś na łące, na którą musiałbym przejść przez czyjś ogródek, albo zboże... a autobus już czekał. W każdym razie spacerek sobie zaliczyłem. Wróciłem autobusami (pierwszy, taki jaki był, z tego Poniatowa do centrum, drugi już do Szczawna Zdroju).

W sobotę, 14., po obiedzie chciałem się wybrać obejrzeć Książ... ale późno już było dość (a na zwiedzanie podobno sporo czasu potrzeba) i autobus mi uciekł, to wsiadłem do innego autobusu i znowu pojechałem do Wałbrzycha. Zwiedziłem sobie kawałek wracając z centrum do Szczawna na piechotę. Fajny park mają w samym centrum – prawie że dziki las na stromych górkach.

W niedzielę po śniadaniu już żaden autobus mi nie uciekł i pojechałem do Książa. Nie tak całkiem bezinteresownie, czekały tam przecież na mnie dwie skrytki geocache. Za szukanie pierwszego skarbu zabrałem się właściwie zaraz po przyjeździe, na zwiedzanie zamku jeszcze i tak było za wcześnie (jeszcze przed dziewiątą). Bardzo fajny tamtejszy park ze stromymi zboczami. I właśnie tam, w jednej ze skał czekało na mnie pudełeczko. Dopełniłem formalności i udałem się na zwiedzanie zamku.

Przy kasie dowiedziałem się, że na zwiedzanie z przewodnikiem musiałbym poczekać godzinę od kupienia biletu... długo, postanowiłem więc pozwiedzać samemu. Zamek z zewnątrz bardzo ładny, duży... ale w środku jakoś nic nie powaliło mnie na kolana. Teraz to bardziej dwudziestowieczny hotel niż średniowieczna warownia. Do tego we wnętrzach, poza paroma ostatnimi salami, brakowało jakiegokolwiek opisu, więc bez przewodnika nawet nie wiedziałem co oglądam. Ciekawsze były już zamkowe tarasy, tu bez żadnego wyjaśniania widziałem, że ładne. Po drodze strzeliłem sobie trzy razy ze średniowiecznej kuszy (i nawet raz udało mi się trafić w papier z tarczą).

Po zwiedzeniu zamku Książ udałem się żółto-niebieskim szlakiem w kierunku ruin Starego Książa, gdzie miał czekać na mnie kolejny skarb. Szlak jest piękny, wzdłuż wąwozu, wąska ścieżka na urwisku, miejscami przejście mostkami przy pionowych ścianach skalnych. Raczej nie dla kogoś z lękiem wysokości. Rzeka która wyżłobiła ten krajobraz, Pełcznica, brudna, pomarańczowa, zaśmiecona i śmierdząca. Znacznie lepiej prezentowała się z góry, gdzie tylko było słychać jej szum.

Ruiny zamku Stary Książ jak to ruiny, może nie bardzo okazałe, ale mają pewien urok. A niedaleko skrytka ze skarbem. To już trzecia odnaleziona podczas mojego pobytu w Szczawnie. :-) Do uzdrowiska wróciłem na piechotę, dalej żółto-niebieskim szlakiem. Ominął mnie obiad, ale tutejszego obiadu nawet nie szkoda. Zjadłem sobie lepiej Pod Wieżą.

Okazało się, że w czasie, gdy ja sobie tu wypoczywam, pojawiły się nowe skrytki geocache w okolicy. :-) No to załadowałem sobie kolejne cele do komórki i we wtorek wybrałem się do ruin zamku Nowy Dwór. Najpierw musiałem wymyślić jak się tam dostać. Niby to ciągle Wałbrzych, ale daleko od Szczawna... zadupie jakieś. A na mojej mapie nie są pokazane linie autobusowe. Kupiłem więc w Empiku plan miasta... przyjrzałem się zadupiu raz jeszcze... i okazało się, że tam jest Dworzec Główny, a do takiego obiektu znaleźć połączenie autobusowe już łatwo. :-) Z dworca już poprowadził mnie żółty szlak, zresztą, to już było całkiem blisko.

