03 września 2008
17:25:39
|
kategorie:
html itp.,
w sieci,
zdjęcia,
A ja, dla odmiany, pomarudzę na Google. Ich usługa, która niewątpliwie
najbardziej mnie wkurza, to Picasa Web Albums. Wkurza tym bardziej że jest
popularna. Coraz częściej jak znajduję w sieci albo od kogoś dostanę jakiś link
do zdjęć, to prowadzi mnie on właśnie na strony Picasa, a co za tym idzie:
- Często link, który z założenia ma prowadzić do konkretnego zdjęcia,
prowadzi do początku galerii. Jeśli ktoś liczy na komentarz do konkretnego
zdjęcia, a w galerii ma ich to się prawdopodobnie przeliczy.
- Często bywało, że autor był przekonany, że opublikował zdjęcie na
blogu, a w rzeczywistości widział je tylko on – czytelnicy bloga nie
widzieli nic. Zdarzało się, że zdjęcia pojawiały się i znikały bez sensownego
wyjaśnienia.
- Albumów w Picasa Web nie da się wygodnie przeglądać wykorzystując
odpowiednie funkcje przeglądarki: nic nie jest normalnym linkiem i nie można
sobie np. otworzyć wybranych zdjęć w nowych zakładkach środkowym przyciskiem
myszy.
Wszystko to wynika głównie z faktu, że to, z czym bardzo dobrze sobie
radzą zwykłe statyczne strony WWW – prezentacja zdjęć – próbuje
się zaimplementować od nowa w postaci aplikacji AJAX. Ale to co dobre jest dla
klienta poczty, czy nawet do zarządzania zbiorem zdjęć, niekoniecznie będzie
najlepszym rozwiązaniem dla galerii zdjęć. Szczególnie, jeśli się nie pomyśli
czego od tego może oczekiwać użytkownik z zewnątrz.
Skąd więc ta popularność Picasa Web Albums? Myślę że z powodu dość udanej aplikacji
Google Picasa i darmowości serwisu, ale czy tylko tym powinniśmy się kierować
chcąc wybrać platformę do udostępniania naszych zdjęć?
Sam długo trzymałem się udostępniania zdjęć z własnego serwera. Dobrze nie
musieć na nikim polegać w tym względzie. Ostatnio jednak zacząłem korzystać
z Flickr – taki dedykowany i sprawdzony
serwis to jednak wygoda. Chętnie też przeglądam cudze zdjęcia w tym serwisie
– nie jest to bolesne przeżycie, bo chociażby środkowy przycisk myszy
działa. :-)
Flickr też używa AJAX, ale tam, gdzie użytkownik oczekuje funkcjonalności
aplikacji użytkowej, a nie strony WWW – a więc głównie do zarządzania
zdjęciami. No i dodatkowo do drobnych usprawnień w interfejsie użytkownika,
jak przewinięcie miniaturek, czy szybkie oznaczenie zdjęcia jako
ulubionego
.
Dodatkowym aututem jest dobra integracja z różnym oprogramowaniem. Na
przykład, niezwykle wygodnie wysyła się do Flickr zdjęcia z używanego przeze
mnie programu F-Spot. Ciekawe, czy z Google
Picasa też się da...
Właściwie, to tylko jedno mnie do Flickr zniechęcało... plany kupna
serwisu (wraz z całym Yahoo) przez Microsoft. Na szczęście wygląda na to, że
na razie to niebezpieczeństwo
minęło. ;-)
Jest jeszcze jeden drobiazg, może w większości przypadków nieistotny
i generalnie i mnie nie powinien przeszkadzać, ale jednak zniechęca: regulamin
usługi Picasa Web Albums zabrania, między innymi, publikacji wszelkiej
nagości, czy treści które mogą być uznane za dwuznaczne
. A więc jakbym
się zdecydował opublikować zdjęcie żony opalającej się topless (nie, nie mam
takich planów ;-), to ryzykowałbym usunięcie konta. Podobnie mama
która chciałaby pokazać jak karmi dzidziusia (nawet bardzo skromnie).
Właściwie to i zupełnie niewinne z naszego punktu widzenia zdjęcie, nie
zawierające żadnej nagości może być przecież uznane za dwuznaczne
i od
razu potraktowane na równi z pornografią dziecięcą i propagowaniem
faszyzmu
. No i wielu użytkowników Google AdSense się przekonało, że
korporacji tej nie wiele trzeba do stwierdzenia łamania regulaminu,
a konsekwencje bywają drastyczne i praktycznie nieodwołalne.
