Zaloguj się

Jog Jajcusia

xmpp:jajcus@jajcus.net

Mój jest ten kawałek Internetu…

…złe emocje i brudne buty proszę więc zostawić przed drzwiami.

Odświeżenie bloga

Postanowiłem trochę odświeżyć mojego bloga. Najpierw zmieniłem moje skrypty do generowania joggerowych szablonów – generowanie z XMLa i automatyczne walidowanie wyniku było fajne w założeniach, ale w praktyce chyba zbyt skomplikowane. Przesiadłem się na M4 i jest fajnie. :-)

Później postanowiłem dodać trzecią kolumnę do layoutu. Archiwum i kategorie chciałem przenieść na lewą stronę, a po prawej dać linkownie. Szablon przerobiłem, ale efekt mi się nie podobał. Do tego, gdy przyszedł czas na dodanie linków, stwierdziłem, że nie umiem się zdecydować co tam wrzucić – wszystko co przeglądam, to za chwilę połowa byłaby nieaktualne, a jeśli miałbym wybierać te najważniejsze, to niby jak? W końcu zmiany w szablonie zachowałem sobie gdzieś na boku w postaci łatki i wróciłem do starych, dobrych dwóch kolumn.

Czyli wizualnie byłem w punkcie wyjścia. A przecież chciałem coś pozmieniać. Najbardziej mnie wkurzało archiwum – ciągnące się jak papier toaletowy. Wczoraj, odrobiną magii w JavaScripcie, dodałem do niego hierarchię, a dzisiaj zwijanie niepotrzebnych lat. Z efektu jestem bardzo zadowolony – chyba całkiem nie źle, jak na kogoś, kto nie zna JavaScriptu. :-)

Poza tym, dołożyłem linki do następnej/poprzedniej strony w szablonie wpisów i do następnego/poprzedniego wpisu w szablonie komentarzy. A na końcu dorzuciłem reklamy AdSense. Miałem tego na bloga nie dawać, ale na stronach moich projektów niewiele te reklamy dawały – nic się tam nie dzieje, to nikt nie zagląda. A na Joggerze kolejne osoby dodają sobie reklamy na bloga i nikt na nich nie krzyczy, więc może i mnie czytelnicy wybaczą. ;-)

7 komentarzy do wpisu „ Odświeżenie bloga”


Pingwinaria 2007

Czwartek

No to znowu pojechałem na Pingwinaria. Tym razem z żonką. Wyjechaliśmy w czwartek rano, najpierw po gadżety do Ikuśnej firmy, a potem do Krynicy. Po drodze dołączył do nas Ajot. Po niecałych czterech godzinach byliśmy na miejscu.

Po rozpakowaniu poszliśmy (ja i Ika) na obiadek (wyżywienie w Damisie jak zwykle super), a po obiadku na spacer po Górze Parkowej. Na szczycie czynne były zjeżdżalnie (takie metalowe rynny po których się zjeżdża w filcowych workach) i żonka chciała od razu spróbować. No to wykupiliśmy 10 zjazdów (8zł) i poszaleliśmy trochę. Ja nawet dwa razy próbowałem na tej najbardziej stromej... próbowałem po za każdym razem, gdy usiadłem przy krawędzi, to się wycofywałem. ;-)

Po spacerku Ika rozstawiła sklepik z pingwinami, a ja zajrzałem na salę wykładową. Tego dnia nawet udało mi się obejrzeć po części z każdego wykładu. ;-)

Po kolacji i kawałku drugiej części ostatniego wykładu zaczęły się mniej oficjalne części imprezy, czyt. picie. Nie uczestniczyłem w tym zbyt intensywnie, ale spać położyłem się późno. Żonka dołączyła jeszcze później.

Piątek

W piątek okazałem się paskudny i w ogóle, bo obudziłem się o 6:30 i przy okazji obudziłem żonkę. Do śniadania przeleżeliśmy w łóżku (no może nie tylko przeleżeliśmy i nie tylko w łóżku... ;-)). Tego dnia nie byliśmy raczej wyspani. W południe planowany był mój wykład, przed nim planowaliśmy wypad do sauny. Rano więc poszliśmy tylko na mały spacerek na Deptaku pod Górą Parkową. Z sauną ktoś zamieszał tak, żebym ja się nie załapał, ale Ika owszem... No cóż, miałem więcej czasu na przygotowanie się do wykładu.

Mój wykład to jedyny na którym byłem od początku do końca. Opowiedziałem po kolei jak to pomogłem żonce z nalepkami na paczki, na początku zastrzegając, że to nie jest do końca zrobione tak jak powinno się robić, ale i tak wywołałem małą burzę. Niektórzy byli oburzeni, że takie rzeczy stosuje się w produkcji, inni mnie bronili, że to sprytne i niegłupie rozwiązanie. I dobrze, bo właściwie nie o moje skrypciki chodziło, ale o dyskusję na temat hackerskich rozwiązań. Swój wykład uważam więc za udany. :-). Żonka na mój wykład dotarła gdzieś w połowie, gdy dyskusja się rozpoczynała. Po wykładzie został już tylko wypoczynek.

