31 marca 2007
19:08:57
|
kategorie:
html itp.,
jogger,
programowanie,
Postanowiłem trochę odświeżyć mojego bloga. Najpierw zmieniłem moje
skrypty do generowania joggerowych szablonów – generowanie z XMLa
i automatyczne walidowanie wyniku było fajne w założeniach, ale w praktyce
chyba zbyt skomplikowane. Przesiadłem się na M4 i jest fajnie.
:-)
Później postanowiłem dodać trzecią kolumnę do layoutu. Archiwum
i kategorie chciałem przenieść na lewą stronę, a po prawej dać
linkownie
. Szablon przerobiłem, ale efekt mi się nie podobał. Do tego,
gdy przyszedł czas na dodanie linków, stwierdziłem, że nie umiem się
zdecydować co tam wrzucić – wszystko co przeglądam, to za chwilę połowa
byłaby nieaktualne, a jeśli miałbym wybierać te najważniejsze
, to niby
jak? W końcu zmiany w szablonie zachowałem sobie gdzieś na boku w postaci
łatki i wróciłem do starych, dobrych dwóch kolumn.
Czyli wizualnie byłem w punkcie wyjścia. A przecież chciałem coś
pozmieniać. Najbardziej mnie wkurzało archiwum – ciągnące się jak papier
toaletowy. Wczoraj, odrobiną magii w JavaScripcie, dodałem do niego
hierarchię, a dzisiaj zwijanie niepotrzebnych lat. Z efektu jestem bardzo
zadowolony – chyba całkiem nie źle, jak na kogoś, kto nie zna
JavaScriptu. :-)
Poza tym, dołożyłem linki do następnej/poprzedniej strony w szablonie
wpisów i do następnego/poprzedniego wpisu w szablonie komentarzy. A na końcu
dorzuciłem reklamy AdSense. Miałem tego na bloga nie dawać, ale na stronach
moich projektów niewiele te reklamy dawały – nic się tam nie dzieje, to
nikt nie zagląda. A na Joggerze kolejne osoby dodają sobie reklamy na bloga
i nikt na nich nie krzyczy, więc może i mnie czytelnicy wybaczą.
;-)
19 marca 2007
22:30:42
|
kategorie:
gry,
imprezy,
linux,
rodzinka,
wypoczynek,
zdjęcia,
Czwartek
No to znowu pojechałem na Pingwinaria. Tym razem z żonką. Wyjechaliśmy w czwartek rano, najpierw
po gadżety do Ikuśnej firmy, a potem do Krynicy. Po drodze dołączył do nas Ajot. Po niecałych czterech godzinach byliśmy
na miejscu.
Po rozpakowaniu poszliśmy (ja i Ika) na obiadek (wyżywienie w Damisie jak zwykle super), a po obiadku
na spacer po Górze Parkowej. Na szczycie czynne były zjeżdżalnie (takie
metalowe rynny po których się zjeżdża w filcowych workach
) i żonka chciała od
razu spróbować. No to wykupiliśmy 10 zjazdów (8zł) i poszaleliśmy trochę. Ja
nawet dwa razy próbowałem na tej najbardziej stromej... próbowałem po za każdym
razem, gdy usiadłem przy krawędzi, to się wycofywałem.
;-)
Po spacerku Ika rozstawiła sklepik
z pingwinami, a ja zajrzałem na salę wykładową. Tego dnia nawet udało mi się
obejrzeć po części z każdego wykładu. ;-)
Po kolacji i kawałku drugiej części ostatniego wykładu zaczęły się mniej
oficjalne części imprezy, czyt. picie. Nie uczestniczyłem w tym zbyt
intensywnie, ale spać położyłem się późno. Żonka dołączyła jeszcze później.
Piątek
W piątek okazałem się paskudny i w ogóle, bo obudziłem się o 6:30 i przy
okazji obudziłem żonkę. Do śniadania przeleżeliśmy w łóżku (no może nie tylko
przeleżeliśmy i nie tylko w łóżku... ;-)). Tego dnia nie byliśmy
raczej wyspani. W południe planowany był mój wykład, przed nim
planowaliśmy wypad do sauny. Rano więc poszliśmy tylko na mały spacerek na
Deptaku pod Górą Parkową. Z sauną ktoś zamieszał tak, żebym ja się nie załapał, ale Ika
owszem... No cóż, miałem więcej czasu na przygotowanie się do wykładu.
Mój wykład to jedyny na którym byłem od początku do końca. Opowiedziałem po
kolei jak to pomogłem żonce z nalepkami na paczki, na początku zastrzegając, że
to nie jest do końca zrobione tak jak powinno się robić
, ale i tak wywołałem
małą burzę. Niektórzy byli oburzeni, że takie rzeczy stosuje się
w produkcji
, inni mnie bronili, że to sprytne i niegłupie rozwiązanie. I dobrze,
bo właściwie nie o moje skrypciki chodziło, ale o dyskusję na temat hackerskich
rozwiązań. Swój wykład uważam więc za udany. :-). Żonka na mój
wykład dotarła gdzieś w połowie, gdy dyskusja się rozpoczynała. Po wykładzie
został już tylko wypoczynek.