Flickr nie bawi się tak w policje obyczajową. Właściwie wszystko można
sobie tam umieszczać. Nie oznacza to jednak pełnej samowolki – nie
należy narażać niezainteresowanych i nieletnich na kontakt
z nieodpowiednimi treściami
, więc serwis wymaga od użytkowników, żeby
odpowiednio oznaczali swoje prace. I to działa – grzeczne
,
rodzinne zdjęcia współistnieją z tymi bardziej odważnymi i jakoś nikt nie musi
być tym urażony.
16 sierpnia 2008
14:53:03
|
kategorie:
natura,
rodzinka,
zdjęcia,
![[błyskawica]](http://farm4.static.flickr.com/3103/2767734706_27e2314c1a.jpg)
Zaczęło się w czwartek wieczorem – trochę pomruczało i popadało.
Burze były chyba przez całą noc, ale obudziliśmy się dopiero o 6:20 –
dokładnie, to obudziły nas jakieś smętne kościelne śpiewy (no cóż, święto
jakieś). Wkrótce przestało być słychać śpiewy, bo nadchodziła burza. Błyski,
grzmoty, ściana wody za oknem, chwilami sypał grad. Przed naszym blokiem
łączyły się dwa potoki, dalej nie było widać...
Gdy się trochę uspokoiło zobaczyliśmy, że na główniejszej
ulicy też
rzeczka płynie, jak przejeżdżał samochód, to zostawiał za sobą ścianę wody.
Później jakby wszystko spłynęło i wyschło, słońce wyszło i na pierwszy rzut oka
po burzy dużego śladu nie było... wyszliśmy więc zajrzeć do mieszkania i na
działkę teściów (mieliśmy się zaopiekować)...
Już po drodze było widać ślady wody, szczególnie w parku było widać ślady
płynących tędy potoków. U teściów wyjrzałem przez okno – tam kiedyś po
większych deszczach był zawsze widok na wielkie bajora na łąkach... Teraz
w tamtym miejscu stoją centra handlowe, pod którymi robiono porządne
odwodnienie... nie spodziewałem się zobaczyć niczego ciekawego. Jednak, przy
salonie Norauto zobaczyłem jakby małe jeziorko... postanowiliśmy, że zajrzymy
tam po drodze na działkę...
Rzeczywiście, było tam jeziorko
. Centrum Norauto stało na wysepce,
a wokół pełno wody. Z wody leciały bąbelki... Kawałek dalej drugie,
śmierdzące, bajorko. Wydawało ono dziwne sycząco gwiżdżące odgłosy... okazało
się, że to studzienki kanalizacyjne pod spodem wsysają tę wodę... Podeszliśmy
jeszcze do rzeki, zobaczyć jaki tam poziom wody... niższy niż tych bajorek,
ale sporo wyższy niż zwykle. I widać było, że wcześniej wody było jeszcze
z pół metra więcej. Kolektor kanalizacji burzowej był prawie całkiem zanurzony
– nie dziwne, że odwodnienie dawnych łąk nie dawało rady...
Udaliśmy się na działkę. Szliśmy od strony rzeki i widzieliśmy, że te
najniżej położone działki są całe zanurzone w wodzie. Od tej strony nie było
nawet jak wejść na teren ogrodu. Poszliśmy naokoło... okazało się, że
większość działek jest pod wodą. Było nawet widać miejsca, gdzie wybiły
studzienki kanalizacyjne (co wyjaśniało zapach). W końcu podeszliśmy do
teściowej działki, od góry. Okazało się, że cała stoi w wodzie, ale jako jedna
z ostatnich (właściciele działek położonych wyżej mieli więcej szczęścia). No
to więcej ogórków już w tym roku nie będzie. :-)
Do domu poszliśmy wałem przy Góry Chełmskiej. Przed pierwszym blokiem
facet suszył samochód. Najwyraźniej trzymał go w garażu pod blokiem. Dalsze
kilka bloków stało w wodzie, piwnice raczej kompletnie zalane. Kobiety
próbowały robić jakiś porządek, a półnadzy faceci w oknach przyglądali się
zalanym podwórkom, garażom i komórkom. Tam nie powinno być żadnych zabudowań
mieszkalnych... ale cóż, kiedyś jakiś idiota postanowił jednak coś zbudować.
A stary wał (pewnie przeciwpowodziowy) teraz tylko pogarsza sprawę zatrzymując
wodę w tej niecce.
Przez resztę dnia było gorąco, parno, a chwilami nawet słonecznie.
Wybraliśmy się na Jarmark Średniowieczny
do Chudowa, ale w tym tłumie
w takiej duchocie nie dało się długo wytrzymać. Wieczorem chcieliśmy wybrać
się do kina... ale wróciła burza. Postanowiliśmy więc spróbować porobić
burzowe fotki szczególnie, że aktualnie mamy do tego całkiem niezłe warunki
– Krysia na wakacjach, a jej pokój pusty, bo dopiero co był malowany.
