Zaloguj się

Jog Jajcusia

xmpp:jajcus@jajcus.net

Wreszcie, moje kalectwo zrekompensowane! ;-)

Odwiedził mnie dziś listonosz. Przyniósł świstek papieru i pieniądze. Moje chorobowe za półtora miesiąca. Całe 210zł!

I po cholerę ja te zwolnienie brałem? Wcześniej unikałem, ale przed operacją poradziłem się doradcy z biura rachunkowego. I stwierdził, że warto brać. W szczegóły nie wnikałem i wziąłem. Tydzień temu na wizycie kontrolnej też. A to co dostałem ma się nijak nawet do tego czego nie zarobiłem leżąc w szpitalu, nie mówiąc o całym okresie niezdolności do pracy. Teraz żałuję, że kolejny kwitek poszedł do ZUSu, bo przecież na zwolnieniu nie mogę robić nic (poza robieniem przelewów do ZUS itp., bo z tym nie mogę się spóźnić nawet jakbym umierał)...

Ale czego ja się spodziewałem?...

47 komentarzy do wpisu „ Wreszcie, moje kalectwo zrekompensowane! ;-)”


Awaria...

Z pracowym komputerem miałem problemy już od dawna. Jak tylko przyniosłem go do biura, to przestał działać zasilacz (który dzień wcześniej, w domu działał bez zarzutu). Wymieniłem na nowy.

Z nowym zasilaczem niby działał, ale jak się coś podłączyło (czy to kabel sieciowy, czy pendrive) to potrafił się momentalnie zawiesić na twardo. Do zawieszenia systemu wystarczyło czasami przełączyć się z Xów na konsolę (czasem z tego powodu system wieszał mi się parę razy jednego dnia, a czasem przez parę tygodni nie było problemów). Myślałem, że dalej coś z zasilaniem, ale wymiana zasilacza na jeszcze inny nie powiodła się (w ogóle się nie uruchamiał). Właściwie to już nawet nie wiem, który zasilacz mam zamontowany...

Samo przełączanie na konsole sprawiało problemy tylko czasami... ale był też inny problem. Gdy korzystałem z konsoli (framebuffer), to czasem aplikacja rysująca coś w Xach potrafiła mi tą konsolę skaszanić, tak, że nie dało się zrobić nic poza przejściem do Xów. Problemy takie sprawiały tylko niektóre aplikacje, a właściwie ich elementy: migający kursor w xtermie kaszanił, animacja Flash w Firefoksie nie, ale już animowany gif w tym samym firefoksie też kaszanił. Freeciv nie kaszanił, OuterSpace kaszanił. Nauczyłem się więc przełączać na firefoksa z bezpieczną zakładką (teraz to się chyba tab nazywa) przed przejściem na konsolę...

Uznałem, że dość tego. Przynajmniej z tymi graficznymi problemami trzeba skończyć. Postanowiłem zmienić kartę graficzną, z tego podejrzanego Matroxa (ale to podobno dobre karty...) na Radeona, który gdzieś mi sie w domu walał... Wyciągam starą kartę, wkładam nową, uruchamiam komputer... i ciemność, widzę ciemność. Otrzymywałem albo czarny ekran, albo jakieś No signal wygenerowane przez monitor.

No cóż... ten Radeon mógł być zepsuty... spróbowałem ze kartą na płycie głównej... Ciemność. No to wsadziłem znowu Matroksa... to samo. A przy tym słychać i widać, że poza brakiem obrazu, komputer startuje normalnie. Myślę sobie: zepsułem monitor :-( Podłączyłem zapasowy (CRT, nie nadający się za bardzo do codziennej pracy)... Dalej ciemność. Na wszystkich trzech kartach. Już zacząłem się obawiać, że zepsułem drugi monitor...

Jednak oba monitory były sprawne – podłączone do routera pokazywały co trzeba. A więc płyta główna, która już mi od dawna wydawała się podejrzana... Poleciałem więc do sklepu i kupiłem nową płytę z procesorem (pod stary procesor już nic odpowiedniego nie mieli, ale przynajmniej pamięci nie musiałem wymieniać). Na razie działa. A do grafiki używam zintegrowanego Intela 865G. Zabawy z Radeonem sobie odpuszczam (przynajmniej na razie).

5 komentarzy do wpisu „ Awaria...”


Fajnie jest, gdy praca bawi :-)

Ostatnio miałem problemy z cieszeniem się pracą. Właściwie kombinowałem tylko co by robić, żeby nic nie robić i jak dotrwać do weekendu. W końcu jednak klient (czyli szef) sprowadził cztery serwery (dwa Sun Fire i dwa jakieś Supermicro) dla swoich klientów i miałem na tym postawić nasz system. Właściwie to miały być dwie instalacje – dla każdego klienta dwa serwery z których jeden miał zastępować drugi w razie awarii. Czyli miałem zrobić dwa klastry HA (High Availability).