Ruiny mnie trochę zaskoczyły. Pozytywnie. Spodziewałem się czegoś znacznie mniejszego. A tu, co minąłem jeden mur, to moim oczom ukazywał się kolejny. I w jednym z nich było ukryte pudełko. Czwarty skarb znaleziony :-) W zamian za kredki zostawiłem joggerowy długopis, więc jak ktoś chce, to wie gdzie szukać...

To we w miarą bliskiej okolicy została mi jedna skrytka, na Trójgarbie. Tam wybrałem się w czwartek. Prawie siedem kilometrów w jedną stronę. Większość przez pola i łąki, do schroniska Bacówka pod Trójgarbem, dalej świerkowym lasem na górę. W schronisku śmieszny pan przywitał mnie pytaniem spragniony? i dalej o to, czego bym chciał się napić... bo po napoje inne niż piwo (zresztą wybór i tak nie wielki) musiał zejść do piwnicy bo kradną. W ogóle turystów tam niewielu (ja nie spotkałem żadnego, ale podobno pan jedno piwo już tego dnia sprzedał), a ja zostałem uznany za jakiegoś pasjonata. Szlak całkiem przyjemny i nawet niezbyt stromy. Pod koniec towarzyszyło mi osobiste stadko... much. Na górze stał jakiś szałas, pełen śmieci (ech, ci pseudoturyści), jakieś resztki fundamentów nie wiadomo po czym i niewiele więcej. Ze względu na drzewa raczej nie było widoków do podziwiania. Po podejrzeniu wskazówek w sieci (niech żyje EDGE i Opera Mini) szybko odnalazłem skrzynkę. I byłem pierwszy! Mam nawet na to certyfikat. :-) Ze skarbów wybrałem sobie krokomierz. Ze szczytu do Bacówki wracałem nieco innym szlakiem, dalej do Szczawna miałem iść tym samym co w tę stronę... ale po drodze przeoczyłem jakiś zakręt i wróciłem inną drogą. GPS przydał się do orientacji w terenie.

Na razie tyle wycieczek. W najbliższym czasie wybieram się jeszcze na Borową. Skrytki geocache żadnej tam nie ma, ale to najwyższy szczyt Gór Wałbrzyskich, więc jak tu jestem, to wypada zaliczyć. Dzisiaj podobno współkuracjusze organizują jakiegoś grilla na Słonecznej Polanie, zajrzę tam. Poza tym, w parku ma być jakiś koncert – Świętojańska Noc Operetkowa, czy jakoś tak. To też chciałem obejrzeć. Będę więc pewnie kursował między jednym i drugim, żeby ostatecznie znowu skończyć na samotnej włóczędze po Wzgórzu Gedymina...

2 komentarze do wpisu „Z pamiętnika kuracjusza – czas wolny”


Zabawy z GPS-em

Chciałem napisać kolejną notkę o mojej zabawce... i zorientowałem się, że przecież jeszcze nic nie napisałem na ten temat. A więc, od początku...

Już od dawna fascynowała mnie technologia GPS – możliwość rejestrowania aktualnej pozycji i nawigacji w czasie rzeczywistym do wybranego punktu. No i obrabianie zebranych danych w komputerze. Bardzo chętnie bym się czymś takim pobawił... ale jak na zabawkę to było zawsze zbyt drogie. Turystyczne urządzenia GPS albo bardzo prymitywne, albo drogie. Do gołego odbiornika musiałbym mieć laptopa albo palmtopa, a samochodowe nawigacje jakoś mnie nie pociągały specjalnie (drogie i właściwie do użytku tylko w samochodzie).

Na szczęście sytuacja nieco się zmieniła. Odbiorniki GPS potaniały, a zmądrzały telefony komórkowe. Więc za niewielkie pieniądze mogłem kupić sobie odbiornik na Bluetooth, który całkiem sprawnie może być obsłużony przez mój, też nie najdroższy, telefon komórkowy.