Nawet zasłon nie ma – spokojnie można było rozstawić statyw i otworzyć
okno z widokiem na burzę.
Jednak, tego wieczora nie udało się nic ciekawego złapać. Jakoś nie
chciało błyskać we właściwym miejscu. Do tego bateria w aparacie była prawie
rozładowana. Burza przeszła a myśmy poszli spać. Przed snem żona jeszcze
poprosiła, żeby ją obudzić, jakby znowu błyskało...
Śniły mi się tornada i wyjazd do Gruzji... w końcu obudziła mnie burza.
Budzę Iwonkę mówiąc, że się błyska. A niech się błyska
, padła
odpowiedź. Widać żonce się dobrze spało i ochota na fotografowanie przeszła...
Ja uznałem, że najwyżej sam się pobawię... i jak wtedy nie błysło i nie
huknęło! Żonka była pierwsza przy aparacie. :-)
My średnio przytomni, a burza waliła prawie zaraz za oknem. Wszystko razem
sprawiało, że nie do końca wiedzieliśmy co się dzieje. Ika wciskała spust
migawki, ja jej coś przeszkadzałem... ale chyba się złapało... tak... całe
prześwietlone – biały prostokąt tylko. Trzeba było zmienić parametry
ekspozycji. Nam zaspanym ciężko było coś konkretnego ustalić, a do tego trzeba
było na jakiś czas zamknąć okno, bo padało do pokoju, ale w końcu wyklikałem:
czas 1s i ekspozycja -4EV. Z nocno-deszczowego widoku za oknem łapały się
tylko światła, błyskawica powinna też się złapać... ale burza już sobie
poszła, na drugą stronę. No cóż, poszliśmy znowu spać.
Jakiś czas później znowu obudziła nas nadchodząca burza. Pioruny waliły
gdzieś daleko, ale najwyraźniej się zbliżały. Wstaliśmy więc i podeszliśmy do
aparatu i okna. Parametry pozostały takie, jak ustawiłem poprzednio i tylko
żonka trzymała przycisk spustu migawki... klik, klik, klik...
W sumie przez noc zrobiliśmy jakiś tysiąc zdjęć... ale w końcu się udało!
Może nie są to jakieś nadzwyczajne efekty. Trochę ciemno (przy tej ostatniej
burzy błyskało trochę słabiej), trochę pozasłaniały niskie chmurki, ale coś
jest. :-)
![[błyskawica]](http://farm4.static.flickr.com/3055/2767745584_d59eac6172.jpg)
Burze mają jeszcze wrócić... może jeszcze coś się trafi.
21 czerwca 2008
13:55:54
|
kategorie:
natura,
wypoczynek,
zdjęcia,
Zabiegów mam może dużo, ale czasu wolnego
jeszcze więcej.
Szczególnie teraz, gdy w planie wszystkie zabiegi mam przed południem i to
jeden za drugim. A wolny czas trzeba jakoś spędzić...
Prawie codziennie chodzę więc na netoterapie
, a więc z laptopem do
biblioteki lub kafejki internetowej (gdy biblioteka zamknięta) podłączyć się
na godzinkę z Siecią. Tam zgrywam zdjęcia z komórki i wysyłam na
Flickr, poświęcam chwilkę rozpoczętym przed wyjazdem grom Lonturn i Outer Space, trochę pogadam na Jabberze
i ściągam artykuły w Google Reader dla trybu offline. Raz byłem na
przedstawieniu teatralnym. Zajrzałem też na tutejsze potańcówki
, ale
tam bawiły się głównie pary babcia + dziadek
i jakoś nie widziałem dla
tam siebie miejsca. Poza tym to głównie chodzę na samotne spacery. O jednym
(o wyprawie na Chełmiec) już pisałem, ale było ich więcej.
Praktycznie codziennie włóczę się po Wzgórzu Gedymina, chyba już każdy
jego wierzchołek zdobyłem po kilka razy. Parę razy zrobiłem jakieś większe
kółeczko po Szczawnie. W czwartek 12. stwierdziłem, że aktualne współrzędne
geohashing dla tej okolicy
wypadają w Wałbrzychu, to wybrałem się tam na piechotę – prawie
6 kilometrów spacerku po nieznanej okolicy. Niektórymi dzielnicami Wałbrzycha
trochę strach było iść, ale dotarłem na miejsce. No prawie, dokładne
współrzędne wypadały gdzieś na łące, na którą musiałbym przejść przez czyjś
ogródek, albo zboże... a autobus już czekał. W każdym razie spacerek sobie
zaliczyłem. Wróciłem autobusami (pierwszy, taki jaki był, z tego Poniatowa do
centrum, drugi już do Szczawna Zdroju).