Po obiedzie pomogłem rozstawić sklepik 403forbidden, a potem zajrzałem na
wykłady sponsorów... nie zachwyciły mnie, to poszedłem na basen. Tam się
pomoczyłem przez 45 minut, a przy okazji wymasowałem bąbelkami moje obolałe
plecy.
Po kolacji było oficjalne świętowanie urodzin PLUGu, a potem panel
dyskusyjny
na temat otwartych systemów, standardów i oprogramowania. Na
początku ciekawy, potem dyskusja zaczęła się kręcić w kółko, to poszliśmy
szukać innych rozrywek. Ja np. poszedłem sobie na spacerek po Krynicy.
Dowiedziałem się np., że o wpół do jedenastej wieczór lodowisko jest już
zamknięte. ;-)
Wracając spotkałem na schodach integrującą się grupkę linuksiarzy, z Panią
Prezes na czele. Agusia zażyczyła
sobie mojej żony wraz z cyckami, więc poszedłem po Ikę... która już prawie
spała w pokoju. No cóż, rano nie dałem jej pospać. Wspólna integracja na
schodach nam nie szła, więc poszliśmy spać, wyjątkowo wcześnie jak na
Pingwinaria, chyba jeszcze przed północą...
Sobota
W sobotę wstaliśmy o normalniejszej porze (po ósmej) i bardziej wyspani. Po
śniadaniu poszliśmy z szefem Iki na mały spacer-zakupy. A potem Srebrną,
w sali bilardowej,
testowałem sprzęt do StepManii. Były drobne komplikacje,
ale ostatecznie udało się dwie (z trzech) maty podłączyć do laptopa Iki tak, że
działały i zebrać zestaw piosenek. Przy okazji wzbudziliśmy zainteresowanie
wszystkich którzy w tym czasie byli w lub zajrzeli do sali wykładowej.
Przed obiadem (gdy ja testowałem maty) sklepik z pingwinami
eksperymentalnie został rozstawiony przed jadalnią. I to okazało się być
strzałem w dziesiątkę. Po obiedzie zabraliśmy Prezesa na Górę Parkową, licząc
na to, że spuści go się metalową rurą w filcowym worku... ale padało
i ślizgawki były zamknięte. Posiedzieliśmy w tamtejszej knajpce i wróciliśmy na
dół. Podczas spacerku, mimo pogody, udało się znaleźć ślady wiosny, np. takie:
Podczas kolacji znowu sklepik działał przed jadalnią, a ja zaraz po kolacji
poszedłem rozkładać sprzęt na sali. Tam laptop i maty zaczęły odmawiać
posłuszeństwa. Albo któraś z mat nie była wykrywana, albo wykrywane były obie,
a działała tylko druga, albo po wykryciu znikały. W końcu, po paru minutach żonglerki
wtyczkami USB, gdy już prawie się poddałem, udało się wszystko uruchomić
i zaczęła się zabawa.
Najpierw skakałem ja ze Srebrną, żeby pokazać co i jak, potem, najpierw
nieśmiało, próbowały inne osoby. Tylko ja, Srebrna, Ika i Agusia mieliśmy
jakieś doświadczenie z tą zabawką, dla reszty to była nowość, ale wielu się
bardzo spodobała. A ja robiłem za tego co wzbudzał podziw publiczności swoimi
popisami. Do mistrzów StepManii mi pewnie daleko, ale w tym towarzystwie chyba
rzeczywiście się wybijałem. I miło czuć na sobie pełen podziwu wzrok
publiczności. I słyszeć te wszystkie pochwały i zachwyty... Gdyby to jeszcze
podziwiały mnie same atrakcyjne kobiety, a nie (w większości) banda facetów...
;-).
Chciałem zwijać laptopa o jedenastej, ale w końcu impreza trwała chyba do
drugiej w nocy. Niektórzy z nowicjuszy zdążyli nawet całkiem nieźle to
opanować. Niektórzy (honey i mmazur) próbowali nawet mnie albo Ikę
zamęczyć... Może trochę się im udało, bo jeszcze czuję zakwasy...