Zabawy

No to co ciekawego można takim zestawem robić. No moim głównym celem było móc jechać w nieznane i dalej wiedzieć gdzie się jest, żeby móc wrócić. ;-) No i rejestrowanie swoich wycieczek. Gdy szukałem oprogramowania do swojej zabawki często natykałem się na określenie geocaching. Nie wnikałem w to, zakładałem, że to po prostu zbieranie informacji o tym gdzie się było (wiecie, skojarzenie z cache przeglądarki). Później okazało się, że bardzo się myliłem...

Geohashing

Skoro ignorowałem geocaching to pierwszą zabawą z GPS którą się zainteresowałem był geohashing, wymyślony przez autora popularnego komiksu XKCD w odcinku 426. Po prostu, gdy zobaczyłem ten obrazek i przeczytałem odpowiadający mu wpis na blagu, to uznałem, że muszę tego spróbować. Wygląda na to, że jestem jedynym takim wariatem w Polsce. :-)

Zabawa polega na tym, że dla każdej daty wyznaczane są konkretne współrzędne geograficzne, dla każdej kratki 1° na 1°. Algorytm wykorzystuje notowania nowojorskiej giełdy z dnia poprzedniego (lub ostatniego w którym były dostępne), więc nie można określić przyszłych punktów. Po prostu znane są współrzędne na dziś lub jutro. W piątek także na weekend (aż do poniedziałku), ale nic więcej. Zadanie polega na tym, żeby w odpowiednim dniu trafić w odpowiednie miejsce. W soboty, o 16:00 czasu lokalnego przewidziane są w tych miejscach spotkania miłośników XKCD, więc teoretycznie można spotkać się z innymi świrami (o ile tacy są w okolicy).

Ja pierwszy punkt zaliczyłem wczoraj. Trafiłem na stare, opuszczone i zdewastowane torowisko w Sośnicy. Całkiem interesujące miejsce. :-)

Geocaching

Gdy zainteresowałem się geohashingiem, to w końcu poczytałem też co to ten geocaching. No i to też całkiem fajna sprawa. W skrócie: ludzie robią skrytki z dzienniczkiem i skarbami i publikują współrzędne geograficzne. Zadanie polega na odnalezieniu skrytki i wpisaniu się do dzienniczka. Może być ciekawe.

Zaleta w porównaniu z geohashingiem: jest po co iść, skrytki zwykle są w interesujących miejscach (można pozwiedzać) i z zasady są dostępne (geohashing może prowadzić prosto na środek morza, czy do zamkniętej bazy wojskowej). Jednocześnie wadą jest to samo: wiadomo mniej-więcej czego można się spodziewać i generalnie skrytki są w znanych miejscach. Miejsca ukrycia najbliższych skrzynek prawdopodobnie się już kiedyś odwiedziło, przy innej okazji.

Jutro będę w pobliżu jednej takiej skrytki, to może i swój geocaching zaliczę. :-)

Geodashing itp.

Z geozabaw czytałem jeszcze o geodashingu. Trochę podobne do geohashingu – też miejsca są rozmieszczane losowo. Jednak tym razem są to wylosowane punkty na całym świecie ważne przez miesiąc. Pewnie jest jeszcze parę innych takich zabaw.

Moje zabawki

se_gps2.jpg

Odbiornik GPS Navibe GB735

Wybrałem taki, bo to był jeden z najtańszych, od sensownego sprzedawcy na Allegro, na popularnym chipsecie (SiRF Star III) obsługiwanym przez większość oprogramowania, a w zestawie miał ładowarkę samochodową i domową. Był dodany też kod umożliwiający ściągnięcie na próbę programu Wayfinder, ale to niespecjalnie mi się przydało (zniechęcała głównie cena pełnego produktu, ale także to jak mnie program przywitał, gdy chciałem wypróbować).

