Zaloguj się

Jog Jajcusia

xmpp:jajcus@jajcus.net

Optymizm

Rok temu był świetny Hubertus. Ja, z racji słabych umiejętności, nie brałem udziału w pogoni za lisem, ale postanowiłem następnym razem to sobie nadrobić. Za to świetnie się wyszalałem na wieczornej imprezie. W tym roku może być jeszcze lepiej... :-)

Latem się zorientowałem, że ból w plecach to poważna sprawa i raczej koniki muszę sobie na jakiś czas odpuścić. Więc nawet, jeśli do Hubertusa będę mógł wsiąść na konia, to nie zdążę wyćwiczyć formy. :-( Trudno, w tym roku nie pojadę. Ale być widzem na tej imprezie też jest fajnie. Może porobię zdjęcia żonce na najpiękniejszym koniu ze stajni. I zawsze pozostaje impreza, tam sobie odbiję... :-)

Od tamtego czasu zdrowie mi się nie polepszyło. Właściwie to jest gorzej. Nie tylko nie nadaję się na konia, ale i do tańca. :-( No cóż. I tak będzie rozrywka na świeżym powietrzu – pooglądam gonitwę, pokibicuje. A wieczorem na imprezie będę mógł chociaż popatrzeć na bawiące się dziewczyny. No i trochę mogę się pogibać przy wolniejszych kawałkach. Dziecko zostanie u dziadków, to zapowiada się ciekawy wieczór. :-)

Dzisiaj piękna pogoda, ale gorzej wyglądają prognozy na jutro. Wszystko wskazuje na to, że w trakcie gonitwy będzie padało, może nawet lało. :-( No, może się jakoś uda bieg zorganizować... No i zawsze pozostaje impreza... :-)

Wieczorem dziecko dostało gorączki. Nie wiadomo, czy do jutra wyzdrowieje. Dziecka z gorączką raczej dziadkom nie zostawimy, już raz im sprzedała jakąś zarazę... :-(

Optymizm mi się kończy...

14 komentarzy do wpisu „ Optymizm”


Wycieczka

Rano, jak co niedzielę, byliśmy w Szałszy na konikach. Ja, ze względu na swój kręgosłup, jazdę sobie odpuściłem... ale ruszać się trzeba (chociażby ze względu na ten mój kręgosłup), więc po obiedzie wybrałem się na rowerek.

Nie czując się najlepiej nie wiedziałem jak daleko dojadę. W końcu cały czas bolało – już nie tylko krzyż ale i lewe biodro, czy chwilami cała noga aż do stopy. Najbardziej, gdy próbowałem się obrócić, aby obejrzeć się za siebie, albo gdy na jakimś wyboju nie podniosłem się z siodełka. Jednak, po jakiś dziesięciu kilometrach ciągłego pedałowania, przeszło. Mogłem się obracać, wykrzywiać, jeździć po wertepach i nic nie bolało. :-)

Niestety, nie ma za dobrze... wystarczyło na parę minut zejść z roweru (żeby pojeść sobie jeżyn?) i mój kręgosłup znowu o sobie przypominał, przynajmniej na kilka następnych kilometrów.

Dobra dosyć marudzenia. W sumie dzisiaj przejechałem trochę ponad 30km, dojechałem do Rachowic, a z nieprzewidywanych atrakcji zobaczyłem pomnik Juliusza Rogera. Zaskoczył też mnie Kozłów, nie dość, że większy niż myślałem, to układ ulic ma taki, że ciężko się nie zgubić. Mam nadzieję, że uda mi się na podobne wycieczki jeździć częściej.

10 komentarzy do wpisu „ Wycieczka”


A co tam u mnie...

Wpis pod wpływem sugestii w komentarzu do poprzedniego, długiego i niestrawnego. ;-)

Już trzeci tydzień ominęły nas lekcje tańca. Dwa tygodnie temu nie poszliśmy, bo wolałem koncert Świetlików, a potem nam zajęcia przestawili na 19:30, stanowczo za późno dla nas, bo chodzimy tam z Krysią, a ją o 21:00 trzeba kąpać i kłaść spać... Wczoraj przepisałem nas do innej grupy, więc może w środę się uda...

Poza tym żyję na zasadzie byle do 16:00, byle do piątku, potem szybko mijający weekend i od nowa to samo. Z jakiś specjalnych atrakcji, to tylko coniedzielny wypad na koniki. W zeszłą niedziele Serafin zaserwował mi niezłe rodeo, gdy siedząc na nim próbowałem założyć kurtkę. Poniósł tak, że aż instruktor się spocił, a potem, podejrzanie oficjalnym tonem, mi gratulował, że nie zleciałem. A ja później nawet bardzo obolały nie byłem.