Niedziela
W niedzielę znowu udało się pospać (całe szczęście, jak byśmy dojechali?),
ale cztery dni imprezowania i tak robiły swoje. Przy śniadaniu sklepik został
rozstawiony po raz ostatni. Potem sauna (koedukacyjna). Tym razem i ja się
załapałem. To działa! Po saunie czułem się znacznie bardziej zdatny do podróży
niż wcześniej. Potem pakowanie i jazda. Znowu robiłem za pasażera, bo na razie
żona kluczyków do auta mi nie daje (auto jest jeszcze na ubezpieczeniu teścia,
jak by coś się stało, to mnie teść by zabił, a Ikę najwyżej opieprzy). Po drodze
chcieliśmy zjeść obiad... nie było prosto, bo na drodze (bardzo malowniczej,
polecam!) od Nowego Sącza do Mszany Dolnej nie wypatrzyliśmy żadnej knajpy. Dopiero
w Mszanie jakąś pizzerię, z wierzchu nieciekawą. Ale pizza była pyszna.
W domku byliśmy około 16:30. Porządnie zmęczeni, ale trzeba było jeszcze
przetrwać wieczór z dzieckiem... Ika padła zanim przyszedł czas kąpieli Krysi,
ale ja jakoś sobie poradziłem. Ocknęła się, gdy Krysia zadawała mi poważne
pytanie: Co zrobisz z mamusią, gdy będziesz ścielił łóżko?
, a więc
problem się sam rozwiązał. Chwilę po położeniu Krysi myśmy już też spali.
19 marca 2007
19:12:29
|
kategorie:
html itp.,
jogger,
oprogramowanie,
Na Pingwinariach dowiedziałem się, że mój blog nie działa pod Safari...
Zastanawiałem się, co z pieprzyłem, ale nic nie wymyśliłem. Dzisiaj poznałem
szczegóły, pogooglałem i wiem: Safari nie radzi sobie z XHTML serwowanym jako
XML. Mój Jogger miał ustawione serwowanie jako XML (na sztywno... dziwne,
byłem przekonany, że była włączona autodetekcja). Przełączyłem na text/html
i podobno jest już dobrze.
01 marca 2007
19:15:27
|
kategorie:
jedzenie,
praca,
rodzinka,
W pracy standardowo, porobiłem trochę rano, po jedenastej wybrałem się po
drugie śniadanko i do żonki z owocami. Trochę tam posiedziałem i wróciłem do
biura... trochę popracowałem... i trach. Wszystko się zresetowało. Trochę
zajęło mi odpalenie komputerów ponownie, bo stary IBM robiący za router
uruchamia się dopiero za którymś razem, a i ze swoją workstacją miewam
problemy... W końcu komputery działały i chciałem kontynuować pracę... nic
z tego... sieci nie ma... NO-CARRIER
na interfejsie wyjściowym
routera.
Zadzwoniłem do providera, oni nic nie wiedzą. Nie wiedzieli też, kiedy
spodziewać się naprawy. Uznałem, że nawet jak im się tylko hub zawiesił
z powodu zaniku zasilania, to potrwa zanim ktoś przyjedzie i naprawi.
Postanowiłem znowu przejść się do żonki. Po drodze, na portierni, dowiedziałem
się, że jedna faza wysiadła.
U żonki zapuściłem pinga do biura, co by wiedzieć, kiedy wracać i zająłem
się słodkim lenistwem... nie długo, żonka już mi robotę znalazła: ułożenie
setki faktur w kolejności. Nawet mi się to udało. Pingi do biura wciąż nie
dochodziły, ale przyszedł koniec pracy żonki. Postanowiłem odprowadzić ją
chociaż pod mój biurowiec... jednak tam okazało się, że teraz w biurowcu
w ogóle nie ma prądu, bo to jakaś większa awaria. Rzeczywiście, na pobliskim
skrzyżowaniu nie działały światła.
Czwartek to dzień Krysinych wygibusów
(zajęć w szkole muzycznej),
więc żonka poszła po dziecko, a ja musiałem sobie sam skombinować obiad. Bar
Pod Pierożkiem
, gdzie normalnie bym coś zjadł, był zamknięty (brak
prądu), więc poszedłem do Żabki po jakąś chińską zupkę
... Już miałem
taką kupić, gdy zauważyłem coś innego:
zupy w puszce Pamapol. Były tam
też takie bez pomidorów, więc zainteresowałem się kapuśniakiem
z boczkiem
. Rzut oka na etykietkę wykazał brak jakiś świństw (same
naturalne składniki), więc jak mógłbym nie spróbować. Wziąłem do tego bułkę
i w sumie zapłaciłem 4zł. Całkiem dobry obiadek z tego wyszedł, będę musiał
przetestować inne opcje. :-)
Wygibusów dzisiaj jednak nie było (zgadnijcie... tak, brak prądu), więc po
obiedzie wybraliśmy się na zakupy. W drodze tam i z powrotem przejeżdżałem
przez to skrzyżowanie bez świateł i ruchem kierował tam wtedy policjant. Muszę
przyznać, że robił to bardzo dobrze, było widać, że postawili tam
wykwalifikowanego fachowca, a nie pierwszego lepszego krawężnika
, co
tylko do końca by zablokował ruch, a to rzadkość.
W domu, na szczęście, prąd cały czas działa.