Urządzenie działa całkiem przyzwoicie, chociaż czasem długo trzeba czekać aż po raz pierwszy ustali pozycję. Przy gorszej pogodzie, to może być i pół godziny, jeśli w ogóle się to uda. Mam wrażenie, że dokładność (czy raczej czułość) mogła by być nieco lepsza (często widzi tylko 3/4 satelity). Ale w praktyce nie sprawiło mi to większych problemów, więc nie mam co narzekać. Bateria wystarcza chyba na jakieś dziesięć godzin. Spokojnie wystarczy na wycieczkę, a na dłuższej trasie samochodem odbiornik może stale być podpięty do ładowarki.

Telefon SE k550i

O telefonie już wspominałem. Dodam tylko, że wydaje się bardzo dobrym wyborem do zabaw z GPSem. Może nie zainstaluję na nim oprogramowania przygotowanego pod Symbiana czy Windows CE może nie zainstaluję, ale i pod Javę znalazłem wszystko czego potrzebuję. Wszystko działa szybko i sprawnie, na karcie pamięci mogę zmieścić praktycznie dowolną ilość map. Przydaje się też wbudowany aparat fotograficzny – wystarczająco dobry, żeby udokumentować swoje wyprawy.

Dodatkowe duperele

Dodatkowe rzeczy jakie dokupiłem do tego zestawu:

  • Samochodowy uchwyt na telefon – żeby sprawnie korzystać z nawigacji samochodowej trzeba mieć wyświetlacz telefonu na widoku. Kupiłem chyba najtańszy uchwyt, przyczepiany przyssawką do przedniej szyby. Wygląda trochę tandetnie, ale spełnia swoje zadanie. Problem pojawia się, gdy chcemy podłączyć ładowarkę (dla mnie to mus), ze względu na nieszczęśliwe położenie złącza w moim telefonie. Ale i z tą wtyczką jakoś się trzyma, tyle że krzywo. Jakbym kupił oryginalny uchwyt Sony-Ericsson (kosztujący parę razy więcej), to nie miałbym takiego problemu.
  • Ładowarka do telefonu – gdy korzysta się z nawigacji online, to konieczność. Mój telefon strasznie żre prąd przy aktywnym połączeniu z Internetem.
  • Rozdzielacz gniazda zapalniczki – dzięki niemu mogę jednocześnie podłączyć zasilanie telefonu i odbiornika GPS i nie martwić się, że mi któraś bateria padnie w samochodzie.

Oprogramowanie

NaviExpert

Żeby GPS nie był tylko zabawką, potrzebowałem czegoś co zrobi z niego prawdziwą nawigację samochodową. Jeszcze przed zakupem rozglądałem się w sieci za odpowiednim oprogramowaniem i moją uwagę zwrócił NaviExpert. Sam program jest za darmo, ale nie posiada map. Zamiast tego łączy się przez Internet z serwerem, który wyznacza trasę i udostępnia mapkę okolicy. Płaci się za tę usługę, można wykupić abonament na jeden dzień i wypróbować. A jak się spodoba, zapłacić za rok lub dwa.

Ten sposób działania ma jeszcze dodatkowe zalety: mamy do dyspozycji aktualną bazę danych o niemiłych niespodziankach na drodze (jak fotoradary), a podczas wyznaczania trasy mogą być uwzględnione korki w których utknęli inni użytkownicy.

Ściągnąłem, zapłaciłem za tydzień wypróbowałem. Działało, wykupiłem więc dłuższy abonament. Blondynka (NaviExpert mówi tylko głosem kobiecym) doprowadziła nas już do Krynicy i do Ustronia. Było parę potknięć, ale zdaje się, że innym produktom też się zdarzają. Ja na zakup nie narzekam.

TrekBuddy

GPS miał być do zabawy... więc potrzebowałem też programu, który przyda mi się na wycieczkach i który pozwoli mi na wymianę danych GPS z komputerem. Oglądałem w sieci różne Javowe aplikacje GPS na komórkę. Jedne były zbyt prymitywne, inne za drogie, a TrekBuddy darmowy i ma właściwie wszystkie funkcje jakich bym chciał.