6 komentarzy do wpisu „ A co tam u mnie...”


Narozrabiałem

Dzisiaj znowu dostałem hucuła – Sękacza. Ciężko było go rozruszać, szczególnie w grząskim błotku, ale gdy w końcu udało mi się pojechać kłusem i dołączyć do zastępu, to nawet prawie nadążał. Ale ciężko mu to szło. W końcu postanowiłem nadganiać trochę galopem. O dziwo, nawet się udawało. Niestety, nie wziąłem pod uwagę tego, że za mną żonka jedzie na niezbyt ujeżdżonym koniu... i zrobiła bam. :-(

Na szczęście nic złego się jej nie stało. Jednak ja i tak się tym przejąłem... a konik to wykorzystał. Już nawet za bardzo do kłusa nie udawało mi się go zmusić. Przypadkowi gapie (którzy przyjechali na jakieś wesele, czy chrzciny, w klubowej knajpie), widząc jak się meczymy wołali do mnie: Niech pan nie męczy już tego kucyka, on ledwo zipie! . Problem w tym, że ten kucyk nawet się pode mną nie spocił... za to ja byłem cały mokry.

W sumie, fajnie było, gdyby nie to, że żonka sobie nie pojeździła.

1 komentarz do wpisu „ Narozrabiałem”


Hubertus w Szałszy...

Miał być opis ze zdjęciami, ale nie dam rady dzisiaj tego opisać... Więc będą tylko zdjęcia:

[rozgrzewka] [kowbojka] [przedstartem] [strzemienny] [gonitwa] [odpoczynek] [lis] [kurz] [zaszybko] [posilek] [nakonia] [zalisem] [nagroda] [konik]

Jakość marna... bo aparat kiepski (dziwne, że cokolwiek udało mi się złapać chociaż trochę ostro) i fotograf nie lepszy.

Update: Lepszej jakości zdjęcia już są dostępne na stronach Klubu.

10 komentarzy do wpisu „ Hubertus w Szałszy...”


Koniki – zaraza się szerzy...

Jak co tydzień, dzisiaj byliśmy na konikach. Na początku dostałem Bestię. Na początku nie bardzo dawała mi na siebie wsiąść (znaczy się, nie chciała podejść do klocka), ale jakaś dziewczyna pomogła, przytrzymała konia i się udało. Bestia niezbyt chętna była do jazdy w koło ujeżdżalni, ale jakoś nam się udawało dogadać. Jazda za Nel (na której jeździła wtedy żonka), na łące obok, szła nieco lepiej. Niestety Nel nie chciała współpracować z amazonką na jej grzbiecie, więc pojechały ćwiczyć na małym kółku. Ja zostałem znowu na jakiś czas sam na sam z Bestią... no jeszcze jakiś Hucuł się rozgrzewał.

Jak już pisałem, Bestia niechętnie jeździła kłusem wokół ujeżdżalni... ale za to bardzo chętnie robiła slalom i kawaletki. Jak jej tylko pozwolić, to sama sie tam rwała. Myślałem, że to tylko takie ćwiczenie dla koni i jeźdźców, a to najwyraźniej atrakcja. Potem spróbowałem trochę galopu. Dwa, czy trzy razy zagalopowałem na długiej prostej i to najwyraźniej też było tym, czego konikowi było trzeba. Ja jednak na więcej na razie nie miałem ochoty.

Potem przesiadłem się na Nel. Pierwsze wrażenie: jakbym się z poloneza przesiadł do mercedesa – takie wygodne siodło i takie fajne wodze. Jednak to trochę postrzelony koń (nadepnęła moją stopę!) i jeździ już nie tak ładnie, za to szybko. Ale nawet mnie słuchała. Galopu na tej wariatce jednak nie próbowałem.

Z ciekawostek jeszcze jedno: znalazłem sposób jak popieścić Agatkę, żeby nie stracić ręki ani nie nabawić się ran gryzionych na szyi... w końcu każdy konik lubi jak się go drapie po szyi... trzeba było tylko podejść z właściwej strony i zachować szczególną ostrożność. Nawet uszy przy tym stawiała do przodu. Tylko czasem jeszcze kładła je po sobie i kłapała paszczą... ale to przecież milutki konik. A na pewno śliczny.

Chyba na dobre zaraziłem się od żony... Już nie mogę się doczekać kolejnej niedzieli...

1 komentarz do wpisu „ Koniki – zaraza się szerzy...”



[szpieg] Jesteście obserwowani...