Prawdę mówiąc nie miałem większego pojęcia na ten temat, więc się trochę bałem, czy w ogóle się uda. Na początku więc po prostu postawiłem cztery identyczne serwery. Potem szef zepsuł jedną maszynę Sun Fire i mogłem spokojnie się skoncentrować na budowie jednego klastra :-). Warto zaznaczyć, że wszystkie te maszyny stoją w Amsterdamie, a ja mam do nich dostęp tylko przez sieć: SSH (także do konsoli szeregowych) oraz interfejs WWW do zdalnego wyłącznika zasilania.

Nasz system oparty jest na Xenie, na listach Xena przeczytałem, że do zapewnienia redundancji dobrze mieć DRBD (dla dla replikacji dysków), albo iSCSI lub inne rozwiązanie SAN (jeśli przestrzeń dyskowa miałaby być współdzielona). Wyszło mi na to, że dla nas lepsze będzie DRBD. Zacząłem czytać o DRBD. Dowiedziałem się, że DRBD dobrze byłoby używać wraz z Heartbeatem. To się zabrałem za szykowanie pakiecików...

Po kilku przeróbkach PLDowych pakietów, po kilku kompilacjach kernela, Heartbeata i DRBD, w końcu udało mi się coś uruchomić. Najpierw niespecjalnie to działało, a ja kompletnie nie wiedziałem co sie na moich serwerach dzieje. Ale po trochu to rozpracowywałem. W końcu usługi się uruchamiały tam gdzie trzeba, a jak maszynę wyłączyłem, to przeskakiwały na drugą. Super. :-)

... ale to wszystko w konfiguracji Heartbeat w wersji pierwszej, która już podobno nie jest zalecana. No to włączyłem wersję drugą (crm yes w /etc/ha.d/ha.cf) i zabawa zaczęła się od początku: wszystko przestało działać, przestałem rozumieć co się dzieje i dalej trzeba było pakiet heartbeat poprawiać. Ale i to opanowałem i muszę przyznać, że sprawiło mi to niezłą frajdę. :-)

Ciekawe co jeszcze mogę w tym klastrze poprawić... bo inne rzeczy co czekają w kolejce, niestety, nie są już takie fascynujące... No cóż, kiedyś nuda musi wrócić.

No i ciekawe jak te klastry będą się zachowywać w warunkach produkcyjnych...

4 komentarze do wpisu „ Fajnie jest, gdy praca bawi :-)”


No i doigrałem się

Piszę to klęcząc przed komputerem. Gdybym usiadł, to bym miał potem problem ze wstaniem z krzesła: straszny ból w okolicach krzyża i lewego pośladka....

Bóle krzyża miałem już wcześniej. Na początku sporadycznie. Kilka miesięcy temu zaczęło mnie to męczyć trochę bardziej regularnie. Po jakiś trzech miesiącach powracającego, mniejszego i większego bólu, poszedłem do lekarza. Dowiedziałem się, że teraz wszyscy tak mają, że pewnie mnie przewiało, że trzy miesiące bólu krzyża to jeszcze nic takiego i dostałem tabletki przeciwbólowe (Ketoporofen w jakiejś wersji do długotrwałego stosowania). Łykałem grzecznie przez miesiąc. Trochę pomogło, z czasem bóle właściwie ustały. Było całkiem nieźle nawet po odstawieniu tabletek. Ale czasem jeszcze trochę kręgosłup przypominał o sobie.

Pojechaliśmy na wakacje. Pakowanie, siedem godzin jazdy samochodem, wypakowywanie. Tam znowu mnie pobolewało. Ale co tam... żyć się dało. Jazdy konnej też sobie nie odmawiałem. Potem powrót. Parę dni w domu i wyjazd do Warszawy. Tym razem pociągiem, ale za to z wielkim plecakiem. Tam już ból dawał mi się mocno we znaki. Nawet się zastanawiałem, czy wsiadać na konia... ale czemu nie, skoro po to do tych znajomych przyjechaliśmy. Droga powrotna. Jako jedyny facet w przedziale podawałem kobietom bagaże... Następnego dnia w pracy wstanie z krzesła to był horror...

Już w Warszawie zdecydowałem, że trzeba by się z tym bólem znowu do lekarza udać. Tym razem do innego niż pan teraz wszyscy tak mają (podobnie oceniał inne dolegliwości). Do przychodni dotarłem w czwartek. Pani doktor mnie wysłuchała, obmacała, poruszała gnatami i była bezlitosna: to początek zmian zwyrodnieniowych i już tak pan będzie miał do końca życia. Co gorsza, nie mam powodów jej nie wierzyć... wcześniej googlałem dużo na ten temat i właściwie wszystko sprowadzało się do tego samego: jak się kręgosłup zacznie psuć, to pozostaje minimalizowanie i unikanie bólu.