Główną funkcją TrekBuddy'ego jest pokazywanie aktualnej pozycji na mapie. W tym celu trzeba mieć odpowiednio przygotowane mapy. Na szczęście są narzędzia, które pozwalają taką mapę przygotować, niestety głównie pod Windows (o nich dalej). Można też gotowe mapy kupić. W Polsce firma Compass produkuje i sprzedaje takie mapy. Trochę drogo, ale jak próbowałem samemu papierową mapę zeskanować i przygotować do użytku z TrekBuddy, to uznałem, że może warto zapłacić.

TrekBuddy pokaże nam także kierunek w którym się poruszamy, wprowadzone wcześniej punkty nawigacyjne, czy kierunek i odległość do wybranego punktu. Przebytą trasę może na bieżąco zapisywać w pliku GPX (standard wymiany danych GPS). Punkty nawigacyjne także trzyma w plikach GPX.

Atlas Creator

TrekBuddy Atlas Creator to proste narzędzie w Javie przerabiające mapy Google na atlas TrekBuddy. Niestety dość prymitywne.

Googleak

Podobne narzędzie, ale dużo bardziej zaawansowane. Pozwala także przetwarzać mapy terenowe, zdjęcia satelitarne, a także mapy z kilku innych źródeł niż Google. Przy pomocy tego narzędzia można sobie przygotować całkiem niezły atlas dla TrekBuddy'ego. Niestety, Googleak jest pod Windows, na szczęście – całkiem dobrze działa teraz w wine.

OziExplorer i skrypty do dzielenia map

Generalnie OziExplorer to jest jakiś komercyjny program pod Windows do obsługi urządzeń GPS. Mnie jednak interesuje mały wycinek jego funkcjonalności, dostępny także w wersji demo – kalibracja map. Tak się składa, że TrekBuddy używa danych kalibracyjnych właśnie w formacie OziExplorera. Program działa pod wine, niestety nieznośnie powoli.

Udało mi się przy jego pomocy skalibrować jakąś przedwojenną niemiecką mapę 1:25000 znalezioną w internecie. Z podobną polską sztabówką, czy własnoręcznie zeskanowaną papierową mapą turystyczną poszło znacznie gorzej. Przy okazji dowiedziałem się jaka kartografia, a szczególnie kwestie współrzędnych geograficznych i odwzorowania, jest skomplikowana...

Skalibrowaną mapę należy jeszcze pociąć i ewentualnie zapakować do atlasu. Różne narzędzia do tego celu można znaleźć na stronach TrekBuddy.

Na szczęście nie trzeba się samemu w przygotowywanie map bawić. :-)

Viking

Oprogramowanie na komórkę z GPS-em i mapy do niego to nie wszystko. Przydałoby się coś, czym można by było sobie planować trasy, a także oglądać dane zebrane przez nasz zestaw GPS. I fajnie byłoby się obyć bez Windows, czy wine. Trochę się naszukałem zanim znalazłem coś fajnego, ale w końcu się udało. Viking to prosta aplikacja GTK umożliwiająca pracę z mapami (znów z Google itp.) oraz danymi z i dla GPS. Można wyświetlić sobie mapę wybranej okolicy, na nieść na nie punkty, które chcemy odwiedzić i wyeksportować do pliku GPX, który załadujemy do komórki. Po powrocie z wycieczki można sobie do Vikinga wgrać zebrane dane i obejrzeć którędy się szło, a nawet gdzie jakie zdjęcia się zrobiło (ale to gdyby robienie zdjęć z poziomu TrekBuddy było praktyczniejsze).