W sobotę, 14., po obiedzie chciałem się wybrać obejrzeć Książ... ale późno
już było dość (a na zwiedzanie podobno sporo czasu potrzeba) i autobus mi
uciekł, to wsiadłem do innego autobusu i znowu pojechałem do Wałbrzycha.
Zwiedziłem sobie kawałek wracając z centrum do Szczawna na piechotę. Fajny
park mają w samym centrum – prawie że dziki las na stromych górkach.
W niedzielę po śniadaniu już żaden autobus mi nie uciekł i pojechałem do
Książa. Nie tak całkiem bezinteresownie, czekały tam przecież na mnie dwie
skrytki geocache. Za szukanie pierwszego skarbu zabrałem się właściwie zaraz
po przyjeździe, na zwiedzanie zamku jeszcze i tak było za wcześnie (jeszcze
przed dziewiątą). Bardzo fajny tamtejszy park ze stromymi zboczami. I właśnie
tam, w jednej ze skał czekało na mnie pudełeczko. Dopełniłem formalności
i udałem się na zwiedzanie zamku.
Przy kasie dowiedziałem się, że na zwiedzanie z przewodnikiem musiałbym
poczekać godzinę od kupienia biletu... długo, postanowiłem więc pozwiedzać
samemu. Zamek z zewnątrz bardzo ładny, duży... ale w środku jakoś nic nie
powaliło mnie na kolana. Teraz to bardziej dwudziestowieczny hotel niż
średniowieczna warownia. Do tego we wnętrzach, poza paroma ostatnimi salami,
brakowało jakiegokolwiek opisu, więc bez przewodnika nawet nie wiedziałem co
oglądam. Ciekawsze były już zamkowe tarasy, tu bez żadnego wyjaśniania
widziałem, że ładne. Po drodze strzeliłem sobie trzy razy ze
średniowiecznej kuszy
(i nawet raz udało mi się trafić w papier
z tarczą).
Po zwiedzeniu zamku Książ udałem się żółto-niebieskim szlakiem w kierunku
ruin Starego Książa, gdzie miał czekać na mnie kolejny skarb. Szlak jest
piękny, wzdłuż wąwozu, wąska ścieżka na urwisku, miejscami przejście mostkami
przy pionowych ścianach skalnych. Raczej nie dla kogoś z lękiem wysokości.
Rzeka która wyżłobiła ten krajobraz, Pełcznica, brudna, pomarańczowa,
zaśmiecona i śmierdząca. Znacznie lepiej prezentowała się z góry, gdzie tylko
było słychać jej szum.
Ruiny zamku Stary Książ jak to ruiny, może nie bardzo okazałe, ale mają
pewien urok. A niedaleko skrytka ze skarbem. To już trzecia odnaleziona
podczas mojego pobytu w Szczawnie. :-) Do uzdrowiska wróciłem na
piechotę, dalej żółto-niebieskim szlakiem. Ominął mnie obiad, ale tutejszego
obiadu nawet nie szkoda. Zjadłem sobie lepiej Pod Wieżą.
Okazało się, że w czasie, gdy ja sobie tu wypoczywam, pojawiły się nowe
skrytki geocache w okolicy. :-) No to załadowałem sobie kolejne
cele do komórki i we wtorek wybrałem się do ruin zamku Nowy Dwór. Najpierw
musiałem wymyślić jak się tam dostać. Niby to ciągle Wałbrzych, ale daleko od
Szczawna... zadupie jakieś. A na mojej mapie nie są pokazane linie autobusowe.
Kupiłem więc w Empiku plan miasta... przyjrzałem się zadupiu
raz
jeszcze... i okazało się, że tam jest Dworzec Główny, a do takiego obiektu
znaleźć połączenie autobusowe już łatwo. :-) Z dworca już
poprowadził mnie żółty szlak, zresztą, to już było całkiem blisko.
Ruiny mnie trochę zaskoczyły. Pozytywnie. Spodziewałem się czegoś znacznie
mniejszego. A tu, co minąłem jeden mur, to moim oczom ukazywał się kolejny.
I w jednym z nich było ukryte pudełko. Czwarty skarb znaleziony
:-) W zamian za kredki zostawiłem joggerowy długopis, więc jak
ktoś chce, to wie gdzie szukać...
To we w miarą bliskiej okolicy została mi jedna skrytka, na Trójgarbie.
Tam wybrałem się w czwartek. Prawie siedem kilometrów w jedną stronę.