Pani doktór zapisała mi jakiś spray z ketoprofenem (wolę się smarować niż łykać), poradziła jak ćwiczyć, jak siedzieć, jak leżeć. Dowiedziałem się tego, czego się też obawiałem: jazdy konnej lepiej unikać. Za to powinienem pływać. Dostałem też skierowanie na RTG, ale bez większej nadziei, że to coś zmieni.

Wczoraj więc wybrałem się obejrzeć gliwickie baseny. Rowerem, to podobno też stosunkowo mało obciążające dla kręgosłupa. Zarówno basen na Warszawskiej jak i ten na Sikorniku wyglądają przyzwoicie. Pierwszy sprawia wrażenie odrobinę wyższego standardu, jest trochę większy i trochę droższy. Na drugim jakby mniej ludzi. Będzie trzeba zacząć na któryś z nich chodzić... tylko szkoda, że pływanie niespecjalnie mnie pociąga.

A wniosek z tej historii? Trzeba było być aktywnym za młodu! Kawał życia przesiedziałem przed komputerem. Aktywny wypoczynek był mi obcy. Wiecznie się garbiłem, ale poza zwróceniem mi uwagi, nikt (ani rodzice, ani ja sam) nie próbował z tym nic zrobić. Jak już zacząłem się ruszać, to pewnie zbyt ostro (jazda konna nie należy do najłagodniejszych sportów), ani wcale tak dużo i regularnie. Dobrze, że chociaż nie mam problemów z nadwagą.

P.S. zanim to napisałem do końca, to jednak usiadłem na krześle.

56 komentarzy do wpisu „ No i doigrałem się”


Dobra rada

Ludzie czytajcie umowy. Za każdym razem, gdy coś w związku z nimi chcecie zmieniać. Bo może się okazać, że umowa na rok była umową na rok i jeden miesiąc i do tego z dwumiesięcznym okresem wypowiedzenia...

10 komentarzy do wpisu „ Dobra rada”


Brak prądu i zupa z puszki

W pracy standardowo, porobiłem trochę rano, po jedenastej wybrałem się po drugie śniadanko i do żonki z owocami. Trochę tam posiedziałem i wróciłem do biura... trochę popracowałem... i trach. Wszystko się zresetowało. Trochę zajęło mi odpalenie komputerów ponownie, bo stary IBM robiący za router uruchamia się dopiero za którymś razem, a i ze swoją workstacją miewam problemy... W końcu komputery działały i chciałem kontynuować pracę... nic z tego... sieci nie ma... NO-CARRIER na interfejsie wyjściowym routera.

Zadzwoniłem do providera, oni nic nie wiedzą. Nie wiedzieli też, kiedy spodziewać się naprawy. Uznałem, że nawet jak im się tylko hub zawiesił z powodu zaniku zasilania, to potrwa zanim ktoś przyjedzie i naprawi. Postanowiłem znowu przejść się do żonki. Po drodze, na portierni, dowiedziałem się, że jedna faza wysiadła.

U żonki zapuściłem pinga do biura, co by wiedzieć, kiedy wracać i zająłem się słodkim lenistwem... nie długo, żonka już mi robotę znalazła: ułożenie setki faktur w kolejności. Nawet mi się to udało. Pingi do biura wciąż nie dochodziły, ale przyszedł koniec pracy żonki. Postanowiłem odprowadzić ją chociaż pod mój biurowiec... jednak tam okazało się, że teraz w biurowcu w ogóle nie ma prądu, bo to jakaś większa awaria. Rzeczywiście, na pobliskim skrzyżowaniu nie działały światła.

Czwartek to dzień Krysinych wygibusów (zajęć w szkole muzycznej), więc żonka poszła po dziecko, a ja musiałem sobie sam skombinować obiad. Bar Pod Pierożkiem, gdzie normalnie bym coś zjadł, był zamknięty (brak prądu), więc poszedłem do Żabki po jakąś chińską zupkę... Już miałem taką kupić, gdy zauważyłem coś innego: zupy w puszce Pamapol. Były tam też takie bez pomidorów, więc zainteresowałem się kapuśniakiem z boczkiem. Rzut oka na etykietkę wykazał brak jakiś świństw (same naturalne składniki), więc jak mógłbym nie spróbować. Wziąłem do tego bułkę i w sumie zapłaciłem 4zł. Całkiem dobry obiadek z tego wyszedł, będę musiał przetestować inne opcje. :-)

Wygibusów dzisiaj jednak nie było (zgadnijcie... tak, brak prądu), więc po obiedzie wybraliśmy się na zakupy. W drodze tam i z powrotem przejeżdżałem przez to skrzyżowanie bez świateł i ruchem kierował tam wtedy policjant. Muszę przyznać, że robił to bardzo dobrze, było widać, że postawili tam wykwalifikowanego fachowca, a nie pierwszego lepszego krawężnika, co tylko do końca by zablokował ruch, a to rzadkość.

W domu, na szczęście, prąd cały czas działa.

6 komentarzy do wpisu „ Brak prądu i zupa z puszki”



[szpieg] Jesteście obserwowani...