GPSBabel

Czasem może pojawić się potrzeba przekonwertowania jakiś danych do lub z jakiegoś egzotycznego formatu (nie wszystko umie GPX), albo jakiegoś przekształcenia danych GPX. Tu przydaje się GPSBabel. Narzędzie to potrafi nie tylko konwertować między mnóstwem różnych formatów danych GPS, ale ma także wbudowanych parę przydatnych filtrów. Chcesz się pozbyć ze ścieżki niedokładnie ustalonych punktów? Chcesz z tysiąca punktów (np. skrytek geocaching) wybrać te w obrębie kilku kilometrów od wybranego punktu, czy może po prostu odwrócić kierunek trasy? GPSBabel to załatwi.

Happy Camel

Wspomniałem, że w wycieczkach z GPS-em fajnie jest mieć aparat fotograficzny. A może by tak w plikach ze zdjęciami zaznaczyć gdzie dokładnie były one zrobione? To się nazywa geotaging i Wesoły Wielbłąd w tym pomoże. Wystarczy, że podasz mu zestaw zdjęć i dane z GPS-a (ścieżka) obejmujące czas w którym zdjęcia były robione, a on powiąże jedno z drugim. Może zapisać dane geograficzne w metadanych (EXIF) zdjęcia, może stworzyć plik .KMZ dla GoogleEarth (w którym potem można np. obejrzeć sobie własne zdjęcia na tle satelitarnych), może nawet wyszukać nazwy miejscowości w pobliżu których fotografowaliśmy.

Happy Camel ma także wsparcie dla Flickr, ale tym nie udało mi się jeszcze czegoś sensownego osiągnąć.

18 komentarzy do wpisu „ Zabawy z GPS-em”


Taka wiosna, to ja rozumiem! :-)

Początek wiosny wyglądał nie najlepiej, ale już na przykład dzisiaj krajobraz za oknem był całkiem zachęcający. Wyciągnąłem więc swoje patyki (kije do nordic walking) i wybrałem się na spacer, do Lasu Dąbrowa.

Po drodze słoneczko miło grzało, ptaszki ćwierkały (chyba, miałem słuchawki na uszach ;-)), motylki latały, kwiatki w okół kwitły, a ja się nieco zgrzałem (byłem ubrany sporo lżej niż ostatnio bywało). Na polach spotkałem dwie czajki i kilka traktorów...

Na skraju lasu przywitały mnie kwitnące zawilce i ziarnopłony. Tylko z tych drugich mi coś wyszło:

ziarnoplon-1.jpg

Nieco dalej było też sporo miodunek:

miodunka-1.jpg

Poza tym las jak las:

las-1.jpg

...a w lesie trochę wody:

bagienko-1.jpg

Był też akcent wielkanocny: wielki zając wybiegł mi spod nóg. Kawałek dalej jakaś sarenka, czy coś (szare, z rogami, dużo większe od zająca). Niestety, tego nie było szans komórkowym aparatem złapać.

W sumie spacerek zajął mi prawie trzy godziny i przyniósł sporo frajdy.

14 komentarzy do wpisu „ Taka wiosna, to ja rozumiem! :-)


Homofilia?

Prezydent straszy homoseksualistami, widać naród powinien się tego bać... A ja co? A ja nic. Nie mogę zrozumieć co w tym takiego strasznego. Co więcej przejawiam jakieś ciągoty... nie, nie do facetów... do kobiet o niepoprawnych orientacjach seksualnych...

Jedna czwarta kobiet w moim rosterze lubi dziewczynki (co najmniej, ankiety nie przeprowadzałem). Swego czasu z pasją oglądałem The L Word (ostatni sezon jednak marny i ta pasja przeszła), ostatnio bardzo ucieszyło mnie odkrycie nowego bloga: Grace the spot (lesbijskiego oczywiście), a po moim ostatnim zakupie na Amazon.com (o tym innym razem), księgarnia ta proponuje mi głównie lesbijską literaturę...

Czy mnie trzeba leczyć? Czy może od razu odstrzelić, dla dobra społeczeństwa i wartości chrześcijańskich? ;-)

23 komentarze do wpisu „ Homofilia?”



[szpieg] Jesteście obserwowani...