Po obiedzie pomogłem rozstawić sklepik 403forbidden, a potem zajrzałem na wykłady sponsorów... nie zachwyciły mnie, to poszedłem na basen. Tam się pomoczyłem przez 45 minut, a przy okazji wymasowałem bąbelkami moje obolałe plecy.

Po kolacji było oficjalne świętowanie urodzin PLUGu, a potem panel dyskusyjny na temat otwartych systemów, standardów i oprogramowania. Na początku ciekawy, potem dyskusja zaczęła się kręcić w kółko, to poszliśmy szukać innych rozrywek. Ja np. poszedłem sobie na spacerek po Krynicy. Dowiedziałem się np., że o wpół do jedenastej wieczór lodowisko jest już zamknięte. ;-)

Wracając spotkałem na schodach integrującą się grupkę linuksiarzy, z Panią Prezes na czele. Agusia zażyczyła sobie mojej żony wraz z cyckami, więc poszedłem po Ikę... która już prawie spała w pokoju. No cóż, rano nie dałem jej pospać. Wspólna integracja na schodach nam nie szła, więc poszliśmy spać, wyjątkowo wcześnie jak na Pingwinaria, chyba jeszcze przed północą...

Sobota

W sobotę wstaliśmy o normalniejszej porze (po ósmej) i bardziej wyspani. Po śniadaniu poszliśmy z szefem Iki na mały spacer-zakupy. A potem Srebrną, w sali bilardowej, testowałem sprzęt do StepManii. Były drobne komplikacje, ale ostatecznie udało się dwie (z trzech) maty podłączyć do laptopa Iki tak, że działały i zebrać zestaw piosenek. Przy okazji wzbudziliśmy zainteresowanie wszystkich którzy w tym czasie byli w lub zajrzeli do sali wykładowej.

Przed obiadem (gdy ja testowałem maty) sklepik z pingwinami eksperymentalnie został rozstawiony przed jadalnią. I to okazało się być strzałem w dziesiątkę. Po obiedzie zabraliśmy Prezesa na Górę Parkową, licząc na to, że spuści go się metalową rurą w filcowym worku... ale padało i ślizgawki były zamknięte. Posiedzieliśmy w tamtejszej knajpce i wróciliśmy na dół. Podczas spacerku, mimo pogody, udało się znaleźć ślady wiosny, np. takie:

kaczence.jpg

Podczas kolacji znowu sklepik działał przed jadalnią, a ja zaraz po kolacji poszedłem rozkładać sprzęt na sali. Tam laptop i maty zaczęły odmawiać posłuszeństwa. Albo któraś z mat nie była wykrywana, albo wykrywane były obie, a działała tylko druga, albo po wykryciu znikały. W końcu, po paru minutach żonglerki wtyczkami USB, gdy już prawie się poddałem, udało się wszystko uruchomić i zaczęła się zabawa.

Najpierw skakałem ja ze Srebrną, żeby pokazać co i jak, potem, najpierw nieśmiało, próbowały inne osoby. Tylko ja, Srebrna, Ika i Agusia mieliśmy jakieś doświadczenie z tą zabawką, dla reszty to była nowość, ale wielu się bardzo spodobała. A ja robiłem za tego co wzbudzał podziw publiczności swoimi popisami. Do mistrzów StepManii mi pewnie daleko, ale w tym towarzystwie chyba rzeczywiście się wybijałem. I miło czuć na sobie pełen podziwu wzrok publiczności. I słyszeć te wszystkie pochwały i zachwyty... Gdyby to jeszcze podziwiały mnie same atrakcyjne kobiety, a nie (w większości) banda facetów... ;-).

Chciałem zwijać laptopa o jedenastej, ale w końcu impreza trwała chyba do drugiej w nocy. Niektórzy z nowicjuszy zdążyli nawet całkiem nieźle to opanować. Niektórzy (honey i mmazur) próbowali nawet mnie albo Ikę zamęczyć... Może trochę się im udało, bo jeszcze czuję zakwasy...