Większość przez pola i łąki, do schroniska Bacówka pod Trójgarbem
,
dalej świerkowym lasem na górę. W schronisku śmieszny pan przywitał mnie
pytaniem spragniony?
i dalej o to, czego bym chciał się napić... bo po
napoje inne niż piwo (zresztą wybór i tak nie wielki) musiał zejść do piwnicy
bo kradną
. W ogóle turystów tam niewielu (ja nie spotkałem żadnego, ale
podobno pan jedno piwo już tego dnia sprzedał), a ja zostałem uznany za
jakiegoś pasjonata. Szlak całkiem przyjemny i nawet niezbyt stromy. Pod koniec
towarzyszyło mi osobiste stadko... much. Na górze stał jakiś szałas, pełen
śmieci (ech, ci pseudoturyści), jakieś resztki fundamentów nie wiadomo po
czym i niewiele więcej. Ze względu na drzewa raczej nie było widoków do
podziwiania. Po podejrzeniu wskazówek w sieci (niech żyje EDGE i Opera Mini)
szybko odnalazłem skrzynkę. I byłem pierwszy! Mam nawet na to certyfikat.
:-) Ze skarbów wybrałem sobie krokomierz. Ze szczytu do Bacówki
wracałem nieco innym szlakiem, dalej do Szczawna miałem iść tym samym co w tę
stronę... ale po drodze przeoczyłem jakiś zakręt i wróciłem inną drogą. GPS
przydał się do orientacji w terenie.
Na razie tyle wycieczek. W najbliższym czasie wybieram się jeszcze na
Borową. Skrytki geocache żadnej tam nie ma, ale to najwyższy szczyt Gór
Wałbrzyskich, więc jak tu jestem, to wypada zaliczyć. Dzisiaj podobno
współkuracjusze organizują jakiegoś grilla na Słonecznej Polanie, zajrzę tam.
Poza tym, w parku ma być jakiś koncert – Świętojańska Noc
Operetkowa
, czy jakoś tak. To też chciałem obejrzeć. Będę więc pewnie
kursował między jednym i drugim, żeby ostatecznie znowu skończyć na
samotnej włóczędze po Wzgórzu Gedymina...
30 maja 2008
22:10:34
|
kategorie:
oprogramowanie,
sprzęt,
w sieci,
wypoczynek,
zdjęcia,
Chciałem napisać kolejną notkę o mojej zabawce... i zorientowałem się, że
przecież jeszcze nic nie napisałem na ten temat. A więc, od początku...
Już od dawna fascynowała mnie technologia GPS – możliwość
rejestrowania aktualnej pozycji i nawigacji w czasie rzeczywistym do wybranego
punktu. No i obrabianie zebranych danych w komputerze. Bardzo chętnie bym się
czymś takim pobawił... ale jak na zabawkę to było zawsze zbyt drogie.
Turystyczne urządzenia GPS albo bardzo prymitywne, albo drogie. Do gołego
odbiornika musiałbym mieć laptopa albo palmtopa, a samochodowe nawigacje jakoś
mnie nie pociągały specjalnie (drogie i właściwie do użytku tylko
w samochodzie).
Na szczęście sytuacja nieco się zmieniła. Odbiorniki GPS potaniały,
a zmądrzały telefony komórkowe. Więc za niewielkie pieniądze mogłem kupić
sobie odbiornik na Bluetooth, który całkiem sprawnie może być obsłużony przez
mój, też nie najdroższy, telefon komórkowy.
Zabawy
No to co ciekawego można takim zestawem robić. No moim głównym celem było
móc jechać w nieznane i dalej wiedzieć gdzie się jest, żeby móc wrócić.
;-) No i rejestrowanie swoich wycieczek. Gdy szukałem
oprogramowania do swojej zabawki często natykałem się na określenie
geocaching
. Nie wnikałem w to, zakładałem, że to po prostu zbieranie
informacji o tym gdzie się było (wiecie, skojarzenie z cache przeglądarki).
Później okazało się, że bardzo się myliłem...
Geohashing
Skoro ignorowałem geocaching to pierwszą zabawą z GPS którą się
zainteresowałem był geohashing,
wymyślony przez autora popularnego komiksu XKCD w odcinku 426. Po prostu, gdy zobaczyłem ten
obrazek i przeczytałem odpowiadający mu wpis na blagu, to
uznałem, że muszę tego spróbować. Wygląda na to, że jestem jedynym takim
wariatem w Polsce. :-)
Zabawa polega na tym, że dla każdej daty wyznaczane są konkretne
współrzędne geograficzne, dla każdej kratki 1° na 1°. Algorytm
wykorzystuje notowania nowojorskiej giełdy z dnia poprzedniego (lub ostatniego
w którym były dostępne), więc nie można określić przyszłych punktów. Po prostu
znane są współrzędne na dziś lub jutro. W piątek także na weekend (aż do
poniedziałku), ale nic więcej. Zadanie polega na tym, żeby w odpowiednim dniu
trafić w odpowiednie miejsce. W soboty, o 16:00 czasu lokalnego przewidziane
są w tych miejscach spotkania miłośników XKCD, więc teoretycznie można spotkać
się z innymi świrami (o ile tacy są w okolicy).
Ja pierwszy punkt zaliczyłem wczoraj. Trafiłem na stare, opuszczone
i zdewastowane torowisko w Sośnicy. Całkiem interesujące miejsce.
:-)
Geocaching
Gdy zainteresowałem się geohashingiem, to w końcu poczytałem też co to ten
geocaching. No i to też
całkiem fajna sprawa. W skrócie: ludzie robią skrytki z dzienniczkiem
i skarbami
i publikują współrzędne geograficzne. Zadanie polega na
odnalezieniu skrytki i wpisaniu się do dzienniczka. Może być ciekawe.
Zaleta w porównaniu z geohashingiem: jest po co iść, skrytki zwykle są
w interesujących miejscach (można pozwiedzać) i z zasady są dostępne
(geohashing może prowadzić prosto na środek morza, czy do zamkniętej bazy
wojskowej). Jednocześnie wadą jest to samo: wiadomo mniej-więcej czego można
się spodziewać i generalnie skrytki są w znanych miejscach. Miejsca ukrycia
najbliższych skrzynek prawdopodobnie się już kiedyś odwiedziło, przy innej
okazji.
Jutro będę w pobliżu jednej takiej skrytki, to może i swój geocaching
zaliczę. :-)
Geodashing itp.
Z geozabaw czytałem jeszcze o geodashingu. Trochę podobne do geohashingu
– też miejsca są rozmieszczane losowo. Jednak tym razem są to wylosowane
punkty na całym świecie ważne
przez miesiąc. Pewnie jest jeszcze parę
innych takich zabaw.
Moje zabawki
Odbiornik GPS Navibe GB735
Wybrałem taki, bo to był jeden z najtańszych, od sensownego sprzedawcy na
Allegro, na popularnym chipsecie (SiRF Star III) obsługiwanym przez większość
oprogramowania, a w zestawie miał ładowarkę samochodową i domową. Był dodany
też kod umożliwiający ściągnięcie na próbę programu Wayfinder, ale to
niespecjalnie mi się przydało (zniechęcała głównie cena pełnego produktu, ale
także to jak mnie program przywitał, gdy chciałem wypróbować).
Urządzenie działa całkiem przyzwoicie, chociaż czasem długo trzeba czekać
aż po raz pierwszy ustali pozycję. Przy gorszej pogodzie, to może być i pół
godziny, jeśli w ogóle się to uda. Mam wrażenie, że dokładność (czy raczej
czułość) mogła by być nieco lepsza (często widzi tylko 3/4 satelity). Ale
w praktyce nie sprawiło mi to większych problemów, więc nie mam co narzekać.
Bateria wystarcza chyba na jakieś dziesięć godzin. Spokojnie wystarczy na
wycieczkę, a na dłuższej trasie samochodem odbiornik może stale być podpięty
do ładowarki.
Telefon SE k550i
O telefonie już wspominałem. Dodam tylko, że wydaje się bardzo dobrym
wyborem do zabaw z GPSem. Może nie zainstaluję na nim oprogramowania
przygotowanego pod Symbiana czy Windows CE może nie zainstaluję, ale i pod
Javę znalazłem wszystko czego potrzebuję. Wszystko działa szybko i sprawnie,
na karcie pamięci mogę zmieścić praktycznie dowolną ilość map. Przydaje się
też wbudowany aparat fotograficzny – wystarczająco dobry, żeby
udokumentować swoje wyprawy.
Dodatkowe duperele
Dodatkowe rzeczy jakie dokupiłem do tego zestawu:
- Samochodowy uchwyt na telefon – żeby sprawnie korzystać z nawigacji
samochodowej trzeba mieć wyświetlacz telefonu na widoku. Kupiłem chyba
najtańszy uchwyt, przyczepiany przyssawką do przedniej szyby. Wygląda trochę
tandetnie, ale spełnia swoje zadanie. Problem pojawia się, gdy chcemy
podłączyć ładowarkę (dla mnie to mus), ze względu na nieszczęśliwe położenie
złącza w moim telefonie. Ale i z tą wtyczką jakoś się trzyma, tyle że krzywo.
Jakbym kupił oryginalny uchwyt Sony-Ericsson (kosztujący parę razy więcej), to
nie miałbym takiego problemu.
- Ładowarka do telefonu – gdy korzysta się z nawigacji online, to
konieczność. Mój telefon strasznie żre prąd przy aktywnym połączeniu
z Internetem.
- Rozdzielacz gniazda zapalniczki – dzięki niemu mogę jednocześnie
podłączyć zasilanie telefonu i odbiornika GPS i nie martwić się, że mi któraś
bateria padnie w samochodzie.