Niedziela

W niedzielę znowu udało się pospać (całe szczęście, jak byśmy dojechali?), ale cztery dni imprezowania i tak robiły swoje. Przy śniadaniu sklepik został rozstawiony po raz ostatni. Potem sauna (koedukacyjna). Tym razem i ja się załapałem. To działa! Po saunie czułem się znacznie bardziej zdatny do podróży niż wcześniej. Potem pakowanie i jazda. Znowu robiłem za pasażera, bo na razie żona kluczyków do auta mi nie daje (auto jest jeszcze na ubezpieczeniu teścia, jak by coś się stało, to mnie teść by zabił, a Ikę najwyżej opieprzy). Po drodze chcieliśmy zjeść obiad... nie było prosto, bo na drodze (bardzo malowniczej, polecam!) od Nowego Sącza do Mszany Dolnej nie wypatrzyliśmy żadnej knajpy. Dopiero w Mszanie jakąś pizzerię, z wierzchu nieciekawą. Ale pizza była pyszna.

W domku byliśmy około 16:30. Porządnie zmęczeni, ale trzeba było jeszcze przetrwać wieczór z dzieckiem... Ika padła zanim przyszedł czas kąpieli Krysi, ale ja jakoś sobie poradziłem. Ocknęła się, gdy Krysia zadawała mi poważne pytanie: Co zrobisz z mamusią, gdy będziesz ścielił łóżko?, a więc problem się sam rozwiązał. Chwilę po położeniu Krysi myśmy już też spali.

12 komentarzy do wpisu „ Pingwinaria 2007”


Głupie Safari...

Na Pingwinariach dowiedziałem się, że mój blog nie działa pod Safari... Zastanawiałem się, co z pieprzyłem, ale nic nie wymyśliłem. Dzisiaj poznałem szczegóły, pogooglałem i wiem: Safari nie radzi sobie z XHTML serwowanym jako XML. Mój Jogger miał ustawione serwowanie jako XML (na sztywno... dziwne, byłem przekonany, że była włączona autodetekcja). Przełączyłem na text/html i podobno jest już dobrze.

8 komentarzy do wpisu „ Głupie Safari...”


Brak prądu i zupa z puszki

W pracy standardowo, porobiłem trochę rano, po jedenastej wybrałem się po drugie śniadanko i do żonki z owocami. Trochę tam posiedziałem i wróciłem do biura... trochę popracowałem... i trach. Wszystko się zresetowało. Trochę zajęło mi odpalenie komputerów ponownie, bo stary IBM robiący za router uruchamia się dopiero za którymś razem, a i ze swoją workstacją miewam problemy... W końcu komputery działały i chciałem kontynuować pracę... nic z tego... sieci nie ma... NO-CARRIER na interfejsie wyjściowym routera.

Zadzwoniłem do providera, oni nic nie wiedzą. Nie wiedzieli też, kiedy spodziewać się naprawy. Uznałem, że nawet jak im się tylko hub zawiesił z powodu zaniku zasilania, to potrwa zanim ktoś przyjedzie i naprawi. Postanowiłem znowu przejść się do żonki. Po drodze, na portierni, dowiedziałem się, że jedna faza wysiadła.

U żonki zapuściłem pinga do biura, co by wiedzieć, kiedy wracać i zająłem się słodkim lenistwem... nie długo, żonka już mi robotę znalazła: ułożenie setki faktur w kolejności. Nawet mi się to udało. Pingi do biura wciąż nie dochodziły, ale przyszedł koniec pracy żonki. Postanowiłem odprowadzić ją chociaż pod mój biurowiec... jednak tam okazało się, że teraz w biurowcu w ogóle nie ma prądu, bo to jakaś większa awaria. Rzeczywiście, na pobliskim skrzyżowaniu nie działały światła.

Czwartek to dzień Krysinych wygibusów (zajęć w szkole muzycznej), więc żonka poszła po dziecko, a ja musiałem sobie sam skombinować obiad. Bar Pod Pierożkiem, gdzie normalnie bym coś zjadł, był zamknięty (brak prądu), więc poszedłem do Żabki po jakąś chińską zupkę... Już miałem taką kupić, gdy zauważyłem coś innego: zupy w puszce Pamapol. Były tam też takie bez pomidorów, więc zainteresowałem się kapuśniakiem z boczkiem. Rzut oka na etykietkę wykazał brak jakiś świństw (same naturalne składniki), więc jak mógłbym nie spróbować. Wziąłem do tego bułkę i w sumie zapłaciłem 4zł. Całkiem dobry obiadek z tego wyszedł, będę musiał przetestować inne opcje. :-)

Wygibusów dzisiaj jednak nie było (zgadnijcie... tak, brak prądu), więc po obiedzie wybraliśmy się na zakupy. W drodze tam i z powrotem przejeżdżałem przez to skrzyżowanie bez świateł i ruchem kierował tam wtedy policjant. Muszę przyznać, że robił to bardzo dobrze, było widać, że postawili tam wykwalifikowanego fachowca, a nie pierwszego lepszego krawężnika, co tylko do końca by zablokował ruch, a to rzadkość.

W domu, na szczęście, prąd cały czas działa.

6 komentarzy do wpisu „ Brak prądu i zupa z puszki”