Oprogramowanie
NaviExpert
Żeby GPS nie był tylko zabawką, potrzebowałem czegoś co zrobi z niego
prawdziwą nawigację samochodową. Jeszcze przed zakupem rozglądałem się w sieci
za odpowiednim oprogramowaniem i moją uwagę zwrócił NaviExpert. Sam program jest za darmo, ale
nie posiada map. Zamiast tego łączy się przez Internet z serwerem, który
wyznacza trasę i udostępnia mapkę okolicy. Płaci się za tę usługę, można
wykupić abonament na jeden dzień i wypróbować. A jak się spodoba, zapłacić za
rok lub dwa.
Ten sposób działania ma jeszcze dodatkowe zalety: mamy do dyspozycji
aktualną bazę danych o niemiłych niespodziankach na drodze (jak fotoradary),
a podczas wyznaczania trasy mogą być uwzględnione korki w których utknęli inni
użytkownicy.
Ściągnąłem, zapłaciłem za tydzień wypróbowałem. Działało, wykupiłem więc
dłuższy abonament. Blondynka
(NaviExpert mówi tylko głosem kobiecym)
doprowadziła nas już do Krynicy i do Ustronia. Było parę potknięć, ale zdaje
się, że innym produktom też się zdarzają. Ja na zakup nie narzekam.
TrekBuddy
GPS miał być do zabawy... więc potrzebowałem też programu, który przyda mi
się na wycieczkach i który pozwoli mi na wymianę danych GPS z komputerem.
Oglądałem w sieci różne Javowe aplikacje GPS na komórkę. Jedne były zbyt
prymitywne, inne za drogie, a TrekBuddy darmowy i ma właściwie
wszystkie funkcje jakich bym chciał.
Główną funkcją TrekBuddy'ego jest pokazywanie aktualnej pozycji na mapie.
W tym celu trzeba mieć odpowiednio przygotowane mapy. Na szczęście są
narzędzia, które pozwalają taką mapę przygotować, niestety głównie pod Windows
(o nich dalej). Można też gotowe mapy kupić. W Polsce firma
Compass produkuje i sprzedaje takie mapy. Trochę drogo, ale jak próbowałem
samemu papierową mapę zeskanować i przygotować do użytku z TrekBuddy, to
uznałem, że może warto zapłacić.
TrekBuddy pokaże nam także kierunek w którym się poruszamy, wprowadzone
wcześniej punkty nawigacyjne, czy kierunek i odległość do wybranego punktu.
Przebytą trasę może na bieżąco zapisywać w pliku GPX (standard wymiany danych
GPS). Punkty nawigacyjne także trzyma w plikach GPX.
Atlas Creator
TrekBuddy
Atlas Creator to proste narzędzie w Javie przerabiające mapy Google na
atlas TrekBuddy. Niestety dość prymitywne.
Googleak
Podobne narzędzie, ale dużo bardziej zaawansowane. Pozwala także
przetwarzać mapy terenowe, zdjęcia satelitarne, a także mapy z kilku innych
źródeł niż Google. Przy pomocy tego narzędzia można sobie przygotować całkiem
niezły atlas dla TrekBuddy'ego. Niestety, Googleak
jest pod Windows, na szczęście – całkiem dobrze działa teraz w wine.
OziExplorer i skrypty do dzielenia map
Generalnie OziExplorer to jest jakiś komercyjny program pod Windows do
obsługi urządzeń GPS. Mnie jednak interesuje mały wycinek jego
funkcjonalności, dostępny także w wersji demo – kalibracja map. Tak się
składa, że TrekBuddy używa danych kalibracyjnych właśnie w formacie
OziExplorera. Program działa pod wine, niestety nieznośnie powoli.
Udało mi się przy jego pomocy
skalibrować jakąś przedwojenną niemiecką mapę 1:25000 znalezioną w internecie.
Z podobną polską sztabówką, czy własnoręcznie zeskanowaną papierową mapą
turystyczną poszło znacznie gorzej. Przy okazji dowiedziałem się jaka
kartografia, a szczególnie kwestie współrzędnych geograficznych
i odwzorowania, jest skomplikowana...
Skalibrowaną mapę należy jeszcze pociąć i ewentualnie zapakować do atlasu.
Różne narzędzia do tego celu można znaleźć na stronach TrekBuddy.
Na szczęście nie trzeba się samemu w przygotowywanie map bawić.
:-)
Viking
Oprogramowanie na komórkę z GPS-em i mapy do niego to nie wszystko.
Przydałoby się coś, czym można by było sobie planować trasy, a także oglądać
dane zebrane przez nasz zestaw GPS. I fajnie byłoby się obyć bez Windows, czy
wine. Trochę się naszukałem zanim znalazłem coś fajnego, ale w końcu się
udało. Viking to prosta aplikacja
GTK umożliwiająca pracę z mapami (znów z Google itp.) oraz danymi z i dla GPS.
Można wyświetlić sobie mapę wybranej okolicy, na nieść na nie punkty, które
chcemy odwiedzić i wyeksportować do pliku GPX, który załadujemy do komórki.
Po powrocie z wycieczki można sobie do Vikinga wgrać zebrane dane i obejrzeć
którędy się szło, a nawet gdzie jakie zdjęcia się zrobiło (ale to gdyby
robienie zdjęć z poziomu TrekBuddy było praktyczniejsze).
GPSBabel
Czasem może pojawić się potrzeba przekonwertowania jakiś danych do lub
z jakiegoś egzotycznego formatu (nie wszystko umie GPX), albo jakiegoś
przekształcenia danych GPX. Tu przydaje się GPSBabel. Narzędzie to potrafi nie tylko
konwertować między mnóstwem różnych formatów danych GPS, ale ma także
wbudowanych parę przydatnych filtrów. Chcesz się pozbyć ze ścieżki
niedokładnie ustalonych punktów? Chcesz z tysiąca punktów (np. skrytek
geocaching) wybrać te w obrębie kilku kilometrów od wybranego punktu, czy może
po prostu odwrócić kierunek trasy? GPSBabel to załatwi.
Happy Camel
Wspomniałem, że w wycieczkach z GPS-em fajnie jest mieć aparat
fotograficzny. A może by tak w plikach ze zdjęciami zaznaczyć gdzie dokładnie
były one zrobione? To się nazywa geotaging i Wesoły Wielbłąd w tym pomoże.
Wystarczy, że podasz mu zestaw zdjęć i dane z GPS-a (ścieżka) obejmujące czas
w którym zdjęcia były robione, a on powiąże jedno z drugim. Może zapisać dane
geograficzne w metadanych (EXIF) zdjęcia, może stworzyć plik .KMZ dla
GoogleEarth (w którym potem można np. obejrzeć sobie własne zdjęcia na tle
satelitarnych), może nawet wyszukać nazwy miejscowości w pobliżu których
fotografowaliśmy.
Happy Camel ma także
wsparcie dla Flickr, ale tym nie udało mi się jeszcze czegoś sensownego
osiągnąć.
28 marca 2008
19:01:56
|
kategorie:
natura,
wypoczynek,
zdjęcia,
Początek wiosny
wyglądał nie najlepiej, ale już na przykład dzisiaj krajobraz za oknem był
całkiem zachęcający. Wyciągnąłem więc swoje patyki (kije do nordic walking)
i wybrałem się na spacer, do Lasu Dąbrowa.
Po drodze słoneczko miło grzało, ptaszki ćwierkały (chyba, miałem
słuchawki na uszach ;-)), motylki latały, kwiatki w okół kwitły,
a ja się nieco zgrzałem (byłem ubrany sporo lżej niż ostatnio bywało). Na
polach spotkałem dwie czajki i kilka traktorów...
Na skraju lasu przywitały mnie kwitnące zawilce i ziarnopłony. Tylko
z tych drugich mi coś wyszło:
Nieco dalej było też sporo miodunek:
Poza tym las jak las:
...a w lesie trochę wody:
Był też akcent wielkanocny: wielki zając wybiegł mi spod nóg. Kawałek
dalej jakaś sarenka, czy coś (szare, z rogami, dużo większe od zająca).
Niestety, tego nie było szans komórkowym aparatem złapać.
W sumie spacerek zajął mi prawie trzy godziny i przyniósł sporo frajdy.
21 marca 2008
18:08:04
|
kategorie:
seks,
w sieci,
zdjęcia,
zdrowie,
Prezydent straszy homoseksualistami, widać naród powinien się tego bać...
A ja co? A ja nic. Nie mogę zrozumieć co w tym takiego strasznego. Co więcej
przejawiam jakieś ciągoty... nie, nie do facetów... do kobiet
o niepoprawnych
orientacjach seksualnych...
Jedna czwarta kobiet w moim rosterze lubi dziewczynki
(co najmniej,
ankiety nie przeprowadzałem). Swego czasu z pasją oglądałem The L Word (ostatni sezon
jednak marny i ta pasja przeszła), ostatnio bardzo ucieszyło mnie odkrycie
nowego bloga: Grace the spot
(lesbijskiego oczywiście), a po moim ostatnim zakupie na Amazon.com (o tym innym razem), księgarnia
ta proponuje mi głównie lesbijską literaturę...
Czy mnie trzeba leczyć? Czy może od razu odstrzelić, dla dobra
społeczeństwa i wartości chrześcijańskich
? ;-)